wtorek, 23 kwietnia 2013

Ludzkie losy nie zawsze dobrze się układają...

Teraz opowiem wam historię, moi kochani (chociaż niezbyt liczni) czytelnicy. Zmienię imiona, oczywiście, bo to prawdziwa historia.
Jest sobie na świecie pewna dziewczyna- tfu, co ja piszę, kobieta: ma przecież dwadzieścia parę lat. Dajmy jej imię Gosia. Choruje na stwardnienie rozsiane. Dokładnie wam tej choroby nie opiszę, ale jeśli jesteście ciekawi, sprawdźcie w internecie. Powiem tylko, że sprawia, że mięśnie wiotczeją i dana osoba ma problemy z ciałem. Otóż Gosia nie może chodzić, ma duże problemy. Ma dwójkę dzieci- są zupełnie małe. Dodatkowo, właśnie opuścił ją mąż, który był dla niej naprawdę dużym wsparciem- przecież Gosia nie pracuje, to on utrzymywał rodzinę. Oczywiście, dostaje pewnie dla niego jakieś pieniądze, ale jednak... Rozumiecie. Na pierwszym miejscu dla niej, jest wyżywienie dzieci. Dlatego też, przez kilka miesięcy nie brała leków (są bardzo drogie) i jej stan zdecydowanie się pogorszył. Na szczęście otrzymuje pomoc, chociażby od szkoły, w której się uczyła i od swoich przyjaciół. Ale nie chce pomocy dla siebie, lecz dla swoich dzieci- jest bardzo skrępowana i wstydzi się, gdy inni dają jej różne rzeczy. Gdy dostaje różne różności, nawet zupełnie proste, typu np. szampon, pieluchy dla dzieci, mokre chusteczki, nie musi ich kupować sama i może kupić leki dla siebie.
Jak napisałam, ta historia naprawdę się przytrafiła. I ta kobieta żyje i ma właśnie takie problemy. Skąd o tym wiem? Otóż w mojej szkole jest Koło Młodego Wolontariusza, na które w tym roku zaczęłam chodzić. Sprzedaję różne rzeczy, biorę udział w różnych zbiórkach, akcjach charytatywnych (np. w niedzielę brałam udział w "Polach Nadziei")- pieniądze idą oczywiście na szczytne cele. Pani prowadząca je, opowiedziała właśnie taką historię- wzruszająca, prawda? Przecież tej osobie na pewno jest ciężko- jest chora, właśnie opuścił ją mąż, ma dwójkę dzieci (i to takich naprawdę bardzo małych). Nie pracuje, a musi płacić podatek, czynsz za mieszkanie/dom, musi kupować rzeczy dla dzieci, wyżywić rodzinę. Uważam, że to smutne. I teraz: jak jej pomóc? Otóż tak: trzeba zrobić zbiórkę różnych rzeczy dla tych dzieci. Pani wpadła na pomysł, żeby trzy szkoły z naszego zespołu szkół (podstawówka, gimnazjum, liceum) pomogły. Moja mama pracuje w liceum, rozmawiałam z nią. Jacyś licealiści mogliby, jako wolontariusze, może przyjść, zająć się dziećmi (przecież ta "Gosia" jak ją nazwałam, nie może chodzić, ma problemy z poruszaniem się).

Wiecie co, tak sobie myślę: że przecież tyle jest nieszczęśliwych ludzi na świecie, np. właśnie z taką sytuacją. I jak na przykład ja, zdrowa, szczęśliwa, kochana przez rodziców i mogąca się kształcić dziewczyna, mogę narzekać?! Przecież tyle osób ma gorzej! Są ludzie głodni, biedni, nieszczęśliwi, bici, niekochani... Aż nie będę wyliczać. Dlatego naprawdę warto pomagać!
Pozdrawiam,
(mocno wzruszona) POLA
PS: A może będę robiła posty, o wzruszających, ludzkich historiach " z życia wziętych"?

1 komentarz:

  1. Bardzo mądry i ciekawie napisany post. Współczuję mimo wszystko tej kobiecie.I masz rację - warto pomagać. Bo tyle przecież tego nieszczęścia, dlatego ja staram się myśleć pozytywnie. Blog bardzo ciekawy, jedynie grafikę bym zmieniła, bo dla mnie zbyt agresywna :).

    Zapraszam do siebie. be-a-huminka.blogspot.com dopiero zaczynam, więc przyda się wsparcie innych blogowiczów.

    OdpowiedzUsuń