niedziela, 31 stycznia 2016

Zacność nad zacnościami i wszystko zacność! (+,,Kruchy lód" - Cykl Słowiański #1)

...
Dziś jest dzień piękny, wiekopomny, chwalebny i zacny. 
No dobra, uściślijmy: piękny, wiekopomny, chwalebny i zacny dla mnie.
Otóż dziś...
...dziś....
...dziś...
Okej, okej, koniec z żałosnymi próbami zbudowania napięcia (to zmienia się w niebezpieczny nałóg!). 
Proszę państwa: Taki zwyczajny blog obchodzi trzecie urodziny!

(wiwaty, okrzyki, euforia, radość, objawienie, konfetti, serpentyny, tort, szampan, śpiew, szaleństwo!)

 grafika 1950's, 50's, and walt disney

Ech... jestem autentycznie wzruszona. 
Nie potrafię nawet napisać, ile zmieniło się przez te trzy lata. Czasem, gdy czytam stare posty, czuję się jakbym patrzyła na wypociny obcej osoby (no i nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać, ale to pomińmy taktownym milczeniem). Ale, tego, to świadczy o rozwoju, czy coś. W każdym razie, TZB przebył naprawdę długą drogę i aż sama jestem zdziwiona, że tyle wytrwałam.
I wiecie co? To naprawdę piękne uczucie, widzieć na czyimś blogu słowo ,,zacny".
Będę płakać.
Oczywiście bardzo, ale to bardzo chciałabym podziękować wszystkim, ale to absolutnie wszystkim ludziom, którzy kiedykolwiek weszli na tego bloga, i zostawili chociaż jeden komentarz. Dziękuję za wsparcie, ciepłe słowa, konstruktywną krytykę i w ogóle... wszystko. To naprawdę cudowne, że mam dla kogo pisać.  
Kilka osób zasługuje na specjalne podziękowania i są to: Tutti, Pani Minion (niegdyś Sia Siaa), Bukwa, kotołaczka02, krasnoludeek, Lennyk, Fobos, Lunatyk, horsefan, Luna Fin, Kolorowe Stworzonko. Niektóre są ze mną naprawdę długo, niektóre pamiętają nawet pierwsze urodziny bloga, niektóre nawet znam w realu. Bardzo, ale to bardzo Wam za wszystko dziękuję, jesteście absolutnie cudowne. Zacność nad zacnościami i wszystko zacność!
Podziękowania należą się również wszystkim cichym czytelnikom, którzy doskonale wiedzą, o kogo chodzi:)
Wszyscy jesteście zacni ♥


 
Nawet nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo kocham ten zacny cover. Ale jest zacny. Bardzo zacny. 




***
Teraz nadchodzi ta mniej przyjemna i zacna część posta, bowiem oto Wasze niewinne oczy ujrzą pseudoopowiadanie. Jako że biorę udział w Kreatywnym Spojrzeniu, zobowiązałam się do pisania jednego tekstu miesięcznie. No to napisałam.
Wyzwanie na styczeń brzmiało: śnieg, elementy paranormalne, lód.
Tu należy się kilka słów wstępu, zanim przeczytacie tekst:
1.) Jest napisany raczej na szybko, a przez większość czasu nic się nie dzieje. W sensie, to prawie sam dialog (cóż za nowość!). Ale przyznaję, że bardzo dobrze bawiłam się podczas pisania i mam nadzieję, że Wam również się spodoba. 
2.) To opowiadanie fantastyczne, które owszem, często produkuję, ale rzadko dokańczam, a jeszcze rzadziej (prawie nigdy w sumie) wstawiam na bloga. Więc ten, nowość! I w związku z tym ładnie proszę o wyrozumiałość. 

Wszystkie nadprzyrodzone stworzenia występujące w tekście pochodzą z mitologii słowiańskiej.




 Kruchy lód



Gdyby spojrzenia mogły zabijać, wszyscy moi lokatorzy leżeliby trupem.
Z hukiem postawiłam na blacie kubek. Z podobnym hałasem nalałam wody do starego czajnika, podłączyłam go do prądu i nasypałam kawy. Ziarna potoczyły się po blacie.
Poza rabanem mojego autorstwa, w kuchni panowała martwa, pełna potępienia cisza.
Wituś odkaszlnął głośno.
– Wiecie – zaczęłam z mrocznym spokojem – która jest godzina?
– Piąta dwadzieścia – usłużnie powiedział Hejdasz.
– Piąta dwadzieścia – powtórzyłam z zimnym uśmiechem. – A wiecie może, jaki mamy dziś dzień tygodnia?
Wituś przewrócił oczkami, za to Hejdasz dalej naiwnie odpowiadał na moje retoryczne pytania. ­
– Sobota.
– Tak. Sobota, piąta rano.
– Piąta dwadzieścia, tak właści…
– Jest piąta rano, jak powiedziałam, a mi odbiera się moje naturalne, święte prawo. Prawo, o którego respektowanie, zdaje się, wczoraj prosiłam. 
– Jakie prawo? – Padło niewinne pytanie istoty, której pojęcia ironii oraz wszelkiego jadu były zupełnie obce.
– Prawo do spania w sobotę! – wrzasnęłam.
Hejdasz aż się skulił, a lampki na jego rogach zadrgały niebezpiecznie. Wituś posłał mi wymowne spojrzenie, które jednak, wciąż wypełniona żądzą mordu, zignorowałam.
Winowajcy, sztuk dwie, siedzieli na kuchennym stole. Po lewej Wituś, wredna, mała cholera wygnana ze społeczności krasnoludkowej, w czerwonej czapce opadającej na złośliwe oczyska. Po prawej Hejdasz, diabeł o zupełnie niewłaściwych dla swej natury zamiłowaniach do biegania po łąkach, wyplatania wianków (zasuszone egzemplarze wisiały na niebieskich ścianach kuchni) i ogólnego cieszenia się życiem. A naprzeciwko nich ja, drżąca ze słusznego gniewu i grzmiąca niczym Zeus Gromowładny.
– Czego nie rozumiecie w sformułowaniu „nie budźcie mnie, chce się wyspać”? Czego nie rozumiecie w mojej naturalnej potrzebie snu? – Ciągnęłam swój bezlitosny wywód, tocząc wzrokiem po dwójce niecnych budzicieli.
– Ale przecież Władziu…
– Wiesz, gdzie ja mam Władzia?!
– Gdzie? – zainteresował się Hejdasz.
– W poważaniu – warknęłam, powoli tracąc rezon w obliczu tak rozbrajającej niewinności.
Diabeł, mimo diabelskich natury oraz rodowodu, na istotę piekła rodem, delikatnie mówiąc, niezbyt się nadawał. Każdy element jego osoby, od rogów udekorowanych jemiołą i tęczowymi lampkami (pozostałość po świętach), przez zielony kubraczek z własnoręcznie naszytym kwiatuszkiem, aż do głupkowatego, radosnego uśmiechu, zaprzeczał pochodzeniu Hejdasza. Ta niewinna, nierozumiejąca sarkazmu istota nigdy nie zrobiła nikomu żadnej krzywdy i nie zabiła nawet komara. Nic dziwnego, że nie chcieli go wśród czarownic, rusałek, wodników i leśnych demonów.  
Pokręciłam głową i zalałam kawę.
Znowu naszły mnie nieprzyjemne wspomnienia dzisiejszego ranka, którego to obudził mnie w zamierzeniu delikatny, w efekcie końcowym świszczący i nieprzyjemny szept:
– Ankaaaa…
W półśnie poznałam głos Hejdasza.
– Weź tak nią szarpnij, raz a porządnie – warknął Wituś, jak zwykle empatyczny.
Długo wzbraniałam się przed otworzeniem oczu, licząc na to, że koszmar w postaci dwójki natrętów zaraz się ulotni. Nic z tego. Hejdasz posłuchał się krasnala i rzeczywiście mną szarpnął, co gwałtownie wyrwało mnie z objęć Morfeusza. W końcu rozchyliłam powieki, bezpowrotnie pozbywając się nadziei, że to zły sen.
Początkowo byłam zbyt oszołomiona na atak furii, jednak gdy roztarłam zaspane oczy i spojrzałam na zegarek…
No cóż. Pozwolę sobie pominąć tę scenę taktownym milczeniem.
Żeby jeszcze mieli rozsądny powód! Oczywiście nie.
– Bo jezioro zamarzło! – rzekł z przejęciem Hejdasz, gdy wylałam pierwsze żale.
– No i co z tego? – burknęłam, opatulając się szlafrokiem.
– Bo tam jest przecież Władziu!
No tak. Władziu. Rezydent pobliskiego jeziorka i dwustuletni wodnik o ego przerastającym cały zbiornik. Nigdy nie poznałam demona tak zafiksowanego na punkcie swojej aparycji.
Nie dość, że zostałam brutalnie obudzona, to jeszcze uraczona opowieścią o rzekomej samotności i nieszczęściu mieszkańca jeziora, bardziej dramatyczną od telenoweli. Przerwałam jednak tę tragiczną historię i wiedząc, że już nie zasnę, ruszyłam do kuchni po ranną dawkę kofeiny.
Tutaj też postanowiłam wrócić do tematu:
– Co właściwie zamierzacie zrobić z tym Władziem?
– Uwolnić go! – zakrzyknął bojowo Wituś, majtając nóżkami w trzewiczkach.
Uniosłam krytycznie brwi.
– Uwolnić?
– No nie może wyjść przecież!
– No i dobrze – stwierdziłam podle, wspominając liczne Władziowe wybryki. – Jak lód się roztopi, a to pewnie niedługo nastąpi, to wyjdzie. Nie widzę problemu.
– Ale on siedzi tam, samotny, tylko z rybami… – Hejdasz przybrał płaczliwy ton.
– Jasne, jasne. Wychodzi do nas raz łaskawie na ruski rok, zeżre wszystkie drożdżówki i sajonara, a teraz co, towarzystwa mu się zachciewa? I to akurat o piątej rano? Co wy w ogóle robiliście o tej nieludzkiej porze nad jeziorem?
Śnieg spadł, to poszliśmy ulepić bałwanka – wyjaśnił diabeł. – No i Władzia też odwiedziliśmy, bo może by chciał z nami…
Władziu i bałwanki. Aha, jasne. Zabiłby ich śmiechem.
– … no, ale okazało się, że jest pod lodem i chce wyjść, więc postanowiliśmy go uwolnić.
– Jak tak pięknie postanowiliście, to czemu nie wykonaliście? – zapytałam trzeźwo.
Zapadła wymowna cisza.
– Bo sami nie dalibyśmy rady – rzekł w końcu Wituś. – Potrzebujemy, tego, no, wsparcia.
– Nie rozśmieszaj mnie.
– Nie śmiejesz się – zauważył błyskotliwie Hejdasz.
Przejechałam dłonią po twarzy. Pokusiło mnie, kurde, zamieszkać z diabłem, krasnoludkiem i resztą menażerii. Badań nad nadprzyrodzonymi stworzeniami się zachciało… Do tego na niemal zupełnym odludziu, w otoczeniu zaledwie kilku domów, ale za to w pobliżu lasu wypełnionego demonami ze słowiańskich wierzeń, które miałam obserwować w naturalnym (chociaż objętym ochroną) środowisku. Uroki pracy jako naukowiec ze specjalizacją w istotach nadprzyrodzonych. 
– Ankaaa – zajęczał Hejdasz.
Zerknęłam na niego. Błąd. Wielkie, ciemne oczy zrobiły się wielkie jak spodki, a błyszcząca w nich rozpacz mogła rozkleić każdego.
– Proszę, pomóż Władziowi… on tam przecież całą zimę będzie siedział… jak ty byś czuła się w zamknięciu, tak sama… – Podłe diabelskie nasienie nie przestawało mną manipulować.
– Czy Władziu naprawdę nie może poczekać chociaż do jakiejś ludzkiej pory? – zapytałam, już naprawdę bliska kapitulacji. 
Spojrzenia Witusia i Hejdasza szybko odpowiedziały mi na to pytanie.
Westchnęłam ciężko i odwróciłam się, żeby zalać kawę.
– No to go uwolnimy – powiedziałam żałośnie.

***
Gdyby w okolicy było więcej wariatów łażących po dworze zimą o piątej nad ranem, ujrzeliby teraz zaiste barwny korowód brnący przez śnieg. Diabeł w wersji gwiazdkowej, do tego z krasnalem na głowie („trzewiczki zmokną”) oraz zakutana w dwie kurtki istota ludzka z kilofem (znalezionym gdzieś na strychu) i przeklinająca cały świat wokół. 
Rzeczywiście napadało i to porządnie. Śnieg lśnił srebrzyście, a do tego pięknie się kleił, co zdążył wypróbować Wituś, rzucając we mnie śnieżką.
Wredna cholera nie bez powodu została wyrzucona ze społeczności krasnoludków. Uznała bowiem, że pomaganie ludziom za darmo, to całe dyskretne sprzątanie, cerowanie, pieczenie ciasteczek i inne takie, jest bezdennie głupie. Żeby chociaż za kilka groszy, zamiast marną garstkę jedzenia, to wtedy może… Jednak ta rozsądna ideologia nie spotkała się z wyrozumiałością krasnoludzkich tradycjonalistów. W końcu powiedziano więc Witusiowi, że jak chce zarabiać, interesant jeden, to proszę bardzo, ale nie u nich. A więc skrzat wybrał wygodne życie z Hejdaszem w moim domu, podczas całego pobytu nie kiwając nawet palcem żeby mi pomóc. W czymkolwiek.
  Cóż mogę rzec? Mimo całej mojej niechęci do tego stanu rzeczy, ten tryb żywota również by mi pasował.
W końcu doszliśmy nad jezioro. Rzeczywiście, całe zamarzło. Ciemne drzewa i cienki księżyc odbijały się w zlodowaciałej tafli.
Weszliśmy na drewniany, niski pomost. Deski zaskrzypiały złowrogo.
Zaświeciłam przytomnie zabraną latarką w dół, prosto na przyklejoną do lodu od strony wody twarz. Wzdrygnęłam się odruchowo.
Władziu, mimo własnego podziwu dla swej aparycji, nie wyglądał, delikatnie mówiąc, szczególnie pięknie.  Zielona skóra, rybie oczy, splątane i brudne od mułu włosy, a do tego garnitur w intensywnie karmazynowym kolorze.
Efekt był porażający.
Wodnik zabębnił pięścią w lód i spojrzał na nas ze złością. Wyszczerzyłam wrednie zęby, za co pokazano mi dosyć wymowny gest.
Zerknęłam na Hejdasza i Witusia.
– Może wy dla odmiany coś zrobicie? Macie tu kilof…
Dla potwierdzenia swych słów machnęłam lekko zardzewiałym narzędziem.
Wituś wymigał się swym mikrym rozmiarem (nieco ponad trzydzieści centymetrów), co byłam w stanie zaakceptować, jednak maślane oczy Hejdasza już na mnie nie podziałały.
– Na zmianę – powiedziałam stanowczo.
Diabeł, z oporami bo z oporami, strzelając miny, bo strzelając miny, zgodził się.
Nachyliliśmy się nad lodem, wcześniej sprawdzając jego grubość stopami i kopytami. Nie ma co, trzeba było kilofa. Uściślijmy: kilofa, którego nigdy nie mieliśmy w rękach (tudzież włochatych łapach). Uznaliśmy jednak, że nie ma w tym żadnej filozofii i po odpłynięciu Władzia na bezpieczną odległość zaczęliśmy na zmianę walić nim w lód, nie opuszczając przy tym bezpiecznego pomostu. Nie przyniosło to początkowo pożądanych skutków, jednak po dosyć burzliwym sporze na temat sposobu trzymania narzędzia, udało nam się dojść do porozumienia i zrobić pierwszą rysę.
- Trzeba zejść na jezioro – stwierdził Wituś, który ze stoickim spokojem obserwował nasze wysiłki.
- Sam se złaź – warknęłam. 
Skrzat jednak miał rację. Robienie zaimprowizowanej przerębli z pomostu było wyjątkowo niewygodne i nieskuteczne, więc po chwili ostrożnie weszłam na lód.
Przy akompaniamencie pełnego napięcia milczenia moich towarzyszy, zamachnęłam się kilofem raz. Potem drugi raz.
A potem jedna z rys błyskawicznie się rozprzestrzeniła.
Rozległ się krótki trzask i wpadłam w odmęty królestwa Władzia.
Moja ostatnia myśl nie nadaje się do przytoczenia.

***
Wiele przekleństw, kubków gorącej herbaty i prób dojścia do siebie później, w końcu zadałam to pytanie:
 – A gdzie Władziu?
– No… został w jeziorze.
No tak.