środa, 27 lipca 2016

Sabinka cz.3 (Cykl Słowiański)

...
Nareszcie.
Szanowni państwo, w końcu mam przyjemność przedstawić Wam trzecią część ,,Sabinki"!
Gwoli przypomnienia: to kolejne opowiadanie z serii, którą nazwałam ,,Cyklem Słowiańskim", traktującej o pewnej badaczce stworzeń nadprzyrodzonych rodem ze starych, słowiańskich wierzeń. 
Poprzednie części to:
 Kruchy lód (tak, zmieniłam tytuł)
Sabinka cz.1
Sabinka cz.2
Tekst to ostatnia ,,Sabinka", ale zdecydowanie nie ostatnia część całego cyklu. Ciąg dalszy nastąpi. 
Opowiadanie powstało w ramach wyzwania Kreatywne spojrzenie, a hasła na ten miesiąc to lipiec, wyczekiwanie i cegła.
Zapraszam! 

 
Zdjęcie własne, jeszcze z marca.


Sabinka (cz.3)

Mocne wejście się udało.
Przez dobrą chwilę wszyscy obecni w osłupieniu kontemplowali nowo przybyłą, która najwyraźniej uznała nasz brak oporów za zgodę i weszła do środka. Już i tak sfatygowane drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Wiedźma stanęła na środku kuchni i zerknęła na mnie spod uniesionych brwi.
– Dzień dobry?
– Dzień dobry – powtórzyłam niepewnie, odzyskując głos. – Przepraszam, o czym chce pani ze mną porozmawiać? I tak właściwie to kim pani jest?
Kobieta radośnie zignorowała moje pytania i nie dość, że się nie przedstawiła, to jeszcze powiedziała bezczelnie:
– Może mi pani zrobić herbaty, pani Aniu. Czarna, z cytryną, półtorej łyżki cukru.
Nie wiem, czy bardziej wstrząsnął mną fakt, że czarownica zna moje imię, czy że właśnie potraktowała mnie jak służącą w moim własnym domu.
Normalnie rzuciłabym jakimś jadowitym komentarzem, ale nagła błyskawica za oknem skutecznie mnie do tego zniechęciła. Niebo niemal zupełnie przykryło się chmurami.
Wstawiłam wodę na herbatę, dziękując niebiosom, że Wituś poszedł głosić rebelię wśród krasnoludzkich pobratymców, bo pewnie zaraz dość wyraźnie dałby do zrozumienia, co sądzi o tej sytuacji.
Wolałam jednak dożyć wieczora.
Rozpaczliwie próbowałam przypomnieć sobie wszystkie informacje o wiedźmach, jakie przyswoiłam na studiach i szkoleniu w Instytucie. Jednak nigdy nie miałam zajęć z cyklu „jak rozmawiać z czarownicami”. Jeśli chodzi o formy kontaktu z wiedźmami, przekazano nam tylko, że najlepiej ich unikać.
Tak, bardzo mi się to teraz przyda.
– A pani w jakiej sprawie? – zapytałam ostrożnie.
Gość zdążył się już rozsiąść na drewnianym krześle i wyciągnąć przed siebie obute w zniszczone trzewiki nogi.    
– A jak pani myśli? – spytała wiedźma jadowicie.
– Myślę, że może trochę grzeczniej – wypaliłam, zanim zdążyłam pomyśleć.
Aha, dożyć wieczora.
Niemal słyszałam, jak Hejdasz i Sabinka wstrzymują oddech z wyczekiwaniem. Mimowolnie zrobiłam to samo.
Kobieta parsknęła iście szatańskim śmiechem. Zamrugałam.
– Niezły z pani numer – wykrztusiła, ocierając łzy. – Tak jak zresztą sądziłam. Jestem tu w sprawie tego. – Sękaty palec wycelował w Sabinkę ukrytą za dygoczącym Hejdaszem.
Bazyliszek zagdakał.
Wciąż wyciągnięta ręka czarownicy zrobiła niecierpliwy gest w jego stronę. Potwór gwałtownie zamilkł.
– Co pani zrobiła mojemu bazyliszkowi? – przeraziłam się.
– Uciszyłam go. Niestety tylko na parę minut. Woda się zagotowała, pani Aniu.
Przez chwilę szczerze rozważałam, czy nie chlusnąć wrzątkiem na pod nogi gościa. W końcu jednak zalałam herbatę.
Postawiłam kubek na stole.
– Z cytryną i cukrem – przypomniała wiedźma.
Zacisnęłam zęby. Poszłam po wyżej wymienione składniki, czując na sobie ironiczne spojrzenie czarownicy.
– Nie jest pani zbyt gościnna, prawda?
W stosunku do nieproszonych gości? Nie bardzo.
Tę uwagę jednak zachowałam dla siebie. Wystarczająco wiele nasłuchałam się na studiach o zsyłaniu malarii samym spojrzeniem.
Gdy w końcu herbata była gotowa, czarownica łaskawym gestem pokazała mi, że mam usiąść. Nie udało mi się do końca ukryć swoich uczuć, bo kobieta powiedziała pokojowo:
– Chcę porozmawiać kulturalnie, pani Aniu, proszę się nie bać. Z tego co wiem, otrzymywała już pani skargi na… to coś – palec znowu wycelował w Sabinkę. – A jednak nic to nie dało. Od kilku dni burzy spokój całej okolicy.
Westchnęłam ciężko.
– Wiem, ale nie mam na to wpływu.
– Naprawdę? W końcu to pani bazyliszek.
– Jeśli zna pani metodę, żeby go powstrzymać, to proszę się nią podzielić. Ja nie mam już pomysłu – powiedziałam szczerze.
– W takim razie ujmę to jaśniej: potwór ma przestać piać, inaczej źle się to dla niego skończy.
Sabinka skuliła się jeszcze bardziej. I chociaż miałam bardzo podobne odczucia co do jej porannych koncertów, niespodziewanie wstąpił we mnie duch bojowy.
Uniosłam brwi.
– Grozi mi pani?
Znikąd powiał zimny wiatr, targając mi włosy.
Wiedźma ponownie się uśmiechnęła, dzięki czemu mogłam oglądać żelazne uzębienie w całej okazałości.
– Po prostu przedstawiam fakty. Ale to nie wszystko – oświadczyła, pociągając łyk herbaty.
No super.
– Nie?
– Stanowczo nie. – Kubek z nieco zbyt głośnym trzaskiem wylądował na blacie stołu. – Jak pani pewnie wie, mnie i temu pani… Instytutowi  niezbyt po drodze.
Zapadła cisza, więc najwidoczniej oczekiwano ode mnie odpowiedzi. Nigdy nie byłam dobra w „kulturalnych” rozmowach, ale postanowiłam dać z siebie wszystko.
– Eee… – zaczęłam ambitnie. – Znaczy, cóż… między Instytutem a czarownicami pojawiały się kiedyś konflikty, ale przecież zawarto porozumienie, prawda? Staramy się nie wchodzić sobie w pole i…
– Staramy się – przerwała mi niedyplomatycznie czarownica. – Tak, doskonale to pani ujęła. Staramy się. Jaka szkoda, że nasze starania nie zawsze idą w parze z rzeczywistością, prawda?
Miałam dosyć.
– Czego pani ode mnie chce?
– Chcę, żeby się pani stąd wyprowadziła.
Parsknęłam nieco nerwowym śmiechem.
– Słucham?
– Bardzo dobrze, proszę słuchać. Wystarczająco długo wytrzymywałam pani obecność. Ile to już? Teraz mamy lipiec, prawda? Jakieś… osiem miesięcy. Zbyt długo.
Czułam na sobie zalęknione spojrzenia Hejdasza i Sabinki.
– Nie rozumiem – powiedziałam chłodno, pełna podziwu dla samej siebie. – Moja obecność tutaj jest dosyć dyskretna…
– Dyskretna? – zapytała jadowicie czarownica. – Czyli nawet nie wie pani, podobnie jak inni pani pokroju, ile zamieszania wprowadza pani swoją obecnością. Te pani badania, obserwacje, wędrówki po lesie, ingerowanie w życie jego mieszkańców…
– Ja nie ingeruję – zaprzeczyłam słabo.
Tak nawet brzmiała jedna z zasad moich badań: „obserwować, nie ingerować”. I hej, starałam się. Wprawdzie miałam parę incydentów, typu ucieczka przed rozjuszonymi strzygami, ale ogólnie wydawało mi się, że raczej wtapiam się w otoczenie.
– Tak? Przypomnę pani chociażby incydent z ostatniej zimy. Rozbijając lód na jeziorze obudziła pani wszystkich jego mieszkańców ze snu zimowego…
O Boże.
Zerknęłam kątem oka na Hejdasza. Wyszczerzył zęby w głupkowatym uśmiechu.
– … a skargi oczywiście szły do mnie. Ale dałam pani szansę. Kolejne incydenty, kolejne wtykanie nosa w nie swoje sprawy, kolejne wkraczanie na nasze terytorium udowodniły nam, że nie możemy pani dłużej tolerować.
Tolerować? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Nasze terytorium?
Terytorium, jako wielki rezerwat, należało oczywiście do Instytutu, ale dla własnego bezpieczeństwa wolałam tego nie mówić.
Za oknem strzelił piorun.
Czarownica znowu się do mnie nachyliła. Odruchowo się cofnęłam.
– Pani Aniu, wydaje się pani rozsądną osobą, dlatego wzbudziła pani moją sympatię.
Prawie zakrztusiłam się z wrażenia. W takim razie chyba wolałam nie wiedzieć, jak wygląda brak sympatii.  
– Tak więc to dopiero pierwsze ostrzeżenie. Ma pani tydzień. A później… zobaczymy. Dziękuję za herbatę.
Czarownica wstała. Ja również.
– Do zobaczenia, pani Aniu – powiedziała, po czym rozpadła się w chmurę srebrzystego pyłu.
Efekciarstwo.
Za oknem zaczęło padać.
– I co teraz? – odważył się zapytać Hejdasz.
Zamknęłam oczy i odetchnęłam powoli, czując, jak schodzi ze mnie napięcie.
– Teraz trzeba napisać do Instytutu – oznajmiłam stanowczo.
 Łypnęłam na wystraszoną Sabinkę. Chciałam rzucić jakimś komentarzem z cyklu „szczęśliwa?”, ale ku własnemu zdumieniu stwierdziłam, że jakoś dziwnie mi jej szkoda.
Machnęłam na nią ręką i poszłam po laptopa z zamiarem napisania maila do Instytutu.
Moje plany legły w gruzach zaraz po tym, jak włączyłam komputer.
Nie było Internetu. Domowa sieć jakby magicznie wyparowała, podobnie jak wszystkie pozostałe, z którymi mogłabym się połączyć.
– Nie wierzę – wymamrotałam, wyłączając i włączając router. – Po prostu nie wierzę.
A jednak.
Coś mnie tknęło i wyjęłam telefon. Zero zasięgu.
 Byłam zupełnie odcięta od świata.
– No to… co teraz? – ponowił pytanie Hejdasz.
Uznałam, że milczenie będzie najlepszą odpowiedzią.
***
Ktoś mi się przypatrywał.
Do tego spojrzeniem tak intensywnym, że właściwie niemal od razu się obudziłam.  
Otworzyłam oczy, żeby ujrzeć światło księżyca odbijające się w różowych goglach.
Wzdrygnęłam się gwałtownie.
Sabinka stała na podłodze i przyglądała mi się uważnie. Zerknęłam na zegarek. Druga dwadzieścia sześć. Wszyscy już spali, nawet Wituś, który z rewolucji wrócił o północy, przez dobre pół godziny skarżąc się na zatwardziałych konserwatystów tkwiących w skostniałym systemie bezsensownej pomocy ludziom.
Z tego, co zrozumiałam, rebeliant został zmuszony do wycofania się poprzez obrzucanie kamieniami i cegłami.
Przeniosłam uwagę na bazyliszka, który uparcie stał przy moim łóżku.
– Co? – warknęłam.
Sabinka nawet nie drgnęła.
Leżałam bez ruchu, bojąc się odwrócić na drugi bok – wtedy znalazłabym się tyłem do potworka, a jakoś się do tego nie kwapiłam.
Nagle bazyliszek napiął się i całym ciężarem wskoczył na moje łóżko.
Wydałam z siebie zdławiony okrzyk, a mebel zatrzeszczał niebezpiecznie.
Sabinka zagdakała smutno i położyła się na wpół obok, na wpół na mnie.
Przez chwilę nie bardzo wiedziałam, jak zareagować na to bezczelne wtargnięcie na moją przestrzeń osobistą. Jednak jakiś bijący od bazyliszka smutek nie pozwolił mi go zrzucić.
„Zwierzę pragnie miłości…”.
Chyba trochę mi nie wyszło.  
Oparłam głowę na poduszce.
Westchnęłam.
Sabinka westchnęła również.
Po jakichś pięciu minutach leżenia w ciszy i bezruchu, odważyłam się wyciągnąć rękę i niezgrabnie pogłaskać potworka po upierzonej głowie.
Cichy skrzek wyrażał więcej niż słowa.



 
Fascynuje mnie, że ten utwór jest spokojny, urzekający oraz niepokojący i niesamowity zarazem. Magiczny. Świetne się przy tym pisze.


(Nawiasem mówiąc, nieco przeraża mnie fakt, że z każdym rokiem częstotliwość pojawiania się tekstów spada. Postaram się nad tym popracować. Uprzedzam jednak, że niedługo wyjeżdżam, więc przez dwa tygodnie również nie będzie postów. Mam nadzieję, że w sierpniu pojawi sie więcej wpisów!
Przy okazji, poważnie zastanawiałam się, czy nie założyć drugiego bloga na opowiadania. Uznałam jednak, że chyba na razie nie ma to sensu, dobrze mi się tu publikuję. Tak więc chwilowo się wstrzymuję, pożyjemy, zobaczymy)

środa, 13 lipca 2016

Valletta

Dzień dobry, dzień dobry!

Oto powracam po swoim pierwszym tegorocznym wakacyjnym (tyle epitetów w jednym miejscu!) wyjeździe - mianowicie obozie językowym na Malcie. Dzisiaj więc będzie krótka relacja uzupełniona zdjęciami z Valletty, czyli stolicy.
Zapraszam!

 

 
Ta flaga jest naprawdę łudząco podobna do polskiej...


Wyjazd zawierał kurs językowy oraz zakwaterowanie u rodzin maltańskich (w miejscowości Swieqi), czyli naprawdę sporo praktyki w angielskim. I chociaż początkowo napawało mnie to lekkim niepokojem, to naprawdę dobrze wspominam to ciągłe mówienie w obcym języku- rozmawianie po angielsku z Polakiem to w końcu nie to samo, zawsze można się posiłkować polszczyzną. Dialogi z osobami innych narodowości są niezastąpione, serio.
Nigdy nie zapomnę, gdy z przyjaciółką opowiadałyśmy naszej gospodyni (zresztą bardzo sympatycznej) o Morzu Bałtyckim i próbowałyśmy wyjaśnić jej słowo ,,cieśnina", którego nie znałyśmy po angielsku.
W końcu poratował nas słownik, ale z dobre pięć minut nam zajęło, zanim wpadłyśmy, żeby do niego zajrzeć.
Pokój dzieliła z nami również pewna Hiszpanka, która jednak nie była zbyt kontaktowa, chociaż miła. Mówiła tak niewyraźnie, że pierwszego dnia, a raczej w nocy (wtedy bowiem dotarłyśmy na miejsce) gdy się spotkałyśmy, zamiast ,,I'm from Spain" zrozumiałam coś w stylu ,,Mandarynia". Wyobraźcie więc sobie moją konsternację, gdy uprzejmie kiwałam głową i zastanawiałam się, czy moja wiedza geograficzna jest jakaś ograniczona, bo byłam pewna, że taki kraj nie istnieje...
Ale wiecie, była trzecia w nocy, więc może to po prostu mój zmęczony mózg wypaczył jej słowa.
Coś jeszcze a'propos zakwaterowania- codziennie były tosty. Przez trzy dni jeszcze były do wyboru płatki. Ale ogólnie- każdego dnia tosty na słodko, a na drugie śniadania kanapki... z pieczywa tostowego.
Naprawdę, przez miesiąc nie będę mogła patrzeć na pieczywo tostowe. 

 



Poza codziennymi sytuacjami w domu rozwijałam swoją angielszczyznę na zajęciach, w grupie składającej się z dwóch Polek, dwojga Włochów, jednej Bułgarki, pięciu Rosjanek oraz nauczyciela Maltańczyka. Najbardziej podobały mi się zajęcia, na których rozmawialiśmy o swoich kulturach, w parach szukaliśmy różnic i podobieństw. Trafiłam do grupy z pewną Rosjanką i chyba nas obie zdziwiło to, jak wiele jest w naszych państwach podobieństw (głównie w jedzeniu). Wiedziałam, że  jest ich sporo, ale mimo wszystko...łał. W ogóle te rozmowy z osobami różnych narodowości, o różnych kulturach były świetne.
Paradoks: gdy Rosjanki mówiły po rosyjsku, z drugą Polką czasami mniej więcej wiedziałyśmy, o co im chodzi. Gdy rozmawiałyśmy między sobą po polsku, Rosjanki nie miały pojęcia, o czym mówimy.
Niech żyje polszczyzna. 
Nawet trochę opowiadałyśmy grupie o polskim alfabecie i w ogóle języku. Zawsze wiedziałam, że nasza mowa jest trudna, ale dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo... już na samym początku kursu, gdy wywoływano polskie nazwiska, biedny nauczyciel musiał zostać wyręczony przez polską wychowawczynię. Na zajęciach za to moje ,,w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie" wywołało małą sensację.
Ale uwaga, udało nam się znaleźć słowo, które jest takie samo po maltańsku, polsku, włosku, rosyjsku i bułgarsku! ,,Temperatura".
Ponadto w trakcie zajęć praktykowaliśmy angielską wymowę, rozmawialiśmy o jedzeniu i graliśmy w skojarzenia oraz w mafię (to ostatnie właściwie na każdych zajęciach).
Osobiście jestem zdania, że gra w mafię to jedno z najlepszych gier, które wymyśliła ludzkość.

 
Pozostałości po Brytyjczykach. 

Poza zajęciami spędzaliśmy czas wyłącznie polską grupą (wyjazd bowiem został zorganizowany przez biuro podróży) i zwiedzaliśmy albo chodziliśmy na plaże, notabene przepiękne. W ogóle cała Malta jest bardzo urokliwą wyspą, śródziemnomorska architektura... 
Garstka ciekawostek dla zainteresowanych:

  • cała Republika Malty jest mniejsza od Warszawy
  • maltański to język semicki, dla mnie brzmiący bardzo podobnie do arabskiego, z domieszką włoskiego
  • na Malcie nie ma jezior, rzek, gór, ani nie pada (widok porannej mgły określiłabym jako wstrząsający)- ludzie biorą więc wodę do picia i mycia się z morza (oczywiście wcześniej odsoloną i oczyszczoną)
  • ponoć przez pewien okres w roku (na szczęście nie ten, w którym ja tam byłam) wieje gorący wiatr ze strony Afryki, który osadza piasek na skórze i w gardle- kolejny, obok upału, powód, dla którego nie mogłabym tam mieszkać na stałe.
  • Republikę Malty tworzy archipelag Wysp Maltańskich, poza Maltą znajdują się w nim również (nie licząc mniejszych wysepek) Gozo i Comino. Na tej ostatniej na stałe mieszka... jedna rodzina (sic!).
  • pierwsze większe budowle na Malcie są starsze niż piramidy w Egipcie i Stonehenge  

  


Niebawem pojawią się kolejne zdjęcia - z Mdiny, ,,maltańskiego trójmiasta" oraz Gozo. 

Pozdrawiam ciepło!
P.

Piosenka odkryta dzięki Tutti:)