sobota, 28 listopada 2015

,,Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia" (Flp 4,13)

Udało się! Myślałam, że tym razem znowu nie wyrobię się z tekstem na Kreatywne Spojrzenie, ale jednak oto dziś z nim przybywam. Radujmy się!
Tym razem nie jest to opowiadanie, a wiersz, do którego napisania zainspirowała mnie Tutti, a także tak uwielbiane przez wszystkich uczniów kartkówki z historii (pozdrawiam wszystkich uciśnionych!).
Nie umiem pisać wierszy. To znaczy, zrymować to zrymuję, ale żeby całość brzmiała, ładnie się czytała i miała sens, to już gorzej. Dlatego też poniższy radosny utworek jest bardzo  nieporadny i niezgrabny. Sensu też ze świecą szukać. Heh, ale muszę przyznać, że naprawdę dobrze się bawiłam podczas pisania. Naprawdę dawno nie tworzyłam żadnej poezji.
Wyzwanie na ten miesiąc to: duch, mleko, ściąga.
I nie, wiersz nie jest bezpośrednio oparty na moich osobistych doświadczeniach, to zupełna fikcja, chociaż kartkóweczki to temat mi bliski:D



Wybija godzina- ostatnia godzina.
Na twarzy belferskiej triumfalna mina.
Nadszedł czas zemsty, zwycięstwa czas:
„W końcu na dobre pokonam was!”

Wchodzą uczniowie w niewiedzy błogiej,
Bez świadomości czającej się trwogi.
Lecz wtem: „Rozsiadka! Teraz kartkówka!”
Panika! Gdzie pomoc, wymówka?

Nauczyciel już nie zwleka,
Twarze białe są jak mleko.
Jak nie żywi, a jak duchy,
Są niewinne te maluchy

(Chociaż tak gwoli ścisłości,
Daleko im od niewinności)

Jedna kartka, kartka druga
Kartkówka jak sprawdzian długa.
Śmieje się triumfator niecny:
Uczniów czeka dziś zgon wczesny!

Jedna z ofiar już wyciąga
Długopis, a długopisem ściąga,
Na ręce szybko jest pisana,
Coby pokonać złego tyrana...

Lecz oto oprawca oszustwo dostrzegł
I już tam krokiem szybkim nadciąga.
Nie nakrzyczał, milczał- nie ostrzegł,
Wstawił zero- niepotrzebna ściąga.

Klasa patrzyła w trwodze i bólu,
Nauczyciel podle się śmieje.
Odniosłeś cel swój, zły królu…
Oto umarły ostatnie nadzieje.

 grafika animation, art, and flower 

***
Szczęśliwie mam już za sobą próby ognia pierwsze etapy z konkursów kuratoryjnych. Udało mi się przejść z polskiego i prześlizgnąć (dosłownie, jeden punkt mniej i by się nie udało) z angielskiego. Co do tego ostatniego, to trochę się boję, bo zdaję sobie sprawę, że mam problemy z niektórymi formami gramatycznymi i będę musiała się solidnie poduczyć i przygotować... a do tego jeszcze dochodzi olimpiada z tego języka... 
To będzie intensywne kilka miesięcy...
A teraz nastąpi  anegdotka o tym, jak to Pola poszła na konkurs kuratoryjny z matematyki.
Pewnego (niezbyt) pięknego dnia, na lekcji matematyki, trwały zapisy na powyższe. Pola spokojnie rozwiązywała sobie zadania, dyskretnie zerkając na zegar i odliczając minuty do końca lekcji, gdy wtem z ust nauczycielki padło: ,,Pola, a ty nie chcesz?".
Szczęście, że zapytana niczego nie piła, bo niechybnie by się zakrztusiła. Do jej rozlicznych, a jakże w końcu, zalet (ekhem, ekhem) nie należały niestety zdolności matematyczne- przeciwnie, świat Poli i świat matematyki dzieli odległość jak z jednego do drugiego bieguna. Jednak jakaś część (ta odpowiadająca za wszystkie szalone przedsięwzięcia)  szepnęła: ,,A czemu nie? Można spróbować! Nawet jeśli matematyczny talent się nie objawi, to można się sprawdzić...".
Pola więc wzięła swe pióro i złożyła swój zamaszysty (no dobra, podpis był normalny, Pola nie umie zamaszyście się podpisywać) podpis na kartce zapisów (jak na cyrografie!). 
I tak tydzień, może dwa później, bez żadnego przygotowania (zerknięcie na konkurs z zeszłego roku i przerażenie na widok zadań liczy się?), nasz geniusz (ha, ha... nie) wyruszył na konkurs, w towarzystwie swojej koleżanki, którą tutaj nazwiemy Matematycznym Koksem (bez sarkazmu, serio jesteś Matematycznym Koksem, Matematyczny Koksie. Pozdrawiam, jeśli to czytasz).  
Wybiła godzina (ostatnia godzina!). Pola usiadła przy stoliku, nieopodal Matematycznego Koksa i innych matematycznych geniuszy. Przez ułamek sekundy zaczęła nawet się zastanawiać, co by się stało, gdyby przeszła dalej, ale wystarczyło, żeby zobaczyła test i ta myśl błyskawicznie wyleciała jej z głowy. 
Nie umiałam zrobić absolutnie żadnego zadania! Dosłownie, rozwiązałam tylko jeden podpunkt i nawet w nim machnęłam się o jedno zero:D Uzyskałam więc zacny wynik 0 %. Strasznie mnie za to ta sytuacja rozbawiła, zresztą moich znajomych także. Morał z tego taki, że jednak matematyczny geniusz tak nagle się nie objawia:D
***

To już ostatni cytat w ramach biblijnego wyzwania, więc wypadałoby ładnie wszystko podsumować- fragment z Listu do Filipian w tytule świetnie spełnia tę funkcję.
Jestem chrześcijanką. Nie oznacza to, że narzucam innym moją wiarę, nie akceptuję ludzi innych wyznań albo niewierzących- wielu z moich krewnych i bliskich znajomych to ateiści. Każdy ma wolny wybór  i żyje tak, jak chce, co jest piękne.
Ostatnimi czasy miałam trochę problemów z wiarą i to wyzwanie, to przeglądanie Pisma, częściowo mi pomogło.
Moja wiara nie jest idealna. Wciąż mam kryzysy, wątpliwości. Wciąż próbuję znaleźć swoje miejsce w świecie. Nie zgadzam się z wieloma rzeczami w Kościele, wiele rzeczy mnie frustruje.
Ale wiecie co? Wiara rzeczywiście uskrzydla - brzmi to patetycznie, ale kontaktując się z Bogiem, naprawdę jestem szczęśliwa i wypełnia mnie taka pozytywna energia. Czuję, że Ktoś mnie słucha i mało tego- ten Ktoś daje mi niesamowitą siłę.
I z nim naprawdę mogę wszystko.

Patetycznie zrobiło się na koniec, ale czasem... czasem można:)
Trzymajcie się ciepło,
P.

 Pentatonix w końcu tworzy własne utwory!Teledysk jest specyficzny, ale piosenka zacna.

czwartek, 12 listopada 2015

,,Miłuj bliźniego swego jak siebie samego" (Rz 13,9)

Witam Was serdecznie, tego paskudnego i mokrego dnia, dobita po ,,Rzeźni numer pięć" oraz szczęśliwa z powodu zakupienia płyty ,,Shatter me" (szukałam, szukałam i w końcu się doszukałam)! 

Tak jak było obiecane- przed państwem kolejna recenzja, a pod nią kolejne Liebster Blog Award.
Jeeej, czy coś.
Tym razem na warsztat idzie ,,Międzypiekle. Pierwszy Ruch" autorstwa Nikoliny Rudol (wydawnictwo Novae Res).
Tylko błagam... nie przestraszcie się okładki.

  

Szczerze? Gdybym zobaczyła tę powieść w księgarni, najpewniej podeszłabym do niej tylko z dwumetrowym kijem. Jestem bowiem podłym człekiem i zdarza mi się oceniać książki po ich wyglądzie (nie bijta, błagam! Ta okładka naprawdę mnie odstrasza), a poza tym odepchnęłaby mnie tematyka- anioły, demony… ekhem. Taaa. Nie moje klimaty. Cóż, jak się później okazało, ten wątek nie występował jakoś bardzo często, ale o tym później.  
A jednak… zainteresowałam się tą pozycją i mało tego, bardzo chciałam ją przeczytać.
Teraz tłum wstrzymuje oddech i wychyla się z napięciem, chłonąc moje słowa (no co? Można sobie pomarzyć!). Dlaczego, Polu? Dlaczego zainteresowałaś się  „Międzypieklem”?
*odchrząknięcie i efektowna pauza*
No cóż… Głównym powodem był wiek autorki. Nikolina Rudol napisała bowiem swój debiut w wieku około piętnastu, szesnastu lat, a ja ostatnimi czasy czytuję utwory młodych autorów, ciekawa, jak im one wychodzą. Słyszałam też sporo dobrych opinii na temat owej książki (mrugnięcie do Tutti), czytałam wywiad z autorką, fragment, no i…
No i w końcu przeczytałam.

Witajcie w Międzypieklu- miejscu, w którym anioły i demony spotykają się na towarzyskie rozgrywki. Właśnie tam przybywają anioł Nathaniel i demon Felix, aby zagrać w szachy. Wiadomo jednak- zwykłe figury są dla luzerów, więc jako pionki służą… ludzie. No, tacy ludzie-nieludzie w sumie.
Uwaga, proszę pastwa! Zaczyna się emocjonujący pojedynek! W lewym narożniku (no dobra, wiem, to szachownica, ale ćśś, jest klimacik), szanowni państwo, Samara Phantom, królowa Felixa! Dziewczyna, która po utracie pamięci dowiaduje się, że należy do społeczności Cieni, zabójców z nadprzyrodzonymi umiejętnościami. Ba, nie tylko się dowiaduje, ale też musi dołączyć do tej grupy mrocznych morderców, żyjących w Cienistej Metropolii i nauczyć się zabijać. W prawym narożniku, po stronie anioła- Ian Avalone, członek Nietykalnych vel Szeptów, którzy od wieków walczą z Cieniami. Chłopak niezbyt pewny siebie, prześladowany w szkole, z kontuzją nogi. A do tego połączony dosyć nieoczywistą relację z bratem- jedną z największych szych Miasta Dźwięków.
Grę czas rozpocząć…

- (…) Zaczynajmy. Tylko nie oszukuj!
Demon wybuchnął śmiechem, odchylając głowę do tyłu.
- Ojej, aleś mnie rozbawił!
- Niby czym?
- Bo widzisz… już zostałeś oszukany!

Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie pomysł- zarówno na partyjkę szachów o ludzkie istnienia oraz dwie, walczące między sobą, niestandardowe społeczności. A te anioły i demony na szczęście nie zawładnęły pierwszym planem, chociaż miały istotną rolę w fabule (w końcu to gracze nią kierowali). Do tego zostały opisane w nieco ironiczny, prześmiewczy sposób. Przedstawienie Cieni i Nietykalnych było naprawdę zacne, szkoda tylko, że cała uwaga skupiła się na tych pierwszych. Owszem, zabójcy byli całkiem interesujący (chociaż okrucieństwo tej społeczności, te wszystkie patologie i morderstwa, które tam się działy… masakra! No i dyskryminacja oraz podłe traktowanie czarodziejów. Tak nie wolno, rasiści jedni! No dobrze, żartuję. To w sumie zaplusowało, bo było niestandardowe- rzadko główni bohaterowie robią złe rzeczy. A szkoda, to zawsze intrygujące wątki), Cienista Metropolia miała klimacik i w ogóle, ale żałowałam, że nie pozwolono mi głębiej poznać świata Szeptów.
Momentami jednak odczuwałam podobieństwo do innych pozycji- zwłaszcza serii o Harrym Potterze i „Darach anioła”. Przykładowo sceny w akademiach dla Cieni i Szeptów,  przypominały mi Hogwart.
Ale mimo wszystko, światy zostały wykreowane ze sporą wyobraźnią, a do tego tak pięknie opisane, że naprawdę czułam się tak, jakbym tam była, więc to mi się bardzo podobało. Wczułam się, że tak powiem. Owszem, pojawiały się nielogiczności, ale jakoś nie raziło to aż tak.

Styl może nie był wybitny, w końcu „Międzypiekle” stworzyła osoba bardzo młoda, ale ku mojemu zaskoczeniu, naprawdę przypadł mi do gustu- barwny, lekki, nieco sarkastyczny, taki swobodny. Owszem, niektóre fragmenty wydawały się nieco wymuszone, ale i tak jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak autorka swobodnie pisze, będąc tak młodą dziewczyną. Dodajmy do tego ironiczne poczucie humoru (które darzę wielką miłością).


Znowu nie umiem się nie bać.


Bohaterowie… polubiłam większość z nich, zostali naprawdę fajnie (Pola i wielki zasób mądrych słów) wykreowani- są tacy nieoczywiści. Protagonistka, Samara, czasem może irytowała (zwyczajowo lekka ciapa, pakowała się w kłopoty i miała niskie poczucie własnej wartości), ale ogólnie była w porządku, całkiem sympatyczna. Ku mej ogromnej radości, nie wpakowała się w żaden romans, a co gorsza, trójkącik miłosny (ile można trójkącików?!). Hurra!
Wielkie, ale to wielkie wrażenie zrobiła na mnie relacja Iana i Mishy, dwóch braci. Taka… nieoczywista i niepokojąca. To był w sumie taki psychologiczny, głębszy wątek.  Karcianego Shaddy’ego również całkiem polubiłam. Dialogi, które toczyli między sobą bohaterowie były, przynajmniej dla mnie, dosyć naturalne, a do tego ironiczne, cięte i zabawne. Sakramencko dobre, jak to mawia Matt, jeden z bohaterów.
Wrażliwszych uprzedzam, że można napotkać sporo wulgaryzmów. Mi to akurat nie przeszkadzało i w sumie pasowało do charakteru postaci.

Oczywiście książka nie jest bez wad- momentami występuje lanie wody, czasem coś zgrzyta w stylu i fabule, niektóre sceny oraz opisy (np.walk) wydają się naiwne oraz nieprawdopodobne. No i przedstawienie głównie jednej strony pojedynku mi się nie spodobało (chcę więcej Mishy i Iana!). Szkoda też, że fabuła, główna intryga (nie wiem nawet, czy można to tak nazwać) nie została jakoś bardzo rozwinięta. „Pierwszy ruch”, jak sama nazwa wskazuje, wydaje się takim wstępem. Długim i nieco rozdmuchanym, ale wstępem. Jednak minęły trzy lata od premiery i zastanawiam się, czy kolejna część będzie. W każdym razie, do tej pory ani widu, ani słychu. A szkoda, bo jestem ciekawa, co będzie dalej, a chyba się nie dowiem…

Pomimo nieograniczonego potencjału ludzie pozwolą wmówić sobie wszystko. Nawet to, że są słabi. I są.

Jednak przyznam szczerze, że „Międzypiekle. Pierwszy ruch” bardzo mi się podobało, spędziłam przyjemny czas. Nie jest to specjalnie wymagająca lektura, nie powala na kolana, ale mimo wszystko nazwałabym ją całkiem zacną. Mam cichą nadzieję, że będzie mi dane przeczytać coś innego, co napisała pani Nikolina Rudol, bo przypadł mi do gustu jej styl. A teraz, gdy jest pewnie jeszcze bardziej dojrzała literacko, naprawdę chętnie sięgnęłabym po coś jej pióra.
 No i chylę czoła, że stworzyła powieść w tak młodym wieku. A do tego dobrą, przemyślaną i z zacnymi bohaterami.

Ocena końcowa: 6,5/10 

***

Przechodzimy teraz, trochę niezgrabnie, bo trochę niezgrabnie, do nominacji, za którą pięknie dziękuję  Fobos.
No to jedziem. 

1. Jesteś umysłem ścisłym, czy humanistycznym? A może artystycznym?
Zdecydowanie humanistycznym. 

2. Co byś zrobiła, gdyby nagle wybuchł wulkan pod Yellowstone, a ty byłabyś w Ameryce, a chmura pyłu zmierzała w twoją stronę? (tak, tak, oglądałam ostatnio 2012)
Szczerze, to nie mam pojęcia, co zrobić w tak niekomfortowej sytuacji jak wybuch wulkanu, chyba nikt z szarych obywateli nie wie.
Ha! Co za szczęście więc, że przezorne Hollywood postanowiło wydobyć świat z mrocznej niewiedzy, tworząc takie filmy katastrofalne. Uff, co za ulga! Biorę więc przykład z bohaterów tych dzieł kinematografii- wsiadam w moje wypasione auto i uciekam nim przed ową chmurą pyłu, zręcznie omijając przeszkody w rodzaju lawy, szczelin w ziemi i innych tego typu rzeczy,  po drodze ratując kogo się da. 
Och, no i tak, świat też przy okazji ocalę. A co. 

3. Wolałabyś autograf swojego ulubionego pisarza, czy aktora/piosenkarza/reżysera itp. ?
Zdecydowanie pisarza. Marzą mi się autografy od Ricka Riordana i Olgi Gromyko. No dobrze, i jeszcze od kilku(dziesięciu) autorów. 


4. Jaki jest sens w powieściach o miłości?
Taki, że miłość to nieodłączny element życia ludzkiego, a do tego marzenie wielu osób. Powieści o miłości mogą wprowadzić w optymistyczny, romantyczny nastrój, zapewnić rozrywkę. A jeśli nie są przekombinowane czy nierealne, to pokazać nam część rzeczywistości. 

5. Jak się nazywa Twój ulubiony polski film?
Lubię stare, polskie filmy. Do moich faworytów należą ,,Popiół i diament", ,,Giuseppe w Warszawie" i ,,Miś". Podobały mi się również bardzo ,,Zaklęte rewiry" i ,,Rękopis znaleziony w Saragossie". Ze współczesnych do gustu przypadli mi ,,Bogowie", a także oscarowa ,,Ida" (głównie ze względu na niesamowity klimat i piękne zdjęcia).
No i dobra- ,,Listy do M."też były całkiem-całkiem, daleko im od poziomu ,,To właśnie miłość", a jeszcze dalej od kina ambitnego, ale ogląda się naprawdę przyjemnie.
 
Tutaj Zbyszek Cybulski w ,,Popiele i diamencie". Film genialny i przezacny.

6. Zrobiłabyś sobie w przyszłości tatuaż? Jeśli tak, to jaki?
 Raczej nie. W końcu coś takiego zostaje na zawsze. Ale jeśli (w końcu nie wiadomo, jak się los potoczy), to chciałabym, żeby był mały i estetyczny, np. takie niewielkie piórko albo jakiś napis.

7. Jakiego gatunku zwierząt się boisz?
Chyba żadnego. To znaczy, gdyby przedstawiciel jakiegoś gatunku, przykładowo jakaś wściekła wiewiórka (może nawet burunduk, którego niektórzy pewnie pamiętają- małe toto takie, słodkie, a kto wie, co się w tym małym łebku czai), rzuciłby się na mnie, to pewnie bym się bała.  

8. Wolisz chemię, czy biologię?
Biologię, wydaje mi się po prostu ciekawsza. Zwłaszcza organizm ludzki jest dla mnie interesujący- fascynuje mnie to, że wszystko funkcjonuje właściwie idealnie. Trochę jak maszyna.
A tak przy okazji, to do końca życia będę pamiętała przerażenie na twarzy mojego kolegi podczas omawiania miesiączki... 

9. Wiesz już, co chcesz robić w przyszłości?

 Być szczęśliwa!
Jeśli chodzi o zawód, to nie wiem. Najchętniej wykonywałabym taki związany z literaturą i pisaniem, czyli rzeczami, które mnie pasjonują. Chciałabym bowiem robić coś, co mnie uszczęśliwia. Idealistyczne dosyć to podejście, ale będę dążyła do tego, aby się udało.

grafika unicorn, tangled, and disney
 Źródło
Ta scena z ,,Zaplątanych" była cudownie rozwalająca... Każdego coś uszczęśliwia. Dlaczego nie miałaby to być kolekcja jednorożców?

10. Chciałabyś umieć jeździć na motorze?
Kiedyś było to moje marzenie, teraz... niekoniecznie. Chociaż kto wie, kto wie. Kiedyś miałam przyjemność jechania na motorze (oczywiście nie jako kierowca) i cóż... uczucie było niesamowite.

11. Lubiłaś Witch?
Taaak! Namiętnie kupowałam gazetki! Serialu nie oglądałam (może fragment jednego odcinka i to niedawno, w ramach przeglądu bajek dla dzieci i prokrastynacji. Dziwne toto było, jakoś nie przypadło mi do gustu...), za to te krótkie komiksy czytałam bardzo chętnie. Miałam nawet jeden komiks w całości. Lubiłam to, zacna rzecz!

Przepraszam, ale nikogo nie nominuję, ponieważ nie chce mi się (jak zwykle) wymyślać pytań. 

***
Wiem, wiem, cytat w tytule wydaje się wyjątkowo oklepany i niby oczywisty. No właśnie, niby to dobre słowo. Jak się okazuje, wcale taki oczywisty nie jest, bo ludzkość jakaś niezbyt jest skłonna do miłowania się wzajemnie... 
Wczoraj był Dzień Niepodległości- piękna data, powód do świętowania, rocznica odzyskania wolności. Szkoda tylko, że wtedy wychodzą tematy takie jak rasizm, homofobia, ksenofobia i nacjonalizm, z którym niestety w Polsce jest problem. Patriotyzm jest dobry, ale nacjonalizm i nienawiść w stosunku do innych narodowości już nie. Tak samo jak wybielanie Polaków- halo, nie jesteśmy idealni, nieważne, jak bardzo będziemy zaprzeczyć,  faktów historycznych nie zmienimy!
 Ale dobrze, nieważne, bo zbaczam tematu. Zmierzam do tego, że nienawiść i agresja, którymi tacy rzekomi ,,patrioci" epatują, są po prostu... złe. Bo gdzie tu ta miłość do bliźniego? Nie jesteśmy jedyni na świecie, a dla mnie odmienność ludzi, ta mnogość rozmaitych kultur, spojrzeń, wyglądów i dokonań jest niesamowita, piękna. Dlatego nie ma sensu izolować się czy wyrażać swoją pogardę dla innych. Jako osoba wierząca myślę, że Bóg kocha nas tak samo, niezależnie od koloru skóry, płci, orientacji seksualnej czy miejsca urodzenia. I wszyscy jesteśmy bliźnimi (dobrze odmieniłam?), którym przyszło żyć na jednej planecie. Tak więc nie utrudniajmy sobie życia i nie walczmy między sobą, tylko zaakceptujmy swą odmienność i miłujmy innych tak, jak siebie.
Och, normalnie głęboko się zrobiło.
A co Wy o tym myślicie?

Trzymajcie się ciepło,
Pola


niedziela, 1 listopada 2015

,,Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości" (Mt 5,6)

 Ostatnimi czasy doszłam do wniosku, dosyć oczywistego, acz smutnego, że dawno nie było na tym blogu żadnej recenzji. Okazja do zmienienia tej sytuacji nadarzyła się szybko, ponieważ przeczytałam ostatnio dwie pozycje stanowczo warte ocenienia. Zastanawiałam się, którą wybrać, na szczęście nie jakoś długo- pomogła mi w tym  Tutti (dziękuję!), radząc, żebym napisała dwie recenzje. Do tego dochodzą dwie nominacje do Liebster Blog Award. Dlatego też uznałam, że w tym poście będzie jedna opinia i jedna nominacja, a w kolejnym druga opinia i druga nominacja. No czyż ja nie jestem mądra? (nie, nie jestem, ale ćśś)
Tak, teraz jest ta chwila, w której można klaskać. 
No to jedziemy z koksem, a dokładniej z ,,Mieczem lata" Ricka Riordana (wydawnictwo Galeria Książki).



Większość ze stałych czytelników dobrze wie, że Riordan należy do moich ulubionych autorów (ostatnio wprawdzie spadł w mym osobistym rankingu, ale i tak go lubię). Owszem, jego książki to młodzieżówki, jednak moim zdaniem są  naprawdę zacne. No i nie ukrywam- mam do twórczości tego pisarza niesamowity sentyment, bo wiążą się z nią różne ważne dla mnie wspomnienia (i to w sumie chyba odgrywa najważniejszą rolę w moim stosunku do twórczości tego pana).  Dlatego też nic dziwnego, że na najnowszą powieść „Miecz lata” czekałam z utęsknieniem. Zwłaszcza, że na scenę miał wkroczyć nowy bohater i nowa mitologia, a ja już szczerze mam dosyć Percy’ego i spółki (Ile można?! Ma wyjść jeszcze kolejna seria z greckimi i rzymskimi półbogami. Panie Riordan, czy pan trochę nie przegina? Może tak coś nowego?...). 
Mimo tego, że starzy bohaterowie również pojawiają się w przygodach Magnusa Chase’a i tak ta seria wydawała się powiewem swego rodzaju świeżości... (wielki comeback budujących napięcie wielokropków!).

Ale zacznijmy od początku, a dokładniej od krótkiego opisu fabuły.
Magnus Chase od dwóch lat jest bezdomnym i żyje na ulicach Bostonu. Od dwóch lat, czyli od tragicznej śmierci matki, którą zabiły wilki. Chłopakowi przez ten czas udawało się uciekać przed policją i kuratorami, ale pewnego (niezbyt) pięknego dnia znajduje go wuj Randolph- osoba, przed którą ostrzegała go mama. I chyba słusznie, bo krewny zamiast wylewać łzy radości z powodu szczęśliwie odnalezionego siostrzeńca, zaczyna bredzić coś o nordyckiej mitologii, skandynawskiej historii, tajemniczej broni i ojcu Magnusa- rzekomo bogu (nie powiem jakim, niedoczekanie Wasze!). Nasz protagonista nie ma jednak czasu, żeby poukładać to sobie w głowie albo chociaż zadzwonić do wariatkowa, bowiem nie wiadomo skąd atakuje go (i przy okazji wszystkich ludzi wokół) ognisty olbrzym, który na celowniku ma konkretnie pechowego nastolatka.  
„Czasami jedynym sposobem na rozpoczęcie nowego życia jest… śmierć”- widnieje z tyłu okładki.
Taaak… tylko pytanie: co właściwie czeka po tej śmierci?

Pewna podpowiedź w kwestii przeznaczenia, Magnusie: nawet, jeśli nie jesteśmy w stanie zmienić ogólnego obrazu, nasze wybory mogą zmienić szczegóły. W ten sposób buntujemy się przeciwko losowi, w ten sposób zostawiamy ślad. Co ty wybierzesz?

Ogólny schemat może troszkę przywodzić na myśl „Złodzieja pioruna”. Szczerze? Trochę podobnie jest.  Na szczęście jednak fabuła została inaczej poprowadzona, a w wielu momentach jest świeżo i zaskakująco.
 I wiecie co? Ośmieliłabym się stwierdzić, że „Miecz lata” jest jedną z najlepszych książek, które Riordan do tej pory napisał i w niektórych aspektach nawet przebija poprzednie.
Oczywiście jak zwykle mamy pędzącą sprintem akcję, firmowe poczucie humoru i niesamowite przedstawienie mitologii we współczesnych realiach- zawsze jestem wręcz oczarowana wyobraźnią autora i temu, jak konstruuje swój świat, w którym mity mieszają się z naszymi czasami. Heh, nigdy już nie spojrzę na niektórych bogów tak samo…
Jak na powieść pana Riordana, książka wydawała mi się nieco brutalna. To znaczy, nie było tam drastycznych scen, ani nic, ale mówię: jak na wujka Ricka, to jednak zrobiło się krwawiej i poważniej. Tak dojrzalej (oczywiście porównując do poprzednich książek). Co moim zdaniem zdecydowanie działa na plus i bardzo mi się podobało. Dodajmy do tego dosyć tragiczny wątek Magnusa oraz jego rozterki moralne. Jest taka scena, w której chłopak rozmawia z Hel. I ten fragment jakoś tak mnie szczególnie poruszył.
No właśnie, właśnie! Bardzo przypadł mi do gustu główny bohater, a zarazem narrator, czyli nasz młody Chase. Serio, lubię gościa. Magnus ma niesamowite, bardzo sarkastyczne poczucie humoru, jest też inteligentny (no dobra, zdarzały mu się głupawe teksty, ale to w sumie dodaje mu uroku i chroni przed byciem męską Mary Sue), cwany, sprytny i mnóstwo w życiu przeszedł. Aż się chciało biedaka przytulić. No i lubi czytać (plus sto do fajności!). Podobał mi się też wątek z tą jego boską stroną i tym, co się z nią wiąże. Bo jest to bardzo nietypowe, przynajmniej dla mnie. Aaaach, tak mnie korci, żeby podle zaspojlerować... 

Przykro mi, jeśli obraża to wasze poczucie dobra i zła.
Och, zaraz. Nie, wcale nie jest mi przykro.

Jak już jesteśmy przy bohaterach, to niektórzy absolutnie podbili moje serducho- byli pełnokrwiści i intrygujący. Zwłaszcza Hearthstone (uwielbiam go, no po prostu uwielbiam! Jest cudowny) i Loki (drań z niego jak cholera, a ja lubię drani, zwłaszcza takich nieoczywistych). No dobrze, Blitza i Samirę też całkiem polubiłam. I Jacka. Ha, Jack był mocny.
Postacie więc były absolutnie genialne, tak samo jak dialogi, które toczyły między sobą. Cięte, ironiczne, zabawne- idealne.
Pewnie niektórzy skojarzyli już nazwisko Magnusa z Annabeth Chase, czyli postacią z „Percy’ego Jacksona i bogów olimpijskich” oraz ,,Olimpijskich herosów”. Powiadam więc, że dobrze skojarzyli.
Jednak osoba ze mnie wybredna i czepliwa, więc  pierwszy tom „Magnusa Chase’a i bogów Asgardu” nie wydał mi się perfekcyjny, wręcz przeciwnie. Momentami było naiwnie i to nawet bardzo. No dobrze, wiem, że to młodzieżówka. Ale jak wspomniałam, jestem czepliwa i ta naiwność mi się nie podobała.  Poza tym, niektóre sceny wydawały mi się mocno sztywne i nienaturalne, a efektowne walki nieprawdopodobne. W pewnych momentach akcja tak przyspieszała, że niektóre fragmenty robiły na mnie wrażenie pisanych na szybko i przez to trochę traciły. Dodajmy do tego widoczne podobieństwo do poprzednich książek, chociaż jak pisałam wcześniej, nie jakieś rażące (ale jednak!).

Jednak tak jak wspominałam- „Miecz lata” to powieść dla młodzieży, logiczne więc, że nie jest  wybitna. Za to ma mnóstwo akcji, humoru, mitologii, barwnych bohaterów i ironii, a czyta się ją błyskawicznie. Nie ukrywam, że bardzo, ale to bardzo mi się podobała i dosłownie nie mogłam się oderwać (siłą mnie trzeba było odklejać!)
No i cóż... teraz pozostaje mi tylko odliczać dni do premiery drugiego tomu.

- (…) Niemniej mam wrażenie, że pakujemy się tu w pułapkę.
- Ręka do góry – powiedziałem do przyjaciół – jeśli kogokolwiek to dziwi.
Nikt nie podniósł ręki.

Ocena końcowa: -9/10

Jak już kiedyś pisałam, próbowałam swoich sił w amatorskim tłumaczeniu pierwszego rozdziału ,,Miecza lata", więc mogłam porównać mój przekład z tym oficjalnym. W niektórych fragmentach byłam całkiem blisko, ale oczywiście mojemu tłumaczeniu daleko, łoj, daleko od tego profesjonalnego:D Ale liczy się zabawa, a bawiłam się naprawdę dobrze. Pierwsze koty za płoty! 
Poniżej wklejam fragmenciki dla porównania. Oryginał możecie znaleźć TU

Moje tłumaczenie:
 Dzień dobry! Dzisiaj zginiesz.
 Tak, wiem. Teraz przeczytacie o tym, jak umierałem w agonii i powiecie: ,,Wow! To brzmi świetnie, Magnus! Też mogę umrzeć w agonii?
Nie. Po prostu nie.
Nie idźcie skakać z żadnych dachów. Nie wbiegajcie na autostradę ani nie podpalajcie się. To tak nie działa. Nie skończycie tam, gdzie ja skończyłem.
Poza tym, nie chcielibyście znaleźć się w mojej sytuacji. Jeśli nie macie pokręconych pragnień zobaczenia nieumarłych wojowników rąbiących się nawzajem na kawałki, latających meczy odcinających nosy gigantów oraz mrocznych elfów w wystrzałowych strojach, nie powinniście nawet myśleć o znalezieniu wrót z głową wilka.
Nazywam się Magnus Chase. Mam szesnaście lat. A to jest historia o tym, jak moje życie legło w gruzach po tym, jak umarłem.
 
Tłumaczenie oficjalne (Agnieszki Fulińskiej):
Dzień dobry, czas umierać!
Tak, wiem. Będziecie czytać o tym, jak umierałem w męczarniach, i wykrzykiwać: ,,Rany! Nieźle to brzmi, Magnus! Mogę też umrzeć w męczarniach?".
 Nie. Po prostu nie.
Nie skaczcie z żadnych dachów. Nie wbiegajcie na autostradę, nie podpalajcie się. To tak nie działa. Nie skończycie tam, gdzie ja.
A poza tym wcale nie macie ochoty znaleźć się w mojej sytuacji. Jeśli nie jesteście na tyle szaleni, żeby chcieć oglądać nieumarłych wojowników rozwalających się wzajemnie w drobny mak, miecze uderzające olbrzymy w nosy, mroczne elfy w modnych ciuchach, nie powinniście nawet rozważać poszukiwania bramy z głową wilka.
Nazywam się Magnus Chase. Mam szesnaście lat. Oto opowieść o tym, jak moje życie stało się jeszcze gorsze, od kiedy dałem się zabić.


***

Teraz czas na LBA, a konkretniej na pytania od Jess, której oczywiście bardzo dziękuję za nominację.

1. Masz jakieś plany, postanowienia na nowy rok szkolny?
Chciałabym utrzymać moje oceny, z których jestem całkiem zadowolona i wolałabym, żeby jednak nie spadły (a biorąc pod uwagę ogrom sprawdzianów, jest to możliwe). Planuję spróbować swoich sił w kuratoryjnym z polskiego, a także olimpiadzie z angielskiego. Zapisałam się też na konkurs kuratoryjny z matmy (tak, zwariowałam), bynajmniej nie z przypuszczeniem, że uda mi się przejść, po prostu chciałabym zobaczyć, jak to wygląda i trochę się sprawdzić. No i poza tym, chcę skupić się na pisaniu i ogarnąć moją literacką tfurczość, która jak już wiemy, przechodzi lekki kryzys.

2. Czy jest coś, co chciałabyś w sobie zmienić?
Chciałabym mniej przejmować się wszystkim. Nie być aż tak nadwrażliwą, nieśmiałą osobą i złapać trochę dystansu do siebie. Niezbyt podoba mi się także mój głos (notabene, wiecie, że zawsze marzyłam, żeby umieć śpiewać? Heh, niby śpiewać każdy może, ale jednak mam litość dla szklanych przedmiotów w moim domu oraz uszu ludzi w pobliżu) , a do tego czasem mówię tak niewyraźnie i szybko, że ludzie nie mogą mnie zrozumieć.

3. Masz ulubionego/ną piosenkarza/piosenkarkę bądź zespół?
 A i owszem. Aktualnie są to 2cellos, Studio Accantus, Zaz, Fall Out Boy, Led Zeppelin, Postmodern Jukebox, Lindsey Stirling, Royal Blood. Chociaż głównie słucham nie po konkretnych wokalistach, a utworach, które mi się podobają.

4. Jakie filmy lubisz?
 Podobają mi się takie psychologiczne, dramatyczne, takie, które mnie poruszą. Lubię też filmy animowane (tak bardzo dojrzale), czasem też jakieś inteligentne filmy sensacyjne i komedie (byle nie debilne, bo tego nie mogę zdzierżyć). Do moich faworytów należą na przykład ,,Za wszelką cenę", ,,Giuseppe w Warszawie", ,,Popiół i diament", ,,Buntownik z wyboru", ,,Leon zawodowiec", ,,Strażnicy marzeń", ,,Wielka szóstka"...

5. Wolisz kino czy teatr? Dlaczego?
Uwielbiam teatr i jego magiczną atmosferę (to oglądanie aktorów na żywo- coś niesamowitego!), ale niestety nie chodzę do niego zbyt często. Kino również lubię, to świetne miejsce na wypady ze znajomymi i zobaczenie filmu w doskonałej jakości, na dużym ekranie. No dobra, nachosy i popcorn też robią swoje. 
Ale wybieram teatr, bo ta atmosfera jest absolutnie niepowtarzalna.

6. Ulubiony kraj, kultura?
No i tu mnie zagięłaś. Hmmm... interesują mnie kultura śródziemnomorska (ta sztuka, ta architektura, to dziedzictwo kulturowe!), angielska, słowiańska, japońska oraz innych państw azjatyckich.
7. Ulubiony przedmiot?
Jeśli chodzi o szkolny, to język polski. Jeśli zaś o taki materialny, to moje pióro (obecnie jakoś dziwnie pisze, chyba coś się stało ze stalówką, ale i tak je uwielbiam). 

8. Co chciałabyś dostać w prezencie (np. na urodziny)?
Głównie książki (między innymi ,,Podatek", ,,Zawód:wiedźma cz.2", ,,The Amazing Book Is Not On Fire"...) i... eee... książki. Dużo książek. 
Heh, jestem jednak monotematyczna.


grafika book, bookstore, and me 

9. Lubisz słuchać muzyki? Jeśli tak to najczęściej w jakich sytuacjach (przy pisaniu, czytaniu, uczeniu się itp.)?
Uwielbiam słuchać muzyki i robię to właściwie codziennie, bardzo często i w różnych sytuacjach. Często gdy ścielę łóżko. Zdarza mi się, że słucham muzyki gdy się uczę lub odrabiam lekcje, chyba, że naprawdę muszę się skupić. 

10. Masz jakieś zainteresowania? Jeśli tak, to jakie?
Literatura wszelaka, pisanie, mitologie świata (uwielbiam grecką, ale ostatnio zapoznaję się też z innymi), baśnie, fotografia, muzyka, filmy (zarówno fabularne, jak i animowane), koty, taniec.

11. Jest miejsce, do którego bardzo chciałabyś pojechać? Jeśli tak, to jakie?
Bardzo bym chciała pojechać do Londynu, Nowego Jorku, Drezna, Amsterdamu, Buenos Aires, Sewilli a także Portugalii i Szwecji. 

***
Sprawiedliwość. Rzecz, która od zawsze była rzeczą bardzo względną i miała problemy z funkcjonowaniem. Czym właściwie jest sprawiedliwość? Dla każdego to chyba znaczy coś innego. Dla mnie to równouprawnienie, brak dyskryminacji czy złego traktowania. Brak rasizmu, seksizmu i nienawiści. Brak niesprawiedliwych przywilejów dla elit i podziałów, a jednocześnie wyrozumiałość, indywidualne podejście i branie pod uwagę różnych okoliczności podczas wyroków. Ech, gdyby świat tak wyglądał... istna utopia.
A czym dla Was jest sprawiedliwość? 
(tak, tym razem refleksja w ramach wyzwania na końcu posta. Tak jakoś wyszło).

I to już jest koniec, moi drodzy! Pozwolę sobie jeszcze dodać obrazek od czapy.

 grafika batman, cat, and funny 

Trzymajcie się,
P. 

PS: Widzieliście zwiastun ,,Shadowhunters"? Czy tylko mi się chcę płakać, gdy go oglądam?