środa, 30 listopada 2016

Yozakura

...
Opowiadanie na Kreatywne Spojrzenie miało się nie pojawić.

Byłam absolutnie pewna, że się nie wyrobię, jednak jakimś magicznym sposobem - udało się. Chciałam nawet odpuścić, ale uznałam, że nie chcę marnować rozpoczętego tekstu, pomysłu i skończyłam to w ekspresowym tempie. I to nawet, gdy uznałam, że to, co do tej pory napisałam, do niczego się nie nadaje i zaczęłam wszystko od nowa, z zupełnie nową koncepcją i innym bohaterem, tylko tymi samymi wątkami - alchemią, jakąś bardzo cenną substancją i japońską tradycją oglądania kwitnących drzew wiśni, czyli Hanami (nawiasem mówiąc, naprawdę marzę, żeby kiedyś na to pojechać i zobaczyć tę legendarną sakurę, to musi być magiczny widok!).

Postanowiłam spróbować stworzyć coś opartego na niemalże samej akcji. Niektórzy z Was pewnie zauważyli zapewne, że moje opowiadania często cierpią na jej niedobór i opierają się głównie na dialogach i relacjach między bohaterami, więc proszę bardzo - oto moja próba napisania czegoś innego, gdzie jest dynamika, ,,scena walki" i w ogóle. Taki eksperyment. Nie jestem pewna, czy udany, ale zobaczymy. Trzeba w końcu ćwiczyć warsztat i próbować nowych rzeczy.
Nawet dialogu jest mało. Co się dzieje w ogóle.  

Wyzwanie na ten miesiąc to: wojna, Japonia, cień.

Podczas czytana posłuchajcie sobie tego, pasuje do opowiadania, a tak poza tym po prostu bardzo lubię to wykonanie. 

A ,,yozakura" oznacza po prostu wieczorne świętowanie Hanami, ,,nocną sakurę". 

Enjoy!



Yozakura



  
 Ktoś chciał mnie zabić.
Właściwie nie było to nic zaskakującego, biorąc pod uwagę, że od kilku miesięcy każdy z czternastu żyjących magów-alchemików marzył o wbiciu mi noża w plecy. Nie zmieniało to jednak faktu, że obecność oni w pokoju podrzędnego hotelu w Kyoto nie napawała mnie optymizmem.
Właśnie próbowałem dosięgnąć okna w łazience, balansując jedną nogą na sedesie, a drugą usiłując wspiąć się na parapet, kiedy rogaty demon dobijał się do zamkniętych drzwi. Skrzywiłem się, słysząc brzęk tłuczonego szkła. Kolejny hotel, w którym obsługa mnie znienawidzi.
Chociaż podejrzewałem, że po śmierci takie rzeczy tracą znaczenie.
Ze wszystkich metod, które do tej pory stosowano, żeby usunąć mnie z tego świata, ta była najbardziej efektowna, więc podejrzewałem, że za wysłanie oni odpowiada zramolały Temby. Wcześniej już prawie odesłał mnie na tamten świat za pomocą kolejno: strzygi, harpii,  rusałki i olbrzyma. Odkąd go poznałem przed drugą wojną, tak gdzieś w trzydziestym czwartym, niezmiennie był zakochany we wszelkich diabelstwach z całego świata.
Serio? Czerwony, trzyoki, rogaty demon z mitologii japońskiej?
Jakże subtelne.
Rozległ się upiorny trzask. Pełen złych przeczuć odwróciłem wzrok od okna.
Oni wpadł na pomysł wykorzystania swoich imponujących rogów i jednym z nich przebił drzwi. Przez otwór ziały szerokie, uzębione usta demona w pełnej krasie.
Zakląłem i wytężając mięśnie, podciągnąłem się na parapet. W tym czasie diabeł rozerwał biedne drzwi na strzępy i przedostał się do łazienki.
Szarpnąłem gwałtownie za klamkę okna, ale oczywiście nie raczyła się ruszyć. Machnąłem ręką w stronę szyby, ale gest był zbyt niedbały i na szkle pojawiło się mało imponujące pęknięcie.
Mag, cholera. Mag od siedmiu boleści. Od czarów zawsze lepiej wychodziły mi eliksiry, ale chwilowo na niewiele mi się to mogło przydać.
Oni skierował na mnie spojrzenie czerwonych oczu.
W panice miotnąłem w niego pierwszym lepszym zaklęciem. Lewą ręką, bo prawą wciąż trzymałem na klamce. Efekt był łatwy do przewidzenia.
Oni ze zdumieniem zapatrzył się na swoją umięśnioną, szponiastą rękę, na której teraz zamiast włosów rosły niebieskie kwiatki.
Cholera, cholera, cholera.
Wykorzystałem chwilę nieuwagi demona i tym razem udało mi się sklecić dobre zaklęcie. Szyba rozbiła się w drobny mak i wyskoczyłem przez okno.
Planowałem złagodzić upadek, zatrzymując lecące ciało w powietrzu, ale w efekcie zatrzymałem się z bolesnym szarpnięciem i poleciałem prosto na chodnik. Usłyszałem brzęk tłuczonych flakonów  w jednej z licznych kieszeni kurtki.  
Nie zdążyłem nawet zakląć, gdy oni z zaskakującą jak na swoje rozmiary gracją wyskoczył przez okno. Czerwona skóra średnio komponowała się z niebieskim kwieciem.
Podniosłem się z ziemi i puściłem biegiem prosto w pogrążoną w ciemności uliczkę. 
Przyjeżdżając do Japonii trafiłem akurat na okres Hanami, zwyczaju oglądania kwitnących drzew wiśni. Tak więc gdy biegłem mrocznymi ulicami Kyoto, wokół mnie wirowały delikatne, pachnące płatki sakury, a w tle słyszałem odgłosy wieczornego świętowania Japończyków przy dango i sake. Z oddali jaśniały czerwone lampiony, nadając wszystkiemu upiorny, czerwony blask.
Nastrojowa atmosfera do ucieczki.
Pędziłem chodnikiem, czując, jak serce obija mi się o klatkę piersiową. Zacisnąłem palce na pakunku w kieszeni kurtki.
Od tego diabelstwa się zaczęło.
Gdy skręciłem, w latarnię, którą przed chwilą mijałem, wbił się szpon.
Przyspieszyłem, chociaż wydawało mi się, że zaraz wypluję płuca. Całe moje niespełna stuletnie życie przeleciało mi przed oczami.
Wypadłem z uliczki prosto na bardziej ruchliwą, oświetloną ulicę. Oni sapał gniewnie za moimi plecami. Przeleciałem jak strzała przez pasy, w ostatniej chwili unikając bliskiego kontaktu z samochodem. Ktoś krzyknął coś za mną po japońsku, ale zaraz urwał.
Chyba zobaczył, że goni mnie rogaty potwór, no ale sam nie wiem.
W pobliżu majaczyło wejście do parku. Pobiegłem w tamtą stronę, naiwnie licząc, że uda mi się zgubić demona wśród drzew.
Zapomniałem o cholernym Hanami.
Wszystkie drzewa zostały obwieszone lampionami. Przy rozstawionych stołach pod okwieconymi gałęziami siedziały tłumy świętujących Japończyków, pożerając ryżowe kulki dango.
Oni chyba nie spodobała się ta sielanka, bo ryknął z frustracją.
Rozległ się zbiorowy wrzask i ludzie jak jeden mąż rzucili się do ucieczki, porzucając plastikowe kubki, torebki i resztki jedzenia.
Zanurkowałem między stoły, omijając je slalomem. Diabeł bardziej praktycznie po prostu zrzucał je ze swojej drogi.  Lampiony na drzewach kołysały się niebezpiecznie.
Próbowałem przeskoczyć przez opuszczoną ławę, ale w efekcie oczywiście potknąłem się i przewróciłem na twarz. Oni zaryczał triumfalnie i odrzucił ostatni stół, który dzielił go ode mnie.
Wymacałem w kieszeni flakony, które udało mi się spakować, zanim uciekłem z hotelowego pokoju. W końcu znalazłem buteleczkę o dobrym kształcie.
Demon wyszczerzył do mnie zęby.
Po omacku odkorkowałem flakonik.
Oni wreszcie przestał dawkować napięcie i rzucił się w moim kierunku ze szponami.
Chlusnąłem mu eliksirem prosto w twarz. Potwór zawył w proteście, mając oczy zalane żrącą cieczą i zatrzymał się na ułamek sekundy.  
Tyle wystarczyło.
Zerwałem się na równe nogi i wskoczyłem na jedyny jako tako trzymający się stół. Spojrzałem w górę. Najniższa gałąź znajdowała się poza zasięgiem mojej ręki. Oczywiście. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni przekląłem swój mało imponujący wzrost.  
 Oni w tym czasie zdążył już w miarę się otrząsnąć, bo chwiejnie ruszył w moim kierunku.
Wbiłem wzrok w płonący lampion wiszący na drzewie i wyciągnąłem przed siebie rękę.
Proszę. Proszę, proszę, proszę.
Papierowa ozdoba zaczęła powoli zsuwać się z gałęzi. Zbyt wolno.
Czułem jak pot spływa mi po plecach. Zacisnąłem zęby.
Demon wydał z siebie gardłowy warkot i wykonał szybki ruch wciąż ozdobioną niebieskimi kwiatami ręką.
W tym samym momencie lampion leniwie zsunął się z gałęzi i zleciał prosto w moje dłonie.  
Zanim oni zdołał choćby mrugnąć, rozwaliłem mu latarnię na głowie.
Oblany łatwopalnym eliksirem, potwór zapłonął jak pochodnia. Wydał z siebie przerażający ryk bólu i zrobił ostatni krok po omacku w moją stronę. Zeskoczyłem ze stołu.
Oni zaczął tarzać się po trawie. Nic z tego. Eliksir sprawiał, że płomienia nie dało się ugasić i nie przenosił się na nic.
W tle usłyszałem wycie syreny, które pięknie komponowała się z odgłosami agonii demona. Odwróciłem się na pięcie i zanurzyłem między drzewa.
Cienie tańczyły na trawie, kiedy biegłem, potykając się o korzenie. Blask lampionów barwił różowe kwiaty na czerwono. Wydawało mi się, że pnie ścieśniają się, bo nagle czułem się jakbym przedzierał się przez las, a nie miejski park.
Zatrzymałem się gwałtownie.
Coś było bardzo nie tak.
Gałęzie na moich oczach zaczęły się trząść, zrzucając płatki kwiatów na ziemię i rosnąć gwałtownie. Zanim zdołałem zrobić chociaż krok, zarosły mi drogę ze wszystkich stron, zamykając w swego rodzaju klatce.
Upiorną ciszę przerwał irytująco wysoki, męski głos.
– Bardzo brzydko podpalać ginące gatunki.
Wzdrygnąłem się.
– Jeden z ostatnich egzemplarzy oni… wielka strata.
Temby.
Oczywiście.
– Jak niemiło cię widzieć, John. 
Temby wyłonił się z cienia. Różowe płatki osiadły mu na czarnym, długim płaszczu z dołem wyszywanym runami (ekhem, szpanerstwo ekhem). Zza brązowej brody, bez żadnej nitki siwizny, lśniły czarne oczy. Mag zbliżył się do mnie, błyskając białymi zębami w grymasie, który chyba miał być uśmiechem.   
– Nawzajem – powiedziałem szczerze.
Zacmokał.
– Ach, John… Nie wolno bawić się czymś, co przekracza nasze możliwości.
Cofnąłem się, ale trafiłem plecami na pień.
– I po co to wszystko, chłopcze? Dla jakiegoś… proszku?
„Jakiegoś proszku”. Ha, ha, ha.
Z powodu „jakiegoś proszku” wszyscy magowie wpadli w szał i porzucili swoje wygodne pracownie, ruszając moim śladem. Z powodu „jakiegoś proszku” ja, nawet nie stuletni, najmłodszy mag na świecie; samouk odkrywający zaklęcia na własną rękę, z którym nikt się nie liczył, po prostu szary nikt na samym końcu łańcucha pokarmowego, stałem się najbardziej poszukiwaną osobą w całym alchemicznym świecie. Z powodu „jakiegoś proszku” od kilku miesięcy błąkałem się po różnych kontynentach, uciekając przed kilkunastoma żądnymi mojej krwi, a przede wszystkim własności, czarownikami.
– I tak nie wiesz, jak tego użyć. Przyniesie ci to tylko problemy. – Głos alchemika był lepko słodki. Aż zbierało mi się na mdłości.
Parsknąłem pogardliwie. Miałem nadzieję, że pogardliwie, a nie histerycznie.
Znowu zostałem obdarzony upiornym uśmiechem.
– Jesteś za młody, żeby to zrozumieć.
Z perspektywy urodzonego jeszcze w średniowieczu Temby’ego rzeczywiście byłem gówniarzem. Podobnie jak w oczach wszystkich pozostałych, nieśmiertelnych świrów, którzy uznali, że nie zasługuję na taki dar. Że nie zasługuję na nic, bo jestem tylko młodym, kiepskim magiem i średnio zdolnym alchemikiem, który tylko bawił się w jakieś eksperymentalne, zbyt często wybuchające eliksiry.  
Nie zamierzałem oddać najcenniejszej substancji naszych czasów w ręce tego patetycznego durnia. Nie zamierzałem oddać jej nikomu.
Ja ją dostałem. To należało do mnie.         
Klucz do odnowienia straconego, największego osiągnięcia alchemii.  
Starte na proszek resztki zniszczonego przed wiekami kamienia filozoficznego, zawinięte w chusteczkę, znajdowały się w moich rękach.
Temby wyciągnął chudą, bladą dłoń
– Oddaj to John. A może zabiję cię szybciej, niż planowałem.
Dotknąłem zawiniątka z kamieniem w kieszeni. Rozejrzałem się kątem oka.
Drzewa. Rośliny.
Uciekając z hotelu, zabrałem tyle flakonów, ile mogłem, częściowo na zasadzie „najważniejsze”, ale w większości metodą „co stoi najbliżej”. To, czego szukałem, stanowiło spektakularnie nieudany efekt mojej ciężkiej pracy sprzed zaledwie kilku dni. Teoretycznie powinienem postawić to w widocznym miejscu, planując zająć się tym później, może wykorzystać do czegoś innego.
Teoretycznie.
Po chwili moje palce zaczęły po omacku błądzić po flakonikach.
– Kuszące, ale dzięki.
Druga kieszeń. Z trudem powstrzymałem syknięcie, natrafiając palcem na stłuczone szkło.
Temby uśmiechnął się. Stanowczo nie powinien tego robić.
– W takim razie będę cię zabijał powoli. Bardzo, bardzo powoli.
– Tak? – zapytałem z uprzejmym zainteresowaniem, starając się zyskać więcej czasu. Moja dłoń możliwie dyskretnie obmacywała kolejne z licznych kieszeni kurtki.  Znalazłem inny eliksir, który mógł mi się przydać.
Temby zachichotał. Jeszcze gorszy pomysł niż uśmiech.
– Właśnie tak.
Wreszcie palcami wyczułem plastikową buteleczkę. Skończyły mi się te ładne, szklane, więc użyłem tej po wodzie utlenionej. Odetchnąłem z ulgą.
Mag chyba wreszcie zauważył, że obmacuję się po kieszeniach, bo zmarszczył brwi.
– Co ty rob…
Wyjąłem pierwszy lepszy szklany flakon i cisnąłem w przeciwnika. Tysiąc lat chodzenia po świecie chyba miało fatalny wpływ na jego refleks, bo nawet nie zrobił uniku. Naczynie rozbiło się na jego czole i kleista, czarna substancja pociekła mu po twarzy, bulgocząc radośnie.
Wrzask był wyjątkowo niegodny poważnego maga.
Tymczasem odkorkowałem plastikową buteleczkę i wylałem na korzenie pobliskiego drzewa.
Kiedy pracowałem nad tym eliksirem, próbowałem zrobić coś, co przyspieszałoby wzrost roślin. Efekt był… no cóż.
Drzewo w natychmiastowym tempie poczerniało i zwiędło. Gałęzie splątane w klatkę zwiesiły się smutno, omdlałe.
Puściłem się biegiem, słysząc za sobą dzikie wrzaski Temby’ego. Nie zatrzymując się, wydobyłem kolejny flakon i wypiłem haustem resztkę niebieskawego płynu. Od razu poczułem, jak mięśnie się wzmacniają, a oddech wyrównuje. Nogi przyspieszyły gwałtownie.
Kolejny eliksir na zwiększenie siły w plecy.
– Poczekaj, gówniarzu! Tylko poczekaj!
Nie skorzystałem.  
Płatki sakury wirowały wokół mnie, gdy pędziłem przez ciemność. W oddali krzyki Temby’ego osiągały coraz wyższe rejestry.
– I tak cię znajdę!
Być może. Ale już nie w Japonii.
Gdzieś w oddali rozbrzmiał ostatni wściekły krzyk, a potem umilkł.



Zdjęcie: unsplash

piątek, 25 listopada 2016

Mamy rok 1815

Mamy rok 1815 i mówimy do przyszłości! 

Dzisiaj będzie o serialu. 
Na blogu pojawiały się już recenzje dłuższych produkcji (całe dwie, łał), jednak ta będzie wyjątkowa.
Dzisiaj będzie o serialu internetowym.
A dokładniej: o kostiumowym serialu internetowym w formie vlogów. Napomknę jeszcze, że to polska produkcja, a akcja toczy się w dziewiętnastowiecznej Anglii czasów Jane Austen.
Zaintrygowani? I słusznie. 

Znalezione obrazy dla zapytania 1815 vlog 

Mamy rok 1815. Clara Bradford to mieszkanka małego miasteczka Brightsand w Wielkiej Brytanii. Jej raczej monotonne życie na angielskiej prowincji zmienia się, gdy poznaje K. - tajemniczą podróżniczkę w czasie. Przybyszka z przyszłości daje Clarze magiczną machinę - kamerę, za pomocą której dziewczyna zaczyna nagrywać vlogi (czyli taki wizualny pamiętnik) o swoim życiu.

O serialu ,,1815vlog" po raz pierwszy usłyszałam, o ile się nie mylę, jakiś rok temu, kiedy powstał (premiera miała miejsce 1 października 2015 roku). Wtedy jednak na ,,usłyszeniu o nim" się skończyło i tytuł dość szybko wyleciał mi z głowy. Ostatnio jednak trafiłam na niego jeszcze raz - a to dlatego, że od niedawna bardzo interesuję się dziewiętnastym wiekiem, w tym strojami z tamtego okresu. W ten sposób napotkałam bloga dotyczącego mody historycznej o nazwie Domowa kostiumologia, którego autorką jest Karolina Żebrowska. Wraz z drugą Karoliną, Karoliną Nieckarz, postanowiły wprowadzić ideę seriali internetowych w formie vlogów na polski grunt i stworzyć własny. A z racji swoich zainteresowań dodały do tego historyczną oprawę, wraz z odpowiednią scenografią i kostiumami.

Moja przygoda z serialem po pierwszym odcinku zapowiadała się niepozornie. Obejrzałam nawet z zainteresowaniem, kliknęłam, żeby przejść do kolejnej części. Nawet fajna rzecz, spoko, ciekawy pomysł. Może zobaczę, co jest następne?
Po drugim odcinku stwierdziłam, że na pewno oglądam dalej. Po kilku następnych, że chyba wpadłam. Gdy dokończyłam sezon, wiedziałam już, że jestem zakochana. Dwa kolejne dosłownie pochłonęłam, a kiedy pojawiły się napisy końcowe w finale, nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę koniec.



,,1815vlog" ma trzy sezony po piętnaście odcinków - jeden epizod trwa gdzieś od dwóch do pięciu minut. Forma krótka, dość ascetyczna, ale absolutnie nieziemska. Pomysł, aby wręczyć damom z dziewiętnastego wieku kamerę i nakłonić je do prowadzenia vloga oraz opowiadania o swoim życiu jest absolutnie genialny. Zderzenie dwóch wieków poprzez paczki z przyszłości od K., które otwiera najlepsza przyjaciółka Clary, Rose, wypada przezabawnie i naprawdę uroczo.

Forma vloga nadaje historii bohaterów naturalności i autentyczności. Naprawdę czułam się tak, jakby te postacie istniały naprawdę i mówiły do mnie z przeszłości. No właśnie, postacie. Przed kamerą zasiada nie tylko Clara, ale również między innymi, jak wspominałam, jej przyjaciółka Rose, znajoma Christine, a także pewien tajemniczy dżentelmen, którego nazwiska nie zdradzę. Każdy bohater jest na swój sposób barwny i ciekawy, a do tego naprawdę dobrze zagrany (no dobra, może poza jedną, kiepsko zagraną jak dla mnie osobą, ale ta postać pojawia się na szczęście tylko raz i to chyba jedyny mniej udany epizod, który i tak był fajny). Między postaciami jest niesamowita chemia, a na ich relacjach właściwie opiera się fabuła. Serial cechuje naturalne, ironiczne, skrzące się poczucie humoru, a także żywe, przezabawne dialogi. I to chyba najbardziej mnie urzekło.

,,1815vlog" zawiera do tego żarty, postacie i intrygi rodem z powieści Jane Austen, które absolutnie uwielbiam. W jednym odcinku pojawia się zresztą małe cameo, które wszyscy fani angielskiej autorki na pewno wychwycą. Poza tym klimatu dodają stroje, które wyglądają jakby zostały żywcem wyjęte z tamtych czasów i prezentują się świetnie.


Fabuła naprawdę wciąga, a przede wszystkim zapewniła mi to, na czym zawsze mi najbardziej zależy - emocje. Trzymałam z całych sił kciuki za Clarę i Rose. Syczałam ze współczuciem, gdy coś nie układało się jak powinno. Kręciłam głową z potępieniem, gdy dowiadywałam się, że jeden z bohaterów zrobił coś naprawdę paskudnego. Chichotałam, gdy Rose odkrywała ,,małe lusterka" czy ,,przenośną orkiestrę" z naszych czasów. A przy finałowym odcinku z ust wyrwało mi się ,,Ooo!" i potem nie mogłam zetrzeć z twarzy rozanielonego, rozczulonego uśmiechu. 

Poza oglądaniem, można także czytać bloga podróżniczki w czasie (o tutaj), wejść na tumblra (tutaj, z niego pochodzą epickie gify), a nawet kupić koszulkę czy kubek z cytatem z serialu (o tu; oj chciałoby się taką koszulkę, oj chciało!). Więc są też takie miłe dodatki. 

  

W kilku słowach - zabawne, świeże, pełne wdzięku, oryginalne, urocze, a do tego zrobione z ogromem serducha i pasji. Jeśli podróżniczka w czasie postanowi wznowić swój projekt i kamera ponownie trafi do rąk Clary Bradford, będę pierwszą osobą, która rzuci się na czwarty sezon. 
No to co? Oglądamy? 

 


Źródło obrazka: klik
Źródło gifów: klik

piątek, 18 listopada 2016

W samo południe (Cykl Słowiański #3)

...
Uf. W końcu.

Szanowni państwo: z radością prezentuję opowiadanie ,,W samo południe", czyli kolejną część Cyklu Słowiańskiego!
Juhu czy coś.

W ogóle, jakieś, kurde, długie wyszło. W porównaniu do poprzednich opowiadań z serii. Tutaj pytanie do Was: wolicie takie dłuższe części, czy pocięte na krótsze? 
Aha. I wyjątkowo nie ma ani Hejdasza, ani Witusia, ani Sabinki. Ale spokojnie, w ciągu dalszym będą, oczywiście. 
Ach i jeszcze, mały edit. Opisane w opowiadaniu stworzenie oczywiście zaczerpnęłam ze słowiańskiej mitologii i znaczna większość jego cech z wierzeń tych pochodzi, jednak w niektórych drobnych elementach pozwoliłam sobie popuścić wodze fantazji. 

Poprzednie części znajdziecie tu: 


Żeby zrozumieć to opowiadanie, trzeba przeczytać poprzednie części, zwłaszcza ,,Sabinkę", bo ,,W samo południe" jest jej bezpośrednią kontynuacją (,,Kruchy lód" nie jest aż tak istotny, stanowi raczej wprowadzenie i dzieje się kilka miesięcy przed akcją rozegraną w ,,Sabince" i poniższym opowiadaniu; jednak też polecam przeczytać, bo pojawiają się powiązania, które warto znać).

Enjoy!



W samo południe


Piękne, soczyste przekleństwo rozbrzmiało w całej bibliotece, odbijając się od archaicznych komputerów, zgniłozielonych ścian, rykoszetem od odrapanych regałów i wreszcie docierając do czujnych uszu bibliotekarki.
– Ciiicho – wysyczała, świdrując mnie zabójczym wzrokiem zza turkusowych oprawek.
Miałam na końcu języka, że przecież, do cholery, jesteśmy tu tylko my, nie licząc upierdliwie brzęczącej muchy. Wiejska biblioteka latem przypominała pustelnię. W końcu jednak zrezygnowałam i wbiłam wzrok w komputer. Być może podświadomie liczyłam, że jeśli będę wpatrywać się w niego wystarczająco długo, zmienię treść właśnie wyświetlonego na ekranie maila.
Odkąd tajemnicza wiedźma o imieniu wciąż mi nieznanym (pośród tych wszystkich gróźb i żądań herbaty jakoś zapomniała się przedstawić) pozbawiła mnie Internetu i zasięgu, minął zaledwie jeden dzień. Próbowałam jeszcze wspiąć się na stary dąb w ogrodzie (nie polecam), a potem na pobliskie drzewa w lesie (nie polecam jeszcze bardziej) w poszukiwaniu choćby jednej kreski. Nie dało to żadnego efektu poza wypłoszeniem ptaków oraz dostarczenia rozrywki Sabince i Witusiowi, którzy z dołu oglądali moje popisy.
Skoro więc przyroda była przeciwko mnie, nie zwlekając, wsiadłam w zdezelowany, służbowy samochód i ruszyłam do pobliskiego miasteczka.
Lipki Mniejsze znajdowały się jakieś dwadzieścia minut autem od mojej stacji badawczej vel domu. Miejscowość tak mała, że znajdowała się tylko na najbardziej szczegółowych mapach. Składała się właściwie jedynie z domów, kościoła, cmentarza, sklepu oraz niewielkiej szkoły z biblioteką otwartą również latem.
Pojechałam do ostatniej lokalizacji, mając zamiar wysłać maila do Instytutu z wymienieniem gróźb wiedźmy i żądaniem natychmiastowej pomocy. Zanim jednak zdążyłam choćby zacząć, mym oczom ukazała się wiadomość od pracodawców. 
Wiadomość, która bynajmniej nie poprawiła mi samopoczucia.
… Z powodu tejże skargi anonimowego sąsiada, zmuszeni jesteśmy udzielić pani napomnienia…
Mail szczegółowo opisywał zarzuty zawarte w donosie „anonimowego sąsiada” – burzenie porządku, karygodny stosunek do mieszkańców pobliskich domów, brak kontroli nad niebezpiecznymi demonami i niewypełnianie obowiązków. Pod koniec Kisielowa (ani przez chwilę bowiem nie wątpiłam, kto za tym stoi) popuściła wodze fantazji, zarzucając mi jeszcze bestialskie niszczenie przyrody. Może widziała, jak wspinam się po drzewach w poszukiwaniu zasięgu. Wprawdzie musiałaby mnie obserwować przez wojskową lornetkę, ale na tym etapie już nic by mnie nie zdziwiło.
Mój szef drobiazgowo wyłożył wszystkie zarzuty, dokonał surowego napomnienia, a na koniec jeszcze przypomniał, że do tej pory nie wysłałam notatek z obserwacji życia codziennego bazyliszka.
Wpatrywałam się w ekran bezsilnie.
Niemal słyszałam, jak moja premia odjeżdża z piskiem opon.
Otrząsnęłam się i rozprostowałam z trzaskiem palce. Nieważne, co powypisywała Kisielowa, nie miałam zamiaru czekać bezczynnie, aż wyląduję z walizkami na progu.
Wysmarowałam wybitnie długiego maila, barwnie opisującego moją dramatyczną sytuację, dementującego pogłoski „anonimowych sąsiadów” i wreszcie żądającego natychmiastowego wsparcia w konflikcie z czarownicą.
Słowo „wiedźma” zwykle wywoływało w Instytucie panikę, więc liczyłam na aktywny odzew.
Gdy już uznałam, że mój mail w pełni oddaje grozę sytuacji, pełna samozadowolenia kliknęłam „wyślij”.
Pożegnałam się z przerażającą bibliotekarką, która rzuciła mi ostatnie złowrogie spojrzenie i położyła palec na karminowych ustach. Intensywna czerwień osobliwie kontrastowała z turkusowymi okularami.
Westchnęłam i wyszłam z biblioteki, prosto w duszne powietrze, jak przed burzą. W oddali kościelne dzwony wybiły dwunastą.
Wsiadłam do służbowego samochodu i z uczuciem zatrzasnęłam za sobą drzwi. Wdech-wydech. Próbowałam powtarzać sobie, że będzie dobrze, ale jakoś nie wierzyłam sama sobie.
Pokręciłam głową i przekręciłam kluczyk w stacyjce.
Zdążyłam przejechałam jakieś dziesięć minut, gdy z lasu wyskoczył człowiek i niemal wpadł mi pod koła.
Zahamowałam gwałtownie, mląc przekleństwo.
Mężczyzna, niczym niezrażony, podbiegł do drzwi od strony kierowcy.
Otworzyłam okno.
– Co pan wyprawia? – wypaliłam na dzień dobry.
Jakby na chwilę się zmieszał, ale po chwili odzyskał rezon.
– Pani jest z Instytutu? – zapytał, oddychając ciężko, jakby przed chwilą biegł.
Przyjrzałam mu się uważniej. Był na oko po pięćdziesiątce. Twarz pokrywały pierwsze zmarszczki, a włosy wystające spod czapki siwizna. Wymięta koszulka najwidoczniej pamiętała lepsze czasy.
– Tak – powiedziałam po chwili wahania. – O co chodzi?
– Potwora mam na polu! – rzekł z odpowiednią dawką dramatyzmu.
– Jakiego potwora? – zapytałam trzeźwo.
Znowu wyglądał na zakłopotanego.
– No… potwora!
– Jak wygląda potwór? – Zmieniłam taktykę.
– Taki stary, brzydki i pomarszczony – wysilił się mój rozmówca.  
Przez głowę przemknęło mi jakieś kilkadziesiąt gatunków spełniających te kryteria.
Rolnik chyba zobaczył moje wahanie, bo wykrzywił się dramatycznie. Miał rozszalały, a przy tym dziwnie nieobecny wzrok.
– Nie ma czasu, proszę pani – powiedział z odcieniem desperacji w głosie. – Już jednemu z chłopaków rękę złamała i prawie go udusiła, ale się wyrwał. Pojedzie pani ze mną?
Duszenie, łamanie kończyn…
Już chyba wiedziałam, kto dostał się na pole.
Przeszedł mnie dreszcz niezdrowej, zawodowej ekscytacji.
Skinęłam głową.
– Proszę wsiadać.
Mężczyzna odetchnął z ulgą i popędził na miejsce pasażera.
Ze słowotoku, który później nastąpił, z trudem zdołałam wydobyć wskazówki, jak dojechać do gospodarstwa, przewidywany czas drogi („tak z minutkę”) oraz nazwisko rolnika, który przedstawił się jako Antoni Karczewski. Resztę stanowiły rozpaczliwe żale na potwory, urzędników, polityków, naukowców i dzisiejsze okropne czasy, w których diabelstwa się lęgną po lasach i nawet nie można utłuc, bo od razu dziesięć lat więzienia za mordowanie ginących gatunków…
– Ja to nigdy, proszę pani, nie rozumiałem, co komu szkodzi. To nawet lepiej, jak strzyga zdechnie, nie będzie ludzi zabijać i straszyć… znaczy, ja rozumiem, przyrody nie można niszczyć – zmitygował się nagle, chyba przypominając sobie, z kim rozmawia. – Ale no wie pani. Czasem to aż się człowiek boi z domu wychodzić.
– Hm – mruknęłam, wciąż mając myśli zajęte istotą na polu. – A mógłby pan dokładniej opisać tego potwora? I jak w ogóle doszło do tego, że złamał jednemu z was… nogę?
– Rękę – uściślił pan Antoni. – No bo wie pani, my sobie pracowaliśmy na polu, jak co dzień. A tu nagle jeden z chłopaków wrzeszczy jak opętany. Więc biegniemy do niego i patrzymy, a tam potwór go bierze i chce dusić. Taki okropny, pomarszczony, jak stara baba, włosy potargane, tylko, że z zębami i pazurami. U boku taki straszny sierp miała i widziałem, przysięgam, że widziałem, jak sięgała, może głowę chciała uciąć, kto ją tam wie. No my w panikę, wie pani, jak człowiek widzi coś takiego, to aż skamieniały. Ale wtedy Miecio, to jest, proszę pani, mój syn, rzucił w niego, w sensie w potwora, nie chłopaka, tym co miał, znaczy się, telefonem. Trafił w głowę, bo wie pani, ma cela, ten mój syn. Potwora na chwilę oszołomiło i wtedy chłopaka puścił…
Rolnik zamilkł. Wjechaliśmy na leśną, pokrytą wybojami drogę i samochód podskakiwał radośnie na każdym pagórku.
– No i co dalej? – zapytałam zachęcająco.
– No jak to co dalej? – Mężczyzna był najwidoczniej zniesmaczony moim brakiem domyślności. - Zwialiśmy z pola. A potwór został. I telefon zresztą też. Żona kazała mi lecieć po panią, bo wszyscy wiedzą, że pani tu od rzeczy nadprzyrodzonych jest i ma licencję na zabijanie.
Z wrażenia prawie wjechałam w drzewo.
– Jaką licencję na zabijanie? – wykrztusiłam, w ostatniej chwili skręcając.
– No jak to – zdziwił się pan Antoni. – Przecież wszyscy mówią, że ma pani papiery, żeby jakby co ubić potwora, gdy zagraża okolicy. Prawda? – dodał na koniec, już z mniejszą pewnością.
Westchnęłam.
No tak. Znowu.
– Ktoś pana źle poinformował. Nie zabijam istot nadprzyrodzonych. Żadnych. Mogę ewentualnie wezwać służby specjalne z Instytutu, jeśli sytuacja jest szczególnie niebezpieczna.
– Jest – rzekł z przekonaniem pan Antoni.
– Zobaczymy – mruknęłam.
Zapadła bardzo niezręczna cisza. Pan Karczewski zerkał na mnie z mieszaniną podejrzliwości i rozczarowania.
Z jakiegoś powodu niektóre osoby uważały, że „specjalista od stworzeń nadprzyrodzonych” oznacza również jakiegoś pogromcę potworów, który broni przed nimi okolicę, a naukowcy z Instytutu strzegą ludzi przed demonami, duszkami, strzygami i rusałkami, trzymając je w ryzach.
Badacze nie chronili ludzi przed niebezpiecznymi gatunkami.
Badacze chronili istoty nadprzyrodzone przed morderczymi zapędami homo sapiens, zdobywając o nich jak najwięcej informacji oraz chroniąc przed wyginięciem i zapomnieniem.
Gdyby człowieka wcielano do kategorii niebezpieczeństwa, którymi posługiwano się w Instytucie, otrzymałby najwyższe A. 
No i na litość boską. Byłam naukowcem, a nie jakimś wiedźminem. Mogłabym co najwyżej wbić w gardło potwora długopis.
Ale cóż, opinia „tej od nadprzyrodzonego syfu” zawierała silne przekonanie, że zaradzę na każdy problem, z ramienia Instytutu pilnując pochowanych po lasach diabelstw. I tak, po części rzeczywiście moje obowiązki zawierały kontrolę sytuacji i utrzymanie pokoju między, jak to mawiał patetycznie mój szef, „dwoma światami”. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie miałam żadnej „licencji na zabijanie”, a istoty nadprzyrodzone, słysząc, że je „kontroluję”, zabiłyby mnie śmiechem.
Albo po prostu zabiły.
Moje ponure myśli brutalnie przerwała ręka pana Antoniego, która energicznie machała mi przed twarzą.
Wzdrygnęłam się gwałtownie i znowu z trudem uniknęłam bliskiego kontaktu z drzewem.
– To tu – oznajmił rolnik.
Dom, dosyć niewielki, stał na niewielkim wzniesieniu, otoczony trochę zapuszczonym ogrodem i swojskim, drewnianym płotem. Białe ściany obrastał bluszcz. Obok do granicy z lasem rozciągały się średniej wielkości pola, a gdzieś w oddali dostrzegałam zdezelowany traktor.
Zaparkowałam przy jakichś dziesięciu innych samochodach i paru rowerach. O płot opierały się dwa skutery.
– Czemu tyle tu ludzi? – zdziwiłam się.
Pan Antoni nie raczył odpowiedzieć.
Wysiedliśmy z auta. Dałam się zaprowadzić w kierunku pola. Powietrze wciąż było nieznośnie duszne i nieruchome.
Przy kłosach zboża dość szybko dostrzegliśmy właścicieli pojazdów.
Stało tam co najmniej dwadzieścioro ludzi, którzy z przejęciem gadali, wpatrując się w pole. Niektórzy pociągali wodę z butelki albo zimne piwo z puszek. Większość starszych albo w średnim wieku, ale dostrzegałam kilku młodych, umięśnionych chłopaków (pewnie tych, którzy pracowali na polu), a nawet trójkę dzieci. Wyglądało to bardziej jak piknik, niż zbiegowisko z powodu potwora.
– Przyjechałem – oznajmił wszem i wobec pan Antoni.
Grupa, pokaźna matrona odwróciła się w jego stronę i łypnęła znad postrzępionych, blond kosmyków. Jej wzrok mógł kruszyć skały. Zresztą podejrzewałam, że pięści też.
– Co tak długo? – warknęła.
Mąż aż skulił się w sobie.
– Przywiozłem panią z Instytutu, Marysiu.  
Zapadła cisza. Wszyscy wpatrywali się prosto we mnie.
– Dzień dobry – zaryzykowałam.
Marysia przejęła inicjatywę i podeszła, wyciągając do mnie rękę.
– Karczewska Maria – oznajmiła takim tonem, jakby ta informacja miała odmienić moje szare, nędzne życie.
– Wilk Anna – odpowiedziałam, czując się co najmniej idiotycznie.
Mogłabym przysiąc, że w moich biednych, zgniatanych w żelaznym uścisku Karczewskiej palcach, coś złowrogo chrupnęło.
– Potwora mamy na polu – oświadczyła przerażająca kobieta.
Dyskretnie obejrzałam zmiażdżoną dłoń.
– To już wiem. Pani mąż przekazał mi informacje.
– No i co pani myśli? – wyrwał się jakiś młokos.
Zerknęłam na niego z niezrozumieniem.
– Jaki to potwór, pani profesor? – doprecyzował.
Pani profesor!
Potarłam dłonią kark, próbując powstrzymać gwałtownie rosnące ego.
– Podejrzewam, a właściwie jestem pewna, że południca – powiedziałam, czując na sobie wzrok wszystkich zebranych. – Demon, który pojawia się na polach, w samo południe – doprecyzowałam, widząc niezrozumienie na niektórych twarzach. – Powstaje z kobiet zmarłych zaraz przed lub po ślubie. Dusi swoje ofiary, łamie kończyny, czego ponoć któryś z państwa doświadczył. Krąży po polach i zwykle szuka ofiar, ale poza swoim środowiskiem nie występuje.
Odetchnęłam głęboko, nie mogąc powstrzymać naukowego podniecenia. Południca na moim terenie! Praktycznie wymarły gatunek! Cholera, ale będzie raport! Dziwiło mnie tylko, że do tej pory nie została wykryta i zarejestrowana przez Instytut.
– No i zabija narzędziami rolniczymi – kontynuowałam w roztargnieniu. - Bywa, że zadaje zagadki. Taki nasz Sfinks trochę, tyle tylko, że w bardziej upiornej wersji. Czasem porywa dzieci do wora. – Urwałam gwałtownie, widząc, że moja naukowa wyliczanka nie spotyka się ze zbyt ciepłym przyjęciem ze strony publiczności.
– A co z tymi dziećmi potem robi? – zapytała z żywym zainteresowaniem dziewczynka z długimi kitkami.
Odchrząknęłam.
– No... przeważnie… przeważnie to grzebie żywcem.
Dziewczynka zastanowiła się, po czym podjęła decyzję i wybuchła płaczem.
Jakaś kobieta przytuliła ją i posłała mi spojrzenie ewidentnie mające na celu wywiercenie mi dziury w czaszce.
Cóż, takt i kontakty międzyludzkie nigdy nie należały do moich najmocniejszych stron.
Nastroje drastycznie się zmieniły. Jeśli ludzie oczekiwali po prostu fajerwerków i taniej sensacji, to chyba właśnie się przeliczyli.
Karczewska Maria przejęła inicjatywę.
– Nieważne co to, ważne, że jest – huknęła stanowczo. - A my nie chcemy, żeby było. Może pani to wygonić?
– A gdzie to w ogóle jest? – zapytałam przytomnie.
– Gdzieś tam – kobieta machnęła na pole. – Raz się wynurzyła, poza tym to się chowa, może gdzieś znika, nie wiem. Ale gdzieś tam jest, nie wychodziła przecież. Tu wszyscy stoją i patrzą.
– Sposób przemieszczania się południcy nie jest aż tak prosty – mruknęłam.
Pani Karczewska rzuciła mi takie spojrzenie, że zamilkłam.
– Jest na polu – powtórzyła z naciskiem.
– Dobrze – zgodziłam się szybko.  
Zerknęłam na wspomniane pole. Kłosy były nieruchome. Ludzie wpatrywali się we mnie w ciszy i napięciu. Gdzieś w oddali zaskrzeczał ptak.
– No i co? – zniecierpliwiła się Marysia. – Będzie tu tak pani stać?
Spojrzałam na nią ze zdumieniem.
– A co mam zrobić?
– Wejść tam i zrobić porządek! – huknęła przerażająca matrona bojowo, jednoznacznym ruchem demonstrując, co według niej powinnam uczynić.
Z tłumu rozległy się głosy poparcia.
Uniosłam jedną dłoń, żeby ich uciszyć.
– Jeśli liczą państwo – odezwałam się, nieznacznie podnosząc głos, żeby przebić się przez powstały szum – że wejdę tam i zabiję południcę, to niestety muszę państwa rozczarować. Nie mam ani środków, ani pozwolenia na zabijanie stworzeń bez przyczyny.
No i na litość boską! Południca! Zagrożony gatunek! Jakieś kilkanaście egzemplarzy na całej słowiańszczyźnie! Sama myśl o choćby draśnięciu przedstawicielki wymierającego gatunku napawała mnie zgrozą. Po moim trupie.
Miałam tylko nadzieję, że nie dosłownie.
Wbrew moim zamiarom wywołało to jeszcze większą burzę.
– Bez przyczyny? – wykrztusił jakiś chłopak z niedowierzaniem. – Po Darusia lekarz przyjechał! To… to coś złamało mu rękę!
– Broniła swojego terytorium, poza nim nie atakuje. Nie ma ofiar śmierte… - zaczęłam.  
– Zaraz będą, jak nikt nic nie zrobi! – zawołał ktoś, od razu otrzymując okrzyki wsparcia.
Wszyscy zaczęli mówić jeden przez drugiego, gestykulując zamaszyście i niwelując moje szanse na przebicie się do zera.
– Południca nie atakuje poza polem… – spróbowałam po raz ostatni, rozsądnie postanawiając nie wspominać o tym, że najsilniejsze w postaci wiru powietrznego mogą przemieścić się na inne pole. – Jeśli nikt nie wejdzie na jej terytorium, sama nic nie zrobi, bo nie atakuje niesprowo…
Zostałam jednak zakrzyczana przez jakąś kobietę w jaskrawej, różowej bluzce, która piskliwym głosem zaczęła mi wyrzucać, co o mnie myśli. Dość szybko przestałam słuchać, co bynajmniej jej nie zniechęciło.
Przejechałam dłonią po włosach, targając je jeszcze bardziej. Przepisy były dość bezwzględne – istotę nadprzyrodzoną mogłam ewentualnie zabić jedynie w wypadku bezpośredniego zagrożenia życia, gdy bez wątpienia zaatakuje pierwsza, a i wtedy nakazywano inne rozwiązania. Mogłam też wezwać instytutowe komando, które jednak uznawano za środek wybitnie ostateczny i szczerze mówiąc, robili więcej zamieszania, niż naprawdę pomagali. Poza tym, byłam pewna, że południca nie atakuje niesprowokowana. Nie zamierzałam robić jej krzywdy.
Spojrzałam bezradnie w stronę pola i zamarłam.
Kłosy zaczęły delikatnie, miarowo falować.
– Eee… – odezwałam się niepewnie. – Proszę państwa?
„Państwo” jednak na dobre pogrążyło się w płomiennych dyskusjach. Gdzieś po lewej wybuchła kłótnia, a pan po prawej z nieco błędnym wzrokiem opróżniał piątą puszkę piwa.
Zboże kołysało się coraz szybciej, coraz gwałtowniej, szeleszcząc nieprzyjemnie. Powietrze stało nieruchomo.
Szum narastał stopniowo, aż w końcu był tak głośny, jakbyśmy stali nad morzem. Intensywny dźwięk nareszcie zwrócił uwagę zebranych, bo odwrócili się w stronę pola.
– O – zdążył ktoś wybąkać głupio.  
Na więcej słów zabrakło czasu, bowiem oto południca wyłoniła się ze zboża.
Ściślej mówiąc, wyłoniła się prosto przede mną.
Koścista, pokryta śniadą, pomarszczoną skórą postać wyszczerzyła zęby. A stanowczo miała co wyszczerzać. Jeden kieł mógłby z powodzeniem rywalizować o wielkość z moją dłonią. Jakby jeszcze było mało, efektu dopełniały pazury i przypasane do białej sukni jakby losowo wybrane narzędzia rolnicze i ogrodnicze.
Jeszcze nigdy sekator nie wydał mi się tak upiorny.
Wszyscy za moimi plecami zgodnie zrobili krok w tył.
Demony nigdy nie wychodziły, ani nie atakowały same z siebie – dopiero wtedy, kiedy ktoś wkroczył na ich terytorium, czyli w tym wypadku pole.
Ta południca chyba jednak o tym nie wiedziała.
Wpatrywała się we mnie żółtymi oczami znad splątanych, tłustych włosów. Jej wzrok był dziwnie zamglony, błędny. Hipnotyzujący. Stałam w bezruchu, na niebezpiecznie drżących kolanach. Przez głowę przelatywały mi wszystkie zdobyte o demonach informacje.
Nie ruszać się. Nie prowokować.
W tym momencie ktoś wrzasnął.
Południca jakby ocknęła się z transu i rzuciła się na mnie z zębami.
Na szczęście nagminnie opuszczane w szkole lekcje wuefu zrekompensowało krótkie szkolenie samoobrony w Instytucie. Zrobiłam gwałtowny unik, cudem unikając machnięcia pazurzastej łapy. Południca jednak ruszyła do dalszego natarcia, sięgając po złowieszczy sekator.
Nagle jednak zamarła w bezruchu, jakby zatrzymana czyjąś ręką. Jej wzrok ponownie się zamglił. Wydała z siebie zdławiony odgłos protestu i zmieniła się w powietrzny wir, który pognał w stronę lasu.
W stronę innego pola.
Odwróciłam się w stronę ludzi, jednak znakomita większość zdążyła rozsądnie ratować się ewakuacją. Tylko Antoni Karczewski stał nieruchomo i mierzył mnie spokojnym wzrokiem. Coś mnie tknęło.
Rolnik wybiegł z lasu. Jakby dokładnie znał miejsce, w którym pojawi się mój samochód.
Poczułam, jak ściska mnie w gardle.
– Skąd pan wiedział, gdzie mnie szukać? – odezwałam się powoli.
Mężczyzna odruchowo strzelił oczami w stronę jakiejś kobiety.
Młoda, ładna brunetka w długiej spódnicy, do tej pory stojąca na uboczu, westchnęła na poły ze zirytowaniem, na poły z rozbawieniem. Podeszła do nas wolnym krokiem, najwidoczniej napawając się napięciem. Wbiła we mnie intensywne spojrzenie niebieskich oczu i uśmiechnęła się powoli.  
– Dzień dobry, pani Aniu.
Poczułam, jak robi mi się zimno.
Wiedźma.
A jakże.
– Co… – zaczęłam, ale czarownica swoim zwyczajem przerwała mi wpół słowa.
– Pani Aniu, proszę się nie gniewać za to małe… przedstawienie. Nie pozostawiła mi pani wyboru.
– Słucham?
– Do tej pory wierzyłam w pani rozsądek. Jednak pani śmieszny upór sprawił, że byłam zmuszona poszukać innych metod. A ta urocza, infantylna wiadomość do Instytutu… – Wiedźma pokręciła głową z pobłażaniem, jakbym była nieznośnym, małym dzieckiem. – Rozczarowała mnie pani. Jednak jak już wspominałam, czuję do pani pewną sympatię, więc postanowiłam potraktować sprawę łagodnie. I skorzystać z drobnej pomocy.
Skinęła w stronę pana Karczewskiego, który wpatrywał się w nią spokojnym, trochę nieprzytomnym wzrokiem, jakby był pod wpływem zaklęcia.  Poczułam, jak przechodzi mnie dreszcz.
Południca wyglądała tak, jakby ktoś zmuszał ją do każdego kroku. Jakby ktoś cały czas ją kontrolował.
– Zaczarowała pani rolnika i demona? – wykrztusiłam.
Wiedźma wykonała nieokreślony gest.
– Nie lubi pani takich małych scenek? Odpowiednia dawka dramatyzmu, stale rosnące napięcie… a jaki efekt!
Westchnęła melancholijnie. 
– Badacz z Instytutu dopuścił, żeby demon zaatakował niewinnych ludzi? Pozwolił, aby ten przeniósł się na inne pola i dalej siał zamęt? Nie zarejestrował południcy na swoim terenie i nie zareagował w obliczu zagrożenia? – Czarownica z uśmiechem pokręciła głową. – Och, pani Aniu. Nie chciała pani stąd wyjechać? W takim razie oni sami panią wyrzucą.  
Żeby jeszcze wzmocnić efekt tych słów i zrobić na mnie jeszcze większe wrażenie, wiedźma roześmiała się cicho i wykorzystując swoją najwyraźniej ulubioną sztuczkę, rozpadła się w pył.
I cholera. Zadziałało.
 



Zdjęcie: Magdeleine