środa, 28 maja 2014

Viva Wawa

Hello!
Dziś, jak sam tytuł posta wskazuje, będzie o naszej stolicy. Dlaczego? Ano dlatego, że w sobotę byłam w Warszawie z rodzicami. Pojechałam tam na targi książek i wystawę Vivian Maier, którą pewnie pamiętacie z tej notki.
Wzięłam na tą jednodniową wycieczkę oczywiście mój nowy aparat. Kiedy robię zdjęcia, czuję się tak, jakbym urodziła się z lustrzanką w ręku! Fotek naprawdę zrobiłam sporo. Zaprezentuję tu niektóre. Wybitne na pewno nie są, w końcu jestem amatorką. Ale złymi też chyba nazwać ich nie można. Po prostu najczęściej "trzaskałam" na szybko, przemieszczając się z jednego miejsca do drugiego... Wiem też, że muszę na pewno popracować nad kadrowaniem.
Więc (kocham łamać regułę niezaczynania zdania od "więc")... zaczynamy!

Wypad do stolicy był fajny, tylko... strasznie męczący. Byliśmy na nogach od piątej do północy, co jednak odbiło się trochę na naszym samopoczuciu.
Śniadanie zjedliśmy w McDonaldzie. Składało się z produktów niezwykle zdrowych: kanapek, frytek i croissantów z czekoladą... Eee, raz można sobie pozwolić, nie?
Jechaliśmy w zasadzie krótko, bo cztery godziny... nie, cztery nie, raczej pięć. Z przerwami. Więc wcale nieźle.
Wprawdzie w Warszawie już byłam i to dwa razy, ale to miasto mnie zawsze zaskakuje, gdy do niego wjeżdżam... zacznijmy od tego, że nie jest na pewno tak zabytkowe jak Gdańsk. Składa się w większości z bloków i wieżowców. Więc po prostu jestem zawsze zaskoczona: "O, to jest już stolica?". Spodziewam się po prostu czegoś większego...
Niemniej jednak w naszej stolicy zawsze czuję się dobrze. Nie potrafię tego wyjaśnić... miasto nie jest tak piękne jak Gdańsk, który uwielbiam, niektóre miejsca są wręcz brzydkie, wokół tyle ludzi, samochodów... a mimo to czuję się tak, jakbym kiedyś tam mieszkała. I mam po prostu dobre samopoczucie. To kwestia poprzednich wcieleń??? Nie wiem...
Im głębiej wjeżdżaliśmy w Warszawę, tym było ciekawiej. Teraz to miasto wygląda w centrum tak naprawdę coraz lepiej. Coraz bardziej europejsko.

 Widoki zza samochodowej szyby. Fotki robione na szybko, niewyraźne... przykro mi:( Na pierwszym zdjęciu słynna palma, a na drugim "basen" narodowy.
 Pałac Kultury.
Ten budynek  nazywany jest "Szklanym żaglem". Nie mam pojęcia dlaczego, żagla mi to nie przypomina... raczej ścianę baru z opartą deską surfingową... a Wam co to przypomina???
Pierwszym punktem naszego programu była wystawa fotografii Vivian Maier, która odbywała się w Leica Gallery, na ulicy Mysiej 3. Trzeba przyznać, że inspirujące miejsce, z pięknymi dekoracjami, takie... twórcze. Widać, że stworzone przez ludzi zafascynowanych sztuką:) 
A wystawa?... mówiąc szczerze, spodziewałam się czegoś większego. Wprawdzie zdjęcia Maier na wystawie były piękne, oryginalne, klimatyczne i nieco przewrotne, czyli takie, jakie Vivian robiła (to za to ją tak kocham...), ale... jakieś takie... małe. I myślałam, że będzie ich więcej...
Ale mimo to bardzo mi się wystawa podobała. Oglądanie zdjęć nie trwało bardzo długo, ale jeszcze głębiej zakorzeniło we mnie przekonanie, że jednak ich autorka była prawdziwą artystką!




Po wizycie w galerii wsiedliśmy w nasz samochód i pojechaliśmy na stadion, gdzie miały odbywać się targi książki.
Ludzi było po prostu mnóstwo!
Chodząc między stoiskami rozmaitych wydawnictw- tych mniej i bardziej popularnych- musieliśmy przedzierać się przez dzikie tłumy. I tu muszę dodać, że gdy jestem w gęstej masie ludzi, wszyscy mnie dotykają, potykam się o nogi innych, to mam straszne wrażenie klaustrofobii. Więc to była ta zła strona. Czułam się nieco rozdrażniona i zagubiona. Wiecie, od razu pojawiają się myśli o stratowaniu przez tłum... Brr!
Za to same targi zostały zorganizowane świetnie! Spotkania z pisarzami (marzyłam o autografie od Rafała Kosika czy Beaty Pawlikowskiej, ale po pierwsze- nie wzięłam żadnych książek do podpisania, więc chyba musieliby podpisać mi się na brzuchu, a po drugie- dawali podpisy zbyt późno, musiałabym strasznie długo czekać), warsztaty, kąciki dla dzieci, oferty wielu wydawnictw, spotkania ze sztuką, wywiady ze znanymi ludźmi w środku stadionu-na takim podwyższeniu, konkursy, mnóstwo gier planszowych, komiksów i KSIĄŻEK! A przy książkach pełno ludu, więc bzdurą jest, że ludzie nie czytają! 
Tyle powieści, poezji, dramatów, opowiadań w jednym miejscu... to było cudowne! Tak, wiem, jestem książkowym maniakiem na całego, ale nic na to nie poradzę. Jestem uzależniona!
Mówiąc szczerze, nie znalazłam jednak w ofertach aż tylu wspaniałych pozycji. Moje łupy to pięć książek- dwie dla całej rodziny (o Japonii i o szalonej podróży autostopem) i trzy tylko dla mnie (dostałam powieści: "Boy7", "15 dni bez głowy" i "Wierni wrogowie"). I znowu przybyło książek. Kiedy ja to przeczytam?... Ale co tam ja... moi rodzice dopiero nakupowali książek!


Witamy na targach!

 Ludzie, ludzie... na drugim zdjęciu jeszcze jest ich niewiele, bo był to dopiero początek całej imprezy.
 
Podczas targów odbywało się wiele spotkań z autorami. Tu lista tych, których książki wydało wydawnictwo Muza. Jest wśród nich też Michał Piróg, którego- uwaga!- mijałam w tłumie. I jestem pewna, że to był on!

 A tu pan Jerzy Bralczyk, od którego z mamą dostałyśmy autograf. To znany językoznawca, specjalista od języka mediów, polityki, reklamy. Może przeczytam jego książkę?... zapowiada się interesująco.
Odbyło się też spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim. Moja mama dostała od niego autograf:)

 
Targi to nie tylko książki!


Wywiad na scenie z Arturem Andrusem (kabareciarz, konferansjer, dziennikarz, piosenkarz, autor tekstów piosenek) śledziłam z trybun i wielkiego ekranu. To była naprawdę interesująca rozmowa! Andrusa znam średnio, czasem oglądam polskie kabarety (niektóre są moim zdaniem naprawdę dobre) i stąd go kojarzę. Po słuchaniu wywiadu stwierdziłam, że musi to być ciekawy człowiek:)

Po targach, wymęczeni, z siatami pełnymi książek, postanowiliśmy pójść do jakiejś kawiarni na mieście i odpocząć. No i zajść do księgarni "Dedalus", bo mało nam było literatury. Wprawdzie nic nie znalazłam dla siebie, ale sporo pokręciłam się między regałami. 
Usiedliśmy w Starbucksie, zamówiliśmy coś do picia.
 Za co kocham Starbucksa? Za to, że piszą na kubkach imiona klientów. I za to, że mają przepyszne frappuccino!

EDIT: Kiedyś były tu zdjęcia ludzi, ale uznałam publikowanie zdjęć bez zgody i wiedzy modeli za mało moralne, dlatego też je usunęłam. 

Za to obiad zjedliśmy w... Hard Rock Cafe! To już moja trzecia taka restauracja. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam: jest to sieć restauracji z pysznym, amerykańskim jedzeniem. Takie knajpy są na całym świecie. Charakteryzują się tym, że w środku leci świetna, rockowa (a także popowa, metalowa, bluesowa, soulowa, itp.) muzyka, a każda placówka to takie małe muzeum- za gablotami są gitary, ubrania, zdjęcia, płyty i inne przedmioty należące do wielkich sław z całego świata. Coś niesamowitego! Zawsze te rzeczy są dla mnie najbardziej fascynujące w Hard Rock Cafe. A w Warszawie ta knajpa jest naprawdę świetna! Ciekawa jestem, jak będzie wyglądała ta w Gdańsku, którą niedługo otworzą... 
Od razu uprzedzam: w środku było niemal zupełnie ciemno, więc zdjęcia powychodziły w słabej jakości ( w większości przynajmniej). Ale i tak wstawiam, żebyście zobaczyli, jak tam było:)
 
Od zewnątrz.

W amerykańskich Hard Rockach można znaleźć wielkie cadillaki na środku restauracji, słońca z papierosami w ustach, a u nas... ścianę z gitarami. Świetnie to wyglądało!
 
Gitara zespołu "Black Sabbath".

 
Koszula Jimmiego Hendrixa- wielkiego gitarzysty, idola mojego taty.

 A tu koszula niesamowitej rockowej artystki Janis Joplin.
 
Tu mamy do czynienia z zespołem punkowym Sex Pistols.

 Jej! Jest i zespół Guns'n'roses. Na ścianie obok wisi jeszcze wielki plakat, ale zdjęcie jest odwrócone i nijak nie mogę go obrócić...
 
Skóra należąca do jednego z członków "Gunsów".

 
Aaaa!!! Jaka straszna jakość! Niestety, z powodu beznadziejnego oświetlenia, wszystkie ujęcia tych drzwi wychodziły strasznie słabo... ale po prostu muszę Wam pokazać tą fotkę! W warszawskim Hard Rocku ktoś wpadł na fajny pomysł oznaczenia toalet, które są tuż przy przedmiotach związanych z zespołem Guns'n'roses- męska kryje się pod napisem "Guns" a damska "Roses". Pomysł naprawdę oryginalny, nie uważacie?

I właśnie po pysznym, ale strasznie sytym obiedzie w tej restauracji zakończyła się nasza wyprawa do Warszawy... gdy wracaliśmy do domu, rozpętała się przerażająca burza. Na północy lało równo. I definitywnie skończyła się ładna pogoda...
Mam nadzieję, że post się podobał, chociaż z pewnością był przydługi. Jeśli czytacie to zdanie, to oznacza, że dobrnęliście do końca i nie umarliście z nudów. Gratulacje! Chyba jeszcze nigdy nie pisałam tak długiej relacji... 
Pozdrawiam!
Pola

wtorek, 20 maja 2014

Z loży szydercy, czyli trochę o serialach

Witojcie!
Teoretycznie powinnam uczyć się angielskiego, ale że mnie trochę nie było, to postanowiłam coś napisać.
Co się u mnie działo? Dostałam piątkę z matmy. Po raz pierwszy w życiu byłam w restauracji sushi i jadłam tam kolację (była pyszna!). Przestałam bluźnić o tym, że tylko herbata z cukrem ma smak (po skosztowaniu zielonej we wspomnianej restauracji). Porobiłam trochę zdjęć aparatem. Przeczytałam pierwszy tom dzieł Moliera. Zachowywałam się jak totalna świruska na zajęciach teatralnych, na które zaczęłam sporadycznie chodzić dopiero niedawno, gdacząc jak kura na boisku szkolnym (aktorstwo wymaga poświęceń) i drąc się na całe gardło, podczas wczuwania się w rolę ojca Julii ze słynnego dramatu(to dzisiaj) . Zobaczyłam mnóstwo cudownych książek, których nie mogę kupić/wypożyczyć, bo moja półka ugina się pod ciężarem nieprzeczytanych do tej pory.
I to w zasadzie tyle z najważniejszych wydarzeń...
Ach i jeszcze- napisałam kolejne opowiadanie. Jednakże na razie nie będę publikować, bo wysłałam je na konkurs do gazety. Opublikuję, jak nadejdzie pora nagradzania tekstów. Szczerze? Wątpię, aby opublikowali w tym czasopiśmie. W nocy po wysłaniu opowiadania śniło mi się, że tekstu nie opublikowali, ale oficjalnie zjechali w jednym z artykułów. Tak, tak wiem- mam zbyt bujną wyobraźnię! Ale... rozumiecie. Stresik jest.

Wczoraj posiedziałam trochę z mamą przy telewizji i pooglądałam pewien wybitny serial, o dźwięcznym tytule "M jak miłość". Znacie na pewno, bo to niesamowicie popularny tasiemiec (z kilkaset odcinków ma na pewno!) made in Poland.
Więc wczoraj, oglądając to wybitne dzieło, w którym aktorzy mówią głosem pacjentów szpitala psychiatrycznego i zachowują się jak drewniane kukły wyzute z emocji, rzucając czasem jakiś wyjątkowo "inteligentny" tekst, zauważyłam sporo rzeczy, które odnoszą się często do takich seriali w ogóle. Pewnie też je dostrzegliście...
 
  1. Dzieci. Ponieważ serialowa rodzinka bez dzieciaka jest jak kiełbaska bez keczupu, pociechy muszą być. Tylko gdy się je ogląda, to pierwsza myśl brzmi: "Wstrętne, podłe bachory!". A czemu? Bo wredne, z ustami tonącymi w błyszczyku, śmiejące się psychicznie, wyszczerzające szczerbate zęby, włażące na głowę dorosłym, nieumiejące nic same zrobić, mające iście dziwaczne pomysły, niezrozumiałe chyba nawet dla nich (ich zdziwienie po dokonanym czynie jest jako jedyne nawet naturalne). W dodatku rodzice, zamiast porządnie okrzyczeć dziecko, mówią bez przekonania: "Oj ty, ty... no, porozmawiamy my sobie". Ta, jasne. Porozmawiają. Pogadają pięć sekund, a potem na stwierdzenie, a raczej rozkaz bachora: "Pić mi się chcę!", lecą jak na skrzydłach do kuchni po mleko dla dziecka, a później jeszcze w nagrodę chyba dają lizaka. To jest po prostu straszne. Nigdy w życiu nie widziałam takich serialowych dzieci w realnym świecie. Może dlatego, że tacy dziwni, wstrętni, głupi, złośliwi i psychiczni smarkacze nie istnieją?... a jeśli istnieją, to... ogłaszam, że idę skakać z krawężnika!
  2. Bogacze. Nie pracują prawie wcale, podobno mają problemy z kasą, a chaty jak u amerykańskich celebrytów. Kuchenki oczywiście elektryczne, najnowsze piekarniki, tablety, wanny, laptopy, I-phony, rowery. No i wszystko w tych domach/apartamentach, wypucowane, wymyte, wyszorowane. Mnóstwo przestrzeni, wszystko w jasnych kolorach. Czy tak żyje większość mieszkańców Polski? No chyba nie.
  3. Ale to życie jest ciężkie... Wszyscy melancholijnie wzdychają, płaczą, chodzą po swoich nowoczesnych chatach z minami zbitych psów no i... ciągle są zmęczeni! Kobieta wstanie z kanapy i usiądzie na fotelu, a potem powie do męża, wzdychając przeciągle i w geście załamania opierając głowę na dłoniach: "Jestem taaaka zmęczona...". A to wszystko zagrane tak sztucznie, że człowiek turla się po podłodze ze śmiechu.
  4. Wprowadzanie wątków rodem z kryminałów/łzawych tragedii. Ktoś kogoś postrzelił! Ktoś wpadł do rzeki! Ktoś ma guza mózgu! Ktoś spadł ze schodów! Kogoś potrącił samochód! W tle leci muzyka jak z filmów o Bondzie, wszystko dzieje się w zwolnionym tempie, bo trupiobladej twarzy bohatera spływa jedna strużka krwi... nie wiem, jak Wam, ale mi się chce śmiać. Bo to, w typowym tasiemcu, wygląda niestety... komicznie.
Chciałam jeszcze napisać o pewnym monologu bohatera z wczorajszego odcinka. Rozmawiał z kimś przez telefon. I brzmiało to mniej więcej tak:
"Jedno (pauza) o co cię proszę (pauza) to (pauza) przywiezienie go (pauza). To dla mnie (pauza) bardzo (pauza) ważne. Zresztą (pauza) wiem, że (pauza)..."
Podczas pauz rozmówca owego bohatera nie odezwał się ani razu, co świadczy o tym, że powinni go żywcem wziąć do nieba. Ja chyba zaczęłabym wrzeszczeć i kopać, gdyby mi gadał co chwila robiąc przerwy.

Pisząc to, nie chciałam nikogo ani niczego obrazić. To po prostu moja opinia. Złośliwa, bo złośliwa, ale... po prostu tak myślę. Uważam, że tego typu seriale nadają się tylko do tego, aby ciągnąć bekę z bohaterów, gry aktorskiej, scenariusza i w ogóle wszystkiego. Można obejrzeć tylko dla śmiechu;)
A jaka jest Wasza opinia?

I tak na koniec chciałam podać linka dla wszystkich fanów Percy'ego Jacksona. Na Polskiej Persopedii organizujemy pewną akcję... zapraszam, może Was zainteresuje:D
Pozdrawiam i kończę, bo angielski sam się nie nauczy,
Pola

niedziela, 11 maja 2014

Pani Pola

Cześć, dzień dobry, witam, siema, joł, czołem!
(wybierzcie ulubione powitanie)

Chciałam podziękować za Wasze komentarze pod opowiadaniem- wszystkie pozytywne!. Oj, przez Was w końcu woda sodowa uderzy mi do głowy! To cud, że jeszcze nie uderzyła (chyba).
Dobra, teraz na serio. Dziękuję bardzo. Aż łezka mi się w oku zakręciła ze szczęścia. Zwłaszcza, że wypowiedzieli się ci blogerzy, na których zdaniu zwłaszcza mi zależy.
Zaczęłam odpisywać na Wasze komentarze, ale uznałam, że chyba prędzej przeczytacie posta.
Każdy coś fajnego i mądrego napisał, w inny sposób- ale wszyscy byliście zgodni co do tego, że opowiadanie Wam się podoba. Bukowina zwróciła mi tylko uwagę na błędy interpunkcyjne- z góry przepraszam, ale wiecie, jak jest. Przecinki to takie małe, chamskie stworzonka, które pchają się tam, gdzie nie są potrzebne, a gdzie są, tam... magicznie znikają.
Dostałam też pytanie od blogerki Alokin W . A brzmi ono:
"Skąd pomysł na zastosowanie takiej tematyki w twoim opowiadaniu?"
Jak większość pomysłów... jakoś tak znikąd. Jak już pisałam, podobają mi się opowiadania o nietypowej formie, z wplecionymi różnymi elementami, czasem z jakimiś przerywnikami. A że uwielbiam książki, czuję się w tym temacie świetnie, to postanowiłam napisać opowiadanko, w którym przeplatać będą się cytaty ze znanych książek i treść.
Początkowo fabuła miała być zupełnie inna- chciałam zrobić kryminał, coś związanego ze zbrodnią, ale w końcu przeważyła moja skłonność do tekstów opowiadających o szaleństwie, większym czy mniejszym, takich lekko psychodelicznych. Więc... tematyka jest taka, a nie inna:)
Napisaliście też, że chcecie więcej opowiadań... postaram się wstawiać jak najczęściej, w miarę moich możliwości, naturalnie. Ci, co piszą, wiedzą pewnie, że jednak pisanie trochę czasu zajmuje. A potem poprawianie, żeby tekst nadawał się do publikacji;)

Ostatnio zauważyłam pewne zastanawiające zjawisko- otóż niektóre osoby zaczęły do mnie mówić per "pani".
Kiedy czasem zwracały się tak do mnie panie w sklepach (ale niezbyt często), to uznałam, że to z grzeczności. Dobra, przyznaję- to było miłe i czułam się nieco połechtana. Gdy kobieta w "Pizzy Hut" powiedziała do mnie: "Czy mogłaby się pani przesunąć?", doszłam do wniosku, że nie zauważyła, jak wyglądam (w końcu nie patrzyła na mnie). Kiedy pewien pierwszak na mój widok niemal stanął  na baczność i drżącym głosem wydukał: "Dz... dzień dobry!", rozbawiło mnie to i odpowiedziałam po prostu "Cześć". Nieco się wtedy rozluźnił i zaczął mówić do mnie na ty.
Takich przypadków zdarzyło się już całkiem sporo, ale ten wczoraj już dał mi do myślenia.
Otóż pewna kobieta, a może dziewczyna, nie wiem- wyglądała młodo- poprosiła mnie, żebym popilnowała jej ładującego się telefonu (wcale nie przeszło mi przez myśl, żeby z nim uciec, nieee, wcale... o rany, no żartuję przecież. Ja nie kradnę. NA RAZIE! Buahahahahaha!) i zwróciła się do mnie, używając zwrotu "pani" i patrząc na mnie.
Nie ukrywam, lekko mnie zatkało.
Telefonu popilnowałam grzecznie, chociaż trochę to trwało, a potem zaczęłam myśleć nad tą sytuacją. Czy ja wyglądam aż tak staro? Nie, chyba nie... bo raz do kina na film od piętnastu lat nie chciano mnie wpuścić (to było raz, zazwyczaj nie mają problemu). Znaczy czasem ludzie mówią mi, że wyglądam  na więcej lat, niż mam, ale chyba nie na AŻ TAK więcej.
A może chcą po prostu być uprzejmi? A może moją okolicę nawiedziła jakaś plaga wady wzroku? Nie wiem.

A co "pani" Pola teraz robi? Oczywiście siedzi na internecie i psuje sobie wzrok!
Teoretycznie powinnam teraz ćwiczyć do sprawdzianu z matmy, ale tylko teoretycznie. W praktyce sprawdzian jest dopiero w piątek i powinnam sobie rozłożyć naukę, żeby nie zapomnieć (dobra wymówka, co?) . No i trzeba odpoczynku. No i trzeba wyżyć się twórczo, nawet w takim poście o... co tu kryć, niczym.
Już zauważyliście, że dziś żadnych wielkich atrakcji nie przewiduję. Za to jutro omijam większość lekcji, bo jadę na rozdanie nagród tego konkursu z angielskiego (patrz: ostatni post).
No, to jak okazja się trafiła, to szczegółowo opowiem Wam, jak zwykle wyglądają takie rozdania. Wiem, bo często na takie chodzę (znowu zabrzmiało nieskromnie, ale... no taka prawda!) i trochę doświadczenia mam.
No więc...
  • zawsze osoby prowadzące "bardzo się cieszą", "są zaszczycone", itd. A ta radość wypełnia zazwyczaj co najmniej 1/3 całego wydarzenia.
  • opowiada się o tym konkursie, o tym, jak to wiele osób przyszło, jaki to on był trudny, kto organizował, itd. Jakbyśmy tego nie wiedzieli.
  • serdecznie się nam gratuluje, wychwala się nas pod niebiosa... miłe to może i jest, ale... dlaczego trwa tak długo?
  • nierzadko są występu artystyczne, które... no, zazwyczaj zbyt wysokiej klasy nie są. Fajnie, że ktoś ma pasje i chce je zaprezentować (ale raczej nie młodzież, tylko nauczyciele), ale litości- słuchanie z pięciu wierszyków o dokarmianiu ptaszków zimą czy o żabkach? Albo piosenki o tym, jaka to szkoła jest wspaniała? Ratunku! Jakiś jeden układ taneczny, jedno przedstawienie- okej, proszę bardzo! Tylko żeby nie było AŻ TAKIE DŁUGIE!
  • wersja ekstremalna- na jednym rozdaniu nagród konkursu literackiego panie prowadzące opowiadały nam, kto zrobił dekoracje na scenę, okładkę i stronę tytułową do książki z tekstami wyróżnionych czytelników, wymieniły wszystkich sponsorów, dowiedzieliśmy się nawet kto zrobił bufet! W dodatku wypowiadali się niemal wszyscy jurorzy, którzy mówili dokładnie to samo, tylko innymi słowami. Aaa! A w dodatku w zeszłym roku szczególnie roztkliwiano się nad pracą jednej dziewczyny z kilkuset (albo i większej ilości!) nadesłanych tekstów, bo pan prezydent miasta przeczytał tylko tą pracę i mu się spodobała. Przyznaję, tekst był naprawdę świetny, ale tak jak... większość. To na pewno musiało być super dla tej dziewczyny, ale dla reszty... no ludzie, przecież ile opowiadań tam wysłano! To było niefajne i niesprawiedliwe.
  • od siedzenia tyle czasu w jednym miejscu tyłek cierpnie, człowiek zaczyna się niecierpliwić i ma niesamowitą ochotę rzucić czymś w uroczo uśmiechnięte, oczywiście "bardzo szczęśliwe" osoby prowadzące.
  • gdy wreszcie przychodzi pora rozdania nagród (najczęściej, nie wiadomo dlaczego, odkłada się to na sam koniec, po długim, pełnym pustym słów monologu), bywa, że te nagrody z najwyższej półki nie są. Jasne, że wiele jest fajnych, ale są sytuacje, w których dostaję ołówek, notesik i magnes. I batonik.
  • pozytywną stroną są bufety. Bo gdy jest poczęstunek, to jest okazja, by się nażreć. I jest fajnie!
Oczywiście dobrze, że takie rozdania organizują, że doceniają nasz trud, że inwestują w nagrody i jedzenie, ale... można by krócej i ciekawiej, nie uważacie?
Jak zwykle zachęcam do dyskusji:)

A teraz muszę podzielić się moją wielką radochą! Otóż przed chwilą rodzice wrócili ze sklepu i kazali mi wyobrazić sobie, że jest Dzień Dziecka. I wręczyli mi...
Wymarzony aparat!
Na początku mnie zatkało, a później dostałam ataku dzikiej radości!
Tylko to jest taki profesjonalny, drogi i boję się, że nie będę potrafiła go używać. Poza tym, jestem amatorką, a nie zawodowcem w fotografii. Robię zdjęcia dla przyjemności, zdecydowanie wiele mi brakuje. Na większości rzeczy nawet się nie znam. Więc trochę obaw jest. Ale i tak bardzo, bardzo się cieszę:D
 
Piosenka na dzisiaj;)

Pozdrawiam,
Pola

czwartek, 8 maja 2014

Opowiadanie! (bez tytułu, a jakże, w końcu po twórczym wysiłku na tytuł wyobraźni i chęci brakuje, nie?)


Pokój bez książek jest jak ciało bez duszy.*
Skoro tak, to tu jest mnóstwo duszy. Aż nadmiar. Aż od tej duszy duszno.
Otworzył szeroko okno, wciągając łapczywie świeże, wieczorne powietrze. Znowu zasiedział się przy książce. Od nieustannego siedzenia bolało go całe ciało, oczy piekły, świat rozmazywał się nieco przed oczami. Dopiero, gdy oderwał się od czytania poczuł te wszystkie dolegliwości. Świat książek uwalnia od fizycznego bólu.
Ludzie mówią, że życie to jest to, ale ja wolę sobie poczytać.
Cyceron, kochany Cyceron. Mądry człowiek. Życie jest zbyt nudne, szare, monotonne i smutne, aby w nim ciągle siedzieć.
Nierealny świat jest ciekawszy.
Książka jest życiem naszych czasów.
Dokładnie, dokładnie. Kto to powiedział? Ktoś, jakiś kolejny anonim.
Podrapał się po nieogolonym podbródku i odwrócił się od okna. Na czerwonym fotelu leżała otwarta książka, która kusiła, przyzywała. A wokół było mnóstwo innych powieści, dzieł, sztuk, dramatów, zbiorów poezji. To było jego królestwo, jego magiczny, zaczarowany świat, w który tak lubił odpływać. Lubił? Nie! On to kochał. Zazwyczaj nie wychodził ze swojej domowej biblioteki. Chyba, że (z wielką niechęcią) szedł załatwiać potrzeby fizjologiczne albo coś zjeść. Samymi książkami człowiek się nie nakarmi. W najgorszych przypadkach musiał na nawet kilkadziesiąt minut opuszczać swoją samotnię, aby załatwić sprawy takie jak  przyjęcie emerytury, zrobienie zakupów, zapłacenie podatku i czynszu. Nienawidził takich momentów. Czuł się taki bezbronny w wielkim świecie.
Sypiał zwykle w bibliotece. Chociaż rzadko zdarzało się, aby w ogóle spał. Postacie, o których przeczytał, nie pozwalały mu zasnąć, a koszmary, które miewał, napawały go lękiem.
Właśnie zarywał kolejną noc. Czytał przy zapalonej, niewielkiej lampce. Poza tym, wokoło panowała gęsta ciemność.
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie… co to będzie, co to będzie?**
Dobrze, że nikt mu nad głową nie siedzi. Od zawsze był samotnikiem. Ludzie mu po prostu zawadzali. Chyba, że były to osoby z książek. Oni go potrafili zrozumieć. Nie prowadził z nimi dialogów, ale byli jego najlepszymi przyjaciółmi.
Podniósł książkę i usiadł na fotelu. Jego chude ciało wręcz się w nim zapadło. Przejechał pieszczotliwie palcami po starej, pożółkłej okładce. To było najpiękniejsze uczucie, jakie znał, najwspanialsze, najcudowniejsze, lepsze od dotyku pięknej kobiety. W takiej starej, żółtej ze starości okładce mógł znaleźć więcej miłości niż w czymkolwiek innym.
Otworzył książkę.
Jeżeli przypuścimy, że życie ludzkie może być kierowane rozumem, wówczas zginie możliwość życia.***
Piękne zdanie. Czytane po raz setny. Brawo, panie Tołstoj.
Już miał zabrać się za kolejne zdanie, gdy nagle usłyszał straszny, wibrujący dźwięk.  Jego uszy, przyzwyczajone do niemal wiecznej ciszy, przerywanej szelestem kartek czy czasami siorbaniem zrobionej naprędce, za słabej albo za mocnej herbaty (gdy spieszył się do czytania, torebka nie siedziała w wodzie wystarczająco długo, a kiedy podczas robienia napoju zaczytał się, przebywała w kubku zdecydowanie zbyt długo), były tak wrażliwe, że mężczyzna aż się skulił.
Kto to? Kto o tej porze tu przychodzi? Kto ośmiela się przerwać mu jego najpiękniejsze chwile?! Nikt tu nigdy nie zaglądał!
Kto to jest?
Każdy powinien mieć kogoś, z kim mógłby szczerze pomówić, bo choćby człowiek był nie wiadomo jak dzielny, czasami czuje się bardzo samotny.****
Kłamstwo, kłamstwo, panie Hemingway! On doskonale sobie radzi bez ludzi, bez rozmów. Doskonale! Pana powieść, „Komu bije dzwon” przeczytał tylko dwa razy, właśnie z powodu tego stwierdzenia. W książce każde zdanie jest ważne, a to, panie Hemingway, pan zepsuł! 
On nigdy nie czuł się samotny. Nigdy. Miał przecież książki.
Postanowił zignorować dzwonek do drzwi.
Jednak ten stawał się zbyt natarczywy, zbyt głośny.
Próbował skupić się na kolejnym zdaniu, smakować je jak zwykle. Nie wychodziło. Ten dzwonek, ten przeklęty dzwonek! A raczej ta osoba, ta straszna osoba, która przerywa mu czytanie.
Nie wyjdzie. Nie wyjdzie. W końcu człowiek się znudzi. Pewnie to jakiś bezdomny z prośbą o jakiś kawałek chleba. O, głupi bezdomny, który jest niewykształcony, niemądry. On nawet nie wyobraża sobie, że człowiek może być zajęty czytaniem.
Każdy, kto czyta, staje się dziwakiem. Czytanie daje wiedzę, a ponieważ wokół dominuje raczej ignorancja, wiedza oznacza dziwactwo.*****
Znowu cytat adekwatny do sytuacji. Z dosyć nowej książki, ale i tak niezły. Tak, ten bezdomny (a raczej bezmózgowy) osobnik u drzwi jest ignorantem, przeklętym ignorantem.
Dzwonek zadzwonił jeszcze raz, ale mniej pewnie, już raczej z rezygnacją.
Bardzo dobrze, bardzo! Niech idzie, niech stąd idzie,idiota jeden, bezdomny, ankieter, zbieracz pieniędzy, sąsiad z prośbą, ktoś kto uważa się za jego krewnego, niech idzie, idzie sobie precz, jak najdalej stąd.
To jest jego dom, jego samotnia.
I postanowił, że już nigdy stąd nie wyjdzie.

CYTATY:
*Cyceron
**Adam Mickiewicz, „Dziady cz.II”
***Lew Tołstoj, „Wojna i pokój”
****Ernest Hemingway, „Komu bije dzwon”
***** Jose Carlos Somoza, „Klucz do otchłani”
 



O opowiadaniu
Wiem, że krótkie- ale takie miało być, pisałam na kółko pisarskie i trzeba było ograniczyć się do dwóch stron. Ale może i dobrze? Na kółku każdy losował jeden z tekstów i go czytał. Wszyscy zgadywali, czyje opowiadanie jest. Oczywiście każdy siebie rozpoznał, bo mamy już wyrobione style. 
Z powieści, z których pochodzą cytaty, czytałam tylko "Dziady". Na półce czeka "Komu bije dzwon", a "Wojnę i pokój"... też bardzo chciałabym przeczytać. Bo interesuje mnie klasyka, co tu kryć. Uwielbiam tzw. "młodzieżówki", ale ciągnie mnie do poważniejszych książek.
Ale dobra. Nie o książkach miało być, tylko o opowiadaniu. Ludziom, którym do tej pory czytałam podobało się, ale to nie znaczy, że spodoba się Wam. Oczywiście mam wielką nadzieję, że tak się stanie, ale zdaję sobie sprawę z tego, że opowiadanie jest nieco... specyficzne.


niedziela, 4 maja 2014

Majówka i Audrey Hepburn

Hej!

Jak dużo komentarzy pojawiło się pod ostatnim postem... i to w tak krótkim czasie! Dziękuję bardzo, to wiele dla mnie znaczy:D Tylko pamiętajcie- jeśli przeczytaliście posta, to pokażcie mi to, pokażcie mi, że cokolwiek skumaliście. Jeśli nie, to trudno. Lepsze to, niż komentarz, miły bo miły, ale pokazujący, że osoba, która go napisała nawet nie przeczytała jednego zdania. Wiecie, o czym mówię.
Na majówce było świetnie, szkoda, że się skończyło tak szybko... i już jutro do szkoły, niestety.
Co robiłam? Tak naprawdę, to leniłam się. Grałam z rodzicami w badmintona, piłkę ręczną i nożną, parę razy spacerowałam, a poza tym to głównie czytałam (skończyłam w końcu "Perswazje" i przeczytałam "Zawód: wiedźma") i pisałam recenzje tych książek. Pobyt bardzo udany:)
A jak Wam minęły te dni wolnego?

Dzisiaj jest 85 rocznica urodzin jednej z moich idolek- Audrey Hepburn (urodziła się 4 maja 1929 roku, a zmarła 20 stycznia 1993).
A kim ona jest? Albo raczej: kim była?
Bardzo popularną w XX wieku aktorką i modelką, a także działaczką humanitarną (pod koniec swojego życia została ambasadorką dobrej woli UNICEF). Często porównywana z Marylin Monroe- może dlatego, że kariera obu rozkwitała zwłaszcza w latach 50-60? A może dlatego, że obie były znanymi ikonami stylu? Tylko, że Monroe skandalizowała. Audrey była raczej pełna wdzięku, skromna. Nie można jednak przyczepić jej etykietki "grzeczna dziewczynka" Audrey Hepburn miała po prostu własny styl. Była sobą.
Nie wiem, czy oglądaliście jakikolwiek film z nią. Jeśli nie, to moim zdaniem naprawdę powinniście. To jedna z moich ulubionych aktorek. Grała świetnie, miała też zacięcie komediowe. Śpiewała gorzej, ale mimo to zagrała w musicalu- "My fair lady"- główną rolę i zrobiła to po prostu bosko.

Była córką holenderskiej arystokratki i angielskiego bankiera. Na świat przyszła jako Audrey Kathleen Ruston. Jej ojciec po jakimś czasie do nazwiska Ruston dołączył także Hepburn.
Podczas wojny przyjęła nazwisko holenderskie- Edda van Heemstra (van Heemstra to panieńskie nazwisko matki, baronówny), ponieważ mieszkała w okupowanej Holandii. "Audrey" brzmiało zbyt brytyjsko. Większość Holendrów w czasie okupacji miało problemy z niedożywieniem. Przyszła aktorka również- odbiło się to nieco na jej zdrowiu. Zresztą przez całe swoje życie była naprawdę chuda.
Po wojnie zaczęła naukę w szkole baletowej, ale później porzuciła taniec (nie wiem, dlaczego). Stała się modelką, a później aktorką. Z dziewczyny występującej jako statystka albo postać trzecioplanowa, przekształciła się w wielką gwiazdę grającą u boku wybitnych aktorów (min. Humphrey Bogart, Sean Connery, Rex Harrison, Gregory Peck).

Teraz może wymienię najpopularniejsze filmy z tą aktorką, które widziałam albo chociaż coś mi mówią. Grała w wielu pozycjach, więc nie będę wymieniać wszystkich;) Więc
  • Rzymskie wakacje jako księżniczka Anna (1953 rok)
Kiedyś pisałam recenzję tego filmu (teraz widzę, że jest niepoprawna gramatycznie i niektóre zdania nie mają sensu, ale cóż... kiedyś pisałam gorzej!)- znajdziecie ją tu. Skoro opisałam już fabułę tego filmu, powtarzać się nie będę i dodam tylko, że nadal uważam ten film za bardzo dobry. To taka "bajunia", ale romantyczna, w pięknej rzymskiej scenerii i mogąca się pochwalić świetną grą aktorską.
 
Po prostu kocham to zdjęcie:)

  •   Wojna i pokój jako Natasha Rostov (1956 rok)
Nie widziałam tego filmu w całości- tylko fragmenty. Ale za to z Audrey:)
Film to adaptacja słynnej książki Lwa Tołstoja "Wojna i pokój" (pierwsza wersja była amerykańsko-włoska, dopiero później Rosjanie nakręcili swoją- to nieco dziwne, biorąc pod uwagę to, że Tołstoj pochodził właśnie z Rosji... a może nie takie dziwne?).  Hepburn wcieliła się tam w główną bohaterkę- młodziutką Natashę Rostov, która przeżywa dramatyczne sercowe perypetie. A w tle codzienne życie w Rosji podczas epoki napoleońskiej.
Jak mówiłam: widziałam tylko fragmenty, ale bardzo chciałabym obejrzeć cały film i przeczytać książkę.
  

  • Śniadanie u Tiffany'ego jako Holly Golightly/Lula Mae Barnes (1961)
Filmu niestety nie obejrzałam całego. Szczerze mówiąc, gdy go oglądałam, nieco mnie znudził w którymś momencie. Ale teraz żałuję i chcę powrócić, bo im więcej czasu mija, tym bardziej doceniam historię.  Hepburn (mimo, że wtedy miała 32 lata) na ekranie wyglądała jak zwykle młodo, czarująco i pięknie. Zagrała moim zdaniem naprawdę świetnie, z taką klasą, ale też lekkim zacięciem komediowym. Z tym swoim "czymś", co powodowało, że zdobywała fanów na całym świecie.
O czym opowiada film ? Wklejam opis z Filmweba, bo nie potrafię chyba trafniej napisać:
Ekranizacja opowiadania Trumana Capote. Holly Golightly jest postrzeloną dziewczyną, której życie upływa na nieustannej zabawie na koszt bogatych adoratorów. Pewnego dnia piętro wyżej wprowadza się młody pisarz, który także jest utrzymankiem. Tę dwójkę zaczyna łączyć przyjaźń, która przerodzi się w głębsze uczucie. Oboje będą musieli zweryfikować swe dotychczasowe życie i zdecydować, czy są w stanie być razem.
"Śniadanie u Tiffany'ego" to najpopularniejszy film z tą aktorką w roli głównej- na pewno kojarzycie poniższy wizerunek najlepiej. To jej najsłynniejsza rola i większość ludzi zna ją właśnie z tego zdjęcia:
  
  
A to miałam kiedyś na profilu;)

 A tu scena początkowa.

  • My fair lady jako Eliza Doolitle (1964 rok)
Mój ulubiony film z Audrey. Dlaczego? Ponieważ tu jej rola była jak najbardziej komediowa i nieźle się z niej uśmiałam. Ale w pozytywny sposób! Zagrała naprawdę świetnie.
"My fair lady"-musical oparty na sztuce "Pigmalion"- opowiada o bogatym profesorze fonetyki, który zakłada się ze znajomymi, że z prostej kwiaciarki, mówiącej ze strasznym akcentem właściwym dla niższych sfer Londynu, uczyni damę. Czy mu się to uda?
Profesor strasznie traktuje Elizę i to tak bardzo strasznie. Nie, nie bije jej, ani nic, ale jest zbyt surowy i często ją obraża. To wzmogło moją nienawiść do niego i spowodowało, że przyłączyłam się do "Team Eliza". Zakończenie jest oczywiście szczęśliwe. A jakie? Oj, nie zdradzę:) 
Ten film gorąco Wam polecam, ale uprzedzam- jest bardzo długi!
  
Tutaj w niektórych momentach ktoś inny śpiewa za Audrey. Można tu szczególnie zauważyć jej (trzeba przyznać- straszny!) akcent.


No i jeszcze na koniec cytacik:
Nigdy nie myślałam o sobie jako o ikonie. To są poglądy innych. Ja po prostu robię swoje.

Tym miłym akcentem zakończę. Mam nadzieję, że Wam się spodobało i Was nie zanudziłam;)
Pozdrawiam!
Pola