poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Tajna agentka burunduk, czyli strzeżcie się maltryków

- Polaaa! Nienawidzimy cię! - zawyły potępieńczo moje mięśnie rąk.
- Zwariowałaś - stwierdziły z kamiennym, nieco mrocznym spokojem moje obolałe plecy, gdy próbowałam się schylić.
- W ogóle nas nie szanujesz! - pożaliły się nogi, zmuszane do chodzenia, mimo potwornych zakwasów.
- Och... zamknijcie się - mruknęłam, opadając na krzesło. Mięśnie odsapnęły z ulgą. - To nie moja wina.
- Oczywiście, że twoja! - wrzasnęły plecy, nie wytrzymując. - To ty chciałaś jechać na ten obóz!
- I nie żałuję- oświadczyłam. - Było bardzo fajnie.
Plecy skapitulowały i zamilkły, porażone moją skandaliczną postawą.
Westchnęłam z rozkoszą. Moje krzesło nigdy nie wydawało się tak wygodne jak teraz. Przymknęłam oczy, relaksując się.
- Pola? Poszłabyś coś dla mnie kupić?- dobiegł mnie głos mamy z drugiego pokoju.
Błogi uśmiech zamarł mi na ustach.
- Tak, pewnie!- odkrzyknęły usta, ku memu przerażeniu. 
Zerknęłam niepewnie na obolałe nogi.
Nie protestowały.
Chyba już nie miały siły.

Wstęp do tego posta, opisujący mój stan poprzedniego dnia, jest dosyć nietypowy, więc chyba należą się Wam wyjaśnienia. Otóż wczoraj wróciłam z kilkudniowego obozu, warsztatów, cokolwiek, sztuk walk taijiquan i shaolin, na który pojechałam razem z tatą (ćwiczy on bowiem to pierwsze regularnie, a obóz organizował jego instruktor). Mimo tego, że byłam tam najmłodszą osobą wśród samych dorosłych, po powrocie wszystko mnie bolało, a moje mięśnie mnie nienawidzą, to cieszę się, że zdecydowałam się na wyjazd. Brałam udział w zajęciach z taijiquan (na shaolin już nie chodziłam), podstaw walki kijem (które, chociaż brzmią śmiesznie, chyba podobały mi się najbardziej), quinna (są to techniki samoobrony, notabene bardzo skuteczne, kilka chwytów dane mi było poznać już wszędzie), a także ćwiczeń z kettleballs w ramach uzupełnienia. Raz nawet przyjechał instruktor japońskiej, dosyć  bardzo brutalnej sztuki walki o nazwie bodajże yavara (czy jakoś tak). Więc było naprawdę ciekawie, wiele się nauczyłam.
O moich przygodach ze sztukami walki już koniec, ponieważ dzisiaj będzie to, co wszyscy kochamy, a jakże. Czyli...
Liebester Blog Award!
Zaczynam się zastanawiać, ile już robiłam w życiu rozmaitych nominacji... Tym razem znowu uzbierały mi się trzy*, więc będzie dużo pytań i dużo odpowiedzi... ale nie martwcie się! Będzie ciekawie, a wręcz edukacyjnie! Dowiecie się, jaka była moja pierwsza powieść, a także czym jest maltryk, burunduk i manul, z szybko bijącym sercem będziecie czytać o tym, jak dokonuję tragicznych wyborów, do których zmusiły mnie nominujące oraz przekonacie się, że zdecydowanie nie warto udawać kobiety w ciąży.
Zapraszam!

*a nawet więcej, ale aż tylu rzeczy w jednym poście nie upchnę


Pytania od Positive Smile 

1. Gdyby do końca życia miałbyś/ miałabyś czytać jedną książkę, jaki byłby jej tytuł? Wyjaśnij dlaczego?
Jedną książkę? Jak to: jedną książkę? Do końca mojego życia (które, mam nadzieję, będzie długie) mam czytać jedną, jedyną książkę?... Zaraz, zaraz, nie zgadzam się! Veto!
 Ale gdyby ktoś rzeczywiście zmusił mnie do takiej sytuacji , to... chyba wybieram ,,Dumę i uprzedzenie" albo ,,Zawód: wiedźmę", bo uwielbiam te książki i często do nich wracam. 

  2. Od jak dawna zacząłeś/ zaczęłaś interesować się pisarstwem?
Pisarstwem zainteresowałam się w wieku lat  sześciu. Pochłaniałam wtedy książki Astrid Lindgren  i pojawiło się marzenie, żeby tak jak ona pisać. Zresztą od zawsze lubiłam wymyślać opowieści. Pierwszą rzeczą, którą napisałam tak ,,na poważnie", gdy miałam siedem lat, był początek nigdy niedokończonej powieści o moim kocie. Nie wiem, gdzie się ona teraz znajduje. Pamiętam, że mój kot mieszkał w tej ,,książce" w schronisku (podczas gdy w rzeczywistości jego łapa nigdy nie stanęła w podobnym miejscu), z którego uciekł, przeżywając rozmaite przygody i spotykając między innymi jakiegoś kucharza oraz Różowego Ludzika (czyli, o ile się nie mylę, jakoś dziwną, małą dziewczynkę z lizakiem ubraną na różowo).
...
Zaiste, musiało być to wybitne dzieło.

3. Jakiego bohatera z książki lub filmu chciałbyś/ chciałabyś spotkać i dlaczego?
Odpowiadałam już na to pytanie w poprzednim LBA, więc ciekawskich odsyłam do tego posta, gdyż jestem leniwa. Proszę klikać TU.

4. Czy istnieje książka, która sprawiła, że przez masę emocji nie mogłeś/ mogłaś jej dokończyć?
Właściwie niemal zawsze kończę książki, nawet gdy odczuwam podczas lektury masę emocji (np. zatrważającą furię i chęć mordu w trakcie czytania wyjątkowo tragicznej powieści). Naprawdę niewiele jest pozycji, które porzuciłam, nie dokańczając ich.

5. Tragiczny wybór: Miasto bez biblioteki ale za to z kinem, czy odwrotnie? ;) (Weź pod uwagę, że następne miasto jest z trzy dni drogi dalej)
Że co proszę? Jak to trzy dni drogi dalej?! Gdzie musiałoby znajdować się to miasto, żeby leżało tak daleko od innego?! Positive Smile, gdzie Ty mnie wysyłasz?...
Ale dobrze... Wybieram bibliotekę (mam chociaż nadzieję, że w tej miejscowości jest jakiś przyzwoity księgozbiór). Filmy mogę oglądać w Internecie. A biblioteki uwielbiam.

 lol true

6. Ile czasu spędzasz przed komputerem a ile na czytaniu książek?
Stanowczo za dużo:D Bardzo często czytam, bardzo często piszę na komputerze, bardzo często surfuję po sieci. Co oczywiście wpłynęło na mój wzrok (na szczęście nie jakoś drastycznie).

7. Film, przy którym zasnąłeś/ zasnęłaś kilka razy to...?
 ,,Buntownik z wyboru", co ciekawe, film, który bardzo, ale to bardzo lubię. Kiedyś oglądaliśmy go na nocowaniu w szkole, mniej więcej o trzeciej nad ranem i co chwilę przysypiałam. Poza tym, nie zdarza mi się zasypiać na filmach.

8. Z którym bohaterem literackim najbardziej się utożsamiasz? Co macie ze sobą wspólnego?
W sumie... trochę utożsamiam się z Elizabeth Bennet z ,,Dumy i uprzedzenia". Jest ona o wiele inteligentniejsza i bardziej błyskotliwa ode mnie, nie mogę jej dorównać zdecydowanie, ale obie uwielbiamy obserwować ludzi, kpić i żartować. Lizzy to jedna z postaci literackich, z którymi bardzo, ale to bardzo chciałabym się spotkać w realu. Jestem ciekawa, jak potoczyłaby się nasza rozmowa...

9. Do jakich fandomów należysz?
Do żadnego. Kiedyś miałam lekką obsesję na punkcie książek Ricka Riordana (nadal je zresztą lubię) i udzielałam się na wikii im poświęconej, przez jakiś czas nawet pisałam z koleżankami fan-fiction. Ale teraz do żadnego fandomu nie należę.

10. Ulubiony serial?
Oj, u mnie jest ciężko z serialami. Często zwyczajnie brak mi cierpliwości do ich oglądania (chociaż kiedyś obejrzałam z mamą cały ,,Przepis na życie", więc ten). Teraz jednak oglądam (powtórzenie, wiem) anime ,,Akatsuki No Yona" , które poleciła mi Kajax. I powiem wam, że to naprawdę zacna rzecz, nieźle  się wciągnęłam i zwykle oglądam kilka odcinków pod rząd. Bardzo polecam, nawet, jeżeli ktoś nie jest wielbicielem japońskich animacji (ja do niedawna nawet ich nie oglądałam, a wręcz za nimi nie przepadałam). Ciekawe postacie (główna bohaterka, czyli Yona, nierzadko doprowadza do szału, ale powoli, stopniowo się zmienia), piękne rysunki, wciągająca fabuła, szczypta humoru (czasem specyficznego, przyznaję). Ubolewam jedynie nad tym, że zmienili czołówkę. Poprzednia była naprawdę dobra (klimat pasował do samego anime, piękna muzyka w starym stylu również), a ta nowa jest tragiczna, beznadziejna, okropna, straszna, potworna   zdecydowanie gorsza. Dali jakąś dziwną piosenkę z dubstepem, wizualnie też zmienili i wygląda to strasznie.
No dobrze, wyżaliłam się już. W każdym razie, anime bardzo zacne. Warto obejrzeć. 

 
Fragment plakatu, bo cały nie chciał ładnie się wkleić do posta.

11. Trzy ulubione piosenki?
Ulubionych piosenek mam o wiele więcej niż trzy, ale jak trzeba się ograniczać, to trzeba:D Przed państwem trzy utwory, których ostatnio namiętnie słucham:





 

Pytania od Stasi


1. Gdybyś mogła  posiąść ot tak jakąś umiejętność, jaka umiejętność by to była? 
 Umiejętność latania! Rysowania! Walki kijem, mieczem i wszystkimi sztukami walki! Strzelania z łuku! Śpiewania! Akrobatyki! Błyskawicznego liczenia! Uprawiania każdego sportu! Znajomość wszystkich języków świata!
Och, miała być jedna umiejętność, tak?..

 2. Możesz wymyślić sobie towarzysza wspaniałej, długiej wyprawy, a ten zmaterializuje się u Twego boku. Jaki byłby to towarzysz? 
A tak serio, to byłby to towarzysz inteligentny, oczytany, dowcipny, radosny, wytrwały, tolerancyjny, serdeczny, lojalny, pomocny i zaradny. Czyli idealny na długą, wspaniałą podróż, najlepiej dookoła świata!

3. Przyznałaś się komukolwiek ze swoich znajomych, że masz bloga czy utrzymujesz to w ścisłej tajemnicy, by nikt nie czytał Twoich zapisków?
Moi najbliżsi znajomi wiedzą o moim blogu, niektórzy nawet czytają (pozdrawiam). Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że bloguję, ale nie robię z tego w żadnym wypadku tajemnicy.

4. Masz w swojej szkole jakiegoś ciekawego nauczyciela (z własnego doświadczenia wiem, że to bardzo prawdopodobne)? Jeśli chcesz, rozpisz tu jego portret psychologiczny! 
W mojej szkole właściwie są sami ciekawi nauczyciele, więc ciężko wybrać jednego... Mam na przykład bardzo fajną anglistkę, która prowadzi lekcje z niesamowitą pasją oraz poczuciem humoru. Uwielbia również kserówki. Co jak co, ale na porcję ,,lovely handouts" zawsze możemy liczyć, wręcz w nadmiarze. Nasza grupa przez to prawdopodobnie będzie miała trwały uraz do kserówek:D Nigdy nie zapomnę też lekcji o idiomach, na których dostawaliśmy packi na muchy i mieliśmy jak najszybciej pacnąć kartkę z idiomem, który pani podała na głos po polsku. Walka między rywalami o szybsze pacnięcie była naprawdę zażarta i pełna emocji. Dzięki temu z kolei, packi na muchy chyba zawsze będą mi się dobrze kojarzyć.

5. Gdybyś wskoczyła do telewizora i mogła wypowiedzieć jedno zdanie do widzów, jakie zdanie by to było? 
Naprawdę chciałabym powiedzieć im coś mądrego i głębokiego, ale pewnie skończyłoby się na tym, że krzyknęłabym coś w stylu: ,,Słowo zacne jest zacne!". Ewentualnie ,,Pokój wszystkim!" lub ,,Kochajmy się!" (tak bardzo hipisowsko). W każdym wypadku widzowie wzięliby mnie za wariatkę, ale trudno się mówi. Na pewno mnie zapamiętają!

6. Co kojarzy Ci się ze słowem "maltryk" (które być może nie istnieje...)?
Ze słowem ,,maltryk" kojarzy mi się taki agresywny, niebezpieczny kozioł. ,,Mal" bowiem po hiszpańsku oznacza ,,zło", a ,,tryk" kojarzy mi się z trykaniem rogami, które przecież kozy posiadają. Więc moim zdaniem maltryk to nowy gatunek kozy, który stanowi zagrożenie dla ludzkości. 
Strzeżcie się!
kozioł Zwierzęta i ptaki


7. Możesz coś wybudować za pomocą myśli... co to jest?
 Maszyna dająca wenę albo pozytywną energię. Oj, to pierwsze by się przydało do pisania i to jeszcze jak...

8. Jak często korzystasz z internetu w celach blogowych?
Bardzo często... właściwie niemalże codziennie, chyba, że jestem na wyjeździe albo postanawiam zrobić sobie przerwę.

9. Wybierasz miesiąc bez słodyczy czy internetu?
Eee... to pytanie to żart, tak? Tak?!... 
I znowu trudny wybór... uwzięto się na mnie! Chyba wybieram miesiąc bez słodyczy (to brzmi przerażająco, ale trudno... mus to mus). Może nawet uda mi się schudnąć.

 10. Czy napiszesz w tym pytaniu swój monolog wewnętrzny? Przy odpowiedzi "tak" proponujemy to tu zrobić!
Tak! 
Oto przed państwem mój głęboki, wspaniały i jakże poetycki monolog wewnętrzny:
,,Kurde, piszę, piszę, a końca nie widać. Chciałam upchnąć wszystkie nominacje do Liebstera w jednym poście, to teraz mam. O, ponarzekam sobie teraz. Dobre narzekanie nie jest złe, że tak powiem. A więc... hmmm... Ożeż ty, nie wyrobiłam się z tekstem na Kreatywne Spojrzenie. Systematyczne pisanie, tak? Taa, jasne, Polu, chciałoby się, co? Ale ćśśś, pominę brak opowiadania milczeniem i nikt się nie dowie, nie... a wrześniowe napiszę. Na pewno. No, najprawdopodobniej. No, być może. No, zobaczymy... Nie, nie, nie, stop! Szukam wymówek! Nie wolno mi szukać wymówek! Systematyczność przede wszystkim, tak? Tak! No."
...
Dobra, wiecie co, nie jestem dobra w pisaniu własnych monologów wewnętrznych.

11. Słyszysz rozdzierający krzyk za oknem o północy, który wyrywa Cię ze snu. Co robisz?
Leżę, zesztywniała z przerażenia i zastanawiam się, skąd dobiegał krzyk i co się dzieje. Nie mam pojęcia, co zrobić. Może polecę do rodziców i zobaczę, czy ich też ten krzyk obudził, może oni będą wiedzieli, jak i czy w ogóle reagować.

Pytania od Kotołaczki

1. Czy jest jakaś książka, o której zmieniłaś zdanie, gdy przeczytałaś ją po raz drugi?
Chyba ,,Klątwa tygrysa". Początkowo wydawała mi się genialna, potem zaczęłam dostrzegać w niej wady, a Kelsey i jej cud-chłopcy, vel cud-tygrysy, doprowadzali mnie do szału. Chociaż ostatnio zajrzałam do tej książki i kurczę... to strasznie wciąga! Nie mogę powiedzieć, żeby to była dobra książka, wręcz zdecydowanie przeciwnie, ale zanim się spostrzegłam, byłam na szóstym rozdziale, więc ten.
Ale nie zmienia to faktu, że zdanie o niej zmieniłam. Na gorsze.

1765419.jpg
Tak a'propos tygrysów...

 2. Lubisz kupować ołówki?
Raczej nie. To znaczy, nie mam nic przeciwko i w ogóle, ale bardzo rzadko używam ołówków, chyba, że na lekcjach matematyki. Za to uwielbiam długopisy i pióra, mam do nich słabość.

3. Wyobraź sobie, że chcesz się dostać na początek kolejki po autograf swojego ulubionego autora. Wkładasz poduszkę pod bluzkę i udajesz kobietę w ciąży. Wszyscy cię przepuszczają i jesteś na początku kolejki. Wtem wypada ci poduszka, ale twój ulubiony autor podpisuje się na niej. Jednak za oszukiwanie musisz wyrzucić poduszkę. Co robisz?
O nie! Na pewno nie oddam autografu mojego ulubionego pisarza, jeszcze czego! Używam mojej super-mocy latania, którą nabyłam ot tak w pierwszym pytaniu od Stasi i uciekam z miejsca zdarzenia, z poduszką pod pachą (wydając z siebie mroczne ,,buahaha!"). 
A jeśli nie mam możliwości ucieczki, to błagam pisarza, żeby podpisał mi się w zeszycie (na pewno bym jakiś wzięła na spotkanie z autorem) i dopiero, gdy zdobędę drugi autograf, wyrzucę nieszczęsną poduszkę.
A morał z tego taki: udawania kobiety w ciąży się nie opłaca. Chyba, że przymocujesz sobie poduszkę do brzucha, żeby ci nie wypadła. 

4. Masz do wyboru wjazd kolejką na górę i zejście na piechotę oraz wejście na piechotę i zjazd kolejką. Obie opcje są darmowe. Co wybierasz?
A nie da się wjechać i zjechać kolejką?:D
Wszystko zależy od tego, jak stroma i wysoka jest ta góra. Jeśli zejście jest trudniejsze od wejścia, bo łatwiej jest się stoczyć na dół, to wybieram opcję numer dwa. Jeżeli jednak da się zejść bezpiecznie, to wybieram opcję numer jeden. Wchodzenie w większości przypadków jest bardziej męczące niż schodzenie.

5. Możesz zgarnąć sto książek lub dodatkowy regał na nie. Co wybierasz?
Sto książek brzmi dobrze, ale obawiam się, że nie zmieściłyby się w moim pokoju. Na moim regale i tak brak już miejsca. Więc poproszę o nowy, większy regał, który zresztą mi się marzy. Pozbędę się starego, wsadzę ten ,,dodatkowy" i pięknie poukładam sobie moje książeczki. 
 
6. Wolałbyś być polipem, manulem, suhakiem, bobakiem czy burundukiem? Dlaczego akurat to zwierzę?
Dobra, jestem tępa, bo z wymienionych wyżej zwierząt znałam jedynie polipa, resztę musiałam sprawdzić u wujka Google. 
Ale widzicie, jakie to LBA jest wspaniałe? Dzięki temu można zabłysnąć w towarzystwie swą rozległą wiedzą! Nie wiem jak Wy, ale ja w niedalekiej przyszłości mam zamiar z wyniosłą miną zapytać znajomych, czy preferują suhaki, a może bobaki? A gdy wytrzeszczą na mnie oczy, dodam z wyższością: ,,Och, nie wiecie, czym jest suhak? To może zamiast tego powiecie mi, co sądzicie o burundukach?".
 No właśnie! Po zdobyciu informacji oświadczam, że chciałabym zostać burundukiem, bo jest on przesłodki! Wadą jest to, że mogą mnie zjeść inne zwierzęta. Ale trudno. Burunduki (ta nazwa jest absolutnie rozwalająca) górą!

Burunduk, Migdałek

7. Wolałbyś do końca życia jeździć autobusem i rowerem, czy jeździć samochodem, ale nie móc wyjechać z miasta?
Zdecydowanie opcja numer jeden. Czułabym się we własnym mieście jak w więzieniu, gdybym nie mogła z niego wyjechać.
 
8. Odnajdujesz smocze jajo. Co z nim zrobisz?
Jak to, co? Chowam w ciepłym miejscu i czekam, aż wykluje się smok! Będzie się bawił z moim kotem, a gdy podrośnie, stanie się moim transportem do szkoły... a gdy zajdzie potrzeba rozpalenia ogniska, to nie trzeba będzie pocierać gałązkami o siebie ani inwestować w zapalniczkę. Same korzyści z takiego smoka! 
Jest tylko jeden problem... mianowicie... gdzie ja go będę trzymać?...

9. Uciekasz przed bandytami. Możesz biec dalej lub szukać schronienia u bezdomnych. Co wybierasz?
Jeśli bezdomni nie śmierdzą alkoholem i nie wyglądają na bandytów, to ryzykuję i szukam u nich schronienia. 
 
10. Powiedzmy, że jednak znalazłeś schronienie u bezdomnych. Okazuje się, że to tak naprawdę zamaskowani tajni agenci, którzy chcą cię zwerbować. Zgadzasz się?
Hmmm... tytuł tajnej agentki brzmi kusząco. Pytanie tylko, czy chcą zwerbować chodzącą do gimnazjum agentkę, która nie jest nawet w stanie zrobić prostego mostka, a najniebezpieczniejsza broń, jaką miała w rękach, to ta od paintballa. 

11. Możesz grać w zbijaka nożami lub używać węża jako skakanki. Co wybierasz?
AHA.
Chyba wybieram węża (najlepiej zdechłego). W sumie mniejsze prawdopodobieństwo śmierci niż w grze zbijaka nożami. 


Uff, skończyłam! Radujmy się!
Powiem wprost: nie chce mi się wymyślać pytań, więc nie nominuję nikogo. Jestem okropna, wiem.  Za to wstawię Wam na koniec zacne zdjęcie manula:

Pallas Cat

I tym optymistycznym akcentem zakańczam post. Finito!
Pozdrawiam ciepło, strzeżcie się maltryków oraz Poli jako tajnej agentki i... nie dajcie się zbliżającej się szkole!
Pola

sobota, 22 sierpnia 2015

Il paradiso

Buongiorno!
(ach, Pola tak bardzo uzdolniona językowo)

W dzisiejszym poście, jak obiecałam w poprzednim, będzie relacja z mojego wyjazdu z Ligurii. Czymże jest Liguria, zapyta ktoś? Otóż jest to region w północnych Włoszech, gdzie miałam przyjemność spędzić tydzień.
Uwaga... zaczynamy!
*fanfary*

 Do Włoch pojechałam z rodzicami, samochodem. Po drodze w obie strony, zatrzymywaliśmy się w niemieckich hotelach (jeden miał sto pięćdziesiąt lat i został zrobiony w takim stylu retro!), a także przez godzinkę pochodziliśmy po Dreźnie (przepiękne miasto) i podziwialiśmy austriackie oraz szwajcarskie Alpy, które robiły piorunujące wrażenie. Zdjęcia z nich wstawię innym razem, ponieważ dziś  chciałabym się skupić na samych Włoszech.
Na czas pobytu zamieszkaliśmy w małej, nadmorskiej miejscowości Spotorno. Niezwykle urokliwe miasteczko, takie typowo włoskie- ciasne uliczki, kolorowe domki.... nasz hotel leżał na skarpie (na dół zjeżdżało się windą, która wyglądała tak, jakby pamiętała czasy Mussoliniego), nieopodal plaży.
No właśnie, plaża...
W życiu nie widziałam tak krystalicznej, turkusowej wody. Była tak czysta, że mogłam zobaczyć kamieniste dno w całej jego okazałości. Przyzwyczajona do brudnego Bałtyku nie mogłam wyjść z podziwu... jedyną wadą tego wspaniałego miejsca do plażowania były kamienie i żwir zamiast piasku, co jest typowe dla plaż śródziemnomorskich. Dodajcie jeszcze do tego czterdziestostopniowy upał. I mamy małe, nagrzane, wżynające się w stopy, mimo klapków, kamyczki...
Oj, ale ja jak zwykle narzekam. Spotorno było cudowne. Nawet te kamienie były świetne, niektóre naprawdę ładne (np. takie perłowobiałe). Naprzywoziliśmy ich mnóstwo. Cóż, niektórzy przywożą z wakacji magnesy, plastikowe muszelki ,,made in china" czy jakieś pamiątkowe koszulki, a my... wróciliśmy z siatką kamieni:D




 



Fotografia mojej mamy.

W Spotorno właściwie chodziliśmy tylko do jednej restauracji na kolacje (Włosi jedzą kolację wielkości obiadu dosyć późno- około dwudziestej, nawet później). Jedzenie było niesamowite, niesamowici byli też ludzie. Początkowo traktowano nas jak zwykłych klientów i to w dodatku cudzoziemców, ale wszystko się zmieniło, gdy moja mama przypadkowo wdepnęła w taką (palącą się) świeczkę na talerzyku. Świeczki owe stały na dworze, aby odstraszać komary od stolików. Na szczęście mamie nic się nie stało (nieco się tylko oparzyła), kelnerki jednak od razu przybyły tłumnie, wyrażając głośno swoje żal i współczucie (wołając przy tym: ,,jaki ból!"), a następnie odeszły, by błyskawicznie powrócić z lodem i cytryną. Nawet doradziły, ile trzymać. 
Byliśmy już po wypadku. Mama wyczyściła stopę z wosku, przyłożyła lód. Wszystko pięknie. Jedliśmy spokojnie, gdy nagle usłyszeliśmy przenikliwy krzyk.
Ej, to przypominało zdanie wyrwane z jakiejś taniej powieści grozy.
W świeczkę wdepnęła jedna z kelnerek. 
Na szczęście także nie stało się nic poważnego. I cóż... jak się okazało, miało to swoje pozytywne strony, bo od tamtej pory naprawdę zaprzyjaźniliśmy się z kelnerami w tym przemiłym lokalu. Mój tata z pasją uczy się włoskiego, więc szlifował swoje umiejętności, właściwie non stop rozmawiając, zamawiając i tak dalej, co jeszcze lepiej wpłynęło na naszą relację z obsługą. Aż żal było się żegnać...
Pozostał jednak swego rodzaju ślad po naszej obecności (poza wylanym na chodnik woskiem, oczywiście). Otóż w tej chwili w lokalu świeczki odstraszające komary są nadal, tylko, że... w głębokich słoikach.

 
Pizza ,,Genova"- z pesto i cukinią. Niebo w gębie...

Tiramisu. Zdjęcie chyba mówi samo za siebie:D
Znowu fotografia mojej mamy.


Pierwszym miastem poza Spotorno, które odwiedziliśmy, była Genua- stare, piękne miasto, dawna potęga morska (rywalizowała z Wenecją), nazywana kiedyś ,,Superba" (,,wspaniałą"). Cóż, muszę przyznać, że zasługuje na to miano.

Jedną  z bardziej znanych atrakcji tego miasta jest Bigo, czyli ,,żuraw"- wielka konstrukcja, na którą można wjechać windą i podziwiać panoramę Genui, co zresztą uczyniłam. Widok obłędny, jak widać na poniższych zdjęciach.


 

 

W Genui, co ciekawe, można znaleźć również polski akcent. Otóż w porcie zacumowany jest statek zbudowany specjalnie na potrzeby filmu Romana Polańskiego ,,Piraci", udostępniony do zwiedzania. Oczywiście skorzystaliśmy z okazji i weszliśmy na pokład ,,Galeona Neptuna" (bo tak się ten okręt zwie). Cóż mogę rzec? Zacnie to wygląda. Wprawdzie takich pirackich statków z plastikowymi armatami wiele mamy również w Polsce, ale żaden nie może poszczycić się tym, że został stworzony specjalnie do filmu jednego z najlepszych polskich reżyserów. Ciocia Wikipedia mówi nawet, że galeon odbywa czasem rejsy po Morzu Śródziemnym.


 


Genua słynie z tego, że posiada bardzo, ale to bardzo wąskie uliczki na starówce (notabene jednej z największych w Europie)- tzw. carrugi. Kluczenie po takim labiryncie było naprawdę ciekawym przeżyciem. Bardzo często w narożnikach tych uliczek znajdują się tzw.madonnette, czyli figurki Matki Boskiej. Naprawdę jest ich sporo, można się nawet bawić w ich liczenie.


 

Na Starym Mieście znajduje się przepiękna katedra- Cattedrale di San Lorenzo (katedra św. Wawrzyńca), ozdobiona czarno-białymi pasami. Przed wejściem pysznią się lwy. Bardzo chcieliśmy wejść do środka, ale niestety, byliśmy ubrani w krótkie spodenki, ja w koszulkę na ramiączkach, więc nie mogliśmy. Zresztą, nawet gdybyśmy się uparli, to w tym kościele wypraszali ludzi w takim stroju (skądinąd słusznie). Przeczytałam, że ponoć w świątynnym skarbcu, poza rozmaitymi bogactwami, znajduje się kielich uważany za Świętego Graala. Uważany. Po rzekomych Świętych Graali jest na świecie wiele... ale kto wie? Może to ten genueński jest prawdziwy?




 
Chyba w żadnym kraju nie ma tylu skuterów, co w Italii...


 
To, co znajduje się na zdjęciu powyżej, to focaccia- czyli takie pieczywo, z tego samego ciasta co spód pizzy. Występuje zarówno solo, jak i z dodatkami- tutaj akurat z cukinią i papryką.


W Genui byłam również na darmowej wystawie fotografii (czasowej) o nazwie ,,Thousand people". Jak możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej, znajdowało się tam mnóstwo portretów, niektóre naprawdę piękne.

 



Teraz opuszczamy Genuę i wędrujemy do Bra (tak, ta miejscowość nazywa się tak samo jak ,,stanik" po angielsku). Na krótko, ponieważ Bra to naprawdę malutka, acz urokliwa mieścina, znana z tego, że znajduje się w niej siedziba organizacji Slow Food (dla niezorientowanych, służę linkiem do Wikipedii). Warto więc poświęcić jej chociaż troszkę uwagi. 



 

 
Główny plac w Bra.

Sery, czyli specjalność Bra. Odbywa się tam chyba nawet jakaś serowa impreza jesienią.


Hej, jak tam, żyjecie? Mam nadzieję, że nikt nie zasnął, czytając tę relację. Zwłaszcza, że to jeszcze nie koniec. Dbam jednak o Was i postanowiłam podzielić ją na dwie części. Kolejna ukaże się... hmmm... wkrótce! Tak. To jest dobre słowo. Wkrótce. Ekhem.
W każdym razie (,,w każdym razie", a nie ,,w każdym bądź razie", jak mówią ludzie wokół mnie, co doprowadza mnie do szału... ale to przez przebywanie w towarzystwie Kajaxa, która na poprawnej polszczyźnie się zna i wszystkich poprawia. Zaraziła mnie tym!) na dzisiaj to już koniec, a WKRÓTCE powrócimy znowu do słonecznej Italii. 
Na razie mówię Wam więc ,,ciao!"  i pozdrawiam ciepło,
Pola

Chyba jedna z najfajniejszych piosenek Studia Accantus. Genialny finał sezonu:D

środa, 12 sierpnia 2015

Opowiadanie Bez Tytułu (czy tylko ja mam takie problemy z wymyślaniem tytułów?)

Witam Was!
Wczoraj wróciłam z kraju lodów, pizzy, makaronów, sztuki, pięknych widoków, wspaniałych ludzi i skuterów Vespa, czyli... no, zgaduj-zgadula, kto zna odpowiedź na to trudne pytanie?... Tak! Włoch! Ale z Was bystrzaki!
Relacja z wyjazdu już się szykuje (na razie w mojej głowie, ale to taki błahy szczegół), niebawem się ukaże. Dzisiaj zaś wstawiam kolejny tekst z obozu literackiego, który tytułu nie posiada (mam poważny problem z tytułami...).
Moje zadanie było następujące: dostałam karteczkę z jakimś wyrwanym fragmentem (chyba z jakiejś książki, ale niestety nie wiem, z jakiej). Miałam wybrać sobie jedno zdanie z tego fragmentu i właśnie tym zdaniem miałam zakończyć mój tekst. A więc (uwielbiam łamać tę zasadę nierozpoczynania zdania od ,,więc") ostatnie zdanie pochodzi z tej nieznanej mi powieści/nieznanego mi opowiadania* . Ale tworząc tekst nie inspirowałam się podanym mi fragmentem, pomysł, bohaterowie i fabuła są moi. Opowiadanie nie jest jakieś wybitne, to taka opowiastka i głównie przedstawienie relacji między głównymi bohaterami, która tworzy się w czasie podróży.
Więc cóż...
Życzę miłej lektury!

*EDIT: Chyba znalazłam, skąd pochodzi to zdanie. To prawdopodobnie ,,Tajemnica wyroczni" Catherine Fisher. Nie ma to jak wujek Google. 

***
Ognisko rzucało jasną poświatę na drzewa i dwójkę ludzi nieopodal. Pomarańczowe, lśniące iskry trzaskały głośno, zakłócając ciszę. Gwiazd i księżyca nie było, ogień stanowił jedyne źródło światła. Siedział przy nim chłopiec, bezmyślnie patrzący w przestrzeń i odrywający korę od patyka. Przy starym, nieco wyłysiałym dębie umiejscowił się Muzykant, jak zwykle w czarnym kapeluszu nasuniętym na oczy i gitarą obok.

- Śpisz? - zapytał chłopiec.

- Tak.

- To dlaczego mi odpowiadasz?
Muzykant stęknął w odpowiedzi.
- Idź spać, mały.
- Nie mogę zasnąć.
- Jutro przed nami długa droga. Idź spać.
- Porozmawiaj ze mną.
- Jeszcze czego. Śpij, mały.
- Dlaczego ciągle nazywasz mnie małym?- zapytał z pretensją chłopiec. Patyk został już zupełnie ogołocony z kory, teraz był łamany na kawałki.
- Bo jesteś mały.
- Mam imię.
- Obawiam się, że nie jest to szczególne osiągnięcie. Każdy ma imię.
- I dlatego należy go używać. Dlaczego ty nie używasz cudzych? I swojego?
- Swojego?- mruknął sennie Muzykant.
Kawałki patyka jeden po drugim lądowały w ogniu.
- Nigdy mi nie powiedziałeś, jak masz na imię.
- Mówiłem ci, żebyś zwracał się do mnie po prostu Muzykant.
Chłopiec przewrócił oczami.
- Muzykant to nie imię.
- Może nim być. Pasuje do mnie. Określa mnie.
- Ale to nie jest imię, które nadali ci rodzice.
- Nie. To imię, które sam sobie nadałem. Jest więc trafniejsze.
Chłopiec zamilkł i patrzył, jak ogień trawi drewno. Zupełnie jak niedawno jego rodziców.
- Idź spać- powtórzył Muzykant, opierając się wygodniej o pień.
Przyciągnął do siebie gitarę, z którą nigdy się nie rozstawał. Chłopiec czasem podejrzewał, że jest dla niego ważniejsza niż ludzie.
Ogień trzaskał wesoło.
Chłopiec zapatrzył się w złote płomienie. Jak coś tak złego może być jednocześnie piękne?
- Od dawna nikt do mnie nie mówił po imieniu- powiedział chłopiec.
Muzykant nie odezwał się.
Może już spał.
***
Muzykant i chłopiec szli krętą drogą. Im dalej byli od wioski „Małego”, tym tereny robiły się bardziej górzyste.
Na niebie nie widniała ani jedna chmurka. Słońce paliło bezlitośnie.
- Gorąco mi - poskarżył się chłopiec.
- Takie życie - stwierdził ze stoickim spokojem Muzykant. Niósł na plecach futerał z gitarą i robił szybkie, energiczne kroki. Chłopiec ledwo za nim nadążał.
- Możemy się zatrzymać?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo dzisiaj musimy przejść spory odcinek.
- Dlaczego?
- Żeby nie przechodzić go jutro. Mały, przecież chcesz dotrzeć do Miasta jak najszybciej, prawda?
Chłopiec stęknął, ale już nie narzekał.
Muzykant poprawił swój kapelusz.
- Zobacz, jak ładnie- rzekł, pokazując szerokim gestem świat wokół nich.
,,Mały" zerknął niechętnie. Droga prowadziła przez mały, raczej nędzny lasek, z rzadko rosnącymi drzewami.
- Nic nadzwyczajnego - burknął.
- Nieprawda. Zresztą, ,,nadzwyczajny" i ,,zwyczajny" to pojęcia względne.
Chłopiec jęknął.
- Nienawidzę, gdy zaczynasz filozofować.
Muzykant uśmiechnął się. Miał specyficzny, lekko krzywy uśmiech, który zawsze wyglądał na kpiący.
- Sam chciałeś się ze mną zabrać, gdy dowiedziałeś się, że idę do Miasta. Jeśli chcemy iść razem, musisz jakoś ze mną wytrzymać.
Chłopiec westchnął.
- Ile jeszcze do Miasta?
- Daleko- odparł Muzykant.
- Aha.
Zapadła krótka cisza, przerywana odgłosami ptaków i szeleszczących liści.
- Wiesz, gdzie dokładnie mieszka twoja rodzina?- zapytał Muzykant.
Chłopiec nagle wykazał duże zainteresowanie swoimi stopami.
- Nie.
- To jak masz zamiar ich znaleźć?
- Popytam, poszukam... Znam ich nazwiska. Kiedyś przyjechali do moich rodziców, wiem jak wyglądają...
Mężczyzna parsknął.
- Mały, miasto to nie wieś. Tam mieszkają tysiące ludzi.
Chłopiec wzruszył ramionami.
- Coś wymyślę.
Chociaż starał się to powiedzieć z nonszalancją, to jedynie obnażył swój strach i niepewność.
Muzykant nie po raz pierwszy poczuł przypływ litości dla chłopca.
- Mogę ci pomóc ich szukać, mały.
Mały poderwał głowę.
- Naprawdę?
Muzykant mimowolnie się uśmiechnął.
- Jasne.
Co ciekawe, jego uśmiech wyjątkowo nie był krzywy.
***
Na miejsce odpoczynku wybrali niewielką polanę, otoczoną i ocienioną przez lasek. Muzykant wyjął swoją gitarę, czule przejechał po niej palcami i zaczął ją stroić wydobytym z kieszeni plektronem. Chłopiec podgryzał kromkę chleba i przyglądał się muzykowi.
- Dlaczego grasz? - zapytał w końcu.
- W tej chwili, czy w ogóle?
- W ogóle.
- Dlatego, że to lubię.
- A dlaczego to lubisz?
- Bo muzyka mnie uspokaja. Pozwala mi być sobą.
Muzykant przeciągnął plektronem po strunach.
Chłopiec zastanowił się.
- Słyszałem cię, jak przyjechałeś do mojej wioski. Ładnie grasz.
- Dziękuję.
- Idziesz do Miasta, żeby zrobić karierę?
- Karierę?- powtórzył z rozbawieniem Muzykant.
- Przecież po to ludzie jeżdżą do Miasta. Żeby zrobić karierę. Coś osiągnąć.
- Cóż, ja nie,
- To po co tam idziesz?
- Nigdy tam nie byłem i chciałbym zobaczyć, jak tam jest - wyjaśnił Muzykant.
- Tak po prostu? Nie masz żadnego celu?
- Nie. Po cóż mi cel?
- Przecież każdy ma w życiu cel- powiedział chłopiec ze zdziwieniem. -Choćby najmniejszy. Jakikolwiek plan na przyszłość.
- Na najbliższą to mam, owszem. Na przykład, czy zjem kromkę chleba ze smalcem, czy kiełbasę. Albo czy pójdę grać w tej wiosce, czy innej. Ale poza tym, wolę żyć spontanicznie.
- Nie jest ci ciężko bez jakichkolwiek planów na przyszłość, marzeń?
- Wręcz przeciwnie. Nic mnie nie ogranicza, mały. Moim jedynym planem jest to, aby żyć bez planu. A moim marzeniem, aby ten plan się utrzymał i abym był szczęśliwy. To chyba dobrze, prawda?
- No tak, ale... Nie chciałbyś czegoś w życiu osiągnąć? No nie wiem... Zdobyć sławę?
Muzykant zagrał krótką melodyjkę.
- Nie potrzebuję sławy.
- I nie chcesz jej?
- Nie. Sława wcale nie jest taka dobra, na jaką wygląda, mały.
- Przestań mówić do mnie ,,mały"- zdenerwował się chłopiec.
- To jak mam do ciebie mówić? - zapytał Muzykant.
Chłopiec zmarszczył brwi.
- To chyba oczywiste.
- Niekoniecznie. Nie wszyscy chcą się posługiwać swoim imieniem.
- No dobrze, ale ja chcę. Mów do mnie Alek, dobrze?
- Jasne, mały.
Pełen złości krzyk Alka i śmiech Muzykanta było słychać w całym lasku.
***
Dotarli do niewielkiej wioski leżącej w górskiej dolinie, gdzie domy zostały zrobione z ciemnego drewna, a ludzie ubierali się w kwieciste ubrania. Tam postanowili się zatrzymać. Szli ciasnymi uliczkami między domkami.
- Wiesz, jak wygląda Miasto, Muzykancie?- zapytał Alek.
- Nie. Skąd mam wiedzieć?
- Słyszałem, że jest otoczone przez skały i że jest wieeeelkie... Podobno domy są tam zrobione z kamienia i są kolorowe, i są tam rzeźby, i fontanny, i wielki zamek, i...
- Dobra, dobra, Alek, opanuj się.
- I ponoć tam płynie taka duuuża rzeka...-ciągnął marzycielsko chłopiec.
- Zobaczymy. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby znaleźć twoich krewnych.
- Znajdziemy ich przecież.
- I rozumiem, że zgodzą się, abyś z nimi zamieszkał?
- Przecież muszą. Są teraz moją jedyną rodziną.
Alek zaczął intensywnie trzeć oko, jakby coś tam mu wpadło.
Muzykant nie miał sumienia, żeby powiedzieć mu, że jego krewni mogą nie zechcieć przyjąć pod swój dach sieroty.
Po prostu nie miał sumienia.
***
W pokoju gospody było ciemno i duszno. Z dołu dobiegały odgłosy zabawy- stukanie się kuflami piwa, okrzyki, muzyka. Alek patrzył na drewniany sufit.
- Muzykancie?
- Co?
- Śpisz?
- Tak.
- To dlaczego mi odpowiadasz?
- Alek, litości...
- Daleko jeszcze do miasta?
- Niedaleko.
- To znaczy ile?
- To znaczy niedaleko. Śpij.
- Nie mogę zasnąć. Tu jest tak ciemno...
- Jest noc, to jest ciemno.
Zapadła krótka cisza.
- Muzykancie?
- Czego?
- Boję się, że znowu mi się to przyśni.
- To znaczy co?- burknął Muzykant przewracając się na plecy.
- Pożar, w którym zginęli moi rodzice.
Muzykant milczał, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć.
- Muzykancie?...
- Co znowu, mały?
- Mogę położyć się obok ciebie?
- Chyba żartujesz.
- Nie. Proszę.
 Głos chłopca ledwo dostrzegalnie drżał.
Muzykant westchnął ciężko i przesunął się na lewą stronę łóżka, odsuwając rownież gitarę, która leżała obok niego.
- Właź.
Rozległ się szelest odsuwanej kołdry, skrzypienie i plaskanie bosych stóp o drewnianą podłogę. Po chwili Alek wdrapał się do łóżka Muzykanta.
I tak zasnęli we trójkę: chłopiec, mężczyzna i gitara.
***
- To już naprawdę niedaleko?
- Naprawdę. Za tymi wielkimi skałami.
Chłopiec nie mógł powstrzymać ekscytacji.
- Nie wierzę - powiedział. - Za chwilę je zobaczę. Zobaczę Miasto!
Muzykant roześmiał się.
- Tak, w końcu zobaczysz miasto. I mało tego, wejdziesz tam.
- Chodź szybciej!
- No, no, mały, nie szarżuj tak. Pamiętaj, że musimy wejść po tych skałach.
Zaczęli ostrożną wspinaczkę po wykutych, nierównych  stopniach. Muzykant trzymał chłopca za rękę, drugą przytrzymując futerał na plecach. W dole roztaczał się piękny widok, jednak żaden nie patrzył za siebie. Parli tylko do przodu.
W końcu doszli niemal na szczyt skały. Ostatni stopień był bardzo wysoki, za wysoki dla tak drobnego chłopca, jakim był Alek.
- To tu - powiedział drżącym z przejęcia głosem ,,Mały".
- To tu - potwierdził Muzykant.
Alek spróbował wejść na ostatni stopień, ale tylko się ześlizgnął.
- Pomóż mi! - zawołał do mężczyzny, który uśmiechał się, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. - Chcę je zobaczyć!
Muzykant podniósł chłopca i ostrożnie ustawił go na wysokim stopniu wykutym w śliskim kamieniu.
 

Wiem, koniec wiele nie wyjaśnia, wręcz się urywa (zasługa ostatniego zdania). Jednak osobiście uwielbiam, po prostu uwielbiam otwarte zakończenia, więc postanowiłam zostawić takie również w moim tekście. Może spróbujecie sobie wyobrazić dalsze losy Alka i Muzykanta? Koniecznie podzielcie się swoimi pomysłami oraz oczywiście wrażeniami po lekturze:)

EDIT: Wprowadziłam małe poprawki

Pozdrawiam ciepło!
Pola

Ten filmik jest niesamowity. Aż zapiera dech w piersiach... 










PS: Ostatnio wpadł mi do głowy pomysł na posta ze wskazówkami, jak pisać, których nauczyłam się na obozie literackim. Chcielibyście może coś takiego? Dajcie znać:) 
PS2: Czy Was też tak denerwują te napisy w sklepach, które głoszą ,,Czas na szkolną przygodę", ,,Już czas do szkoły" albo ,,Niebawem szkoła"? Bo ja, gdy je widzę, to cierpię.
PS3: W centrum handlowym nieopodal mnie będzie Empik! Wprawdzie trochę sobie na niego poczekam, ale mimo wszystko... Empik. Nie mam tu na myśli samej sieci czy tych wszystkich kiepskich gadżetów, ale  książki (ksiąąąążkiii...). Kilka kroków od mojego domu! Księgarnia to jeden z niewielu sklepów, w którym mogłabym przebywać w nieskończoność...
 Me 
Tak bardzo prawdziwe...

PS4: O, to pierwszy obrazek w tym poście.
PS5: Oglądał ktoś z Was może ,,W głowie się nie mieści"?
PS6: Tak, Pola, stara koza, ogląda bajki dla dzieci. I się nimi zachwyca. ,,W głowie się nie mieści" jest zacne. 
PS7: Znowu przegięłam z PS-ami, prawda?  A więc już kończę. Naprawdę.