sobota, 18 lutego 2017

San Marino

Lubię sobie wyobrażać taką scenkę. 
Dawno, dawno, kilkaset lat temu. Jakiś władca uderza pięścią w stół i woła: ,,Podbijemy San Marino!". 
Wola władcy jest prawem. Tak więc wojsko, okute w zbroje, grzechocząc orężem i ciągnąc za sobą armaty, wyrusza, waląc w bębny bojowe i śpiewając pieśni wojenne.
Po czym patrzą w górę.
I w górę. 
Dowódca mruga przez chwilę, częściowo oślepiony włoskim słońcem, częściowo zdezorientowany. Zapada cisza. Śpiewają ptaki. 
 –Dobra, chłopcy – mówi po chwili ciszy dowódca. – Idziemy do domu.

Oczywiście to tylko wytwór mojej dziwnej wyobraźni, który sam nasunął mi się, gdy stałam na szczycie skarpy, otoczona średniowiecznymi murami i patrzyłam w dół, na skały oraz majaczącą za nimi ziemię. San Marino było wprawdzie kilka razy okupowane, ale z tego co wiem, przez większość czasu stanowiło wolną, niepodległą republikę. Jedną z pierwszych na świecie, dodajmy, przynajmniej według mieszkańców.
Jednak nie będę Wam tu opisywać historii tego trzeciego najmniejszego państwa świata, bo po pierwsze, nie chcę Was zanudzać, a po drugie, przede wszystkim sama wiem bardzo, bardzo niewiele.

San Marino, jeden z najmniejszych krajów na świecie, miałam przyjemność odwiedzić w sierpniu ubiegłego roku, podczas pobytu we Włoszech.
Tak, to całkiem nieźle pokazuje mój refleks, jeśli chodzi o wstawianie zdjęć.

Pamiętam przede wszystkim pięcie się w górę.
Wciąż w górę. 
Wokół eksplodowały kolory: biel kamienia, soczysta zieleń, intensywny błękit nieba i dalekiego morza. Słońce prażyło niemiłosiernie, czasem łagodzone przez lekki wiaterek. Najpierw jechaliśmy wśród włoskich wzniesień, krętymi drogami. Potem coraz bardziej stromymi ulicami, ze średniowiecznymi zabudowaniami San Marino majaczącymi na horyzoncie. Wspinaliśmy się po wiodących przez las kamiennych, nierównych schodach, z budynkami daleko, daleko na dole prześwitującymi przez drzewa.
Wszystko, aby ujrzeć coś, dla czego moim zdaniem najbardziej opłaca się odwiedzić San Marino.
Widoki.






Dla mnie są zasadniczo dwa bardzo dobre powody, aby pojechać do San Marino: widok z góry i średniowieczne budynki. Wygląda to niesamowicie zjawiskowo, jak widać na powyższych zdjęciach. Baśniowe zamki i mury, ciemna zieleń drzew, cały świat pod stopami. Widoki zachwycają i zapierają dech w piersiach, aż może zakręcić się w głowie. Z wiadomych względów nie polecam osobom z lękiem wysokości. 

Najpiękniej i najciekawiej jest w średniowiecznych murach na szczycie. Niewiarygodna architektura w połączeniu z obłędnymi widokami i całym światem pod twoimi stopami? Zamek na skarpie, jak z jakiejś legendy czy baśni? Zdecydowanie tak. 
Jednak gdy zejdzie się na dół, do centrum, atmosfera tej niezwykłości jakoś ginie. Powód jest prosty i dość prozaiczny.
Turyści.

Tutaj warto coś wiedzieć. San Marino to strefa bezcłowa. Oznacza to, że wielu ludzi przyjeżdża tu nakupować różnych dóbr, a wszędzie jest sporo kiczu. Sklepiki rosną jak grzyby po deszczu, kusząc pamiątkami ,,made in China", butami, ubraniami, alkoholem, perfumami, a spoceni turyści z obłędem w oczach kupują badziewie.

Przez to San Marino, które samo w sobie jest przepięknym miastem, trochę traci atmosferę poprzez kicz i rzeczy stworzone pod odwiedzających. No bo przecież turyści przyjeżdżają, gospodarka kwitnie, spływają pieniądze, wszystko cacy. Tylko gdzieś pod grubą warstwą tandety ginie ten magiczny klimat i baśniowe piękno.






W obiektywie starałam się uchwycić to bardziej zabytkowe, magiczne, kameralne oblicze San Marino. Bo to naprawdę niezwykłe miejsce - nadgryzione przez kicz i wypełnione turystami, jednak i tak robiące wrażenie. Cudowne, średniowieczne miasto otoczone obłędnie, zjawiskowo piękną przyrodą. Stare zamki i mury nad przepaścią, Apeniny, zielone drzewa, błękitne niebo, wydawałoby się, że jesteśmy bliżej słońca niż ziemi.

San Marino może mieć też takie oblicze. I myślę, że to jego warto szukać. 


sobota, 11 lutego 2017

Edgar Allan Poe's Murder Mystery Dinner Party

Gathering the most brilliant minds in literature? Something was bound to happen.
 (Zebrać najbardziej błyskotliwe umysły literatury? Coś musiało się wydarzyć.) 

Znalezione obrazy dla zapytania edgar allan poe's murder mystery dinner party 

Edgar Allan Poe wraz ze swoją ironiczną, martwą współlokatorką, duchem Lenore, postanawia zaprosić przyjaciół na kolację połączoną z zabawą w morderstwo. Wieczorem zjeżdżają się goście. Do drzwi pukają Fiodor Dostojewski z butelką wódki w dłoni, Louisa May Alcott z garścią zielsk na kolację, Ernest Hemingway z nożem sprężynowym i papierosem w ustach. Nadciąga Mary Shelley, powiewając czarną suknią, Charlotte Brontë z wyniosłą miną oraz H.G Wells w steampunkowych goglach, dzierżąc własnoręcznie skonstruowaną mikrofalówkę. Przybywają elegancki Oscar Wilde, niezauważana przez nikogo Emily Dickinson i George Eliot, która oczywiście wcale nie jest kobietą. Agatha Christie wciąż się spóźnia, ale za to próg jadalni przekracza gość specjalny - piękna Annabel Lee ze swoim chłopakiem Eddiem. 
Wszystko przebiega dokładnie wobec planu... dopóki ktoś naprawdę nie zostaje zamordowany, a gra zamienia się w prawdziwe zabójstwa.
Czy goście Edgara uda się rozwiązać zagadkę, zanim najwybitniejsi pisarze stulecia zostaną wymordowani co do jednego? 

,,Edgar Allan Poe's Murder Mystery Dinner Party" (albo: ,,Edgar Allan Poe's Murder Mystery Invite Only Casual Dinner Party/Gala For Friends Potluck" - tak, to ten moment, w którym piszę to z pamięci, przerażające) to jedenastoodcinkowy serial internetowy. Stworzony został przez rodzeństwo Seana i Sinead Persuad (którzy odtwarzają także role Edgara oraz Lenore), wyreżyserowany przez Williama J. Striblinga, a wyprodukowany przez Shipwrecked Comedy i American Black Market. Na tę pozycję natknęłam dzięki mojemu ukochanemu serialowi internetowemu ,,Lizzie Bennet Diaries", współczesnej adaptacji ,,Dumy i uprzedzenia" (post o nim również niebawem, mam nadzieję). W ,,Edgar Allan Poe's..." bowiem pojawiają się znane twarze z ,,LBD", chociażby w głównych rolach -  Ashley Clements jako Charlotte Brontë i Mary Kate Wiles jako Annabel Lee (w trakcie pojawiają się też mrugnięcia okiem do fanów uwspółcześnionej ,,Dumy i uprzedzenia" i to fantastyczne mrugnięcia okiem!). Ten fakt, a także intrygujący tytuł zachęciło mnie do natychmiastowego wystukania tytułu w wyszukiwarkę.
Na początku pierwszy odcinek zainteresował mnie, ale aż tak nie porwał, niektórym może nawet wydawać się leciutko drętwy, ale nie zrażajcie się tym, serio. Nie przeszkodziło mi to zresztą we wciągnięciu się w historię, a potem...

Ach.

Już na drugim odcinku wiedziałam, że jestem absolutnie zakochana.



Na samym wstępie urzekł mnie pomysł zebrania razem i do tego uwikłania w zagadkę morderstwa wybitnych pisarzy, którzy w prawdziwym świecie nie mogliby się spotkać - chociażby Ernest Hemingway urodził się pięćdziesiąt lat po śmierci Poego. Interakcje między nimi zostały wykreowane z przymrużeniem oka, ogromnym humorem i wyobraźnią - co by było, gdyby Oscar Wilde poznał George Eliot? Jak Bronte dogadałaby się z Shelley? A co, jeśli Edgar Allan Poe walczyłby o względy pięknej Annabel Lee z Hemingwayem? Nie szukajcie tu zgodności chronologicznej i historycznej, wiernego epokom języka (Charlotte Brontë na przykład nie ma problemu z powiedzeniem ,,okay"),  bo nie o to tu chodzi - tylko o absurd i dobrą zabawę.
To serial przesiąknięty miłością do literatury i od razu dałam się porwać. Nawiązania, aluzje i odniesienia są niesamowite, niektóre wychwyciłam dopiero po dokładniejszym przeczytaniu o autorach. No i właśnie - przed seansem warto coś, cokolwiek już wiedzieć o tych pisarzach i ich dziełach, nawet zupełnie podstawowe fakty, bo inaczej może umknąć wiele żartów.  Polecam przede wszystkim poznanie choćby paru utworów Edgara Allana Poe - chociażby Lenore i Annabel Lee to bohaterki jego wierszy. 
Zabawa cytatami, motywami z literatury, bohaterami, skojarzeniami, faktami z życia pisarzy jest cudowna. Wyobraźnia twórców, to, jak jak połączyli fakty z historii oraz literatury, których nikt by ze sobą nie powiązał... niewiarygodne, serio. Wszystko zostało wymyślone i stworzone z dowcipem, wdziękiem oraz humorem.

Fabuła jest właśnie w głównej mierze oparta na tej zabawie motywami z literatury i historii, które stanowią trzon tej opowieści. Jako że mamy morderstwo, mamy również zagadkę kryminalną, a jak wiemy, od opowieści o zbrodni oczekujemy przede wszystkim dekonspiracji zabójcy oraz zakończenia wbijającego w fotel. Serial jak dla mnie to kryterium spełnia, na swój absurdalny i dowcipny sposób - wprawdzie niektórych elementów intrygi jak dla mnie można było się domyśleć, ale ośmielę się zasugerować, że nie spodziewacie się ostatecznego rozwiązania i motywu. Ja w każdym razie na pewno się nie spodziewałam i trochę szczęka mi opadła (nawet pomimo faktu, że ktoś w komentarzach pod jednym z odcinków niecnie zaspoilerował część rozwiązania - nawet pomimo tego byłam zaskoczona!). Powiem tak, to wszystko jest bardziej złożone, niż sądzicie! Jednak nie zagłębiam się szczegóły, bo domyślanie się tożsamości mordercy i snucie teorii to część zabawy. Zabawy, która kurczowo trzyma przed ekranami komputerów. Ta opowieść jest zwyczajnie urzekająca i wciągająca. Pochłonęłam ją w dwa dni, a pochłonęłabym prawdopodobnie w jeden, gdyby nie późna pora i środek tygodnia. To po prostu kawał świetnie napisanej historii z cudownymi dialogami, w której zakochałam się na zabój.

Podobny obraz


,,Edgar Allan Poe's..." to połączenie kryminału z komedią, więc poza intrygą mamy tu również, a może raczej przede wszystkim, mnóstwo znakomitego humoru. Absurdalnego, ironicznego, trochę czarnego i prześmiewczego. To zasługa nie tylko dowcipnych dialogów, ale również niezwykle charyzmatycznych i zdolnych aktorów. Ich bohaterowie są żywi, uroczy, barwni. Komiczny Tom DeTrinis jako Oscar Wilde, Blake Silver wcielający się w H.G Wellsa, w tym wydaniu przeuroczego, cudowna Ashley Clements odgrywająca Charlotte Brontë (ten piskliwy głos i fałszywy brytyjski akcent, ach!), Lauren Lopez jako świetna George Elliot, Sinead Persaud w roli Lenore, ducha z jednymi z bardziej zabójczych tekstów.... długo, długo by wymieniać. Każdy jak dla mnie świetnie wczuł się w swoją rolę, będąc zarazem naturalnym, jak i komicznym, zgrabnie balansując między humorem a dramatem, groteską a wiarygodnością. Całość jest naprawdę, naprawdę przezabawna, a przy tym pełna tego niewymuszonego wdzięku oraz uroku.

No i ta atmosfera! Klimat jest absolutnie nieziemski - otoczony wieczornym mrokiem dziewiętnastowieczny dom, jadalnia z żyrandolem, dawny telefon, morderstwo, duchy, tajemnica, a to wszystko skąpane w literackiej otoczce. Chłonę to całą sobą, serio. Efektu dopełnia świetna realizacja, tym bardziej godna podziwu, że to serial internetowy, a więc na pewno z mniejszym budżetem. Czasem te ograniczenia w budżecie widać w bardziej wymagających scenach (chociaż nigdy to nie razi), ale i tak całość wygląda po prostu ładnie i bardzo, bardzo dobrze. Scenografia jest przepiękna, podobnie jak cudne kostiumy i zdjęcia,  bardzo klimatyczne i estetyczne. Do tego dochodzi nieziemska muzyka, soundtrack to istne cudo (można sobie posłuchać o tu). A samą czołówkę mogę oglądać w nieskończoność, to chyba zmienia się w nałóg.
*ogląda czołówkę po raz setny*
Błagam, pomóżcie mi, to już obsesja.

,,Edgar Allan Poe's Murder Mystery Dinner Party" mimo kilku malutkich zgrzytów absolutnie mnie zachwycił i  doprowadził do przerażającego stanu - stanu, w którym śmieję się jak głupia przed ekranem, świetnie bawię, przeżywam każdą scenę, mamroczę coś do siebie pod nosem, podskakuję na kanapie, gdy dzieje się coś ekscytującego, stale nucę muzykę z czołówki, a do tego jak zwykle próbuję zarazić tą miłością wszystkich wokół, co też właśnie robię teraz, chociaż nie wiem, czy umiem ubrać mój zachwyt w słowa.
Polecam, polecam z całego serduszka, które ten serial podbił całkowicie, a jeśli ktoś obejrzy, to proszę dać znać. Potrzebuję kogoś, z kim mogłabym to przeżywać.

No to co? Oglądamy?

niedziela, 5 lutego 2017

Rozmaitości #1: FCE, dużo miłości i hejt na Stasia i Nel

Dzisiaj chaotycznie, bez ładu, składu i jednego tematu. Trochę o ostatnich obsesjach, odkryciach, planach, luźnych przemyśleniach i ostatnich wydarzeniach z mojego jakże fascynującego Was przecież życia, czyli post zupełnie nieprofesjonalny i nieuporządkowany.
Zapraszam na rozmaitości!


Niektórzy być może pamiętają, że w grudniu przystępowałam do egzaminu FCE i sporo osób pytało się, jak mi poszło. Otóż są już wyniki.
...
Udało mi się zdobyć A, czyli najwyższą ocenę.
W tym miesiącu otrzymam certyfikat, który będzie głosił, że posługuję się angielskim na poziomie C1.
Aaaa!
Wciąż nie mogę w to uwierzyć, serio. Gdy włączyłam komputer i weszłam na stronę z wynikami, przez chwilę tylko wpatrywałam się w ekran, żeby zaraz potem ze zduszonym piskiem euforii zacząć wykonywać dziwne podrygi radości na krześle. 
Musiałam stanowić interesujący widok.
Jeśli chodzi o poszczególne części, najlepiej poszło mi Use of English i o dziwo słuchanie, najgorzej zaś pisanie. Z mówienia, któremu poświęciłam przecież cały post, zabrakło mi dwóch punktów do maksymalnej oceny. Więc jestem przeszczęśliwa i nawet teraz zaczynam podrygiwać radośnie na krześle. Aaaach!

Ostatnio skończyłam dwa internetowe seriale i moje życie już nigdy nie będzie takie samo.
Wprawdzie jedyna rzecz, która się zmieni, to moje nieustanne wyrażanie zachwytów i gorąca miłość wypełniająca serducho, ale ,,nigdy nie będzie takie samo" brzmi bardziej efektownie.
Pierwsza produkcja to ,,Lizzie Bennet Diaries", a druga ,,Edgar Allan Poe's Murder Mystery Dinner Party" i o rany, fangirluję na punkcie obu tak bardzo. Są tak świetne, tak genialne, zabawne, inteligentne, w genialny sposób wykorzystujące motywy z literatury, tak dobrze wymyślone i zagrane, i tak się tym wszystkim ekscytuję, i w ogóle qpdinqolfdpncolgiwnc ♥ Kocham je całym swoim małym, literackim serduszkiem. Będą osobne wpisy. O ,,LBD" na pewno, bo noszę się z zamiarem opisania tego przeepickiego (ale że jak to nie ma takiego słowa) serialu już od dawna, ale ten, wiecie. ,,Edgar Allan Poe's..." skończyłam przedwczoraj i spędziłam z nim cudowne dwa dni oglądania oraz ekscytacji tym, co oglądam. O tak. 

Zaczęłam również, uwaga, eksplorować Wattpada (dla niezorientowanych - strona, na której można publikować swoje opowiadania). Konto założyłam sobie dwa lata temu bodajże, bo moje koleżanki tłumaczyły tam jakieś fan-fiction i z ciekawości się zarejestrowałam, żeby zobaczyć ki licho i z czym to się je (to staroświeckie powiedzonko podłapałam z ,,Godziny pąsowej róży". Notabene czy tylko ja uważam, że film jest lepszy od książki?). Dość szybko porzuciłam tę stronę, nie znajdując nic dla siebie, ale ostatnio postanowiłam dać jej drugą szansę. Zaczęłam odkrywać tę obcą ziemię ostrożnie, na początku z wysokim sceptycyzmem (dużą rolę miał w tym fakt, że na początku wyskakiwały mi jakieś opowiadania z cyklu ,,seksualne niewolnice" albo ,,demony yaoi", CZEMU), ale okazało się, że tam naprawdę można znaleźć perełki i zwyczajnie fajne opowiadania. Ostatnio pochłonęłam dwa - ,,Dzielnicę dla wykolejeńców" i ,,Szpacze serce" Mintuee. Oba niestety niedokończone, ale i tak polecam, są naprawdę fjane. Przeurocze ,,Szpacze serce" połknęłam niemalże za jednym zamachem, czytając ciągiem, co rzadko mi się zdarza. W mojej biblioteczce na razie są trzy pozycje, poza wyżej wspomnianymi, to jeszcze ,,Lament oceanu" Alicji Kaczmarek, bardzo spoko blogowe opowiadanie, ostatnio wyszedł też e-book.
No i w ten sposób chyba przekonałam się do Wattpada.

W sumie zastanawiałam się, czy po skończeniu serii nie wbić tam z ,,Cyklem Słowiańskim", ale nie wiem. Bylibyście zainteresowani?
A'propos ,,sabinkowego uniwersum" - myślałam także, aby po zakończeniu napisać parę uzupełniających opowiadań, które działyby się przed ,,Kruchym lodem", na przykład rozpoczęcie pracy Anki oraz między ,,Kruchym lodem" a ,,Sabinką", bo jest tam w sumie taka pusta luka. To jednak nastąpiłoby dopiero za jakiś czas, po skończeniu cyklu, na razie snuję luźne plany.



Niektórzy z Was wiedzą, że od jakiegoś czasu pracuję nad ,,dłuższą formą" (a konkretniej czymś, co śmiem nazywać powieścią, chociaż chyba na to miano nie zasługuje) i odkrywam ciemne strony tworzenia czegoś tak rozwiniętego. Na pięćdziesięciu stronach zdążyłam już:
1) stworzyć zbyt wielu bohaterów
2) wprowadzić zbyt wielu bohaterów w zbyt krótkim czasie
3) pogubić się we własnym świecie i fabule
4) wprowadzić zbyt wiele wątków
5) jakieś sześć razy zmienić koncepcję fabuły
Nie no, spoko.
Obecnie więc jestem trochę w martwym punkcie, bo mam bardzo wiele postaci, stanowczo zbyt wiele, a każda z nich jest w jakiś sposób ważna, do tego zamysł fabuły określiłabym jako co najmniej chaotyczny, wszystko się zaplątało. Przede wszystkim stworzyłam za bardzo rozbudowaną historię, w której sama się troszkę gubię. Ech. Ale nikt nie powiedział, że to będzie proste, nie? Nigdy nie doszłam do takiego punktu w dłuższej formie, to mój pierwszy tak długi tekst, a na początku nic nie jest łatwe i przyjemne. Nie wiem nawet, czy cokolwiek z tego wyjdzie, chociaż bardzo bym chciała to skończyć, to dopiero jakieś tam próby przecież.  Pierwsze koty za płoty, wciąż się uczę i ćwiczę, ale walczę. Trzeba po prostu trochę cierpliwości i wytrwałości.
I może umiejętności usuwania niektórych bohaterów. 

Udało mi się przejść do trzeciego etapu konkursu z polskiego, co oznacza miesiąc nauki i czytania lektur ze spisu. Na półce czeka ,,Pan Wołodyjowski" i łypie na mnie złowrogo. Nie wiem, mam jakieś silne uprzedzenie do Sienkiewicza. ,,W pustyni i w puszczy" pokonało mnie do wyrzygania idealnym, wnerwiającym Stasiem i irytującą do granic możliwości Nel. Tak, hejtuję tę książkę i tych bohaterów, niestety. ,,Potop" był już lepszy, o wiele lepszy i czasem nawet ciekawy, plus nawet polubiłam niektórych bohaterów, ale męczyłam się z nim miesiąc, a niektóre dłużyzny tak mnie wyczerpały, że po skończeniu czułam się jak po przebiegnięciu maratonu. Nie mój styl, nie mój sposób pisania, nie moje klimaty. To na pewno ważne powieści, pisane ,,ku pokrzepieniu serc" i w ogóle, ale do mnie nie trafiają. Może z ,,Panem Wołodyjowskim" będzie lepiej. Na pewno jest jakieś trzy razy krótszy od ,,Potopu", a to nastraja  optymistycznie.

Na razie czytam jednak ,,Kwiat kalafiora" Musierowicz, który również znajduje się w spisie lektur konkursowych, jakiś trzeci czy czwarty raz. Ktoś pewnie zapyta w tym momencie, po co robię to znowu. Po pierwsze (primo), muszę sobie odświeżyć, po drugie, każdy powód, aby na razie nie czytać Sienkiewicza jest dobry. Zresztą, to chyba moja ulubiona część ,,Jeżycjady". W ogóle te starsze części są najlepsze jak dla mnie, z tych nowszych  ostatnio dopiero ,,Wnuczka do orzechów" i ,,Feblik" znowu wróciły na w miarę (w miarę) dobre tory, ale to wciąż nie to samo. I o ile uwielbiam Małgorzatę Musierowicz, uwielbiam ten styl, te postacie i tę ciepłą atmosferę, to doszłam do wniosku, że jest rzecz, której ta autorka nie potrafi - napisać aktualną powieść dla młodzieży. ,,Jeżycjada" jest bardzo ciepła, bardzo staroświecka i oderwana od rzeczywistości, co ja uwielbiam, ale no niestety, ze świecą tu szukać realistycznego, wiernego przedstawienia współczesnych nastolatków czy jakiejkolwiek świeżości. No cóż, nie można mieć wszystkiego, a do serii wciąż mam ogromny sentyment i sporo sympatii.

Z wrażeń z lektur, czytałam też po raz drugi, tym razem do szkoły, ,,Świętoszka" i kurczę, kurczę, Molier jest super. Kropka. Uwielbiam Moliera, uwielbiam te dialogi, te poczucie humoru i satyrę, uwielbiam przedstawienie Tartuffe'a, uwielbiam Dorynę i jej komentarze. 
Ach. Tyle miłości w jednym miejscu.


Z fascynujących faktów z mojego życia, nie wydarzyło się nic szczególnego, może poza tym, że mój palec obecnie jest zielony, a może raczej zielononiebieskofioletowy. Powód jest dość prozaiczny, choć zarazem absurdalny - palec zderzył się z kolegą. Palec zderzył się z kolegą w trakcie gry w koszykówkę i przegrał starcie z niewątpliwie imponującym przeciwnikiem, jakim jest jakieś dziewięćdziesiąt kilo rozpędzonej masy. Znajomy nie zauważył, chyba nawet nie poczuł, ale jakby co, to ten, żalu nie mam. Mój palec, chociaż do niedawna był nie tylko siny, ale też dwa razy grubszy niż normalnie, też nie.
...
O czym ja w ogóle piszę. 


Taaak, to chyba znak, że czas kończyć. Wracam do uczenia się WOS-u i słuchania soundtracku z ,,La La Land".
Następnym razem będzie bardziej z sensem i z mniejszą ilością głupot, obiecuję.   


No i jak tu nie kochać ,,La La Land"? 14 nominacji do Oscara to może przesada, ale jest przepiękny wizualnie, przeuroczy, ma niewiarygodny klimat, niesamowitą magię w sobie, opowiada cudowną historię o marzycielach, no i muzyka jest po prostu obłędna. Obłędna.  


Zdjęcie: kaboompics