wtorek, 31 stycznia 2017

Sto lat, sto lat, czyli czwarte urodziny bloga!

Moi Drodzy!

Tak! Oto ta chwila. Wzruszenie ściska gardło, odbiera głos. Usta rozciągają się w szczęśliwym uśmiechu. Ekscytacja wypełnia tłumy. Euforia, gloria, chwała, radość, miłość!

Taki zwyczajny blog świętuje czwarte urodziny!



*w tle rozlegają się dźwięki fanfarów*
* ktoś nieudolnie dmie w urodzinową trąbkę*
* z nieba sypią się balony i serpentyny*
* wjeżdża chwiejący się, ciężki od kremu tort*
* Pola tańczy dziki taniec radości*
*zdecydowanie za dużo gwiazdek, co się dzieje*

Cztery, cztery. Piękna liczba cztery! Pierwiastek z szesnastu. Dwa do potęgi drugiej. Dwa razy cztery to osiem. Czterokąty. (#tematematyczneskille, #towszystkocoumiem)
Cztery. Cztery latka!

Czemu pierwsze, o czym pomyślałam, to czterech Jeźdźców Apokalipsy? 

Cztery lata temu jedenastoletnia wówczas Pola po raz kolejny w swoim życiu wcisnęła ,,Utwórz bloga", a jej palce po chwili wahania wystukały na klawiaturze nazwę: ,,Taki zwyczajny blog". Cztery lata temu zaczęła się historia (patos: ON). Cztery lata temu powstał ten magiczny dla mnie zakątek, który do dziś, w wieku lat piętnastu, prowadzę z ogromem miłości i dzielę z tak fantastycznymi ludźmi.

Czas na chwilę wspominek. Nie wiem czy wiecie, ale TZB to mój czwarty (serio coś jest z tą liczbą cztery!) blog. Poprzednie umarły śmiercią naturalną, w kolejności następującej:

1) Pola pisze, założony w maju 2012 roku, gdy miałam dziesięć lat. Przetrwał kilka miesięcy. No i oczywiście nikt go nie czytał, bo nie ogarnęłam, że trzeba go jakoś reklamować, chociażby przez wchodzenie na blogi innych. Tematyka mieszana, ale z tego, co pamiętam, głównie pojawiały się jakieś banialuki o mnie, recenzje i raz nawet jedno opowiadanie. Z zagadką kryminalną, proszę ja Was. Z zaszyfrowanym listem od tajemniczego wujka, proszę ja Was. Nie mam już tego opowiadania (ale zaiste, musiało być wybitne), jednak mgliście pamiętam jeden przykład tego arcytrudnego kodu w wiadomości, którą otrzymali główni bohaterowie (protagonistka zwała się Indiana bodajże, od tej aktorki, co grała Bellę w ,,H2O. Wystarczy kropla!". Ach, ileż się tego oglądało, ileż marzyło się o byciu syrenką!). Uwaga, przygotujcie się: ,,Cara, Sara i Blanca" oznaczało Casablankę. No wiecie. ,,Ca", ,,Sa" i ,,Blanca". Wybitne, zaiste. 
No i widzicie? Już w wieku dziesięciu lat miałam zadatki na kryptografa.
I dla jeszcze lepszego oddania poziomu tego bloga, autentyczny cytat z recenzji filmu: ,,gra tam Kate Hudson i jakiś tam gościu".
Pełen profesjonalizm. O tak.

2) Taki zwyczajny blog (pierwsza wersja), czyli pierwowzór TZB. Więc tak, jesteście obecnie na Takim zwyczajnym blogu 2.0.
 Nie jestem pewna, kiedy dokładnie powstała pierwsza wersja TZB, ale wydaje mi się, że pierwszy post pojawił się w lipcu 2012 roku, a drugi w grudniu tego samego albo styczniu 2013, nie jestem pewna. Na pewno był o Sylwestrze i miał dwa komentarze pod sobą. Ale ten, widać, że frekwencja była zabójcza, o tak. Ale cóż, nic dziwnego, w końcu w mniej więcej tym samym czasie powstał drugi blog, czyli...

3) Zakochana w książkach, czyli blog z recenzjami i w ogóle o tematyce książkowej. Przetrwał trzy miesiące, od października, do grudnia 2012 roku. Za to w ciągu tych trzech miesięcy powstało 36 postów, to niewiele mniej, niż na obecnym blogu w ciągu całego roku. W samym listopadzie napisałam 18 wpisów. Niewiarygodne, serio. Bywało, że pojawiały się codziennie! I ile ja wtedy czytałam! Większość z tego to recenzje. O czasy, gdy pochłaniałam powieść za powieścią, gdzieżeście zniknęły?
Oczywiście (prawie) nikt tych moich wypocin nie czytał, ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że komentarze zaczęły się pojawiać, gdy bloga porzuciłam już permanentnie. Pod ostatnim postem, z 20 grudnia, a.d 2012, są dwadzieścia trzy komentarze. Dwadzieścia trzy! Pisane przez zabłąkanych blogerów w ciągu trzech lat. Fascynujące zjawisko, naprawdę.
To jedyny z moich starych, prywatnych blogów, który jeszcze egzystuje w sieci, więc jeśli komuś chce się grzebać w Internecie i zobaczyć, jak kwadatowe i toporne zdania kiedyś tworzyłam, to ma taką możliwość. Nie wiem, po by chciał, ale ten.

No i później powstał on. Blog, na którym jesteście teraz. Taki zwyczajny blog. 31 stycznia, anno domini 2013.

(Później pojawiły się jeszcze blogi prowadzone wespół z innymi osobami, jeden o książkach, drugi z fan-fiction (tak, pisałam kiedyś fan-fiction! Z trzema koleżankami. Ach, to były czasy...), ale tu mówię li i jedynie o prywacie, więc o tym nie teraz)

Pierwsze posty są dość żałosne, właściwie pierwsze lata bloga wydają mi się zwyczajnie żenujące (właściwie jestem zadowolona tak naprawdę tylko z postów pisanych w przeciągu ostatniego roku). Na samo wspomnienie mam ciarki. Wielokrotnie myślałam o usunięciu tych starych wpisów, ale w końcu uznałam, że je zostawię - to był mój start, a im dalej, tym bardziej widać, jak się rozwinęłam i jak długą drogę przeszłam.

Bo poprzez trudne początki, w końcu stworzyłam swoje miejsce. Swoje własne miejsce gdzieś w odmętach Internetu. Kameralne, ale przytulne. A co najważniejsze, tworzę je razem z Wami, bo bez Was nie byłoby tego wszystkiego.


Jakby nie starczyło tortu, to macie jeszcze drugi!



Dziękuję wszystkim, którzy wchodzą na tego bloga. Czy od czterech lat, czy od czterech miesięcy, czy od czterech minut. Jesteście niesamowici. Wszyscy razem i każdy z osobna. Dzięki prowadzeniu bloga poznałam cudownych, ciepłych, zabawnych, fascynujących ludzi z niezwykłymi pasjami i cieszę się, że są częścią tego miejsca.
Dziękuję za komentarze i obserwacje.
Dziękuję za wsparcie, ogrom miłości, pozytywnej energii, kibicowania, dzielenie się fantastycznymi rzeczami.
Dziękuję za słowa krytyki, słowa zachwytu, ciepłe słowa.
Dziękuję za to, że jesteście. Po prostu.

Jak pisałam, dziękuję absolutnie wszystkim i nikt nie powinien czuć się w tych wyrazach wdzięczności pominięty, ale myślę, że czterem (no wiecie, czwarte urodziny, cztery osoby, magiczna liczba cztery) osobom należą się szczególne podziękowania:

Tutti, bo jej pierwszy blog był jednym z pierwszych, które w ogóle zaczęłam czytać, jest ze mną bardzo długo, a jej obecny blog jest pięknym, refleksyjnym, profesjonalnym zakątkiem pełnym świetnych tekstów, który uwielbiam czytać. A do tego tworzy najlepsze niewiersze, jakie kiedykolwiek miałam przyjemność czytać.

Bukwie, bo jej komentarzowe godzille są przecudowne, każdy jej tekst wywołuje na mojej twarzy gigantycznego banana. Bo zawsze będzie stała murem za Witusiem, a ona sama ma niesamowite poczucie humoru, elokwentny umysł, mnóstwo talentów i absolutnie epickiego bloga, pisanego absolutnie zniewalającym stylem. Wymiatasz, ziom.

Stasi, bo przekazuje światu niewiarygodną ilość pozytywnej energii, produkuje cudowne, ciepłe komentarze, pisze cudowne opowiadania i ma jeden z najbardziej charakterystycznych, zabawnych i barwnych styli pisania, z jakimi kiedykolwiek się spotkałam. Ostatnio rzadziej pojawia się w blogosferze, ale w moim serduszku jest zawsze.

Pionkowi, bo zawsze kibicował w pisaniu Cyklu Słowiańskiego, niezawodnie motywował, pisał niesamowite komentarze pod opowiadaniami, a do tego ma rozbrajające poczucie humoru. No i poza tym nie znam drugiego blogera, który nawet recenzje jedzenia potrafi uczynić ciekawymi i komicznymi. Trzymam kciuki za YouTube'a!



No to cóż... to chyba tyle.
Raz jeszcze: dziękuję. Dziękuję za wspaniałe cztery lata. 
Jesteście cudowni, serio.


Zdjęcia: unsplash i kaboompics

piątek, 20 stycznia 2017

Przerąbane (Cykl Słowiański #4)

...
Z dumą i radością prezentuję kolejną, już czwartą część Cyklu Słowiańskiego! Pojawiają się nowi bohaterowie, ale też stara postać, która kiedyś zaledwie mignęła i teraz dostała więcej ,,czasu ekranowego". Więc ten. Enjoy!

Poprzednie części:



Przerąbane


– Anka, co ty robisz?
Podniosłam wzrok znad książki. Hejdasz stał w drzwiach salonu, ściskając pod pachą pluszowego misia koalę. Jego wzrok wyrażał najwyższy niepokój.
Mój lokator wykazywał zadziwiającą wręcz miłość do spania. Czasami nawet potrafił położyć się, jak na grzecznego diabełka przystało, o dziewiętnastej, a i tak obudzić o dwunastej rano – tym razem raczył wstać o piętnastej (pewnie znowu do późna oglądał opery mydlane, swoje najnowsze odkrycie). Niewiele rzeczy było stanie wyrwać go z beztroskiego, spokojnego snu. W ostatnim czasie udało się to jedynie pianiu Sabinki.
– Czytam – poinformowałam go.
Pełna odpowiedź powinna jednak brzmieć: siedzę skulona w fotelu przy lampce, z książką i głową Sabinki na kolanach. Od incydentu z wizytą wiedźmy w moim domu, z potworkiem zaczęłyśmy się całkiem nieźle dogadywać. Nie nazwałabym nas może najlepszymi przyjaciółkami, ale biorąc pod uwagę, jak często bazyliszek radośnie właził mi na kolana, zapominając, że jest ciężkim, morderczym monstrum z wężowym ogonem, byłyśmy na niezłej drodze do zupełnego porozumienia. Teraz delikatnie głaskałam Sabinkę po głowie, powoli przestając czuć rękę. Nie mogłam jednak opuścić jej ani na sekundę, bo wtedy moja potworna pupilka wydawała z siebie przeraźliwy skrzek ostrzeżenia.
Nie muszę chyba dodawać, że to skłaniało moją dłoń do natychmiastowego powrotu na poprzednie miejsce.
Hejdasz zastanowił się głęboko nad moją odpowiedzią.
– Aha. – Powiedział w końcu. – Hm. A dlaczego okna są zasłonięte?
Usłyszałam ludzkie głosy za oknem i trochę spanikowałam.
– Ciszej! – syknęłam.
Sabinka zagdakała z niepokojem, więc poklepałam ją uspokajająco.
Oczy Hejdasza zrobiły się okrągłe jak złotówki. Rozejrzał się z rosnącym przerażeniem. Wszystkie okna zostały precyzyjnie zasłonięte, więc mimo letniego popołudnia paliła się lampa, a w kątach panował półmrok. Pokój dodatkowo był urządzony w ciemnych barwach i zawalony zakurzonymi książkami, więc sceneria zrobiła się upiorna.
– Anka, co się dzieje?  
– Udaję, że mnie nie ma – wyjawiłam.
Wituś, który leżał rozwalony na dywanie i malował transparenty na kolejny protest, przewrócił oczami.
– Wyjrzyj przez okno.
 – Tylko dyskretnie – uściśliłam. – Wiesz, jak dyskretnie wyjrzeć przez okno?
Hejdasz miał taką minę, jakby właśnie uświadomił sobie, że jego lokatorka zwariowała. Tylko tym razem tak serio i permanentnie.
– Dyskretnie – wyjaśniłam cierpliwie – oznacza tak, żeby nikt cię nie zauważył. Oznacza zerknięcie przez szparę w zasłonie. Jasne?
Diabeł wciąż nie wyglądał na przekonanego, ale ostrożnie odchylił firankę i zerknął.
– Co widzisz? – zapytałam.
Hejdasza chyba zatkało z wrażenia. Czekałam cierpliwie. Nawet Wituś odłożył czerwony marker, którym kolorował „u” w „uciskowi”.
Rzuciłam okiem na transparenty, przygotowywane na kolejną demonstrację przeciwko krasnoludzkiemu systemowi – a konkretniej bezsensownej pomocy ludziom za nędzne ochłapy jedzenia, czym trudniły się zawodowo skrzaty. Cerowanie skarpetek, sprzątanie, przyszywanie guzików po kryjomu – Wituś już dawno wyzwolił się od robienia tego rodzaju głupot dla mojego niewdzięcznego gatunku i teraz próbował nakłonić do tego resztę swoich pobratymców.
Transparenty głosiły kolejno: „Niski i dumny”, „Jak Polska długa, krasnoludek to sługa”, „Nie dla służby, tak dla wolności”, „Prawdziwe płace za prawdziwe prace”, „Krasnoludek wyzwolony” i „Stop uciskowi!”.
– Widzę ludzi – odpowiedział Hejdasz w końcu. – E… dużo ludzi. Czy… czy to pani Kisielowa?
– Dużo ludzi – potwierdziłam. – A wiesz, po co tu przyszli?
Diabeł zerknął raz jeszcze. Wiedziałam, co zobaczył. Kolejkę moich sąsiadów i mieszkańców Lipek Mniejszych stojących pod drzwiami i czekających. Czekających od kilku godzin. Ich cierpliwość była zdumiewająca i mroczna zarazem. Przed samymi drzwiami stała pani Kisielowa, a jej mina wyrażała czysty triumf.
Hejdasz pokręcił z rezygnacją głową.
– Przyszli po mnie – wyjaśniłam dramatycznie.
– Jak to?
Zamachałam z frustracją książką, przypadkowo waląc Sabinkę w różowe gogle. 
– Tak to! Chcą mnie stąd wywalić. Tylko tym razem naprawdę. Kisielowa im przewodzi. I ma żądzę mordu w oczach.
– Ale czemu? – zapytał zdezorientowany Hejdasz.
– Temu – odezwał się Wituś wysokim, drażniącym głosikiem – że wczoraj południca zniszczyła większość pól w okolicy, połamała ludziom ręce, a potem zniknęła. Ci tam – machnął mazakiem w stronę okna - uznali, że Anka ich nie obroniła i naraziła na niebezpieczeństwo. Instytut nie otrzymuje maili ani telefonów, bo wszędzie jest awaria sieci i jesteśmy odcięci od świata, więc uznali, że uderzą do nas.
– Przecież to nie jest wina Anki – obruszył się Hejdasz.
– Obawiam się – rzekłam ponuro – że trochę jest.
Westchnęłam, czując się nagle bardzo żałośnie.
Południca rzeczywiście narobiła szkód, szalejąc z sekatorami, wielkimi łapami i powietrznymi wirami. Nie było większych ofiar od obecnych posiadaczy kończyn w gipsie, ale i tak sytuacja zrobiła się krytyczna. Próbowałam skontaktować się z Instytutem, ale Wituś miał rację - nigdzie nie było zasięgu ani dostępu do Internetu.
Zarówno ja, jak i całe Lipki Mniejsze oraz Większe, zostaliśmy zupełnie odcięci od świata.
Chciałam od razu wsiąść w samochód i pojechać do Warszawy, żeby osobiście zawiadomić Instytut, ale oczywiście okazało się, że wszystkie pojazdy w okolicy, autobusy, motocykle, nagle przestały działać.  Na ulicach miasteczka stały nieruchome auta, co robiło trochę upiorne wrażenie.
Mieszkańcy, naturalnie, wściekli się jeszcze bardziej.
Tak więc obecnie mogłam jedynie radośnie ruszać w pieszą wędrówkę do stolicy. Zresztą nawet to chwilowo odpadało, bo za drzwiami czyhali sfrustrowani, rozzłoszczeni i przerażeni ludzie, gotowi rzucić się na mnie, gdy tylko wyjdę.
Wolałam nie próbować.
Dlatego też skapitulowałam, zachowując się tchórzliwie i niegodnie – gdy zobaczyłam, że pod moim domem czatują złaknieni krwi sąsiedzi, a Kisielowa podjudza ich do wyrzucenia mnie stąd na zbity pysk, zamknęłam się od środka i postanowiłam nie wychodzić. Przynajmniej na razie.
I to wszystko w pierwszym roku mojej pierwszej prawdziwej pracy w zawodzie po studiach.
Świetlana kariera przede mną.
– Mogłam tego dopilnować. Mogłam do tego nie dopuścić. Mogłam nie pyskować wiedźmie. Mogłam… nie wiem co. Nawet nie umiem stawić czoła Kisielowej – rozkleiłam się.
– Nieprawda – próbował mnie pocieszyć Hejdasz. – Nie miałaś żadnego wyjścia.
– A nawet gdybyś miała – wtrącił krasnoludek wrednie – to i tak już za późno. Więc po prostu się ogarnij.
Błyskawicznie wróciłam na ziemię.
– Słuchaj, kurduplu – zaczęłam ponuro, ale nie dane było mi skończyć.
– Kurduplu? – zaperzył się Wituś, zrywając się na nogi. – Kurduplu?! To jest właśnie to! Dyskryminująca postawa! Uwłaczanie mojej godności! Brak szacunku! Krasnoludki stały się ludzkimi pomiotami, na własne życzenie zostały niewolnikami wysokich ignorantów! Precz z uciskiem! Na barykady! Rewolucja! Hurrraaa!
Zjechałam niżej w fotelu i ukryłam twarz w dłoniach.
Sabinka wydała z siebie przeraźliwy skrzek protestu, bo przestałam ją głaskać.
W tłumie przed drzwiami natychmiast pojawiło się poruszenie.
Pospiesznie położyłam rękę na łbie bazyliszka. Sabinka uspokoiła się natychmiast i wydała z siebie aprobujące gdakanie.
Hejdasz wciąż dyskretnie wyglądał przez okno.
– A co się stało z ogrodem? – zapytał nagle. – Czy… czy to też pani Kisielowa?
No tak.
Westchnęłam. Jakby chcąc mi akompaniować, coś zabulgotało dramatycznie w rurach.
– Przyznaję, prawdopodobne przypuszczenie, ale nie. Nie wiem, co się stało.
Gdy dzisiaj rano wyszłam na dwór, żeby jak zwykle przysiąść na krześle z kubkiem kawy, przeżyłam mały szok.
Na początku warto uściślić jedną rzecz: mój ogród nigdy nie wyglądał dobrze. Nie miałam czasu i serca, żeby o niego dbać, a później zajął się nim Hejdasz, co miało proste do przewidzenia skutki (tragiczne). Krzywo wykoszona trawa, wszystko zarośnięte kłującymi krzakami dzikiej róży, stary dąb, żałośnie powykrzywiane jabłonki, morze chwastów, gałęzie i liście walające się na ziemi – tak wyglądał skrawek przyrody otaczający mój niewielki, biały dom. Dlatego też na pierwszy rzut oka różnica nie była aż tak drastyczna. Jednak zaraz potem dostrzegało się porozdzierane kawałki krzaków na ziemi, powyrywane kępy trawy i przede wszystkim zwalone drzewo oraz liczne kałuże, chociaż w nocy na pewno nie padało.
Początkowo próbowałam tłumaczyć przewrócone drzewo wiatrem, ale nie wierzyłam sama sobie.
W rurach znowu coś zabulgotało. Tylko tym razem o wiele głośniej.
Sekundę później w łazience rozległ się złowrogi odgłos ssania i chlupot.
Zapadła cisza.
– Co to było? – zapytał Hejdasz.
Powoli wstałam i równie powoli zdjęłam rękę z łba Sabinki.
Bazyliszek zaczął się drzeć w proteście, ale ja już byłam w drodze do łazienki. Uniosłam książkę, pozycję naukową o wąpierzach, ciesząc się w duchu, że autor miał tak dużo materiałów do sklecenia tomiszcza – dzięki temu pozycja poza naukowym, mogła mieć również zastosowanie bojowe.
Podeszłam ostrożnie do pomieszczenia. Moich uszu dobiegały ciche chlupoty i szelesty, które częściowo zagłuszały skrzeki połączone z pianiem i rykiem (zaiste, niezapomniany odgłos) opuszczonej Sabinki.
Wzięłam głęboki oddech, pchnęłam drzwi i wparowałam do łazienki, jedną ręką zapalając światło, a drugą unosząc książkę w obronnym geście.
Zamarłam i zatrzymałam się w progu.
– Dzień dobry, moja droga – rzekł uprzejmie wodnik leżący w wannie.
Wolno opuściłam książkę.
– Władziu – udało mi się wykrztusić. – To… hm. To ty.
Wodnik uśmiechnął się ironicznie i arystokratycznie, ledwo unosząc kąciki ust. Efekt, biorąc pod uwagę jego zieloną skórę, rybie oczy, pokryte mułem długie włosy i brodę, plus twarzowy czerwony kapelusz, był porażający.
– Aniu, moja droga, zawsze mówiłem, że twa błyskotliwość dorównuje urodzie.
Władziu, wodnik z pobliskiego jeziora, był moim nadprzyrodzonym znajomym i sąsiadem. Kiedyś przychodził na drożdżówki, które pożerał w ilościach hurtowych, ale nie widziałam go od kilku miesięcy. Zresztą już wiosną te wizyty zrobiły się rzadkie. To chyba od incydentu, w którym to rozbiłam lód na jeziorze (na wyraźne życzenie jego mieszkańca, żeby było śmieszniej), a Władziu musiał mnie ratować od utonięcia, nasze stosunki trochę się ochłodziły (kalambur niezamierzony). Wciąż zachowywaliśmy przyjaźń, jednak naprawdę od dłuższego czasu nie widziałam tej zielonej pomarszczonej twarzy.
– Można wiedzieć, co robisz w mojej wannie? – Postanowiłam zignorować wątpliwy komplement.
Władziu z wdziękiem plusnął wodą.
– Przyszedłem z wizytą, moja droga.
Moje zszargane nerwy powoli przestawały wytrzymywać.
– Z wizytą? Przez rury? Jak się w ogóle tutaj dostałeś?
Wodnik nonszalancko obejrzał swoje zielone paznokcie.
– Mam parę sztuczek, moja droga, a przemiana w rybę nie jest najbardziej efektowną z nich. Pragnę zauważyć, że przed twoimi drzwiami czeka kolejka przedstawicieli twego gatunku, którzy z pewnością zauważyliby moje wejście, a ja nie zwykłem robić z siebie widowiska. – Władziu zamaszystym gestem poprawił czerwony kapelusz. – Jestem z natury wstydliwy.
– Hm – skomentowałam sceptycznie.
Zza moich pleców wychynęli Hejdasz i Wituś.
– Ach, wszyscy w domu widzę – rzekł Władziu. – Miło was widzieć, moi drodzy. Aniu, moja droga, nie chciałbym wydać się impertynencki, ale cóż to za zatrważający dźwięk?
– Och – mruknęłam, oglądając się za siebie. Sabinka stała na środku pokoju i darła się wniebogłosy. – To… hm. To mój bazyliszek.
Wodny demon uniósł uprzejmie jedną brew. Ze zgrozą zauważyłam, że w jego brodzie miota się jakaś zaplątana nieszczęśliwie rybka.
– Bazyliszek? Cóż, nie przybyłem tu na pogaduszki, więc z całą pewnością fascynującą historię tego monstrum opowiesz innym razem. Pozwolę sobie jedynie rzec, że doprawdy, Aniu, zadziwiasz mnie.  
Doprawdy.
– Przepraszam, ale… jaki jest cel tej wizyty?
– Nie ma sprawy – rzekł wspaniałomyślnie Władziu. – Otóż widzisz, moja droga, mam pewne informacje, które być może uznasz za przydatne. A być może nawet za bardzo przydatne. A być może nawet za niezbędne.
– Informacje?
– Ale zanim zaczniemy, czy mogłabyś mi przynieść jakiejś drożdżóweczki? Przeprawa przez rury dość mnie wyczerpała. I jeśli pozwolisz, wolałbym zostać w wannie. Nigdy nie znajdowałem przebywania na suchym lądzie jako szczególnej rozkoszy. 
– Jasne, możesz tu zostać – zgodziłam się ochoczo, bo wiedziałam, jakie kałuże zostawiał Władziu na podłodze. Wiedziałam też, jak to jest je wycierać. – Ale drożdżówek nie mam, nie zdążyłam kupić, zanim… – Machnęłam ręką w stronę zasłoniętego okna.
Wodnik spochmurniał.
– Och, to zmienia postać rzeczy. Sądziłem, że masz chociaż coś, aby wynagrodzić mi długą drogę, którą przebyłem.
Normalnie kazałabym mu natychmiast zabierać się w cholerę z mojej wanny, ale zacisnęłam zęby. Skoro Władziu przebył drogę przez rury, żeby sprzedać mi jakieś informacje, oznaczało to, że naprawdę miał mi do przekazania coś ważnego.
Najważniejszy demon wodny, jako władca jeziora i największa szycha w podwodnym świecie, miał mnóstwo kontaktów oraz znajomości. Wiele słyszał, wiele widział, wiele wiedział.  Jego informacje musiały być dla mnie istotne.
– Mam czekoladę – rzuciłam więc z bólem serca, bo chomikowałam ją na czarną godzinę. – Może być?
Władziu pociągnął nosem.
– Ewentualnie mogę się zgodzić.
Zazgrzytałam zębami, ale poszłam po czekoladę. Wzięłam też otwarty worek kurzego ziarna i rzuciłam Sabince.
– Nie skrzecz, mała, zaraz przyjdę – powiedziałam i poklepałam ją po głowie.
Bazyliszek posłusznie zamilkł i zaczął z zapałem pożerać opakowanie. Zamarłam na chwilę, ale potem machnęłam ręką. Wszystkożerność Sabinki z początku trochę mnie niepokoiła, jednak skoro najwidoczniej taka dieta jej nie szkodziła, chyba nie musiałam się martwić o jej zdrowie.
Jeśli już, to o własne.
Westchnęłam i wróciłam do łazienki, a następnie wręczyłam czekoladę Władziowi.
Demon odwinął sreberko i wbił zęby w podarek. Przez chwilę żuł w zamyśleniu, po czym pociągnął nosem.
 Może być – stwierdził w końcu.
Oddychaj, nakazałam sobie.
– To o co chodzi? – zapytałam, opierając się o umywalkę.
Władziu przełknął cztery kostki czekolady na raz.
– Widzisz, moja droga. Z przykrością muszę cię poinformować, że nie wszyscy darzą cię taką sympatią jak ja.
–To żadna nowość – mruknęłam.
– Być może, ale nigdy w tej skali. – Wodnik zrobił efektowną pauzę. – Naraziłaś się bardzo niewłaściwej osobie, moja droga. Czcibora nie wybacza krzywd.
– Czcibora?
– Wiedźma. Mamy jedną w okolicy, pragnę zauważyć. – Władziu wyciągnął obute w czerwone trzewiki nogi i oparł je o ścianę. – Jedną, za to bardzo potężną. Droga Aniu, przejdę do meritum: ona chce się ciebie pozbyć. I przekabaca wszystkie istoty w okolicy, żeby stanęły przeciwko tobie. – Wodnik chyba czekał, aż coś powiem, ale nie mogłam wydusić słowa, więc kontynuował. – W lesie i okolicznych zbiornikach od dawna wrzało, a wiedźma tylko podsyca nastroje. Nie wszyscy opowiedzieli się po jej stronie, ale znakomita większość nie jest nastawiona pozytywnie do Instytutu. Oczywiście ja zadbałem o to, aby nikt w moim jeziorze nie uczynił ci żadnej krzywdy, ale nie ręczę za utopce. Nigdy nie lubiły ludzi. Zresztą trudno się dziwić, też nie pałałbym sympatią do gatunku, którego przedstawiciel utopił mnie i skazał na tak mało reprezentatywną postać.
Przypomniały mi się kałuże w ogrodzie i przeszedł mnie dreszcz.
W łazience zapadła pełna napięcia cisza, przerywana tylko odgłosami konsumpcji wydawanymi przez Sabinkę.
– Czego ona chce? – powiedziałam w końcu. – Czego oni wszyscy chcą?
Władziu uśmiechnął się ponuro i dla efektu zachlupał wodą w wannie.
– Chcą, żeby wróciły stare czasy.
– Sprzed Instytutu?
Wodnik roześmiał się z politowaniem znad tabliczki czekolady.
– Och, moja droga Aniu. Czasem zapominam, jaka jesteś młoda. Chodzi mi o czasy, w których o Instytucie jeszcze nikomu się nie śniło. Czasy, w których ludzie byli w pełni świadomi naszej obecności. W pełni świadomi i przerażeni. „Oni wszyscy”, moja droga, „oni wszyscy”,  a wiedźma zwłaszcza, chcą dawnej władzy.
Wituś, co było rzadkie, zaniemówił, a Hejdasz aż westchnął.
Poczułam, że robi mi się zimno. Dawnej władzy? Wiedźma chciała wrócić do czasów, w których to człowiek bał się istot nadprzyrodzonych, a nie odwrotnie. Jedynym, co stało jej na drodze, byli ludzie i ich zdobycze technologii.
Oraz Instytut. 
Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, poczułam, że coś ciągnie mnie za nogawkę dżinsów.
– Ekhem – rozległ się skrzekliwy głosik. – Za przeproszeniem, panienko.
Zerknęłam w dół.
Przy mojej stopie stało trzech krasnoludków, wszyscy z długimi brodami i w czerwonych czapeczkach. Ten, który się odezwał, najniższy, miał na sobie elegancki garnitur, a dwóch barczystych skrzatów stojących po obu jego stronach - czarne dresy i ciemne okulary. Wyglądali jak mafijny szef i jego obstawa.
Wituś gwałtownie wciągnął powietrze.
Zmarszczyłam brwi.
– Słucham?
– Przyszliśmy – powiedział szef stanowczo – po niego.
Wycelował palcem w Witusia, który nieporadnie próbował ukryć się za pralką.
Natychmiast oprzytomniałam.
– Moment – powiedziałam chłodno. – O co chodzi?
– Ten tu – zaskrzeczał krasnoludek w garniturze, wciąż wskazując małą ręką na mojego lokatora – zostaje aresztowany z rozkazu prezydenta Republiki Krasnoludków Polskich za podburzanie swoich pobratymców, podważanie naszych świętych praw, nawoływanie do rebelii i burzenie porządku. Najwidoczniej banicja była dla niego za dobra. – Szef zwrócił się do swojej obstawy. – Chłopcy, brać go.
Wituś pisnął, gdy skrzaty w dresach ruszyły w jego stronę i zablokowały mu drogę.
– Anka, nie pozwól im!
Teraz to Anka, nie pozwól, hm?
Zastąpiłam krasnoludkom drogę.
– Chwila – rzuciłam ostro. – „Ten tu” mieszka w moim domu. Chroni go Instytut.
Dowodzący skrzacik próbował spojrzeć na mnie z góry, co było dość trudne, biorąc pod uwagę, że miał trzydzieści centymetrów wzrostu.
– Radzę się nie wtrącać – skrzeknął ostrzegawczo. – To sprawa krasnoludzka, a nie wasza i nawet Instytut nie ma tu nic do gadania. A ten tu to przestępca, którego ukarania wymaga sprawiedliwość.
– I co niby macie zamiar z nim zrobić?
– Wtrącić do więzienia oczywiście. A także – Elegancki krasnoludek poprawił krawat – zabrać czapkę.
Wituś przyłożył ręce do czapki.
– Nie!
Czerwone nakrycia głowy krasnoludków były czymś więcej niż dodatkiem. Stanowiły największą chlubę i najcenniejszą rzecz dla tego gatunku. Pisałam o tym pracę na studiach, więc wiedziałam, jak wiele to dla nich znaczy.
Dwóch dresiarzy w ciemnych okularach wzięło Witusia za ramiona.
– Zostawcie mnie! Ankaaa!
- Co wy robicie? – przeraził się Hejdasz.
Władziu oglądał widowisko z jawnym zainteresowaniem, podgryzając czekoladę.
– Wituś jest moim lokatorem – rzuciłam sucho. – Zarejestrowanym przez Instytut, który za niego odpowiada. Nie jest już obywatelem waszej Republiki.
– Zawsze byliśmy wierni Instytutowi i ludziom przede wszystkim. Dyskretne pomaganie im to nasze największe zadanie – rzekł z patosem skrzat. – Lecz ten tutaj wybrał banicję. Wybrał odwrócenie się od was, więc nie macie nawet powodu, aby go chronić. Wybrał lenistwo. Mało tego, zaczął burzyć porządek w naszym społeczeństwie, wszczynać rebelię i chaos. Musimy go za to ukarać.
Wituś pisnął z przerażenia.
Nie wierzyłam w to, co słyszę.
– Nie macie prawa. Nie zrobił niczego złego. Co z wolnością słowa? Nie możecie go  ukarać za wygłaszanie swoich poglądów!
– A i owszem, możemy. W naszej Republice istnieje tylko jeden pogląd. Ciężka praca. Obecny tutaj zostanie aresztowany.
– Nikt tu nie będzie nikogo aresztował – powiedziałam twardo. – Radzę go puścić i natychmiast wyjść z mojego domu.
Szef zmrużył oczy.
– Nie pozwalaj sobie, panienko – syknął. – Możesz sobie być naukowcem, choćby i najważniejszym w całym Instytucie, ale nie zmienisz naszego prawa. Wasze zasady nie stoją nad naszymi. Ten tu obecny burzy spokój i podważa naszą wieloletnią działalność. Odmawia pracy. Łamie istniejące od wieków prawa, prawa starsze od twojego Instytutu. Nie zadzieraj z Republiką, panienko.
Uniosłam jedną brew.
– Ach tak?
– Tak! – zaskrzeczał krasnal. – Chłopcy, idziemy!
„Chłopcy” powlekli za sobą krzyczącego Witusia.
– Nigdzie nie idziecie – warknęłam, po czym bez większego trudu oderwałam dresiarzy od mojego lokatora i uniosłam w powietrze.
Zaczęli się wyrywać.
– Szefie!
Szef zaczął kląć.
– Postaw ich na ziemię! Natychmiast ich postaw! Czekają cię straszliwe konsekwencje!
Podbiegł do mnie i począł okładać mnie piąstkami po nogach. Chwyciłam go za czapkę i poderwałam w górę.
– Tyyy! – wydarł się krasnoludek. – Ty…
Otworzyłam pokrywę kosza na brudną bieliznę, obecnie prawie pustego i wrzuciłam całą trójkę do środka, po czym zamknęłam klapę.
Skrzaty w środku zaczęły walić pięściami o ścianę „więzienia”, które zadygotało niebezpiecznie. Przez otworki widziałam wściekłą twarz szefa.
– Natychmiast nas wypuść! To skandal! Dowiedzą się o tym! Tylko poczekaj! Poczekaj tylko!
Hejdasz przycisnął do piersi misia koalę i odetchnął drżąco. Władziu zaś przyglądał się trzęsącemu się koszu z zainteresowaniem.
– Oł – skomentował z wdziękiem.
– Ankaaa – zaszlochał Wituś, obejmując moją nogę. – Jesteś bohaterką! Kocham cię!
 – No dobra, już dobra. – Westchnęłam. – Będę musiała pogadać z Instytutem o… – Urwałam.
Pogadać z Instytutem. Jasne. Nie mogłam go poinformować nawet o zagrożeniu drugiego stopnia, a co dopiero o moim lokatorze, zarejestrowanym nadprzyrodzonym, którego ścigała mroczna Republika.
Przed oczyma przemknęły mi ostatnie dni i z narastającą zgrozą zaczęłam sobie uświadamiać swoją sytuację.
Przeciwko sobie miałam wiedźmę, większość nadprzyrodzonych mieszkańców okolicy, Kisielową, mieszkańców Lipek Mniejszych i pewnie również Większych, zdezorientowany i rozwścieczony Instytut, który nie wiedział nawet, co się ze mną dzieje, a teraz jeszcze Republikę Krasnoludków Polskich.
– Mam przerąbane – wyrwało mi się.
– Pewnie, że masz! – wrzasnął więzień kosza na brudną bieliznę. – Masz przerąbane, jak nic!
Cudownie.  
Usłyszałam nagłe poruszenie za drzwiami, gdzie czekali krwiożerczy sąsiedzi. Poruszenie spowodowane czymś, co działo się na zewnątrz.


Wydawało mi się, że słyszę odgłos opon ryjących o zarośnięty trawnik.
Wyszłam ostrożnie z łazienki, nasłuchując.
Dobiegł mnie podniesiony głos Kisielowej i trzaśnięcie drzwiczek. Czyli samochód.
Zostawiłam wrzeszczących krasnoludków oraz  mlaskającą Sabinkę za sobą i przeszłam do przedpokoju, żeby lepiej słyszeć.
Rozległy się jakieś kroki, zmierzające przez zarośnięty trawnik, a potem narastający szum oburzenia.
– Panie, co pan?
– Panie, kolejka jest!
– Proszę mnie puścić, jestem z Instytutu – rzucił zniecierpliwiony męski głos. – Powiedziałem, jestem z Instytutu.



 Zdjęcie: unsplash