poniedziałek, 23 lutego 2015

Wielka szóstka moich bajek z dzieciństwa

Telewizja towarzyszy nam od najmłodszych lat. W końcu rozmaitych kreskówek, programów, seriali i innych tego typu rzeczy powstaje mnóstwo, dla dzieciaków w każdym wieku. Pewnie także większość z Was we wczesnych latach życia przesiadywała przed ekranami, śledząc losy bajkowych bohaterów. Ja  nie należałam do wyjątków i teraz chciałabym przedstawić Wam listę najważniejszych dla mnie filmów z wczesnego dzieciństwa. Kto wie, być może znajdę innych zwolenników tych samych programów?
W takim razie zagłębmy się w nostalgiczne wspomnienia z pięknego dzieciństwa z ulubionymi bohaterami... 

,,TELETUBISIE"

  

No cóż. Co ja mogę mogę powiedzieć o Teletubisiach? To niewątpliwie jedna z najdziwniejszych bajek, jakie powstały, w dodatku z  najdziwniejszymi bohaterami. Jeśli ktoś nie zna historii kolorowych stworków znanych Teletubisiami, oto mam przyjemność Wam ją przedstawić. Więc taaak... dawno, dawno temu, żyły sobie Teletubisie w składzie następującym (na obrazku od lewej): Po (która wydawała się być najmłodsza), Laa Laa (z najcieńszym głosikiem), Tinky-Win-ky (który jako jedyny z postaci mówił pięknym barytonem, a jednocześnie nosił unikalną, intensywnie czerwoną torebkę) oraz Dipsy (trzeba przyznać, że na tym obrazku ma wyjątkowo efektowny kapelusz. Przyznaję jednak z żalem, że nie pamiętam tego nakrycia głowy...). Mieszkały w magicznej krainie, gdzie słońcem była świecąca głowa śmiejącego się dziecka, wiatraczki wydzielały tajemniczy pył, a wokół rozpościerały się porośnięte zieloną trawą wzgórza. Codzienność bohaterów serialu była, można rzec, dosyć monotonna, ale Teletubisiom najwyraźniej to nie przeszkadzało. Wcinały tubisiowy krem (podkreślając co kilka sekund, że tak, to naprawdę jest tubisiowy krem, jakby ktokolwiek w to wątpił), miały przygody ze swoim odkurzaczem Nono, na swoich brzuchach wyświetlały rozmaite filmy, mówiły ,,Hejooo!", myły się telemyjkami, biegały i skakały po zielonych wzgórzach pod czujnym okiem dziecka-słońca, a także non stop się przytulały (taaaaak! Tulimy!). 
Rany, jak ja uwielbiałam tę bajkę.
Niedawno gdy obejrzałam sobie fragment ,,Teletubisiów" , to... nieco się zdziwiłam. Bo po latach dopiero dostrzegam, jak psychodeliczne momentami to było.
Nie zmienia to jednak faktu, że na początku życia bardzo lubiłam ten program. Moim ulubionym teletubisiem była oczywiście Po (no wiecie- Po i Pola. Poza tym, Po była czerwona. I najmniejsza. I tak słodko sepleniła. No nie dało się jej nie kochać!).
W każdym razie, ten program zawsze wzbudzał moje wielkie emocje. Podobno kiedy odkurzacz Nono się zepsuł... ło matko. Czarna rozpacz! Ponoć rozpłakałam się i nic nie mogło mnie uspokoić, jedynie szybki powrót nieszczęsnego Nono do zdrowia. Oczywiście, jak to w bajce, odkurzacz został naprawiony.
Hurra!

,,BOB BUDOWNICZY"

  

Nie, to nie żart. Jedną z bajek mojego dzieciństwa był właśnie ,,Bob budowniczy". Uwielbiałam przygody tego zaradnego majsterkowicza i różnych przyrządów. Wszystkie maszyny oczywiście gadały, miały uśmiechy i tak dalej. Moja ulubiona postać? Zdecydowanie Betoniarka. Dlaczego? Nie mam bladego pojęcia... może dlatego, że tak szeroko się uśmiechała. Betoniarka szybko została ochrzczona przeze mnie ,,boniatą" i pokochana z całego serca. Pamiętam, jak jeździliśmy z rodziną do Praktikera, bo stały tam takie pomarańczowe, niewielkie ,,boniaty". Biegłam do nich zawsze z piskiem radości. 
Zastanawiam się, jak reagowali ludzie, widząc dziecko zachwycające się betoniarkami.
Z powodu fascynacji przygodami Boba, mała Pola nie chciała bawić się lalkami i preferowała plastikowe koparki oraz inne tego typu rzeczy. Już nawet nie pamiętam tego okresu z mojego życia, bo po jakimś czasie po prostu mi przeszło. Mimo takiego zafascynowania światem mechaniki, przerzuciłam się na inne zabawki i  nigdy nie zostanę inżynierem (chyba musieliby mnie siłą zaciągnąć do tej pracy, bo inaczej nie dałoby rady!), chociaż we wczesnych latach miałam taki potencjał...

,,WITAJ, FRANKLIN"

 

Serial o żółwiku Franklinie i jego kumplach (min. Bóbr, Miś, Ślimak - oczywiście tylko Franklin miał normalne imię, co to za dyskryminacja) należała do moich ukochanych filmów. Uwielbiałam również książeczki (miałam chyba wszystkie...) . Początek znałam na pamięć: ,,Franklin był już dużym chłopcem. Umiał przecież sam wiązać buciki i zapinać guziki...". Później wymyślałam sobie fabułę na podstawie obrazków (a nawet nie). Tak się składa, że zawsze opowiaałam moje historie na głos, bo nie umiałam czytać po cichu. Ludzie byli przekonani, że czytam naprawdę i gdy robiłam to w księgarniach, dziwili się, że taka mała dziewczynka już posiadła tę umiejętność. Na ,,Franklinie" więc uczyłam się czytania, a także wymyślania historii. Wiele wiec temu żółwiowi zawdzięczam, zdecydowanie! Dlatego też bajkę o nim zaliczam do najważniejszych dla mnie historii, chociaż opowieść sama w sobie niczym się nie wyróżniała. Ot, życie codzienne, które znamy, tylko w tym wypadku bohaterami są zwierzaki, a Franklin zamiast płatkami, na śniadanie zajada się muszkami. Jednak coś w tym najwidoczniej jest, skoro serial zdobył taką popularność i uznanie z mojej strony.

,,PORWANIE BALTAZARA GĄBKI"



Ostatnio pokazałam ,,Porwanie Baltazara Gąbki" Kajaxowi, reklamując to jako ,,bajkę mojego dzieciństwa".
Kajax się przestraszyła.
A potem stwierdziła, że teraz już wiadomo, czemu taki dziwak ze mnie wyrósł. 
No tak. Ta bajka jest nieźle zakręcona, ale jak dla mnie w wyjątkowo pozytywny, cudowny sposób.
,,Porwanie..." powstało na podstawie powieści Stanisława Pagaczewskiego i należało do czołówki polskich kreskówek. Telewizyjna wersja opowieści powstała w latach 1969-1970.
O czym opowiada ta historia? Otóż znany naukowiec i profesor Baltazar Gąbka znika w tajemniczych okolicznościach. Podejrzewa się, że został porwany. Książę Krak wysyła więc dzielną ekspedycję na ratunek- Smok Wawelski wraz z kucharzem Bartolinim Bartłomiejem (herbu zielona pietruszka) wyruszają w pełną przygód podróż. Ich śladem podąża tajemniczy szpieg- Don Pedro z Krainy Deszczowców.
Haters gonna hate, ta bajka była przecudowna! Zabawna, nieco przewrotna, pełna akcji, stworzona ze sporą dawką wyobraźni. Wiadomo, że animacja nie jest na najwyższym poziomie- w końcu powstała w Polsce na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Mimo tego podoba mi się- wydaje mi się taka bardzo kolorowa, przyjemna dla oka, rysunki są fajnie wykonane. Uwielbiałam to oglądać. Pamiętam, że później widziałam jeszcze ,,Wyprawę Baltazara Gąbki", ale aż tak mi nie przypadła do gustu. ,,Porwanie..." jest zdecydowanie najlepsze!

,,BOLEK I LOLEK NA DZIKIM ZACHODZIE"
 

Bolka i Lolka zna chyba każdy. Ja osobiście bardzo, ale to bardzo lubiłam oglądać dzieje dwójki chłopców, a ich perypetie na Dzikim Zachodzie należały do moich absolutnie ulubionych. Widziałam to tyle razy, że moi biedni rodzice znali już dialogi na pamięć. A mi nigdy nie było dosyć.
Film to taki western dla dzieciaków. Bolek i Lolek mierzą się z bandytą Pif-Pafem. Towarzyszy im mnóstwo przygód, często niebezpiecznych, z których jednak zawsze wychodzą cało.
Bajka była naprawdę bardzo, bardzo przyjemna. Chwytliwe piosenki z dobrymi, zapadającymi w pamięć tekstami Osieckiej. Miła dla oka animacja. Dobry humor. Świetnie narysowane i wykreowane postaci. Sceny akcji. Idealne dla dzieciaków. Żałuję, że polskie kreskówki nie są dzisiaj aż tak popularne. Chociaż... ostatnio w Matrasie widziałam figurki bohaterów polskich klasycznych dobranocek- Matołka, Don Pedra z Krainy Deszczowców (patrz: wyżej), Kajka i Kokosza, no i naturalnie Bolka i Lolka. I myślę, że wielu rodziców pamięta jeszcze swoich ukochanych bohaterów oraz pokazuje swoim pociechom bajki z własnych najmłodszych lat. Bo warto! Serio, moim zdaniem ,,Bolek i Lolek na Dzikim Zachodzie" to jedna z najlepszych produkcji dla dzieci. 
Chociaż nie mogę być obiektywna, skoro za młodu widziałam ją tyle razy...

,,CLIFFORD- WIELKI CZERWONY PIES"

 

Przygody ogromnego psa Clifforda, który na dodatek miał kolor dojrzałej truskawki (ha, nie dało go się nie zauważyć), leciały często na Mini-Mini, więc oglądałam ten serial bardzo często. Pewnie niektórzy znają tę historię- Clifford był mały, no ale jego pani, Emily Elizabeth, tak go kochała, że urósł z tej miłości, czy jakoś tak (wyjątkowo chwytliwa piosenka na początku każdego odcinka opowiadała tę wzruszającą historię). Clifford miał wielkie serce (w sumie nic dziwnego, przy takich kształtach) i naprawdę sympatyczną osobowość. Razem ze swoimi przyjaciółmi o wdzięcznych imionach T-Bone i Cleo, przeżywał rozmaite perypetie, czasem ładował się w kłopoty, ale zawsze wychodził z nich cało, a dzieci dostawały morał.
Wyjątkowo ciepła i radosna bajka. Pamiętam, że dzięki Cliffordowi zapragnęłam mieć psa (jednak już pojmowałam, że na takiego pięknego, dużego i czerwonego, szans raczej nie mam). Najbardziej marzyłam o dużym. No wiecie, takim, który by mnie bronił. Takie szczegóły jak to, jak by się zmieścił w naszym niewielkim mieszkaniu i czy chciałoby mi się z rana chodzić z nim na spacery, mnie nie frasowały. W końcu dostałam kota, zresztą też dużego (nie grubego, uściślijmy) i obecnie jestem #teamkoty.
W każdym razie, ,,Clifford..." to zdecydowanie jedna z najważniejszych bajek mojego dzieciństwa.



Tytuł posta nawiązuje nie tylko do liczby opisanych animacji, ale także filmu, który ostatnio podbił moje serce- czyli disneyowskiej ,,Wielkiej szóstki". Ludzie, ile razy ja oglądałam ostatnio tę bajkę... niesamowita historia, niezwykli bohaterowie, genialny humor i przepiękna animacja. Naprawdę się cieszę, że ten film dostał Oscara. Tak samo jak niesamowicie jestem dumna z ,,Idy" (zdecydowanie sobie zasłużyła). Polacy potrafią!

Dziękuję Wam bardzo za tak miłe komentarze pod ostatnim postem (pojawiło się ich w dodatku tak dużo, jejku...)! Teraz czytam ,,Władcę piasków" i najprawdopodobniej niebawem pojawi się recenzja.

Pozdrawiam ciepło!
Pola

środa, 11 lutego 2015

Po powrocie z Krakowa

Blogerze, blogerze, coś ty narobił najlepszego? Akurat, gdy wyjechałam do Krakowa, podle coś popsułeś... zamiast tekstu białe plamy... i mało tego, gdy próbowałam wszystko naprawić (chociaż wszystko wyglądało dobrze!) , usunąłeś mi posta! No nie, zabiję, zabiję, zabiję!!!
Przepraszam Was bardzo, drodzy czytelnicy, za problemy techniczne... poprzedniego posta niestety przeczytać się już nie da, bo go nie ma i odzyskać nie sposób. Pisać nie będę jeszcze raz, bo chyba nie ma sensu...  Taka to niemiła niespodzianka czekała mnie od razu po powrocie z wyjazdu... przepraszam raz jeszcze:(
No dobrze.
Wdech-wydech.
I jeszcze raz.
Okej.
Przejdźmy do głównego tematu posta.
Jak już pisałam, na kilka dni wyjechałam do Krakowa (i dlatego mam trochę zaległości w komentowaniu Waszych blogów- obiecuję, że je nadrobię:)). Było naprawdę świetnie- zwiedzałam muzea (min. nowo otwarte Podziemia Rynku- coś niesamowitego! Pod Sukiennicami stworzono wystawę odkryć archeologicznych. Samo to nie jest szczególne, ale jak to zrobiono... w sali rozlegały się odgłosy niczym z targu- krzyki, rozmowy, stukot pojazdów. Leciały filmy. Mnóstwo było również ekranów, na których mogłam wyczytać najrozmaitsze informacje- naprawdę ciekawe! Genialne miejsce.), odkryłam niesamowite kawiarnie i restauracje, nasiąknęłam wszechobecną w tym mieście kulturą i sztuką... szkoda, że te kilka dni minęło tak szybko. Kraków to jedno z moich ulubionych miast i zawsze chętnie tam wracam (krakowianie, radujcie się!).
Oczywiście niemal wszędzie latałam z aparatem, żeby uwiecznić najciekawsze rzeczy. I teraz prezentuję Wam moim zdaniem najciekawsze zdjęcia. 

  

  


 


 
To, co widzicie powyżej, to świetny napój o wdzięcznej nazwie Zedazeni, którego pierwszy raz spróbowałam  w krakowskiej restauracji gruzińskiej. To taka oranżada, w tym przypadku o smaku gruszkowym. Brzmi może niespecjalnie smacznie, ale jest przepyszne.

 
A tutaj mamy przystawkę w tej samej restauracji. Serowy placek i roladka z bakłażana z orzechowym nadzieniem. Niebo w gębie.


Malunki zdobiące ściany na Kazimierzu- dzielnicy żydowskiej. Naprawdę interesujące miejsce. Trochę nietypowe. Czuć w nim niepowtarzalny klimat i różni się od reszty Krakowa. 
Po raz pierwszy w życiu w ogóle widziałam synagogę!

 
A tu akurat przed synagogą- tablice pamiątkowe po Żydach. 

 
Kościół Na Skałce (dokładniej: Bazylika Św. Michała Archanioła i Sanktuarium Męczeństwa Św. Stanisława). Mimo wielkiego piękna i przepychu, w środku było ponuro i trochę mrocznie...

 
Tego ptaszka sfotografowałam przy barze z zapiekankami Endzior (jadłam tam chyba najlepszą zapiekankę w życiu). Później jakiś podły gołąb zwalił poprzedniego rezydenta z parapetu.





 
A tutaj mamy klasztor w Tyńcu- naprawdę piękne miejsce. Panował tam taki spokój, cisza... człowiek czuł się naprawdę uduchowiony.


 
No a na koniec stosik moich zdobyczy książkowych! Od góry:
1. ,,Rok szczura" Olga Gromyko- tak, to ta książka z poprzedniego posta (który, jak już wszyscy wiemy, usunął się), którą chciałam mieć. I mam! Hurrraaaa! A odpowiadając na pytanie Fobosa- Olga Gromyko pochodzi z Białorusi. 
2. ,,Matka noc" Kurt Vonnegut- już od jakiegoś czasu chciałam zapoznać się z Vonnegutem i w końcu mi się to uda. 
3. ,,Władca piasków" Eliza Drogosz- powieść autorstwa siedemnastolatki. Sporo wokół niej szumu ostatnio. Chociaż fragmenty mnie nie powaliły, to jestem bardzo, ale to bardzo ciekawa, jak to wyszło. Pomysł na fabułę wygląda naprawdę intrygująco!
4. ,,Mitologia" Jan Parandowski- już od dawna chciałam mieć na swojej półce, w końcu to naprawdę praktyczna pozycja. A ja uwielbiam mitologię. 
5. ,,Serafina" Rachel Hartman- na tę powieść czaiłam się już długi czas. Konflikt między ludźmi i smokami, muzyka, magia... brzmi dobrze!
6. ,,Zabójczy księżyc" N.K Jemisin- tytuł brzmi banalnie, ale książka, jeśli mamy wierzyć opiniom na okładce, świetna. Opis fabuły także brzmi super- królestwo snu, kapłani, religia, wielkie imperium... mam nadzieję, że nie będzie rozczarowania typu ,,Szklany tron" (niektórzy pamiętają z nieistniejącego już posta...). Kupiłam za jedyne 12 złotych (!) w taniej książce.
7. ,,Bestiariusz słowiański" Paweł Zych i Witold Vargas- przepięknie ilustrowany zbiór rozmaitych stworzeń z wierzeń Słowian. Nasi przodkowie mieli naprawdę bujną wyobraźnię...


To już koniec licznych zdjęć. Koniecznie napiszcie, co myślicie:) A może ktoś z Was czytał chociaż jedną z książek, które kupiłam? 

Ach i na koniec jeszcze jedno...
Dostałam się do etapu wojewódzkiego z kuratoryjnego (z polskiego, oczywiście).
Do tej pory nie mogę w to uwierzyć! Aaaa! ....
*chwila na ogarnięcie się*
Kolejny etap mam w marcu. Trzymajcie kciuki:)

Pozdrawiam ciepło!
Pola