piątek, 29 kwietnia 2016

Sabinka cz.1 (Cykl Słowiański)

...
Nadszedł ten dzień. Nareszcie nadszedł ten dzień.
Niektórzy z Was być może pamiętają, że w styczniu pojawiło się opowiadanie (które przeczytacie TUTAJ) o pewnej badaczce stworzeń nadprzyrodzonych ze słowiańskich wierzeń. Występowali: dobroduszny diabeł Hejdasz z kwiatami/świąteczną jemiołą i lampami w rogach (mały edit: jego postać zaczerpnęłam z ,,Bestiariusza słowiańskiego"), wredny krasnoludek Wituś, który odmówił pomocy ludziom i swój żywot spędza na wygodnym obijaniu się; wodnik Władziu z pobliskiego jeziora oraz wyżej wspomniana badaczka o imieniu Anka.
No tak, to wyjaśnienie vel przypomnienie już pewnie mówi samo za siebie.
Otóż... napisałam kontynuację!
(fanfary!)
Już po publikacji poprzedniego tekstu planowałam stworzenie ciągu dalszego, jednak długo nie mogłam się za to zabrać. Na szczęście w końcu wzięłam się do roboty i oto mam zaszczyt przedstawić państwu pierwszą część ,,Sabinki"!
Opowiadanko, tak jak poprzednie, to twór krótki i dosyć luźny. Sporo absurdu i zabawy motywami z wierzeń słowiańskich. Powstało w ramach wyzwania Kreatywne Spojrzenie, a hasła na ten miesiąc to: toaleta, kosiarka, ogień. 


 Sabinka (cz.1)


– To na pewno jest dobra decyzja?
Już zadając to pytanie, wiedziałam, że nie, ani trochę. Ale oczywiście odpowiedź była inna.
– Psze się nie bać, pani Aniu. – Pan Włodek, dostawca z Instytutu Badań Nad Istotami Nadprzyrodzonymi, z uczuciem walnął mnie w ramię, co chyba miało być klepnięciem wsparcia. – Zupełnie oswojony okaz, kategoria E. Prawie jak zwierzątko domowe.
Z powątpiewaniem zerknęłam na „zwierzątko domowe” stojące na środku kuchni i oczywiście otoczone przez Hejdasza, wielkodusznego diabła z kwiatami wplecionymi w rogi oraz Witusia, wybitnie leniwego i wrednego krasnoludka. „Zwierzątko domowe” wyglądające jak monstrualna hybryda koguta, jaszczurki i węża. „Zwierzątko domowe” o pazurach wielkości moich palców i ostro zakrzywionym dziobie. „Zwierzątko domowe” z gadzim ogonem i krwistoczerwonym upierzeniem. Złowrogi efekt psuły jedynie narciarskie, różowe gogle na oczach. Wiedziałam jednak, co zasłaniają i jakoś nie bardzo było mi do śmiechu.
Przed sobą miałam rzekomo udomowiony okaz bazyliszka.
W klasyfikacji obiektów badań Instytutu istniało pięć kategorii, od A do E. Pierwsza oznaczała istotę zupełnie dziką, do której najlepiej się nie zbliżać. Śmiertelnie niebezpieczna. Niższe stopnie oznaczały istoty wciąż dzikie, ale niestanowiące aż takiego zagrożenia dla człowieka. Kategorie zamykało E- czyli istoty niemal zupełnie ucywilizowane, udomowione, prawie jak pieski. No, pozostawały jeszcze stworzenia takie jak Hejdasz i Wituś. Właściwie jak ludzie, poza paroma mniej lub bardziej istotnymi szczegółami. Oni jednak nie wchodzili już raczej w grupę  „obiekty obserwacji”, tylko „upierdliwi lokatorzy”.
No i oto stało przede mną monstrum, które patrząc optymistycznie, wcieliłabym co najmniej do kategorii B.  
– Nie wiedziałam, że bazyliszki mogą być… hm, udomowione – powiedziałam, kątem oka obserwując, jak Hejdasz pakuje w potworka ciasteczka. Z sukcesem.
– Pierwszy przypadek chyba – rzekł z patosem pan Włodek, po czym podzielił się ze mną rozdzierającą serce opowieścią.
Otóż niedługo po wykluciu się z koguciego jaja (umieszczonego na stercie gnoju i wysiadywanego przez dziewięć lat przez ropuchę, jeśli chcemy być dokładni), to, hm, zwierzę, zostało przygarnięte przez niewidomą staruszkę o wielkim sercu do wszelkiej fauny. Najwidoczniej łuski w połączeniu z piórami nie wzbudziły niepokoju, za to natychmiastowy zgon kota i wszystkich chomików po spojrzeniu w oczy nowemu lokatorowi już tak. W ten sposób bazyliszek trafił pod skrzydła Instytutu, gdzie też otrzymał twarzowe gogle. Szybko okazało się, że zaledwie kilkumiesięczny (za to prawie mojej wielkości) potworek zdążył pokochać swoją właścicielkę. Skrzeczał po nocach z rozpaczy, tęsknił i w ogóle cierpiał.
Zawyrokowano więc: zwierzę pragnie miłości!
Nie wiedzieć czemu uznano, że to właśnie ja, od jakiegoś czasu zamieszkała na odludziu w celach badawczych (zakładających głównie obserwację stworzeń nadprzyrodzonych w naturalnym środowisku, tudzież w domu), mogę go zaadoptować i dać pożądane ciepło, czy coś w tym stylu.
Nie wiem, kto to wymyślił, ale z całą pewnością mnie nie znał.
– Czy on ma jakieś imię? – zapytał Hejdasz, z zachwytem patrząc, jak bazyliszek je mu z łapy.
– Nie on, tylko ona – poprawił pan Włodek. – Mówili na nią Sabinka.
Nie skomentowałam.
– Chyba cisną ją te gogle – stwierdził diabeł.  – To może je zde…
– NIE! – ryknęliśmy z panem Włodkiem równocześnie, a Wituś rzucił się na twarzą do ziemi.
Łapa Hejdasza zawisła w powietrzu.
– Ale dlaczego?
Następne piętnaście minut tłumaczyłam mu konieczność gogli, podczas gdy pan Włodek pospiesznie ewakuował się do toalety, najwidoczniej chcąc uniknąć kolejnego ataku miłosierdzia.
– Ale że tak na śmierć zabija? – zapytał sceptycznie Hejdasz.
– Że na śmierć.
Diabeł zerknął na bazyliszka, który właśnie zjadał opakowanie po ciastkach.
– Anka…
– No co?
– Ale Sabinka jest miła.
– Nieważne. To nie zależy od niej – wyjaśniłam. – Rozumiesz? Nie zdejmujemy gogli.
– Ale tak nigdy?
– Ale tak nigdy.
Hejdasz poklepał Sabinkę po głowie. Ku mojemu zdziwieniu, bazyliszek wydał z siebie dziwne gdakanie ekstazy.
– To ona wszystko widzi na różowo!
– Pewnie tak.
– A jak nie lubi różowego?
– No to… – Umilkłam w obliczu tak rozbrajającego pytania. – No to… no to jakoś przeżyje.
Oczywiście dowiedziałam się, że jestem bez serca. Normalne.
Pan Włodek, który najwyraźniej poczuł się wystarczająco bezpieczny, w końcu wyszedł z toalety, aby dopełnić wszelkich formalności. Podpisałam parę dokumentów, ustaliłam, że Sabinka zamieszka w piwnicy (lochy i podziemia to dla bazyliszków środowiska naturalne), dla przyzwoitości jeszcze trochę ponarzekałam i oto oficjalnie moje skromne domostwo przyjęło nowego lokatora.
***
Równo o piątej obudziło mnie pianie koguta.
A raczej jakiegoś makabrycznego koguta z horroru. Koguta-potwora ziejącego ogniem.  Koguta godzilli. Pianie połączone z ze skrzekiem i jakimś przedwiecznym rykiem.
Poderwałam się, przy okazji prawie spadając z łóżka. Przeraźliwy dźwięk wwiercał mi się w uszy, przeszywał boleśnie, trząsł domem i odbijał się od każdego napotkanego przedmiotu.
Jęknęłam, nie mogąc znieść tak nieludzkiego odgłosu, a potem jęknęłam raz jeszcze przypominając sobie, kto, a raczej co, mogło wydać z siebie coś takiego.
Zerwałam się na równe nogi i popędziłam skrzypiącymi schodami na dół, pełna złych przeczuć. Wpadłam do kuchni, tam jednak nie było żywej duszy. Na podłodze walały się ziarna dla kur, które zakupiłam wczoraj w wiejskim sklepie. Drzwi od piwnicy stały otworem.
Wybiegłam na dwór i aż zatrzymałam się w drzwiach z wrażenia.
Na krzywo wykoszonym (Hejdasz ostatnio odkrył w sobie pasję ogrodnictwa, co poskutkowało ofiarami w postaci zepsutej kosiarki, zrujnowanego ogrodu i moich zszarganych nerwów) trawniku stała Sabinka. Jej pióra zalśniły w złotym blasku wschodzącego słońca, gdy majestatycznie uniosła łeb do góry. Zaczerpnęła oddechu i wydobyła z siebie kolejne, jeszcze bardziej przeszywające pianie.
Wzdrygnęłam się, przytomniejąc.
– Hej! – wrzasnęłam.
Sabinka z godnością mnie zignorowała i kontynuowała rytuał budzenia. Udany, bowiem po chwili obok mnie zjawił się Wituś z miną małego mordercy. Nawet Hejdasz, którego snu zazwyczaj nie mogły przerwać nawet przejeżdżające czołgi, wystawił łeb zza drzwi.
– Zamknij się! – pisnął gniewnie Wituś, co niestety nie wywołało spodziewanego skutku. Trzydzieści centymetrów bez czapki nie budziło szczególnego szacunku.
Już miałam przejść do kolejnych, zapewne bardziej stanowczych działań, gdy pianie gwałtownie się urwało. Sabinka przeciągnęła się, skrzeknęła i najzwyczajniej w świecie pomaszerowała do domu.
Odprowadziliśmy ją oszołomionym wzrokiem.
– To… tak już zawsze będzie? – nieśmiało odważył się zapytać Hejdasz.
– Na pewno nie – powiedziałam gwałtownie, odpędzając nasuwającą się wizję wstawania o tak nieludzkiej porze.
Poza tym w okolicy, mimo że jak na miejsce, w którym ostali się nieliczni przedstawiciele stworzeń nadprzyrodzonych przystało, dość opustoszałej, było jednak kilka (trzy) domy. Daleko, bo daleko, ale podejrzewałam, że ten dźwięk mógł dojść nawet do wioski. Odsunęłam natrętną myśl o reakcji sąsiadów. Nasze stosunki były, hm… napięte. Nie wspominając już o sarnach i demonach w pobliskich lasach, które pewnie już teraz nieźle się spłoszyły. Albo w drugim przypadku, wkurzyły.  
Pokręciłam głową i weszłam do domu. Sabinka najspokojniej w świecie stała na środku podłogi i ze stoickim spokojem patrzyła, jak biorę bardzo głęboki oddech, próbując się uspokoić.
– Słuchaj no – zaczęłam raczej nieprzyjaźnie. – Nie wiem, co to było…
– Pianie – podsunął uprzejmie Hejdasz.
Zignorowałam go i skupiłam na Sabince. Fakt, że widziałam swoje odbicie w różowych szkłach, wystarczająco wytrącał mnie z równowagi.
– … ale nie będę tego tolerować. Rozumiesz? Nie ma budzenia o piątej! Ani o szóstej. Ani w ogóle o żadnej innej godzinie, dobra? Nie piejemy. Ani rano, ani w ogóle nigdy!
Sabinka wysłuchała mnie z umiarkowanym zainteresowaniem, po czym zapiała mi do ucha.
I tego właśnie dnia rozpoczęła się wojna.




 ***
No i na koniec jeszcze- chciałabym Was zaprosić na powstałego w ramach projektu edukacyjnego bloga z recenzjami książek, w którego prowadzeniu uczestniczę. Właśnie ruszył i pojawiły się pierwsze wpisy, więc... no, zapraszam:)


Udanej majówki!
P. 


Edit: wprowadziłam parę poprawek technicznych. Tak gwoli ścisłości.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Pola bierze ślub, czyli Wedding Book Tag

Witam, witam!
Ostatnio na blogu pojawia się zatrważająco dużo wszelkiego rodzaju zabaw blogowych. Przyznaję jednak, że gdy zobaczyłam Wedding Book Tag u Tutti, po prostu nie mogłam się powstrzymać, bo brzmiał niesamowicie zacnie. 
Zasady są proste: należy wylosować książkowe postaci, które będą miały swój udział w poszczególnych elementach mojego ślubu. Karteczki gotowe, czas zaczynać...

 1. Osoba, która pomoże Ci wybrać suknię ślubną (kobieta)

W tym jakże trudnym wyborze pomoże mi Cath z ,,Fangirl". Wprawdzie  raczej nie zna się na modzie, ale może coś fajnego uda nam się razem wymyślić? Znając Cath, nieśmiałą introwertyczkę, będzie obstawiała przy czymś skromniejszym. A może spróbuje namówić mnie do jakichś elementów z jej ulubionej serii o czarodzieju Simonie Snow? Nie uda jej się, ale próbować zawsze można!

2. Osoba, która urządzi Twój wieczór panieński (kobieta)

Moim wieczorem panieńskim zajmie się Cinder z ,,Sagi księżycowej". Jako że to dziewczyna-cyborg z przyszłości, do tego mechanik, wieczór na pewno będzie dopieszczony pod względem technicznym, pewnie również dość futurystyczny pod względem wystroju, muzyki, oświetlenia... Hej, to brzmi całkiem fajnie!  Może jeszcze pojawią się elementy orientalne, w końcu Cinder pochodzi z Nowego Pekinu. Dekoracje, chińskie jedzenie...
Ach, no i jeszcze, jak mogłam zapomnieć- dziewczyna ma znajomości w rodzinie królewskiej ze Wspólnoty Wschodniej, więc może udostępniono by nam pałac cesarski? Albo chociaż salę balową i ten piękny ogród, z orchideami, bambusami i całą resztą? A do tego obsługiwałyby nas androidy...
Ach, rozmarzyłam się!

3. Osoba podprowadzająca Cię do ołtarza (mężczyzna)

Tego zaszczytu dostąpi Jay Gatsby. Całkiem nieźle trafiłam, elegancki, bogaty (może jak zna mnie na tyle dobrze, żeby prowadzić mnie do ołtarza, to przy okazji opłaci koszty wesela!), dobrze wychowany. Nawet zacnie! 

4. Ksiądz (mężczyzna)

W rolę księdza wcieli się Zach z ,,Chłopaka nikt", czyli nastoletni zabójca mordujący dla tajemniczego Programu.
Ten ślub robi się coraz ciekawszy.

5. Szczęściara, czyli ta, która złapie welon (kobieta)

Welon złapie Ania Shirley! Wprawdzie to mężatka, ale uznajmy, że na moim ślubie jest jeszcze młodą dziewczyną. Cieszę się, że to ona złapie welon, na pewno się ucieszy. To taka uczuciowa, marzycielska romantyczka, wiecznie w obłokach. Pewnie będzie to przeżywała przez cały dzień oraz snuła piękne fantazje.

 6. Osoba, która wygłosi przemówienie (mężczyzna)

Znowu dobrze trafiłam, bo mową uraczy gości pan Darcy z ,,Dumy i uprzedzenia".  Z jego elokwencją, inteligencją, nieco cynicznym postrzeganiem świata i niewątpliwym urokiem osobistym (mimo snobizmu), przemówienie z pewnością zapadnie w pamięć. Może przemyci kilka szpil w stronę nowożeńców, ale jeśli będzie z nim Elizabeth, to pewnie w odpowiednim momencie złagodzi albo obróci w żart.

7. Osoba, która zajmie się muzyką (mężczyzna)

O podkład muzyczny zadba Rincewind ze ,,Świata Dysku". Szczerze mówiąc nie sądzę, aby był odpowiednią osobą do tego zadania, nie tyle z powodu braku kwalifikacji czy nawet gustu muzycznego (chyba, że w którymś tomie się one objawiają, jeszcze nie przeczytałam całej serii, nie wiem), ale również skłonności do pakowania się w kłopoty oraz ryzykowne misje ratowania świata. Tchórzliwy mag non stop ociera się o śmierć (albo raczej Śmierć) i nieco zbyt prawdopodobne są takie przygody jak spięcie kabli, wybuch głośnika, eksplozja budynku, czy coś w tym stylu. Ale w porządku, jak już wylosowałam, to trudno. Byle tylko zabezpieczenia były odpowiednie... Wolałabym jednak tego dnia uniknąć spotkania ze Śmiercią, mimo że bardzo chętnie pogadałabym z nim o kotach. Ale wiecie, może innym razem.
Dobra, Rincewind, liczę na Ciebie.

8. Król parkietu (mężczyzna)

Pakietem zawładnie Leo Valdez z ,,Olimpijskich herosów", który w sumie nawet mi tu pasuje. Kto go tam wie, może naprawdę ma zdolności taneczne? A nawet, jeśli nie, to na pewno nadrobi niezrównanym poczuciem humoru i urokiem osobistym, pewnie większość wygibasów zostanie zrobiona dla żartu.
Ach, Leo, czemu nie zostałeś moim mężem?
A zresztą, on i tak jest mój.

 
Autor: Viria


9. Osoba, która za dużo wypije i wyląduje pijana pod stołem (mężczyzna)

O dziwo, padło na Augustusa Watersa z ,,Gwiazd naszych wina". Hm. Gus pijany? Ten Gus, który wiecznie chodzi z niezapalonym papierosem w ustach? Chociaż kto wie... może w sumie upicie się byłoby jakąś kolejną metaforą? Może chciał korzystać z życia, zaszaleć?  Jak tak nad tym dłużej myślę, to całkiem prawdopodobne.

10. Mąż (mężczyzna)

...
Nie.
Nie.
To nie może być prawda.
Nie zgadzam się.
Nie!
Ratunku, nie!
Wylosowałam Edwarda Cullena ze ,,Zmierzchu"!
Wiecie, tak mnie coś tknęło, gdy pisałam jego imię na karteczce. ,,Pola, weź nie ryzykuj, bo z Twoim szczęściem to on może zostać Twoim mężem". Machnęłam jednak ręką. ,,Eee, na pewno nie, a będzie śmiesznie, gdy Edward wyląduje pijany pod stołem."
No i wylądował ze mną przed ołtarzem. Pomocy, ja nie chcę! Ja nie chcę wyjść za świecącego (nawet jeśli przystojnego, co przyznaję, stanowi jeden z nielicznych plusów, jeśli nie jedyny) wampira! Do tego czytającego w myślach...Koszmar.
Ślub zostaje odwołany, panna młoda uciekła spod ołtarza. 
A najlepsze jest to, że na drugiej z trzech pozostałych karteczek znajdował się mój ukochany Sage.
O losie. Za co?


No i tak, tym mało optymistycznym akcentem kończę ten post.  
Życie jest brutalne. 
 
Źródło
NIE.


Trzymajcie się ciepło!
P.