wtorek, 20 lutego 2018

Coś się zaczyna

Ostatnio wzięłam do ręki ,,Fałszywego księcia", czyli jedną z najbardziej znaczących książek w moim młodym życiu - to od niej zaczęła się moja miłość do bezczelnych, sarkastycznych bohaterów o ciętym języku, to ona szturmem podbiła moje jedenastoletnie wówczas serce, a do dziś lubię do niej wracać.



Otwieram ją sobie, wertuję, czytam ulubione sceny i się uśmiecham. Często. Czasem wyrywa mi się śmiech albo pełne nostalgii westchnienie, bo do całej ,,Trylogii władzy" mam ogromny sentyment. Niedawno jednak podczas takiego wertowania, pierwszego od jakiegoś czasu, z całą siłą uderzyły mnie dwie rzeczy.
Po pierwsze, główny bohater jest młodszy ode mnie. Już od jakiegoś czasu wprawdzie, ale... co? Jak to się stało? 
Po drugie, pewien etap w mojej przygodzie z literaturą nieodwołalnie się skończył.

I oto ogarnęła mnie nostalgia, dość kuriozalna pewnie, ale oto uświadomiłam sobie z całą mocą, że już nigdy nie zachwycę się książką tak, jak miało to miejsce jeszcze kilka lat temu. Nie oznacza to, że nie zachwycę się książką w ogóle. Przeciwnie - więcej jest przede mną niż za mną, a za rogiem czeka masa fantastycznych tytułów, niezwykłych literackich doznań i utworów z różnych epok. Na horyzoncie masa literackich zachwytów. I to jest piękne.

Od jakiegoś czasu sięgam po, nazwijmy to, ambitniejsze książki (ygh, to brzmi tak snobistycznie). Eksploruję nowe gatunki. Czytam coraz więcej poezji. Jestem zakochana w powieściach dziewiętnastego i pierwszej połowy dwudziestego wieku. Rok temu odkryłam wiersze Emily Dickinson, miesiąc temu skończyłam ,,Kwiaty zła" Baudelaire'a. Jakiś tydzień temu skończyłam ,,Panią Dalloway" (przeczytajcie ,,Panią Dalloway"! Ten język! Ten styl! Te postacie! Te piękne, wyraziste zdania, ta lekkość, to piękno prozy poetyckiej! Ta ironia i gorycz! Ta historia jednego letniego dnia, podczas której prawie nic się nie dzieje, ale jest to tak pochłaniające! Ta delikatność i subtelność pisania, ta bezwzględność i błyskotliwość we wnikaniu w ludzkie charaktery! To puszczenie wodzy języka, ten swobodny strumień myśli i obrazów, ta przepiękna wrażliwość, ta lekko płynąca opowieść! Chyba znowu wpadam w egzaltację!) i jestem zakochana. Odkrywam nowe dramaty (Wilde!) i publicystykę (felietony Rusinka o języku!). Czytam mniej, ale coraz rozważniej dobieram lektury - tak jak kiedyś czasem przeczytałam coś przeciętnego nawet specjalnie, tak teraz nie mam na to czasu, ani w sumie ochoty, tylko szukam czegoś, co mnie naprawdę zainteresuje. I rzeczywiście dawno, naprawdę dawno nie czytałam czegoś spektakularnie złego, co najwyżej przeciętnego czy rozczarowującego.

Do ogólnych, trwających od dłuższego czasu zmian w guście czytelniczym doszły jeszcze ostatnio przygotowania do drugiego etapu olimpiady z polskiego, więc po porządnej dawce klasyków postanowiłam w końcu przeczytać coś lżejszego - lubię sobie przeplatać lektury bardziej i mniej wymagające, po czymś mrocznym sięgnąć po coś zabawnego, po grubym tomiszczu fantasy po obyczajówkę i tak dalej, i tak dalej. W końcu więc umościłam się z kocykiem i kubkiem herbaty, gotowa na odprężenie, i pełna entuzjazmu sięgnęłam po ,,Królestwo Kanciarzy" Leigh Bardugo.
Auć. 
Widzicie, ja dosłownie dzień, dwa dni wcześniej, skończyłam ,,Dżumę" Camusa, a jeszcze wcześniej przeczytałam wspomnianą wcześniej ,,Pani Dalloway" Virginii Woolf, poznałam parę wierszy Bursy czy Grochowiaka. I oto prosto z zachwycającego stylu, egzystencjalnych rozważań i pytań o naturę człowieka wskoczyłam prosto w young adult, zderzając się z językiem tak nieporównywalnie prostszym, że przez dobrą chwilę próbowałam otrząsnąć się z szoku. Jasne, błyskawicznie przeczytałam pierwsze sześćdziesiąt stron, bo to wciąga  i czyta się bardzo przyjemnie. Ale. Coś się zmieniło. Rok temu poprzedni tom, czyli ,,Szóstka wron" podbił moje serduszko, trafiając w jakiś taki idealny moment, w którym potrzebowałam dobrej rozrywki i silnych emocji. Tak, był naiwny, tak, główni bohaterowie są nierealnie młodzi (geniusz zbrodni i król przestępczego światka w wieku siedemnastu lat, to jest to), tak, są zgrzyty czy niezręczne dialogi (bardzo źli i twardzi przestępcy mówią ,,mam to w nosie"), ale to powieść świeża, zabawna, mroczna, obsadzona szóstką wyrazistych, nieoczywistych bohaterów, których nie da się nie pokochać i piekielnie wciągająca. Po kontynuację sięgnęłam z podobnymi oczekiwaniami, spragniona bezpretensjonalnej rozrywki. Na razie jestem na początku, podejrzewam, że jeszcze się wciągnę, ale po pierwszych stronach... poczułam się tak strasznie rozczarowana. Wyraźniej zauważam wszystkie niedociągnięcia, niezręczne, kiczowate wstawki, zgrzytające miejscami zdania. Trudniej przełączyć mi się na tryb ,,rozrywka", bo przyzwyczaiłam się do trybu ,,intelektualne przeżycie".

Słowem, zrobiłam się wybredna. 

Poczułam się trochę tak jak po tym, gdy podczas pierwszego pobytu we Włoszech spróbowałam tamtejszych lodów i pizzy, a po powrocie do Polski odwiedziłam Grycana i zamówiłam pizzę z Pizzy Hut. To prawie jak szok termiczny.

Szczerze mówiąc, lekko mnie to przeraziło, bo hej, ja nie mogę być za stara na młodzieżówki. Ja jestem targetem młodzieżówek. Jestem w wieku większości ich bohaterów. Na chwilę mnie to zadumało. Bo o ile kiedyś pewne książki by mnie zachwyciły, zauroczyły i wzbudziły masę silnych emocji, tak teraz, o ile są lekkie i przyjemne, nie są niczym poza lekką rozrywką. 
Żeby było jasne - absolutnie nie uważam, żeby takie pozycje były gorsze, a czytanie ich czymś złym. W życiu. Mało tego, jestem absolutnie pewna, że literatura czysto rozrywkowa jest bardzo potrzebna. Jerzy Rzymowski w jednym ze swoich wstępniaków do ,,Nowej Fantastyki" porównał czytanie do smakowania win - między kolejnymi starymi rocznikami i wyśmienitymi gatunkami trzeba wziąć łyka wody. Podobnie każdy pracoholik musi w końcu zrobić sobie wakacje. Literatura to poszerzanie horyzontów, to intelektualne doznania, to nowe przeżycia, to inspiracje - ale przecież też przyjemność.

Do czego zmierzam? Chyba zaczyna się coś nowego. Pamiętam, jak parę lat temu przeżywałam te wszystkie tytuły young adult - jak trzymałam kciuki za bohaterów, prowadziłam żywe dyskusje z przyjaciółkami, jak cieszyłam się z drobnych scen, jak wyszukiwałam fan arty, jak odliczałam dni do dat premier kolejnych tomów ulubionych serii.
Ostatnio zdałam sobie sprawę, że... określone książki już nigdy nie wzbudzą we mnie takich emocji. Czytam więcej różnych gatunków, robię się bardziej krytyczna i wybredna. Zanurzam się w poezję, odkrywam nowe rejony prozy, obcuję z literaturą niezwykłą. Czasem łapie mnie jakaś nostalgia, bo kurczę, chciałoby się tak zatracić w historii młodych bohaterów z niezwykłymi mocami - i pewnie jeszcze będę się zatracać, ale zawsze już z tym zapleczem krytycyzmu i innych doświadczeń, już bez takiego entuzjazmu i przeżywania każdej strony.
Ale rozpoczyna się dla mnie zupełnie nowy etap w czytaniu. 
I zapowiada się bardzo ekscytująco.


Zdjęcie: unsplash

czwartek, 1 lutego 2018

Piąty raz jak sięga pamięć

Oto Taki zwyczajny blog. 



Taki zwyczajny blog jest już dużym blogiem. Ma w końcu pięć lat. Umiałby wiązać sznurowadła, rysować ładne szlaczki, grać w piłkę, może nawet czytać, ale nie umie, bo jest blogiem, a nie człowiekiem, a blogi takich rzeczy nie potrafią, nawet jeżeli są już duże.

Taki zwyczajny blog jak na pięciolatka ma całkiem bogaty życiorys. Przeszedł metamorfozy liczne i momentami dość drastyczne (pst, tu jest wstydliwy flashback z czasów, kiedy był mały, ale nic mu nie mówcie, bo duże blogi nie lubią oglądać samych siebie sprzed lat i trochę się wstydzą). Przechodził fazy lajfstajla, recenzji, list, zestawień, ,,hitów miesiąca", wierszy, długaśnych tytułów, białych literek na kolorowym tle, szalonych czcionek, wynurzeń kulturalnobełkotliwych, gifów, relacji z wyjazdów, masy zdjęć wrzuconych do jednego posta, wyzwań literackich, tagów, opowiadań, zdjęć na licencji CC0, luźnych tematycznie, literacko-kulturalno-życiowo-innych postów.
Pamięta żenujące wpisy o szkole i ambitne (niezrealizowane) zamiary nauki włoskiego. Pamięta szalone, jaskrawe tła, Liebster/Versatile Blog Award oraz fascynację ,,Strażnikami Marzeń" i We Heart It; pamięta posty z okazji dnia czekolady i eksperymenty z nowym aparatem, Cykl Słowiański i początek odkrywania seriali, wszystkie radości, załamania, próby, nowe wyzwania i doświadczenia. Jest świadectwem zmieniającego, kształtującego się stylu, przejścia od kanciastych zdań do budowania nadających się do czytania; przekrojem z pięciu lat z życia jednej osoby, z całym bogactwem ówczesnych zainteresowań, wpływów, obsesji, powolnych, subtelnych zmian pisania, poczucia humoru i charakteru. Ma szare tło i duże archiwum. Ma trochę lamerskie imię. Nie został wprawdzie sławny, ale to nic nie szkodzi, bo ma najpiękniejszych, najwspanialszych czytelników, jakich blog może mieć.
Oto Taki zwyczajny blog. A wczoraj były jego piąte urodziny.


(cooo, spóźnione? Wcale nie!) 
 
 
*z nieba sypią się balony i konfetti*
*piszczą trąbki urodzinowe*
*wjeżdżają babeczki z kremem*
*fajerwerki, muzyka, zimne ognie!*
*strzela korek od szampana*
*bezalkoholowego, alkoholizmowi wśród nieletnich mówimy stanowcze ,,nie"!*
*pst, ten zwykły też jest w rogu*
*gwiazdki!*
*kto pamięta?*

Pięć lat! Aż coś ściska w gardle, aż serce szybciej bije, aż oczy robią się niebezpiecznie wilgotne.
Pięć lat temu narodził się Taki zwyczajny blog.
Pięć lat to dużo. Bardzo. Pół dekady.
Pięć lat to mało. Bardzo. Zaledwie mrugnięcie w beznamiętnym, obojętnym trwaniu wszechświata. 
Pięć lat to ładny kawałek mojego życia, które, ach, chciałoby się zakrzyknąć z egzaltacją, bez TZB nie byłoby takie samo.

Ostatnio męczyłam wszystkich wtajemniczonych i zaangażowanych w istnienie TZB, zarówno na żywo, jak i wirtualnie, napadami wzruszenia, melancholii i niedowierzania, że to już. Kiedy już opanowałam atak wesołości po przeczytaniu starego posta w dawnej odsłonie graficznej (zaiste, w Interncie nic nie ginie), zjechałam niżej, na listę czytanych wówczas blogów. Żaden z nich obecnie nie istnieje. To podwójnie uświadomiło mi, że 1) czas płynie 2) długo wytrzymałam na jednym blogu. Bardzo. Zarazem, w pewnych przypływach zadumy i egzaltacji, nie mogłam powstrzymać się od refleksji: blog to jedna z piękniejszych rzeczy, jakie mi się zdarzyły. *patos:ON* 

Bo funkcjonowanie w blogosferze, a szczególnie na TZB to jednak spora część mojego żałośnie krótkiego życia; to rozwój stylu, szlifowanie warsztatu, utwierdzenie się w miłości do słowa pisanego, rozkwit wielu pasji i wreszcie, może przede wszystkim - zetknięcie z niesamowitymi, inspirującymi, absolutnie cudownymi ludźmi. Niektórych z nich znam już pięć lat, cztery, trzy. Są tu od tych kilku lat, wiernie czytają i komentują kolejne posty. Niektórych znam na żywo. Niektórych tylko z pseudonimu/imienia i internetowej twórczości. Niektórzy trafili tu niedawno. Niektórzy może w tej sekundzie.

Na pewno nikt go nie będzie czytał (chyba, że się miło zaskoczę), stwierdziłam beznamiętnie w pierwszym poście na nowym wówczas blogu. Jasne, był w tym pewien element droczenia się (mowa trawa, przecież chciałam, żeby ktoś to czytał), ale zarazem jednak doświadczenie trzech poprzednich inicjatyw (wybitnych, zaiste), opisanych bardziej wyczerpująco rok temu, na których świeciło pustkami (jakoś nie wpadłam na to, żeby czytać inne blogi). Pamiętam radość z pierwszej komentatorki, a później kolejnych czytelników, pamiętam entuzjazm podczas czytania długich, cudownych komentarzy, podczas podglądania rosnącej liczby obserwatorów.

Bo TZB jest tworzony również przez czytelników - tych starych, tych wiernych, tych przelotnych, tych okazjonalnych, tych nowych. Po pięciu latach Taki zwyczajny blog jest wciąż miejscem bardzo kameralnym - ale zarazem z piękną atmosferą i z absolutnie fantastycznymi ludźmi. Tutaj należy się ogromne, ogromne DZIĘKUJĘ wszystkim osobom, które czytały, komentowały, wspierały, kibicowały, które czytają w tym momencie te słowa. Dziękuję za długie (niektóre były niemal większe niż posty!), cudowne komentarze, za piękne, inspirujące słowa, za żywe dyskusje, za krytykę i komplementy, za nieustające wsparcie, za obecność, za poczucie humoru, za insajd dżołki, za szalone interpretacje, za niezwykle cenne znajomości, za polecanie dobrych rzeczy, za dzielenie się własnymi historiami i doświadczeniami. Trudno mi wyrazić całą tę miłość i wdzięczność słowami. Dziękuję za zostawianie śladu i ciche czytanie. Dziękuję, że weszliście tu na chwilę. Dziękuję, że zdecydowaliście się zostać na dłużej.

Co do planów - będzie luźniej terminowo, pewnie bardziej nieregularnie, ale mam nadzieję, że za to ciekawiej. Chcę tworzyć bardziej dopracowane materiały, wciąż chcę się rozwijać, pracować nad stylem. Mam mnóstwo rzeczy, o których pragnę opowiedzieć, mnóstwo pomysłów do zrealizowania. Może wreszcie o Twoim Vincencie, może o Heathers, może o włóczęgach po Gdańsku, może o Lynchu albo Poznaniu, może o tym, jak dzieci prawie zjadły mnie żywcem. Będzie fajnie. 

Pragnę raz jeszcze podziękować - za te piękne pięć lat. Za to, że jesteście.

A teraz można jeść babeczki.
(czekaliście, co?)

 
 
 
 
Zdjęcie: unsplash

niedziela, 14 stycznia 2018

Narty

Zima może nie śnieżna, ale zimna, trzeba się rozgrzać. 
Została mi garść tekstów z obozu literackiego i wśród tych, które nadają się do publikacji, znajdują się między innymi ,,Narty" - miniaturka napisana pierwszego dnia. Tym razem zrobię mały eksperyment (ohoho) i dopiero na końcu podam, jakie mieliśmy zadanie - zawsze ciekawi mnie, czy widać, że to opowiadanie pisane pod określone polecenie i czy może funkcjonować jako zupełnie niezależny byt. 
Enjoy!


Narty


— Świetnie pani idzie – skłamał gładko Markus, pomagając mi podnieść się ze śniegu.
Stanęłam chwiejnie na drewnianych nartach i złapałam mężczyznę za ramiona, żeby utrzymać równowagę.
— To, że panu płacę, nie znaczy, że musi mi pan kadzić – poinformowałam go, usiłując stanąć stabilnie.
Instruktorowi drgnął kącik ust.
— Może nie świetnie, przyznaję, ale szybko się pani uczy.
Aha. Z uprzejmości jednak nie protestowałam.
Śnieg skrzył się diamentowo. Zachodzące za drzewami słońce rzucało czerwony blask. Po zboczu wzgórza wspinał się las pełen ośnieżonych świerków. Baśniowo. A do tego wokół ani żywej duszy. Tylko na dole stała drewniana chata, pensjonat.  
Idealne warunki do pierwszej w życiu, trochę upokarzającej lekcji jazdy na nartach.
Markus poprawił czapkę, spod której wystawały kosmyki koloru marchewki. Brązowe oczy lśniły figlarnie.
— W ogóle się pani nie rusza – oznajmił. – Tylko stoi sztywno i czeka, aż znajdzie się na dole.
— Myślałam, że na tym to polega – przyznałam.
Roześmiał się. Lubiłam jego śmiech – szczery i ciepły. Spodobał mi się pierwszego dnia pobytu, kiedy go usłyszałam, dwa tygodnie temu. Okazało się, że właściciel pensjonatu ma syna, który pomaga mu w prowadzeniu ośrodka i uczy turystów jazdy na nartach. Niedługo po naszym przyjeździe wszedł do chaty cały ośnieżony, z mokrymi włosami i błyszczącymi oczami. W ręku trzymał narty.
Staliśmy wtedy przy kominku – ja, rodzice i mój brat, w modnych w mieście, ale tu niepraktycznych płaszczach, wyczerpani długą drogą przez śnieżycę. Teraz, gdy grzaliśmy przy ogniu skostniałe z zimna ręce, śnieg prószył delikatnie. Gospodarz podał nam grzane wino i popijaliśmy je, wciąż dygocząc. Wszystko w naszym wyglądzie krzyczało: miastowi!
Markus roześmiał się, gdy nas zobaczył. Tak ciepło, że nikt nie miał mu za złe, że śmieje się z nas. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Witamy w naszych skromnych progach – rzucił.
Od tego momentu nasze relacje zaczęły się rozwijać w niesamowitym tempie. Spotykaliśmy się w jadalni, na schodach, przy drzwiach, kiedy wracał z workiem pełnym zakupów. Popijaliśmy gorącą czekoladę przed kominkiem, rozmawialiśmy o wszystkim, rzucaliśmy śnieżkami, zachowując się jak dzieci. Zaprzyjaźniliśmy się tak szybko, że zastanawiałam się, jak to możliwe.
,,Przeznaczenie” - powiedział, kiedy podzieliłam się z nim tą refleksją.
Teraz złapał mnie za rękę i pomógł odwrócić się w stronę zbocza.
— Musi pani ruszać kolanami. Tak się skręca.
— Łatwo powiedzieć – wymamrotałam, zerkając w dół.
 Góra była niska i łagodna, wyższe szczyty wznosiły się nieco dalej. Mimo to jednak wydawało mi się, że stoję na skraju przepaści.
— No – rzucił Markus. – To proszę spróbować jeszcze raz.
Cofnęłam się. Po tylu upadkach jakoś nie czułam entuzjazmu, na początku przecież tak wielkiego.
Matka, kiedy usłyszała, że chcę pójść na lekcję narciarstwa, do tego sam na sam z młodym mężczyzną, najpierw pobladła. Jej zdaniem, którym nie omieszkała się podzielić, ani jedno, ani drugie absolutnie nie przystawało damie. Czasy jednak się zmieniały, świat szedł, a nawet biegł do przodu. Kobiety grały w golfa, tenisa, jeździły na łyżwach i nartach. Spódnice i dystans między ludźmi odmiennej płci skracały się błyskawicznie. Matka kurczowo trzymała się starych tradycji, ale widziała, że jej dzieci wkraczają w inny świat i niechętnie, ale próbowała to akceptować.
Odkaszlnęłam, patrząc w dół.
— Może…
— Boi się pani?
— Ja? – oburzyłam się. – W życiu!
Markus zaoferował popchnięcie, z czego skwapliwie skorzystałam. Pojechałam. Przez jakąś sekundę wydawało mi się, że może dojadę normalnie na dół, ale nagle przyspieszyłam i od razu zmieniłam zdanie. Przechyliłam się na bok i zdecydowanie nie jak dama z piskiem przewróciłam się na śnieg, machając rozpaczliwie kończynami.
— Żyje pani? – zawołał Markus.
— Żyję! – odkrzyknęłam, częściowo zagrzebana w śniegu, z nogami w górze.
Zbiegł do mnie. Przygryzł wargę, żeby się nie roześmiać, kiedy mnie zobaczył. Pomógł mi się wydostać i postawił mnie na nogi. Przez chwilę trzymał mnie w ramionach i, o dziwo, jakoś mi to nie przeszkadzało. Wydawało mi się, że na już i tak zaczerwienionej od mrozu twarzy nauczyciela pojawił się rumieniec.
— Czerwieni się pan?
— Owszem – odrzekł z godnością, wciąż nie wypuszczając mnie z objęć.
— Jest pan niezdrowy?
— A tak. To straszna choroba. Objawia się rumieńcami, stałym myśleniem o jednej osobie i bardzo szybkim biciem serca. – Markus przycisnął mi dłoń do swojej piersi. – Czuje pani?
— Czuję – powiedziałam, uśmiechając się. – Czy jest na to antidotum?
— Jest – odparł. – Ale nie zawsze działa. Widzi pani, istnieje poważne zagrożenie, że i pani się zarazi, a wtedy oboje będziemy chorzy.
Przysunęłam się nieco bliżej. On nachylił się lekko.
— Mogę zaryzykować – stwierdziłam.
Przysunęliśmy się znacznie bliżej, niż pozwalała na to przyzwoitość i, o zgrozo, chyba się zaraziłam.
Chociaż miałam poważne podejrzenia, że byłam chora już wcześniej. 



Zadanie: napisz tekst na podstawie pięciu wylosowanych słów.
Wylosowane słowa: narty, marchew, worek, antidotum, las 




Zdjęcie: New Old Stock
wykonane w 1927 roku przez Andersa Beera Wilse'a
Właściciel: National Library of Norway