środa, 14 czerwca 2017

Rozmaitości #4: Ogarniamy

...
Tak wiem.





Ekhem. 
Posty przez ostatni miesiąc pojawiały się dość nieregularnie i mam trochę zaległości. Ostatnio bowiem prowadzę jakieś szalone życie (ho, ho), które w sumie nie jest jakieś szczególnie szalone, ale zawsze chciałam użyć tego zwrotu. W każdym razie, ledwo wróciłam z jednego wyjazdu, a już za chwilę wyjeżdżam do Lublina, dzieje się sporo, koniec roku szkolnego oznacza mały chaos i załatwianie różnych spraw, próbuję jeszcze pisać i uczyć się wkładać soczewki. A wszystko w rytmie poloneza, którego ćwiczymy wytrwale w dusznej sali, przy akompaniamencie krzyków zrozpaczonego naszym brakiem wyczucia rytmu wuefisty i stukotu szpilek na nogach dzielnych dziewcząt (przetańczyłam dwie godziny próby na obcasach i przeżyłam, chyba wpiszę to sobie do CV).
W każdym razie, mam nadzieję, że teraz uda mi się pisać regularniej, jednak tym razem nie chcę niczego obiecywać. Najbardziej chcę skupić się na jakości postów (rzekła Pola, pisząc Rozmaitości), bo to ona jest najważniejsza, a z terminami i czasem wolnym różnie bywa. Postaram się jednak mimo wszystko publikować we w miarę niewielkich odstępach czasu.

Rok szkolny się kończy, tak się składa, że ja kończę gimnazjum, co oznacza dygający nie do rytmu korowód poloneza, ale także pożegnanie z klasą. Ostatnio mieliśmy ostatni, dwudniowy klasowy wyjazd i naprawdę będzie mi bardzo brakowało tych ludzi. Wypad wyszedł szalenie sympatycznie - graliśmy w siatkówkę dopóki nie zrobiło się tak ciemno, że nie widzieliśmy piłki; oglądaliśmy mecze, obchodziliśmy spóźniony Dzień Kobiet, piliśmy te jaskrawo kolorowe i niemiłosiernie słodkie granity z nadmorskich budek, wychowawca przygrywał na gitarze, kiełbaski wpadały nam do ogniska, rap leciał z przenośnego głośnika, a o pierwszej w nocy poszliśmy na plażę i wspominaliśmy wszystkie wyskoki, wyjścia, żarty, konflikty z nauczycielami, miłe momenty. Moja romantyczna dusza miała używanie - delikatnie szumiały ciemne fale, nad odległym miastem unosiła się łuna świateł, na niebie srebrzył się księżyc w pełni, a na horyzoncie już powoli jaśniało. Och. Gdy jeszcze później o czwartej rano wyszłam na dwór, było tak cudownie cicho, śpiąco, świeżo, wcześnie. Trawa perliła się od rosy, powietrze było chłodne i wilgotne, nad ziemią unosiła się  mgła. Ta sentymentalna i romantyczna strona mojej osobowości wariowała ze szczęścia.

Ostatnio dni płyną mi głównie pod znakiem ,,Hamiltona" - broadwayowskiego musicalu, który rapem opowiada historie Alexandra Hamiltona, jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Tu należą się ogromne podziękowanie Bukwie, której post sprawił, że odkryłam to cudo. Jestem zakochana, serio. Przesłuchałam soundtrack od deski do deski kilka razy i zachwycam się nieodmiennie genialną muzyką, świetnym pomysłem na połączenie historii USA z rapem oraz r'n'b,  wyrazistymi bohaterami i fantastycznym librettem (za które nawiasem mówiąc Lin-Manuel Miranda, twórca musicalu i odtwórca głównej roli w oryginalnej obsadzie, dostał Pulitzera). Kompozycje i teksty są absolutnie genialne i urzekają mnie za każdym razem, kiedy ich słucham, a słucham, cóż, bardzo często. Często oglądam też klipy oraz fanowskie animacje, a do tego, o zgrozo, wciąż nucę ulubione utwory i próbuję rapować. Nie umiem rapować. Pomocy.
,,Hamilton" jest super.

Z całą rodziną odkrywam również uroki Netflixa. Lista dostępnych serialów i filmów aż trochę przytłacza i sprawia, że najchętniej siedziałoby się tylko z kubkiem herbaty i oglądało. I oglądało. I oglądało. I piło herbatę.
Na razie mam za sobą ,,Trzynaście powodów" i ,,Anne with an e" (polski tytuł, ,,Ania, nie Anna" jest tak bardzo bez sensu, że średnio chcę go używać), czyli adaptację ,,Ani z Zielonego Wzgórza". I na tym drugim, mimo zastrzeżeń, przyznam szczerze, że na paru momentach wyrwało mi się sentymentalne ,,oooch". Sukienka z bufiastymi rękawami, te sprawy. Ach.
Zaczęłam też ,,Serię Niefortunnych Zdarzeń". Nie mam sentymentu do książek, właściwie czytałam tylko dwa pierwsze tomy (chciałabym przeczytać chociaż dwa kolejne przed obejrzeniem całego serialu - produkcja jest ekranizacją czterech pierwszych części i poświęca na każdą z nich dwa odcinki), więc nie miałam wielkich oczekiwań. Na razie bawię się świetnie. Podoba mi się ten specyficzny klimat, humor i stylistyka, taka trochę retro.
W kolejce ,,do obejrzenia" czekają jeszcze ,,The Crown", może któryś z seriali Marvela, ,,Zagadki kryminalne panny Fisher" też brzmią dobrze, nie wspominając już o filmach...
Tak dużo do czytania i oglądania. Tak mało czasu.




***

Na koniec chcę coś ogłosić.
Ostania część Cyklu Słowiańskiego (serii krótkich opowiadań) pojawiła się w styczniu i z przykrością informuję, że na blogu na razie nie pojawią się kolejne.
Zanim jednak tłum zgodnie zakrzyknie ,,hańba!" czy też z potępieniem pokręci głową nad kolejnym niedokończonym opowiadaniem, dajcie mi wyjaśnić: na razie nie będzie kolejnych części na blogu, co nie oznacza, że opuszczam ten, nazwijmy to, projekt. Przeciwnie.
Zaczęłam trochę tracić kontrolę nad tą historią. Forma krótkich opowiadań publikowanych w sporych odstępach, a pisanych na bieżąco, zaczęła mnie uwierać. Wszystko powstawało bardzo spontanicznie, co miało swój urok, ale gdy przygody z bazyliszkiem w tle zaczęły zmierzać ku jakiejś fabule, ten brak planu okazał się problemem. Jednocześnie już nie mieściłam się w krótkich częściach, a widziałam w tym potencjał na coś bardziej rozwiniętego i spójnego. Chciałabym zajmować się dalej Anką i zgrają istot nadprzyrodzonych, bardzo lubię ten projekt. Dlatego też postanowiłam zrezygnować z publikowania kolejnych części na blogu, za to zająć się wszystkim na spokojnie, bez żadnej presji, rozwinąć. Przepraszam bardzo wszystkich, którzy czytali i czekali na dalszy ciąg, tym bardziej, że ostatnie opowiadanie zakończyło się cliffhangerem. Wybaczcie.
Dziękuję bardzo za wszystkie komentarze, ciepłe słowa, wsparcie, kibicowanie, a Bukwie stanie murem za Witusiem (#stopuciskowi) ♥
Zajmę się teraz całym materiałem na spokojnie i mam nadzieję, że uda mi się to wszystko poogarniać.








Zdjęcie: kaboompics

niedziela, 28 maja 2017

Z życia krótkowidza

Jestem krótkowidzem.
Od czterech lat mogę nazwać siebie dumną okularnicą, a moja wada obecnie oscyluje gdzieś w okolicach minus trzech dioptrii. Wzrosła ostatnimi czasy, bo uwaga, odkrycie roku - siedzenie non stop nad książkami i przy komputerze nie wpływa dobrze na wzrok. 
*tłum zamiera w zadziwieniu*
Tak więc o ile kiedyś mogłam normalnie wyjść z domu bez okularów i nie zauważyć (w domowych pieleszach do tej pory wkładam okulary tylko do oglądania filmu czy siedzenia przy komputerze - poza tym radośnie chodzę bez nich), tak teraz, no, jest to raczej trudne.
Pod dłuższej niż zwykle nieobecności powracam i to z tematem bardzo mi bliskim. Dzisiejszy post to taki żywot krótkowidza w pigułce - zainspirowana filmikiem Erolda postanowiłam sama trochę opowiedzieć o własnych doświadczeniach z okularami i soczewkami. 
Enjoy!


Przed państwem moje jakże piękne okulary i odpowiednie na nie etui - wspaniały prezent od Matematycznego Koksa. 
Notabene uparłam się, że do tego posta zdjęcie zrobię sama i męczyłam się przez długi czas, żeby wyszło w miarę (,,w miarę" jest tu wyrażeniem kluczowym) ładnie. Efekt jest, no, jaki jest, ale ten. Starałam się.


Jaki ten świat jest piękny!


Jeżeli chcecie zrobić małą wizualizację, jaka jest różnica między widzeniem bez okularów, a z nimi (przykładowo przy takiej wadzie jak moja), to wyobraźcie sobie, że cały czas oglądacie film na YouTubie w jakości 144 czy 240p i nagle przełączacie na 1080p. 
Tak mniej więcej czuję się, gdy wkładam okulary.
Codziennie oczywiście nie odczuwam tego efektu aż tak mocno, ale gdy na przykład zwiększa mi się wada i dostaję mocniejsze szkła... 
Eksplozja kolorów. Zabójczo wyraźne kontury. Rozmazane ludzkie twarze przemieniają się w ostre rysy. Dostrzegam każdy mały listek na drzewie. Promień słońca oświetla moją zachwyconą twarz. 
Jaki ten świat jest piękny! 
Dobra, aż tak dramatycznie to nie wygląda. Jednak pamiętam, jak dostałam mocniejsze okulary i na początku uczucie było wręcz przytłaczające. Przyzwyczaiłam się do gorszego widzenia i nagle okazało się, że świat wcale nie jest lekko rozmazany, tylko zaskakująco wyraźny. Z tymi listkami na drzewie to nie przesada. W chwili, w której to piszę, mam na sobie soczewki (o tym za chwilę) i gdy zerkam za okno, wciąż nie mogę się nadziwić, że widzę każdy zielony, wyraźny, ostry liść na drzewie. Każdy, powiadam.


Okulary kontra pogoda


Jeden zero dla pogody.
Dla mnie deszcz i śnieg zawsze miały w sobie element romantyczności. Wiecie, zapach mokrego igliwia, bębnienie kropel o szyby i tańczący Gene Kelly z ,,Deszczowej Piosenki", czy wirujące śnieżynki i gałązki drzew okryte jakby skrzącą się, białą koronką...
Wnerwiające kropelki na szkłach nie mają w sobie nic romantycznego. 
W starciu z niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi okulary nie mają szans. Wystarczy wyjść na chwilę na dwór i bach - kropelki wody na całym polu widzenia.
No i klasyka - przechodzenie z zimnego dworu do ciepłego pomieszczenia. Taki efekt daje chyba jeszcze tylko picie gorących napojów. A efekt jest natychmiastowy - zaparowane okulary w sekundę.
Wtedy aż żałuję, że nie widzę samej siebie, bo muszę wyglądać pięknie.


Mania czyszczenia


Kiedyś już pisałam w poście o nawykach, że mam jakąś manię czyszczenia okularów.
No bo co ja mam zrobić, jak one ciągle są brudne? 
Poza zdradzieckimi kropelkami deszczu na moje okulary czyhają różne inne niebezpieczeństwa. Nie wiem, czy to kwestia jakichś tajemniczych drobinek w powietrzu, czy przypadkowo przesuwam paluchami po szkłach, ale jakoś podejrzanie często znajduję enigmatyczne plamy czy smugi. Wtedy wchodzi do akcji ściereczka i desperackie pucowanie, które niestety może skutkować jeszcze większym rozmazaniem. Przy mniejszej woli walki to już w ogóle idzie się załamać i czując gorycz porażki, machnąć ręką i włożyć brudne okulary na nos.


Młody inteligent


Okulary mają jednak pewną bardzo dużą zaletę – dodają plus dziesięć do wizerunku inteligenta (chyba, że są zaparowane. Wtedy stanowczo nie wygląda się inteligentnie).
W kulturze istnieje taki stereotyp błyskotliwej, poważnej osoby z ,,drugimi oczami". Może chodzi o to, że podświadomie wiążemy okulary z psuciem sobie wzroku przy bardzo mądrych książkach i wtedy taka osoba wydaje nam się elokwentna i oczytana?  W każdym razie, rzekomo binokle (kiedy nie możesz znaleźć normalnego synonimu do słowa ,,okulary" i jesteś w desperacji) sprawiają, że wygląda się bystrzej i dojrzalej. Być może. Ktoś kiedyś powiedział mi nawet, że w okularach wyglądam na starszą, więc może nawet coś w tym jest.
Na pewno jednak jest to rekwizyt wręcz stworzony do inteligentnych póz. Od pełnego wyższości nasunięcia zjeżdżających okularów na nos, przez ironiczne zerkanie znad nisko osadzonych szkieł i nonszalanckie wkładanie ich na czubek głowy, aż do myślenia z wielce mądrą miną i końcówką nausznika przy kąciku ust. 
Plus dziesięć do inteligencji. O tak.

Soczewki


Przyznam szczerze, że w tym temacie jestem jeszcze zielona, bo dopiero się uczę. Pierwsze opakowanie dwutygodniowych soczewek zakupiłam stosunkowo niedawno (i już zdążyłam zgubić jedną, lewą, pozdrawiam) i na razie szkolę się w ich wkładaniu. Idzie mi coraz lepiej, ale trudna to sztuka. Na początku przerażeniem napawała mnie sama konieczność dotknięcia (przez soczewkę, ale jednak!) gałki ocznej, teraz już chyba się przyzwyczaiłam. Wciąż jednak włożenie soczewek zajmuje mi trochę czasu, zdejmowanie też jest kłopotliwe. Ale uczę się. Powoli, systematycznie. Na początku miałam też duży problem z ustaleniem, czy soczewka jest na właściwej stronie - gdy włoży się ją niewłaściwą, to czuje się duży dyskomfort. Wtedy trzeba ją zdjąć, po czym zacząć całą procedurę od początku. Nie polecam, serio. 
Soczewki dwutygodniowe charakteryzują się też tym, że po zdjęciu trzeba je wsadzić do specjalnego pojemniczka z płynem, a rzeczony płyn regularnie wymieniać. Higiena w ogóle jest bardzo ważna i staram się jej przestrzegać, aż czasem trochę nadpobudliwie. Koleżanka poleca bardziej soczewki jednodniowe, więc może jak obecne mi się skończą, to spróbuję. 
Jednak mimo na razie długiego i męczącego procesu wkładania, muszę przyznać, że soczewki są naprawdę wygodne. I to niesamowite uczucie, widzieć ostro bez ciężaru okularów na nosie. Notabene wciąż łapię się na tym, że próbuję pełnym wyższości gestem nasunąć niewidzialne szkła wyżej.


Wiecie, te inteligenckie nawyki.


niedziela, 7 maja 2017

4 miejsca mojego dzieciństwa

Witam Państwa na pokładzie. Proszę zapiąć pasy i wyłączyć telefony komórkowe. Mogą wystąpić turbulencje. Ruszamy w nostalgiczną, sentymentalną, cukierkową podróż w przeszłość - wybierzemy się do miejsc, które odegrały szczególnie ważną rolę w moim wczesnym dzieciństwie albo po prostu wiążą się z nimi wspaniałe wspomnienia z najmłodszych lat.
Start za trzy... dwa... jeden...





Wypożyczalnia filmów


Jedno z miejsc, które najlepiej pamiętam i najmilej wspominam z najmłodszych lat, bo też mocno oddziaływało na moją wyobraźnię. To były jeszcze czasy, kiedy filmów raczej nie oglądało się w Internecie, a właśnie między innymi wypożyczało w szarobłękitnych pudełkach, na płytach DVD. Czasy, które minęły, bo  wypożyczalnia, którą kiedyś odwiedzałam, już nie istnieje - na jej miejscu wybudowano teraz nowe sklepy.
Pamiętam ogromną salę, pełną półek z filmami, z plakatami znanych produkcji na ścianach, tymi figurami z kartonu, które czasem można zobaczyć w kinie, paczkami czipsów, żelków i popcornu przy kasie. Jako mała dziewczynka buszowałam po całej wypożyczalni, przeglądając najróżniejsze filmy, czasem wybierając sobie jakieś pozycje do obejrzenia. To były takie podróże przez kolorowe zdjęcia, tytuły, gatunki, nazwiska aktorów, historię kina, streszczone w kilku zdaniach fabuły. Najwięcej czasu spędzałam oczywiście w dziale filmów dla dzieci, ale ile można patrzeć na te same pudełka? Dlatego też wędrowałam po całej sali, wzdłuż wszystkich regałów, oglądając kolorowe okładki i czytając opisy z tyłu. Między innymi stąd wzięła się moja dziecięca miłość do blurbów. Rekomendacje i krótkie streszczenia z tyłu pudełek chłonęłam jak gąbka, a później sama entuzjastycznie tworzyłam takie chwytliwe opisy do wymyślonych książek i filmów.
Kojarzycie te dramatyczne wstawki na początku postów, jak z jakichś trailerów? 
To już wiecie, skąd najpewniej to mam. 
Anegdotka: raz, w wieku chyba sześciu, siedmiu lat, poszłam do działu komedii romantycznych i pamiętam, że trafiłam na film o wdzięcznym tytule ,,Zack i Miri kręcą porno". 
Byłam wtedy święcie przekonana, że ,,porno" to komedia romantyczna. 
O, słodka naiwności...

Stacja benzynowa


Wiem, to nie brzmi jak jakoś szczególnie atrakcyjne miejsce dla dziecka, ale często jeździłam tam z tatą, aby zatankować i umyć samochód. Pamiętam, jak patrzyliśmy przez szybę automatycznej myjni na te wielkie szczotki, uwielbiałam to. Pamiętam też, jak tata kupował mi Kinder Niespodziankę. Taka mała tradycja.
Kiedy byłam mała wykazywałam w ogóle pewne zainteresowania w kierunku motoryzacji, chociaż to może za dużo powiedziane. W najwcześniejszych latach życia ponoć lubiłam patrzeć na przejeżdżające tramwaje i uwielbiałam ,,Boba Budowniczego" - chciałam bawić się koparkami, a rodzice zabierali mnie do Praktikera, żeby popatrzeć na pomarańczowe betoniarki, które wywoływały we mnie absolutny zachwyt. Moja miłość do rzeczy związanych z budową minęła wprawdzie dość szybko, ale później lubiłam też marzyć o szybkich samochodach - bawiłam się małym, czerwonym autkiem a już kiedy byłam starsza, zaczytywałam się w książkach o Panu Samochodziku. Uwielbiałam tę serię za podróże, które odbywał tytułowy bohater, zagadki kryminalne, fałszerstwa obrazów, motywy historii, antropologii, archeologii oraz historii sztuki, no i wreszcie - niezwykły wehikuł tytułowego bohatera, pokraczny grat, który skrywał silnik Ferrari 410 Superamerica i potrafił rozwijać niesamowitą prędkość. Wtedy też dowiedziałam się, o co chodzi z końmi mechanicznymi i potrafiłam z powagą zapytać kogoś znajomego, ile jego auto ma koni.

Plaża


Mieszkam nad morzem, więc mam plażę niedaleko i to również jedno z najważniejszych miejsc mojego dzieciństwa. 
Na takie tradycyjne, letnie plażowanie nad Bałtykiem chodzę rzadko. Lodowata woda pełna glonów, dryfująca po falach plastikowa siatka, gąszcz parawanów, leżenie plackiem i wystawianie się na działanie słońca (zawsze uciekam w cień) - to jakoś mnie nie kręci, nie zachęca do kąpieli czy długiego przesiadywania na plaży, tym bardziej, że polska pogoda bywa zdradliwa. Chociaż kiedy byłam mała, to nieszczególnie mi to przeszkadzało i z piskiem rzucałam się do zimnej wody czy z zadziwiającym entuzjazmem grzebałam łopatką w piasku. 
Wracając - nie, to nie możliwość plażowania sprawia, że darzę tę lokalizację taką miłością.
Zawsze, od małego, rodzice zabierali mnie na długie spacery brzegiem morza. 
Stąd też krajobrazy, do których mam największy sentyment i które przewijają się stale w moich wspomnieniach, to plaża z białym, chłodnym piaskiem, tworzone własnoręcznie zamki albo piaskowe ciastka. Smażalnia ryb, drewniane mola i stoły do cymbergaja. Statki na horyzoncie, skrzeczące mewy na niebie i budki z goframi. Równoległe do plaży alejki, puste albo wypełnione spacerowiczami.
No i wreszcie - morze. Gładkie i błękitne, wzburzone i ciemnogranatowe, szarozielone i pryskające słoną wodą. Spokojne albo wściekłe, najeżone żaglami desek windsurfingowych albo ciche, puste, sięgające daleko, daleko, gdzieś tam do odległej Szwecji. Syczące pianą, szumiące delikatnie. Wyrzucające na brzeg meduzy, różowe i białe muszelki oraz te małe złote odłamki, kto wie, może tylko szkiełka, a może prawdziwe bursztyny? Skute lodem, zlewające się z pogodnym niebem, zaróżowione od zachodzącego słońca. Morska bryza, zapach słonej wody, szum fal - to są jedne z najważniejszych elementów mojego dzieciństwa. Morze do dzisiaj kocham ogromną miłością i chyba już zawsze będzie we mnie wzbudzało ten sam dziecięcy zachwyt. 


Księgarnia/biblioteka


Miałam ogromne szczęście, bo od małego rodzice czytali mi na głos i opowiadali bajki. Dlatego też dorastałam otoczona książkami i uwielbiałam je nawet zanim nauczyłam się odszyfrowywać literki - w wieku trzech czy czterech lat lubiłam siadać z jakąś powieścią na kolanach, na przykład w środku zatłoczonej księgarni i udawać, że czytam. Po prostu wymyślałam własną historię, na podstawie obrazków albo nawet nie i z uczuciem deklamowałam ją na głos, wzbudzając zdziwienie niewinnych klientów.
Pamiętam, że niedaleko mojego domu była mała, prywatna księgarnia, ciasna i pełna książek układanych w stosy i rzędy na regałach. Fantastyczne miejsce, uwielbiałam do niego chodzić i buszować wśród woluminów. Potem niestety sklep został zamknięty, pewnie padając ofiarą sieciówek.
Drugie miejsce związane z książkami to oczywiście biblioteka - w tym wypadku szkolna, z której w podstawówce masowo wypożyczałam różne pozycje, a w szóstej klasie chodziłam tam również na warsztaty pisarskie. Jako mała dziewczynka pochłaniałam dosłownie powieść za powieścią i właściwie teraz, gdybym miała przejść się tam wzdłuż regałów z literaturą dziecięcą, to naprawdę, naprawdę dużo ze zgromadzonych woluminów mogę wskazać jako przeczytane. Pamiętam, jak bibliotekarki pewnego dnia powiedziały mi, że moja karta biblioteczna jest wypełniona z obu stron (wtedy jeszcze były takie papierowe kartki z tabelkami!) i że zawsze cieszą się, spotykając takich czytelników.
A jak ja się wtedy cieszyłam!




Zdjęcie: kaboompics