poniedziałek, 10 września 2018

Ciri, Furiosa i Idris Elba, czyli o różnorodności w kinie

Kiedy trzy lata temu odbyła się premiera Mad Maxa. Na drodze gniewu, w mediach trochę zawrzało. I to nie tylko od entuzjazmu (zarówno widzów, jak i wyrafinowanych krytyków), ale też oburzenia: bo nie da się nie odnieść wrażenia, że ważniejsza od tytułowego bohatera jest tu Cesarzowa Furiosa - postać grana przez Charlize Theron i zaraz część internautów zalała krew. NO BO JAK TO KOBIETA, CO TO ZA FEMINISTYCZNA PROPAGANDA. Podobne komentarze pojawiały się podczas ogłoszenia pierwszego filmu z superbohaterką w roli głównej w Kinowym Uniwersum Marvela oraz hipotez na temat czarnego Bonda i pochodzącej z mniejszości etnicznych Ciri. We wszystkich tych dyskusjach pojawiają się sformułowania takie jak ,,wciskanie na siłę", ,,propaganda" i ,,poprawność polityczna.

I dzisiaj trochę o tym.

Znalezione obrazy dla zapytania mad max fury road
Mad Max. Na drodze gniewu (2015)


Nie będę udawać, że jestem szalenie obeznana w historii kina i wszystkich trendach popkultury, bo nie jestem - ale czytam, słucham i oglądam, i nie da się nie zauważyć: w ostatnich czasach widać duży wzrost różnorodności w różnych dziedzinach sztuki, a chyba najbardziej widoczny w kinie. To może pewna generalizacja, ale przez długi czas dominującą postacią w kinie popularnym był biały heteroseksualny mężczyzna, najczęściej bez konkretnego wyznania. Teraz się to zmienia - coraz więcej jest postaci o różnych kolorach skóry, korzeniach, różnych wyznań i orientacji. Powstaje coraz więcej filmów z kobietami w roli głównej, coraz więcej tworzy się silnych bohaterek. I spotyka się to z różnymi reakcjami; czytając artykuły i dyskusje w Internecie można dokonać całkiem ciekawych obserwacji. Na temat tego, jakie zmiany zachodzą w kulturze i jak zachowują się wobec nich twórcy i widzowie.

To nie jest obiektywny (ani profesjonalny) post i nawet nie próbuje taki być, więc od razu powiem, że dla mnie ta różnorodność zawsze była zjawiskiem bardzo, bardzo pozytywnym - istnieją różni ludzie, różne sposoby na życie i kultury, a ci różni ludzie mają swoje historie. Nic wyjątkowego. Kobiety prawnie są pełnoprawnymi uczestniczkami życia publicznego. Dawniej dyskryminowane grupy otrzymują równe prawa. Żyjemy w czasach wielkiej globalizacji, społeczeństwa są coraz bardziej wielokulturowe. Więc większa różnorodność w kinie, zwłaszcza tym ,,masowym" (kino niszowe, niezależne to jednak trochę inna historia, tam te zmiany zachodzą wcześniej) to po pierwsze szalenie potrzebny, wręcz konieczny, bo kino kształtuje spojrzenie i wiąże się ze zmianami społecznymi, a po drugie zupełnie naturalny proces.
Inna sprawa, że twórcom ta różnorodność różnie wychodzi.

Bechdel i Marvel


Istnieje pewien bardzo prosty test, nazywany od twórczyni testem Bechdel: a pochodzi z komiksu Dykes To Watch Out For, w którym jedna bohaterka przedstawia drugiej warunki, które musi mieć film, żeby poszła na niego do kina:
1) Muszą w nim występować co najmniej dwie kobiety
2) które rozmawiają ze sobą
3) o czymś innym niż mężczyzna
Ten żartobliwy dialog przekształcił się w całkiem poważne ,,sprawdzanie" obecności kobiet w kinie. Wiecie, warunek jest dość prosty: film, w którym dwie nazwane kobiety rozmawiają na jakiś temat. Temat, który nie jest facetem.
Dużo filmów tego nie spełnia.
Nie chodzi tu bynajmniej o to, żeby produkcje jakoś ,,testować", zmieniać czy obwarowywać warunkami, nie w każdej historii przecież nawet występują kobiety (przetestujmy choćby Władcę much, he he). Okazało się jednak, że tego testu nie przechodzi chociażby cała trylogia Władcy pierścieni czy filmy o Harrym Potterze - serie, w której przecież nie brakuje bohaterek. Nigdy nie widzimy jednak, jak ze sobą rozmawiają. Nawet jeśli na ekranie występują silne postacie kobiece, to ani razu nie wchodzą ze sobą w interakcję. Dlaczego? Mało mamy kobiecych ekip, przedstawień silnej damskiej przyjaźni. To jakby wciąż raczkuje.
To, co zawsze uderza mnie w komentarzach w stylu ,,znowu ten feminizm", ,,feministyczna propaganda" czy ,,no oczywiście musi być kobieta", to fakt, że traktuje się to jako jakiś kaprys, dziwaczne rozwiązanie. Jakbyśmy mówili o jakiejś mało znaczącej mniejszości, wydziwiającej garstce, a nie drugiej płci i połowie populacji. Jakbyśmy musieli uzasadniać, że główną bohaterką jest kobieta, no bo to takie wyjątkowe! To w gruncie rzeczy pokazuje, jak świeżą rzeczą jest równouprawnienie, jak dużo jest do zrobienia - i że wciąż w niektórych grupach odbiera się czynną obecność kobiet w filmach (zresztą w życiu społecznym również) jako coś dziwnego, trochę niewłaściwego.

Marvel Cinematic Universe ma jakieś dziesięć lat. W tym czasie powstało ponad dwadzieścia filmów.
I na tych kilkunastu superbohaterów z własnym filmem pojawia się (na razie!) jedna Kapitan Marvel.
No chyba zwariowali, co oni!

Wydaje mi się zresztą, że to szersze zagadnienie, dotyczące nie tylko płci - pierwszoplanowe postacie z kolorem skóry innym niż biały, orientacji innej niż hetero, czy otwarcie deklarujące swoje wyznania są odbierane jako coś dziwnego i niektórzy od razu zarzucają samemu wprowadzeniu (to jak takie postacie są wprowadzane to inna rzecz) takich bohaterów sztuczność i poprawność polityczną. Jakbyśmy nie mówili o ludziach, którzy realnie istnieją i uznawali tylko klasyczny model białego heteroseksualnego bohatera.

Jak to uzasadnisz? 


Czasem można natknąć się na komentarze w stylu ,,jak uzasadnicie to, że ten bohater jest czarny/jest gejem/jest kobietą, hmmmm?", co mnie zawsze trochę drażni. 
Bo są role, które rzeczywiście wymagają uzasadnienia doboru takiego a nie innego aktora, a są takie, które nie. Przede wszystkim jest pewna prosta zasada: istnieją różni ludzie i dlatego istnieją różni bohaterowie. Główna bohaterka może być lesbijką, Mongołką, zakonnicą albo adwentystką dnia siódmego i jest to zupełnie normalne, i do licha, nie muszę tego uzasadniać, taką wymyśliłam postać.
,,Uzasadnienie" jest potrzebne przy niektórych rolach - rolach postaci, których otoczenie, przeszłość i pozycja narzucają pewną fizjonomię. Pojawienie się na jedenastowiecznym europejskim dworze czarnoskórego rycerza byłoby tak mało prawdopodobne, że jeśli nie stoi za tym wizja artystyczna albo logiczne backstory (jak zdobył tak wysoki tytuł w ówczesnym społeczeństwie, co on tu w ogóle robi i jak trafił do średniowiecznej Europy?), pierwsze, co się narzuca, to niezgodność z faktami historycznymi.  Inaczej jest w teatrze, gdzie bohaterka Nie-Boskiej Komedii może chodzić w moro, a markiz Lafayete mieć afro, ale to teatr; teatr rządzi się innymi prawami.
Dlatego na przykład osobiście totalnie widzę Idrisa Elbę jako Jamesa Bonda (czemu nie? Bond przeszedł drogę od szpakowatego Connery'ego do nordyckiego Craiga; to postać, która w pewien sposób odzwierciedla czasy, w jakich powstawały kolejne filmy), ale zastanawiam się nad Ciri jako chociażby Mulatką. Przeglądając Facebooka trafiłam na małą dyskusję na ten temat na jednym z fanpage'ów popkulturalnych i o ile jedni są zdecydowanie na nie, a inni nawet nieco entuzjastyczni, tak mnie jest to dość obojętne, najważniejsza jest gra aktorska i żeby seans był dobry; ale rzeczywiście, wydaje mi się, że gdyby aktorka grająca Ciri pochodziła z mniejszości etnicznych, rzutowałoby to w pewien sposób na postać; postać umiejscowioną w świecie fantasy, w kraju, który, jak wszystko na to wskazuje, leży raczej na naszej północy, który, jak niektórzy argumentują, wcale nie musi być koniecznie słowiańskim średniowieczem, ale który jednak ma takie środki transportu jakie ma (a więc utrudnione przemieszczanie się z dalekich stron) i gdzie ciemnoskóra dziewczynka mocno by się wyróżniała. A to narzuca pewne tłumaczenia, nowe ścieżki i rozwiązania fabularne; jeśli twórcy dobrze to rozegrają, to może wyjść, ale to jedna z tych ról, w których rzeczywiście kolor skóry może mieć znaczenie dla historii postaci.

Ania nie Anna, sezon 2 
(Netflix 2018)

,,Wciskanie na siłę"


Często widzę taki zwrot jak właśnie ,,wciskanie na siłę" - i głównie dotyczy właśnie postaci o różnych kolorach skóry, postaci LGBTQ i tak dalej. ,,Oczywiście musieli wcisnąć geja" i tak dalej. 
I przyznam szczerze - czasem takie komentarze nie mają sensu, bo np. bohaterowie-reprezentanci różnych mniejszości są dobrze zbudowani i wnoszą dużo do fabuły, czemu nie mieliby się pojawić? Ale czasem trudno nie odnieść wrażenia, że twórcy chcieli tylko odhaczyć rubryczkę zróżnicowanej obsady, a wyszło niezręcznie i dziwnie. Postacie płaskie i niemal pretekstowe, postacie oparte na kilku stereotypach, postacie bez jakiegokolwiek kontekstu czy sensu, postacie, których rola w historii to ewidentnie przekazanie jakiejś ideologii, ale nic poza tym. Superwoman w swoim filmie przedstawiającym schematy horrorów, wśród kilku powtarzających się elementów wymienia postacie o kolorze skóry innym niż biały, które... zawsze pierwsze giną. A tacy byliśmy zróżnicowani!
 Niektóre postacie są gejami... i to wszystko, co można o nich powiedzieć, bo nie mają żadnych indywidualnych cech charakteru. Spora część wierzących bohaterów (i to niezależnie od wyznania) jest albo skrajnie idealizowana, albo demonizowana. W Wonder Woman pojawiają się Arab, Szkot i Indianin - każdy z nich to właściwie zbiór cech, które popkultura przypisuje ich nacjom i poza tym, chociaż są szalenie sympatyczni, trudno cokolwiek o nich powiedzieć. Lubię Anię nie Annę od Netflixa, ale mimo mojej sympatii do nowych postaci (Bash, Mary, mocno rozwinięta Ciotka Józefina - są super i naprawdę ciekawie poprowadzone), nie mogę pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, że służą do odhaczania kolejnych społecznych zagadnień, które koniecznie trzeba poruszyć, żeby serial był zaangażowany i ,,realistyczny" - rasizm, LGBTQ, emancypacja kobiet - a niektóre morały są wygłaszane z taką pompą i tak łopatologicznie, że trochę się krzywię. 

Bo nie wystarczy mieć filmu ze zróżnicowaną obsadą - to musi być jeszcze dobry film. 

Zastanawiam się, czy naprawdę nie lepiej, zamiast kolejnej części franczyzy Ocean's, tylko z kobietami, napisać nowy scenariusz, w którym będzie fajna damska ekipa, zupełnie oryginalna, niepowiązana z nikim? Nie fajnie byłoby angażować więcej aktorów różnego pochodzenia i nie obsadzać ich w typowych rolach ,,najlepszych przyjaciół głównych bohaterów"? Tworzyć więcej pełnokrwistych, wciągających historii miłosnych par jednopłciowych? (to akurat twórcy widzą, że fajnie, to już się dzieje) Niektórzy twórcy czasem jakby wciąż są ostrożni z tą różnorodnością, testując ją i wymyślając remaki zamiast nowej fabuły, a czasem jakby wciąż sobie z nią nie radzą, wpadając w stereotypy, skrajności, banały albo wprowadzając płaskie postacie.
Żyjemy w świecie ogromnych i szybkich zmian, mieszania się kultur i błyskawicznej wymiany poglądów i informacji. Ale jedno chyba nigdy się nie zmieni - ludzie potrzebują dobrych, wciągających historii z pełnokrwistymi bohaterami.
A im więcej reprezentantów różnych grup w tych historiach, tym więcej możliwości.
Jeśli dobrze to wykorzystamy.




To ten typ posta, że cały czas wydaje mi się, że czegoś nie dopowiedziałam albo źle ujęłam. Za szeroki temat na tak krótką formę i moją ograniczoną wiedzę!
Aha i jeszcze - oczywiście mocno zachęcam do dyskusji, dyskusje są super. 

piątek, 27 lipca 2018

Monolog zewnętrzny


Dawno nie było żadnego opowiadania.
No to teraz będzie!
Tekst to owoc moich przemyśleń i rozkmin o sztuce, zainteresowania bohemą i przełomem XIX i XX wieku, a także, przede wszystkim, jednego z pierwszych ćwiczeń na niedawnym obozie literackim - naszym zadaniem było napisanie monologu zewnętrznego, czyli tekstu, w którym jedna postać mówi przez dłuższy czas bez przerwy. Pomysł krążył mi po głowie już wcześniej i uznałam, że spróbuję go zrealizować właśnie na zajęciach. Finalnie wyszła bardziej narracja pierwszoosobowa ze zwrotem do adresata, ale i tak było to ciekawe wyzwanie.

Vincent van Gogh - The yellow house ('The street').jpg

***


To zawsze był mój problem, wiesz? I chyba nigdy nie potrafiłem inaczej.
Pamiętam, kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem. Pomyślałem: oto kolejny mieszczański syn, kolejny piękny, jasnowłosy chłopiec, który ma więcej pieniędzy niż rozumu i próbuje wmieszać się w bohemę, aby zbuntować się przeciwko ojcu. Tak właśnie pomyślałem. Pomyliłem się, oczywiście. Myliłem się co do wielu rzeczy. Na pewno nie byłeś naiwny. Dobrze wiedziałeś, czego chcesz. Twoje spojrzenie, twoje chłodno-uprzejme, prowokujące „a pan pisze, tak?”, to, jak się do mnie uśmiechałeś. Oszalałem na twoim punkcie, oczywiście. To, jak niby nonszalanckim tonem perorowałeś o sztuce, jak dawałeś sobie zapalić papierosa, jak rozmawiałeś z tym cholernym nudziarzem Walpolem i zerkałeś w moim kierunku, gdy popełniał błąd za błędem.
Już wtedy, na tym przyjęciu, w kłębach dymu i świetle lamp, usiłowałem złapać cię w jakąś frazę. Obserwowałem, jak śmiejesz się, lekko odchylając głowę, jak czując się niepewnie dotykasz karku, jak krążysz wokół ludzi, niestrudzony, świecąc, płonąc, coraz jaśniej i jaśniej. Męczyłem się jednak, nie potrafiłem cię złapać. To pobudziło mnie jeszcze bardziej. Odwróciłeś się wtedy, gdy tak ci się przyglądałem i przez chwilę obserwowaliśmy się z przeciwnych kątów pokoju. Wiedziałem, że jeśli się uśmiechniesz, jeśli zaświecisz, jeśli zareagujesz, dasz mi jakiś sygnał, to będzie koniec. Wszystkie słowa krążyły wokół chmarą składni, rytmu i fonetyki, plątały się, spadały kaskadami. Zaciągnąłem się dymem i wtedy ty się uśmiechnąłeś.
Na początku udawałeś, że jestem tylko epizodem i ekscytującą przygodą. Taki chciałeś być wyzwolony. Zanim się jednak obejrzeliśmy, wszystko wymknęło się spod kontroli. Zanim zdążyliśmy ochłonąć, już regularnie bywałeś w moim domu i już ja bywałem w twoim. Już leżeliśmy godzinami w ciemności, spleceni, paląc i rozmawiając, już czytałeś moje szkice i słuchałeś, jak ci czytam. Byłeś dobrym słuchaczem. Podobało mi się, jak leżałeś na brzuchu, podpierając brodę na dłoni, śmiesznie skupiony, podobało mi się, jak delikatnie muskałeś ustami moje włosy, jak czułem twój szybki puls. Szaleństwo. Gdybyś mnie poprosił, żebym dał ci wszystko, to, cholera, oddałbym ci to z uśmiechem. To wymykało się wszystkiemu, ty wymykałeś się wszystkiemu. Nie potrafiłem ubrać moich uczuć w słowa i tak strasznie mnie to frustrowało. Siedząc wieczorami przy biurku z piórem i czystym arkuszem papieru, usiłowałem opisać twoje spojrzenie – było po ptasiemu ciekawskie, żywe i płonące, prowokujące i niepewne, ale przecież wcale nie takie. Chciałem oddać twój uśmiech, niby nonszalancki, niby ironiczny, trochę ciepły, trochę jak migający prowokujący płomień świecy, a trochę jak sypiące iskrami ognisko w środku nocy – ale przecież zupełnie tak nie wyglądał. Doprowadzało mnie to do szaleństwa.
Nie rozumiałeś tego. Oczywiście, że nie. Budowałem ci misterne konstrukcje, całe pałace ze słów, ale przecież nie mogłeś, nie potrafiłeś tego docenić. Leżałeś na trawie patrząc w niebo i zamykałeś oczy, gdy słuchałeś muzyki. Muskałeś palcami źdźbła, czując ich miękką, sprężystą fakturę, a w górach stawałeś się ich częścią. Było w tobie coś eterycznego i pierwotnego zarazem. Fascynowała cię i pociągała bohema, z całym jej buntowniczym, twórczym fermentem, ale nie byłeś jej częścią, nie tak naprawdę. Coś tam malowałeś, ale te twoje obrazy to, uczciwie mówiąc, niewiele były warte. Miałeś jakiś warsztat, miałeś niezłe wyczucie koloru, ale nie potrafiłeś oddać się temu w całości. Nie potrafiłeś się oddalić, spojrzeć z dystansu. Nie szukałeś rdzenia rzeczy – wolałeś po prostu na nią patrzeć.
Nic dziwnego, że w końcu moje słowa, moje piękne konstrukcje zaczęły cię drażnić. Gdy leżeliśmy na balkonie,  patrząc w gwiazdy, opisywałem ci aksamitne niebo i rozsypane po nim diamenty konstelacji. Układałem planety w strofy i przemieniałem noc w rytm, a one rozmywały się i blakły. Co ty wyprawiasz?, pytałeś, zirytowany. Patrz, co zrobiłeś. Nie ma ich. Zniszczyłeś je. Nie są sobą, są twoimi słowami.
I tak właśnie było. Ty podziwiałeś rzeczy, a ja je niszczyłem. Nie potrafiłem się powstrzymać. Układałem chaos, w którym znajdywałeś spełnienie, w równe, chłodne, twarde zdania. Więziłem skały i śniegi Alp, wilgotną ziemię, w którą zapuszczałeś korzenie, w porządek, bez którego nie mogłem żyć. Cicho, mówiłeś, gdy leżeliśmy w prowansalskim słońcu, niedaleko kolonii artystów. Tak oszałamiająco pachniało lawendą. Cicho. Zamknij się. Nic nie mów, patrz. Byłem jednak bezradny. Ciebie cieszyło buczenie trzmieli, południowe słońce i impresjonistyczne pola maków. Ja, zamiast nich samych, wolałem ich definicje.
Ty czułeś, pożądałeś i kochałeś bez chwili namysłu – ja rozkładałem te uczucia na czynniki pierwsze. Wyrywałem je z piersi, brałem w ręce, rozkładałem przed sobą. Robiłem wiwisekcję. To jest to, mówiłem. A to jest to. Moje serce leżało na stole, a ja kułem je w zimną stal składni i wersów, metonimii i tetrastychów. Bolało cię to czasem, bo myślałeś, że cię nie kocham. To nieprawda. Kochałem cię. I tak bardzo chciałem mieć serce.
Wciąż próbowałem zdefiniować moje uczucie do ciebie, wciąż usiłowałem schwytać cię we frazy – i wciąż mi się wymykałeś. Wielokrotnie prosiłeś, żebym przestał, ale ja zbywałem cię żartami i po nocach niestrudzenie próbowałem cię złapać. Twój rumieniec (bo jednak byłeś trochę zawstydzony) podczas naszej pierwszej nocy, twoje spokojne rysy podczas snu, twoje uważne spojrzenie, gdy słuchałeś moich tekstów, twój błysk w oku, gdy się denerwowałeś. To, jak przytrzymałeś kapelusz, kiedy prawie zwiał go wiatr, to, jak delikatnie przesuwałeś mi palcami po wnętrzu dłoni.
Czytałeś to i kręciłeś głową, przerażony. Przestań, mówiłeś. Proszę, przestań. To nie jestem ja. I to nie byłeś ty. Przecież powinienem wiedzieć.
Lecz kiedy oderwałem się od kartki papieru, na której zapisywałem kolejne zdania, byłem usatysfakcjonowany. Udało mi się. Złapałem cię. Uwięziłem. Zbudowałem cię na nowo ze słów, wydawało mi się, że udatnie. Kiedy się jednak odwróciłem, zobaczyłem ciebie i poczułem chłód w żołądku. To byłeś ty, prawdziwy ty, wyblakły i udręczony, a przede mną leżała gładka definicja wypisana czarnym atramentem. Definicja, którą z ciebie wyrwałem, pomimo protestów, którą cię zniszczyłem.
Chciałbym powiedzieć, że gdybym wiedział, postąpiłbym inaczej, ale to chyba nieprawda. Chyba po prostu nie potrafiłem inaczej, wiesz? Ale w sumie co z tego: nic mi cię nie przywróci i nic nie przywróci tobie ciebie. Tak strasznie, strasznie mi przykro. Kochałem cię, naprawdę cię kochałem.
Ostatnio byłem na kolejnym wieczorze bohemy. Cała cyganeria miasta słuchała mojego tekstu w kłębach dymu. Po czytaniu podeszła do mnie jakaś kobieta w szalach – lśniąca i migocząca, z długimi, odważnie rozpuszczonymi włosami. Zacząłem snuć sieć słów. Drgała i tańczyła, tajemnicza i nieuchwytna, jak egipska czarodziejka, jak bogini Bastet. Świdrowała mnie spojrzeniem kocich, zielonych oczu. Mój Boże, powiedziała. Złamał mi pan serce. Trzymała ręce na lewej piersi, tam, gdzie zapewne owo złamane serce biło.
Odruchowo położyłem dłoń na miejscu, w którym powinno znajdywać się moje.
Tak, powiedziałem. Tak, potrafię to robić.




Obraz: Dom Vincenta w Arles (Żółty Dom) Vincent van Gogh 
Obraz przedstawia dom, w którym Vincent mieszkał przez pewien czas z Paulem Gauguinem i w którym planował stworzyć kolonię artystów. Miałam tę historię w głowie, pisząc fragment z kolonią artystów i prowansalskim słońcem.

niedziela, 1 lipca 2018

10 filmów o miłości

Jeżeli wybrać jeden temat, który najsilniej eksploatują praktycznie wszystkie dziedziny sztuki - to chyba mimo wszystko byłaby to miłość. W bardzo różnych formach, ale z największym upodobaniem ta romantyczna. Bo mimo że czasem wydaje się, że wszystko zostało w tym temacie już powiedziane - to zawsze będzie wzbudzać emocje. 
I zawsze można dodać coś nowego i własnego.
Poniżej więc bardzo subiektywny przegląd filmów o miłości - tych, które uważam za wyjątkowe, tych ulubionych i tych po prostu lubianych; tych, które z jakiegoś powodu wydają mi się warte uwagi i szczególnie mnie poruszyły, czy to główną parą, czy to zachwycającą chemią między bohaterami, czy to opowiadaną historią, pomysłem, realizacją. Wymyśliłam sobie, że nie będzie żadnych komedii romantycznych - nie dlatego, że nie lubię (brytyjskie komedie romantyczne? Jak najbardziej tak), może trochę na przekór. Prawie każda lista filmów o miłości zawiera w sobie jakąś komedię romantyczną. No więc tu nie będzie. 
Zarazem jest to zestaw produkcji tylko o uczuciu romantycznym (o miłości chociażby rodzicielskiej może innym razem) i takim, który w opowiadanej historii gra pierwsze skrzypce. Oczywiście bardzo zachęcam do dzielenia się tytułami i tworzenia bazy w komentarzach - dobrych filmów nigdy za wiele!
Zapraszam więc do ułożenia się wygodnie w wyimaginowanym kinowym fotelu z równie wyimaginowanym (a szkoda) kubełkiem popcornu i zaczynamy seans. Trzy... dwa... jeden...


Kadr z filmu Kochankowie z Księżyca


Cyrulik syberyjski
 (Sibirskiy tsiryulnik)
(1998)

Schyłek XIX wieku. Amerykanka Jane Callahan wyjeżdża do Moskwy, aby pomóc McCrackenowi, ekscentrycznemu konstruktorowi, w uzyskaniu poparcia Wielkiego Księcia dla jego wynalazku - maszyny do wyrębu lasów o wdzięcznej nazwie ,,cyrulik syberyjski". W drodze przez Rosję Jane poznaje grupę niesfornych kadetów ze szkoły oficerskiej - w tym Andrieja Tołstoja. Między młodymi szybko rodzi się wzajemna fascynacja, która przekuwa się w uczucie.
Cyrulik syberyjski przypomina trochę wielką, rosyjską powieść - zrobiony z rozmachem, piękny i melancholijny, to trzygodzinna opowieść o wielkiej miłości, fatalnych błędach i targających namiętnościach. W tle mamy carską Rosję, monumentalną i w pełni chwały, pełną kontrastów i jedynych w swoim rodzaju tradycji, obserwowaną oczami zafascynowanej przybyszki zza oceanu. Film Michałkowa jest rzeczywiście pięknie zrealizowany, podobno to jedna z najdroższych produkcji rosyjskiej kinematografii. Można wytykać, że wszystko jest aż zbyt kolorowe i idealne - nie zmienia to jednak faktu, że realizacja wzbudza podziw, a we wszystkim jest jakaś, co by nie mówić, fascynująca rosyjska dusza.
Pierwsza połowa historii jest utrzymana w lekkim, pogodnym, wręcz żartobliwym tonie - mamy bardzo sympatycznych, fantastycznych bohaterów, dużo wyrazistych sylwetek i humoru. Głównej pary, której uczucie zaczęło się od rozmowy w pociągu i Mozarta, nie da się nie lubić, podobnie całej grupy łobuzerskich kadetów. Historia jest lekka, zabawna, pełna dystansu i wdzięku... przynajmniej do czasu. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, więc napiszę tylko, że w pewnym momencie ton filmu zmienia się na znacznie bardziej dramatyczny. Do głosu dochodzą silne uczucia, losy bohaterów przybierają fatalny obrót i nie jest już tak pogodnie. Można silnie się wzruszyć. Szczególnie przy scenie na dworcu (która jest fantastyczna i bardzo, bardzo poruszająca) mogą zaszklić się oczy. Ujął mnie ten kontrast - mamy bowiem film z jednej strony zabawny i pełen wdzięku, z drugiej smutny i ściskający za serce. Całość jest przy tym zaskakująco spójna i zostawia widza trochę oczarowanego, trochę ze złamanym sercem, z całą pewnością jednak gotowego stwierdzić: Mozart był wielkim kompozytorem!

Dzikość serca  
(Wild at Heart)
(1990)

Sailor, młody buntownik i właściciel kurtki z wężowej skóry (która wyraża jego indywidualność i wiarę w wolność jednostki!), po odsiedzeniu wyroku za zabójstwo, może wreszcie wrócić do miłości swojego życia, Luli. Młodzi jednak nie zaznają upragnionego spokoju - muszą uciekać przed płatnymi zabójcami nasłanymi przez matkę dziewczyny. Ścigani, ruszają w podróż samochodem na południe Stanów Zjednoczonych, na swojej drodze spotykając liczne dziwne postacie.
Dzikość serca to zabójczy miks - szalone love story i film drogi, ścieranie się z typowo amerykańskim toposem podróży samochodem przez Stany, a wszystko mocno zanurzone w typowej dla Lyncha dziwności, makabrze i grotesce. Brutalny, okrutny, mroczny, przesycony wulgarną erotyką i makabrą, jest zarazem pełen nawiązań do Czarnoksiężnika z Krainy Oz i przypomina baśniową podróż po dziwnej, strasznej krainie. 
Dzikość serca bywa szalenie brutalny - Lynch z lubością bawi się groteską, nurza się w czarnym humorze, fascynują go deformacje, dziwność, mutacje, perwersje, brzydota. Zarazem jednak, chociaż złe postacie napotykane przez Lulę i Sailora są naprawdę przerażające (Bobby Peru z pończochą na głowie może śnić się po nocach), główni bohaterowie są sportretowani prawie że z czułością (chociaż nie wiem, czy przy twórczości Lyncha to dobre słowo). Kochankowie są młodzi, pełni sprzeciwu wobec zepsutego świata (scena, w której Lula szuka w radiu muzyki, a wciąż trafia na wiadomości o zbrodniach i perwersjach, scena sfinalizowana zresztą sekwencją dzikiego tańca na pustkowiu - odlot) i bardzo, bardzo zakochani.
W Dzikości serca nieprzypadkowo co jakiś czas pojawiają się odwołania do kultowego filmu o Dorotce z Kansas - tak, obłąkana żądzą mordu matka zdecydowanie przypomina Złą Czarownicę z Zachodu, ale także Lula, mimo swojego wyzywającego stylu i sposobu bycia, ma w sobie niewinność i naiwność bohaterki podążającej żółtą ścieżką. Nawet nieco bardziej dojrzały i doświadczony Sailor mimo trudnej przeszłości jest po prostu porządnym facetem, który zrobi wszystko dla swojej dziewczyny. Bo Dzikość serca, pomimo swojej brutalności, odjechanej fabuły, epatowania przemocą, kiczowatej stylistyki i odważnych scen seksu, w czymś jeszcze przypomina Czarnoksiężnika z Krainy Oz - to w gruncie rzeczy baśń, czuła i okrutna, niezwykła i surrealistyczna, śmieszna i przerażająca, skąpana w kiczu, psychodelii i czarnym humorze. A zarazem historia o wielkiej miłości, która wszystko zwycięży. Nawet ten świat, który ma ,,dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy".


Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom  
(Moonrise Kingdom)
(2012)

Suzy Bishop i Sam Shakusky, wrażliwi, zakochani w sobie nastolatkowie, uciekają z domu. Jest lato 1965 roku, a młodzi kochankowie ruszają w niezwykłą wyprawę po Nowej Anglii; wyrusza za nimi ekipa poszukiwawcza, złożona z rodziców dziewczynki, trochę fajtłapowatego policjanta i oddziału skautów z Harcmistrzem Wardem na czele.
W stylistyce Wesa Andersona zakochałam się oglądając Grand Budapest Hotel i Kochankowie z Księżyca są pod tym względem równie zachwycający -  Moonrise Kingdom  wizualnie jest absolutnie prześliczny. Pastelowe kolory, stylistyka retro (rzecz ma miejsce w latach 60), pocztówkowe, malownicze kadry, z których każdy aż prosi się, aby go obramować i powiesić na ścianie - dodajmy do tego fantastyczne kostiumy i scenografię, charakterystyczne rekwizyty (lornetka Suzy, czapka Sama, zabójcze nożyczki dla leworęcznych) i zachwycającą przyrodę Nowej Anglii, wymieszajmy z absurdem i cudowną muzyką - efekt jest absolutnie czarujący. 
Poza warstwą wizualną urzeka sama, pokręcona i dowcipna, historia, czyli opowieść o dziecięcej miłości dwojga indywidualistów - Suzy i Sam są odrzuceni przez otoczenie, nierozumiani przez dorosłych, inteligentni, ekscentryczni i szalenie wrażliwi. Ich uczucie na ekranie jest niesamowicie ujmujące, pierwsze, jeszcze trochę nieporadne, pełne ciekawości, a zarazem tak urocze i ciepłe (a przy tym ani trochę cukierkowe!), że nie da się im nie kibicować. Obserwujemy, jak wędrują po lasach Nowej Anglii z kotem i walizką pełną książek, jak czytają sobie przy ognisku; podglądamy, jak ze śmiertelną powagą wygłaszają deklaracje miłości, kąpią się w zatoce, w absolutnie uroczy sposób naśladują kwestie dorosłych, odkrywają swoją seksualność, rozbijają namiot, tańczą nad brzegiem morza. Anderson traktuje swoich bohaterów z czułością i przymrużeniem oka, ale nigdy z politowaniem, z ciepłym humorem i ironią, ale nigdy z drwiną. Charakterystyczny, bardzo specyficzny zresztą styl i poczucie humoru reżysera odciska się zresztą na całym filmie, bo Moonrise Kingdom to film przesycony inteligentnym, dziwnym dowcipem, nutą czarnego humoru, charakterystycznym, bezpretensjonalnym czarem i masą absurdu. Obsada jest absolutnie wyśmienita, a młodzi aktorzy fenomenalni; pojawia się również i Bruce Willis jako trochę nieporadny policjant, i Frances McDormand (która jakiś czas temu odbierała liczne, zasłużone granty za Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri) jako matka Suzy, Edward Norton w świetnej roli Harcmistrza Warda z entuzjazmem prowadzącego oddział genialnie zagranych skautów (z lekko niepokojącymi tendencjami bojowniczymi), i Tilda Swinton jako budząca grozę Opieka Społeczna - nic tylko oglądać!

La La Land 
(2016)

Film, który narobił sporego zamieszania na zeszłorocznych Oscarach i wzbudził zarówno fale zachwytów, jak i kręcenia nosem, i  pełnych zdumienia ,,no i czym tu się zachwycać?". A ja nieśmiało przyznaję: ja La La Land bardzo, bardzo lubię. Za to, że jest nakręconym współcześnie, ale zrobionym bardzo klasycznie musicalem. Za fantastyczne zdjęcia i kolory, za świetny, dynamiczny montaż, za piękne kadry i śliczne sukienki Emmy Stone. I wreszcie za to, że jest słodko-gorzką, nawet trochę nieoczywistą opowieścią o miłości i marzeniach. 
Mia i Sebastian nie mają dobrego startu - ona, niebędąca w stanie zdobyć roli, chodząca po przesłuchaniach aktorka, wchodzi do przystrojonej świątecznymi światłami restauracji, słysząc niezwykłą muzykę. On, niespełniony jazzowy pianista, podczas grania na żywo ,,do kotleta" zaczyna improwizować (czego robić stanowczo nie powinien). Wybrzmiewają ostatnie tony niezwykłego utworu, muzycznej wirtuozerii i pianista gwałtownie wraca do rzeczywistości. Ludzie wokół pozostają zupełnie obojętni, nawet nie zauważając zmiany podkładu - tylko jedna kobieta stoi w przejściu, głęboko poruszona. Ich spojrzenia się spotykają, ona otwiera usta, po czym... Seb obcesowo przepycha się obok, wiedząc, że ostatecznie stracił pracę. 
Tak zaczyna się opowieść o ich miłości - opowieść dość sztampowa, ale co z tego, skoro tak romantyczna i czarująca. La La Land to historia pełna wyrazistych barw i pięknych, wręcz zachwycających scen - i przesycona magią muzyki i kina. To swoisty hołd dla jazzu, musicalu, zaczarowanego świata filmu oraz niezwykłego Los Angeles, miasta, do którego nawiązuje tytuł - miasta pełnego niezwykłych miejsc, miasta sławy, sukcesu, spełnionych marzeń, ale też gorzkich rozczarowań. To bardzo klasyczna historia o szalonych gonitwach za ambicjami i pragnieniami, o tych głupcach, którzy ośmielają się marzyć, właściwie dość sztampowa. Ale to, co dla mnie ją wyróżnia, to spora dawka luzu i humoru, trochę dystansu, dobre dialogi oraz nutka goryczy, która sprawiają, że nie jest aż tak cukierkowo. Zakochani kłócą się, popełniają błędy, napotykają problemy i przeciwności, nie zawsze im wychodzi; pojawia się dylemat: miłość czy kariera? Podoba mi się to połączenie romantycznych, klasycznie filmowych, baśniowych scen (cała sekwencja w kinie i Planetarium - magia!) z prozą życia. Muzyka jest jak dla mnie obłędna i tak, Emma Stone i Ryan Gosling wokalnie i tanecznie zdecydowanie nie są wybitni (chociaż Audition jest naprawdę dobre), ale nadrabiają fantastyczną grą aktorską i urokiem (i tak się starają! Poważnie, ten entuzjazm aktorów do tej historii jest widoczny i na mnie to działa) - a od strony instrumentalnej soundtrack to majstersztyk. Dużo w tym filmie miłości - miłości do muzyki, nie tylko jazzowej, do kina, do marzycieli i wreszcie miłości między dwoma wariatami z pasją.

Znalezione obrazy dla zapytania tajemnica brokeback mountain
Kadr z filmu Tajemnica Brokeback Mountain

Lekarstwo na miłość
(1966)
A właśnie że będę niemoralna, właśnie, że będę!
Joanna jest architektką, a jej chłopak Janusz właśnie wyjechał. Kobieta, siedząc w domu i pilnując remontu, czeka na telefon od ukochanego, jednak zamiast Janusza cały czas wydzwaniają do niej jacyś dziwni mężczyźni pytający o Honoratę. Poprzez serię telefonicznych pomyłek Joanna zostaje wplątana w aferę kryminalną z fałszerzami w roli głównej, wraz z przyjaciółką Janką na własną rękę rozpoczyna śledztwo i umawia się z jednym z tajemniczych rozmówców pomyłkowych telefonów, Andrzejem (nawiasem mówiąc posiadaczem niemal radiowego głosu).
Takich filmów już się nie kręci. Jestem fanką starego polskiego kina, a komedie z lat sześćdziesiątych, jak Giuseppe w Warszawie czy właśnie Lekarstwo na miłość są dla mnie nieporównywalnie zabawniejsze i znacznie lepiej napisane niż współczesne. Lekarstwo... jest przezabawne, obsadzone świetnymi aktorami (główną rolę gra Kalina Jędrusik, swego czasu polska Marylin Monroe, jej postrzeloną przyjaciółkę Krystyna Sienkiewicz, a głównego amanta Andrzej Łapicki) i niewymuszenie komiczne. To oparta na powieści Chmielewskiej kryminalna komedia omyłek, dowcipna, inteligentnie napisana, ze zgrabną intrygą i barwnymi bohaterami. Postrzelone przyjaciółki na tropie fałszerzy ogląda się z uśmiechem, duet Jędrusik-Sienkiewicz jest przezabawny (Sienkiewicz nawiasem mówiąc jest absolutnie rozbrajająca), a wątek romantyczny odpowiednio angażujący (ostatnia scena! Ach, aż się można rozmarzyć). 
Film nakręcony z sercem, dystansem i klasą. Bardzo lekki, zabawny seans ze starego kina.


Tajemnica Brokeback Mountain 
(Brokeback Mountain)
(2005)

Jack i Ellis spotykają się podczas lata 1963 roku - mają wspólnie wypasać owce na zboczu góry Brokeback. Między mężczyznami rodzi się coś niezwykłego. Wiedzą, że nie mogą być razem, ale siła wzajemnego przyciągania jest zbyt potężna. Lato się kończy, a wraz z nim praca kowbojów na zboczach Brokeback. Ellis i Jack rozstają się. Układają sobie życie, podążają dawno ustaloną ścieżką, próbują zapomnieć. Mijają jednak cztery lata i znowu się spotykają.
Uwielbiam Tajemnicę Brokeback Mountain głównie za to, że to niesamowicie poruszająca historia opowiedziana oszczędnymi środkami. Nie ma tu wielkich słów i gestów, nie ma gwałtownych wybuchów emocji - a mimo to rzeczy, które dzieją się na ekranie, ściskają za gardło. Tak jak scena, w której zamknięty w sobie Ennis próbuje sobie poradzić z rozłąką, czy wreszcie scena spotkania po latach, która za każdym razem mnie rusza. Jake Gyllenhaal i świętej pamięci Heath Ledger zbudowali na ekranie tak niesamowicie wiarygodną i intensywną relację, że ręce same składają się do oklasków. Rzadko widzi się w kinie taką chemię między bohaterami, tak niezwykłe napięcie i intymność. Brokeback Mountain pokazuje, że czasem mniej znaczy więcej - i że prosta, kameralna historia, z ludźmi z krwi i kości, wzbudza największe emocje.
Postacie Jacka i Ellisa różnią się od standardowego wizerunku gejów w popkulturze - to klasycznie męscy mężczyźni, kowboje, osadzeni w kulturze macho. To odświeżająca i myślę, że potrzebna zmiana, a konflikt wartości, jaki wprowadza obecność kultury południa USA, nadaje całej historii dodatkowego dramatyzmu. Bohaterowie są bardzo pełnokrwiści i w gruncie rzeczy bardzo zwyczajni - czują, boją się, zmieniają, wściekają, piją piwo, są czuli i sfrustrowani, popełniają błędy, ranią innych i siebie nawzajem. Historia opowiada przez Anga Lee trwa dwadzieścia lat, a aktorzy niezwykle udanie odgrywają kolejne etapy życia swoich bohaterów, od młodości do dojrzałości.
Tajemnica Brokeback Mountain to niesamowita historia - szorstka i delikatna, mocna i subtelna, bolesna i ściskająca za serce, osadzona w przepięknych sceneriach amerykańskich gór. Oparta na gestach, spojrzeniach i prostych słowach. To udany melodramat, doskonale zbudowane postacie, świetne role, niesamowicie odegrana relacja i wielka, mała historia o miłości. Ściska za gardło. Świetny film.



Tamte dni, tamte noce 
(Call Me By Your Name)
(2017)

Włochy, lata osiemdziesiąte. Siedemnastoletni Elio spędza wakacje we włoskiej willi ze swoimi rodzicami - matką, tłumaczką i ojcem, profesorem specjalizującym się w kulturze antycznej. Do tego ostatniego na lato przyjeżdża amerykański doktorant Oliver. Początkowa niechęć Elio do nonszalanckiego gościa przekształca się w fascynację, aż wreszcie coraz silniejsze przyciąganie.
Gdybym miała opisać Tamte dni, tamte noce jednym określeniem, byłoby to: szalenie zmysłowy. Akcja rozgrywa się w przepięknych sceneriach północnych Włoch, w siedemnastowiecznej willi niedaleko rzeki: stary dom otacza piękny ogród, sad pełen brzoskwiń, wokół rozrzucone są małe włoskie miasteczka, samochodem można pojechać nad przejrzyście turkusowe morze. To film nakręcony tak sugestywnie, że niemal czuć zapach nagrzanego drewna i źdźbła trawy pod palcami, niemal chce się wyciągnąć rękę, aby dotknąć gładkiego marmuru wyłowionego z morza antycznego posągu. Poza przepięknymi kadrami i zmysłową atmosferą, niemal wymarzoną do pierwszego, wakacyjnego uczucia, obłędny klimat filmu tworzy intelektualna otoczka. W rodzinie Elio rozmawia się o greckich rzeźbach, światowej literaturze i pochodzeniu słowa ,,morela", swobodnie przeplatając trzy języki. Bohaterowie czytają starożytnych filozofów i na żywo tłumaczą niemieckie romanse z siedemnastego wieku, prowadzą erudycyjne dyskusje o sztuce i muzyce. Ta intelektualna atmosfera, a szczególnie obecność kultury antycznej, fantastycznie wpisuje się w fabułę.
Tym razem zaczęłam od realizacji i przepięknej atmosfery, bo jest ona naprawdę wyjątkowa i jest chyba integralną częścią filmu; jednak to, co czyni tę historię naprawdę zmysłową, to relacja między głównymi bohaterami. Timothée Chalamet i Armie Hammer zbudowali fantastyczną chemię, między ich bohaterami aż iskrzy od erotycznego i emocjonalnego napięcia. Ich uczucie na ekranie rozwija się stopniowo i niespiesznie, a Elio i Oliver to pełnokrwiste, nieidealne (przecież Elio, chociaż błyskotliwy i wrażliwy, to w gruncie rzeczy pretensjonalny, egocentryczny, czasem strzelający fochy i arogancki nastolatek, a jego relacja z Oliverem jest tak intensywna, że między bohaterami pojawiają się napięcia), wyraziste postacie. Uwielbiam to, jak bohaterowie odkrywają siebie nawzajem, uwielbiam subtelne eksplorowanie wątków pierwszej miłości, dojrzewania, poznawania własnej cielesności i seksualności, ale też przemijania i godzenia się ze stratą.  To, co liczy się w tej powieści, to przede wszystkim emocje, te wiążące się z pierwszym zakochaniem, pierwszymi gestami, spojrzeniami, pocałunkami, pierwszym razem. To uczucie, kiedy on tak spojrzał. To uczucie, kiedy leżeliśmy obok siebie na trawie. W konstrukcji filmu jest coś z wspomnienia, z przeżywania na nowo magicznego lata.
Tamte dni, tamte noce to dość klasyczna historia wakacyjnego uczucia i odkrywania własnej seksualności: jednak to, co ją wyróżnia, to niesamowita wręcz subtelność i zmysłowość, spokojnie i mądrze prowadzona historia, zapierająca dech w piersiach realizacja, od zachwycających scenerii, do świetnego soundtracku (w tle słychać delikatne, nastrojowe utwory Sufjana Stevensa, które doskonale współgrają z całą historią), świetny drugi plan i wreszcie fantastyczne aktorstwo i chemia głównej pary. Piękny film. Nie tylko wizualnie.

Znalezione obrazy dla zapytania tylko kochankowie przeżyją 
Kadr z filmu Tylko kochankowie przeżyją

Tylko kochankowie przeżyją 
(Only Lovers Left Alive)
(2013)

On, Adam, to niespełniony muzyk dręczony pustką i depresją. Ona, Eve, jest enigmatyczną kobietą z walizką pełną książek. Oboje podróżują i żyją w nocy, unikają światła i potrafią poruszać się szybciej, niż jesteśmy w stanie zauważyć. A w zamrażarce mają lody w intensywnie ciemnoczerwonym kolorze. 
Tak, główni bohaterowie Tylko kochankowie przeżyją są wampirami - i gwarantuję, że to jedno z najbardziej intrygujących przedstawień krwiopijców, jakie widzieliście. Adam i Eve spotykają się po latach, próbując odbudować swój długowieczny związek. Szukają ukojenia i spokoju, targani udręką, zmęczeniem i bólem egzystencji. Gdy jednak do mieszkania Adama w Detroit przyjeżdża młodsza siostra Eve, Ava, sprawy przybierają nieoczekiwany obrót.
Tylko kochankowie przeżyją to film Jima Jarmuscha - i już to trochę go określa. Jeśli ktoś widział chociażby niedawnego Patersona, to wie, jak wolno, wręcz sennie snują się fabuły filmów tego reżysera. Podobnie jest z produkcją z 2013 roku. Akcja jest niespieszna, niemal leniwa. To zarazem jednak historia z absolutnie obłędnym klimatem - industrialne, surowe zabudowania Detroit i nocne uliczki Tangeru łączą się z oniryczną, duszną atmosferą, hipnotyzującą muzyką i gorzką melancholią. Tylko kochankowie przeżyją jest mroczny, senny, powolny, pełen zrezygnowania i podskórnego niepokoju zarazem. Urzeka nietypowe spojrzenie na wampiryzm i samych krwiopijców jako długowiecznych intelektualistów, zmęczonych wiecznością i borykających się z egzystencjalnymi dylematami. Tom Hiddleston i Tilda Swinton jako Adam i Ewa są obłędni - chłodni, zmęczeni, doświadczeni, melancholijni, do tego oboje o nietypowej, androgynicznej urodzie. Nie można od nich oderwać wzroku.  
Film ma także przepiękną oprawę w postaci fantastycznych zdjęć, świetnego montażu (jedna z pierwszych scen, w których kamera kręci się wokół Eve) i wreszcie absolutnie zniewalającej muzyki. Soundtrack jest jakby nie z tego świata i idealnie wpisuje się w klimat całej opowieści. Śpiewane przez Yasmin Hamdan Hal niemal hipnotyzuje. Obłędny, zachwycający w swojej ponurości film.

W jego oczach 
(Hoje eu quero voltar sozinho)
(2014)

Leonardo to niewidomy nastolatek, który spędza lato ze swoją przyjaciółką Giovaną i próbuje uniezależnić się od nadopiekuńczej matki. Rozważa wyjazd na jeden semestr za granicę, dopóki nie poznaje Gabriela - nowego kolegi z klasy, w którym się zakochuje.
Film o niewidomym nastolatku, który do tego odkrywa, że jest gejem? Od razu nasuwa się wizja historii o odrzuceniu, braku akceptacji i nieszczęśliwej miłości. Reżyser, Daniel Ribeiro idzie jednak w innym kierunku - W jego oczach to lekki film młodzieżowy, w którym najwięcej uwagi poświęca się pierwszej miłości, niepewności, dojrzewaniu i zdobywaniu niezależności. Bohaterowie nie muszą zmagać się z odrzuceniem otoczenia i homofobią (trudno mi ocenić, na ile taka wizja społeczeństwa jest prawdziwa, rzeczywiście jednak słyszałam, że Brazylia, w której rozgrywa się akcja filmu, jest tolerancyjna względem osób LGBTQ), nacisk zostaje więc rozłożony w innych miejscach. I to ciekawe rozwiązanie - W jego oczach jest ciepły, empatyczny, bardzo uroczy i porusza uniwersalne kwestie związane z dojrzewaniem. Klasycznie pojawiają się wątki czekania na pierwszy pocałunek, odkrywania swojej seksualności i pierwszego zakochania; porusza się też jednak kwestie takie jak pierwszy bunt, pragnienie niezależności i nadopiekuńczy rodzice, co w przypadku głównego bohatera nabiera dodatkowego znaczenia. W jego oczach pokazuje bowiem także codzienne życie osób niewidomych - trudne sytuacje i niedogodności, reakcje otoczenia, sposób funkcjonowania i odbierania świata. Ujął mnie też wątek przyjaźni głównego bohatera z Giovaną, bardzo fajną, ciepłą postacią. Jeśli chodzi zaś o wiodącą parę, Leonarda i Gabriela, ich relacja rozwija się w odpowiednim tempie, między bohaterami jest fajna chemia i nie da się nie uśmiechnąć, patrząc na powolny rozkwit ich uczucia. Postacie są tak sympatyczne, że nie da się im nie kibicować, czasem niepewne i zmagające się z różnymi emocjami, ale też trzeźwo myślące i posiadające sporą dozę poczucia humoru. W jego oczach jest prosty, uroczy, zabawny, przepełniony czułością i lekką nutą humoru - to przy okazji moje pierwsze spotkanie z brazylijskim kinem i mądry film młodzieżowy. Nic, tylko oglądać.

Wpływ księżyca
(Moonstruck)
(1987)

Trzydziestosiedmioletnia Loretta Castorini jest owdowiałą Włoszką z Brooklynu, która mimo braku miłości przyjmuje oświadczyny nudnego znajomego Johnny'ego Cammareri. Niedługo później narzeczony wyjeżdża do umierającej matki w Palermo, a Loretta ma za zadanie nakłonić jego młodszego brata do przyjścia na ślub. Sprawa nie jest jednak prosta: Ronny, ekscentryczny pracownik piekarni i miłośnik opery, wciąż obwinia brata o utratę ręki i nie chce szukać zgody. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy między Lorettą a młodszym Cammareri dochodzi do spotkania. Cała rzecz rozgrywa się wśród włoskich imigrantów w Nowym Jorku, a księżyc świeci wyjątkowo jasno...
Wpływ księżyca to trochę zabawna, trochę słodko-gorzka historia o miłości i namiętności. Dlaczego mężczyźni uganiają się za kobietami?, pyta różnych mężczyzn Rose, matka Loretty. Każdy ma trochę inną odpowiedź na to pytanie i różne są też ich relacje. Wpływ księżyca ukazuje miłość z kilku perspektyw, a swoich bohaterów portretuje z dużą dozą humoru, ale też empatii. Mamy tu całą gamę wyrazistych postaci - przede wszystkim trzeźwo myślącą, konkretną Lorettę i ekscentrycznego, oderwanego od rzeczywistości Ronny'ego (kocham dwie rzeczy: ciebie i operę!). Kontrast i chemia między tą parą są fenomenalne. Co chyba mało zaskakujące, między dwojgiem pojawia się wzajemne przyciąganie i jest to naprawdę świetna, charyzmatyczna relacja - i zarazem, co naprawdę rzadkie, bardzo udanie przedstawiono tu miłość od pierwszego wejrzenia. Cher i Nicholas Cage są w swoich rolach fantastyczni. Poza tym jednak błyszczy też drugi plan - cała rodzina Loretty, jak i w ogóle całe środowisko włoskich imigrantów została zagrana i napisana bardzo barwnie. Mamy dwa starsze małżeństwa w różnych stadiach swojego związku, mamy starszego, trochę zapomnianego dziadka z gromadą psów, sfrustrowanego nauczyciela. Całość jest czarująca, zabawna, momentami melancholijna i trochę gorzka (zwłaszcza w przypadku wątku rodziców Loretty - sama Rose jest zresztą jedną z moją ulubionych postaci), a przy tym przesycona jakąś taką włoską duszą. Guardate la luna!, krzyczy dziadek do swoich wiernych psów, stojąc nad rzeką i wpatrując się w ogromny księżyc ponad wieżowcami Wielkiego Jabłka.
I zaiste - che bella luna!