poniedziałek, 12 marca 2018

What's your damage, czyli Heathers

Are we going to prom or to hell? 
(Zmierzamy na bal, czy do piekła?)

 Znalezione obrazy dla zapytania heathers musical 
Heathers: The Musical (2014); zdj.Chad Batka


Heathers: The Musical to Off-Broadwayowska produkcja sprzed kilku lat, oparta na scenariuszu do filmu Michaela Lehmanna Heathers z 1988 roku (w polskiej dystrybucji ukazał się on pod tytułem Śmiertelne zauroczenie). Musical szturmem podbił serca publiczności, a w każdym razie tak można wywnioskować po internetowych wylewach entuzjazmu, masie inside joków w komentarzach i trochę szalonym fandomie. Pierwotnie miałam pisać tu tylko o spektaklu, ale żeby nabrać orientacji, obejrzałam też filmowy pierwowzór i on też zdecydowanie zasługuje na parę słów - tym bardziej, że ma status kultowego i jest chyba jednym z ciekawszych filmów dla młodzieży w ogóle.

Sherwood, Ohio. Liceum Westerburg, końcówka lat osiemdziesiątych. Veronica Sawyer, wrażliwa, inteligentna nastolatka o ciętym, ironicznym poczuciu humoru przyłącza się do najbardziej potężnej szkolnej kliki - trzech dziewczyn o imieniu Heather. Heathers są piękne, zepsute, bezwzględne i niepodzielnie władają całym Westerburg. Dla Veroniki dołączenie do tej grupy to szansa na podniesienie statusu i lepsze życie w szkole - w końcu liceum to dżungla, a popularne dzieciaki to drapieżniki, z którymi warto się trzymać, żeby nie zginąć. To mniej więcej wszystko, co wiedziałam o fabule. Dodajmy do tego nowego ucznia, tajemniczego Jasona 'JD' Deana i na tym może zakończmy - bo wiedząc tylko tyle o tej historii, byłam właściwie pewna, czego się spodziewać. I bardzo, bardzo się pomyliłam.
Pamiętam, że gdy oglądałam musical, przy pierwszym zwrocie w fabule aż zrobiłam pauzę i cofnęłam, żeby upewnić się, czy dobrze widzę, co się dzieje - Heathers, jeżeli nie wiecie o nim zupełnie nic, może zupełnie Was zaskoczyć i wbić w fotel. Ta historia to istna jazda bez trzymanki; mroczna, niepoprawna, zabawna, odjechana, krwawa, absurdalna czarna komedia z przerysowanymi postaciami, trochę surrealistycznym humorem i pokręconą fabułą.

Musical do przesłuchania poleciła mi przyjaciółka - warto tu od razu zaznaczyć, że Heathers to nie Hamilton, gdzie w soundtracku zawarta jest praktycznie cała treść; tu pomiędzy poszczególnymi piosenkami jeszcze bardzo dużo się dzieje. Warto, poza przesłuchaniem piosenek w wykonaniu oryginalnej obsady, zobaczyć jedną z adaptacji, żeby poznać całą historię - na YouTubie dostępne są różne wersje (lepsze i gorsze) różnych grup teatralnych, od Off-Broadwayowskich bootlegów, przez inne teatry, aż do licealnych sztuk.
Heathers:The Musical jest głośny, kolorowy, niegrzeczny, zabawny i mocno dramatyczny jednocześnie - a przede wszystkim zaskoczyło mnie, jak mroczny (nawet nie wiecie, jak trudno mi nie zdradzać szczegółów fabuły!). Soundtrack jest absolutnie fenomenalny (na  Wikipedii sztuka widnieje jako ,,rockowy musical" i to chyba dobre określenie) i niewiarygodnie chwytliwy (co bywa problematyczne, gdy człowiek łapie się na nuceniu ,,touch me there and there and there!"), a wiele piosenek wzbudza naprawdę silne emocje - słuchając całej ścieżki dźwiękowej, na przemian można uśmiechać się, śmiać, tańczyć, wzruszać i mieć ciarki. Oryginalna obsada odwala znakomitą robotę - Barrett Wilbert Weed jako Veronica jest niewiarygodna, śpiewa najbardziej trudne partie, jakby robiła to od urodzenia, a jej wokal to czyste złoto; ma rozbrajający śmiech, a zarazem ukazuje bardziej wrażliwą stronę swojej bohaterki. Jessica Keenan Wynn jako Heather Chandler jest idealnie złowroga i ma tak czysty, niesamowity głos, że za każdym razem mam ciarki. Każdy z aktorów potrafi tchnąć życie w swoją postać, obdarzyć ją własnym, indywidualnym rysem i sprawić, że nie da się o niej zapomnieć.

W scenariuszu nie brakuje niecenzuralnego humoru, ale o ile pojawiają się bardzo wulgarne linijki, tak nigdy nie są one niesmaczne. Musical jest dobrze wyważony, błyskotliwy, absurdalny, niepokojący, przesiąknięty amerykańską popkulturą, dowcipny i upiorny zarazem. Takie zestawienie brzmi prawie niemożliwie, ale Heathers to wybuchowa mieszanka. A pod warstwą kolorów, świetnej muzyki, czarnego humoru i dobrej zabawy kryje coś znacznie więcej - to przecież historia, która porusza takie tematy jak śmierć, samobójstwo, dyskryminacja, prześladowanie, przemoc i strzelaniny w szkole. W groteskowy sposób przedstawia samotność, toksyczne związki, homofobię, bullying, okrucieństwo nastolatków i obojętność dorosłych. Chwytliwe piosenki i niepoprawny humor momentami silnie ścierają się z tak poważną tematyką - chociażby pogodne w melodii Blue opowiada przecież o uczniach napastujących seksualnie swoją koleżankę. Na tym polega przewrotność Heathers - na tym balansowaniu między czarną komedią, a trudnymi kwestiami. 


Znalezione obrazy dla zapytania heathers 
Kadr z filmu Heathers (1988), reż.Michael Lehmann


Oryginalne Heathers w Stanach uchodzą za kultowe - w Polsce chyba niewiele osób kojarzy ten film, dopóki nie usłyszałam o musicalu, nie wiedziałam nawet o jego istnieniu. Za oceanem z kolei mnóstwo osób go uwielbia, uznając za najlepszy film młodzieżowy z lat osiemdziesiątych, a niektóre teksty to chyba wręcz klasyki (What's your damage?, F*ck me gently with the chainsaw czy wreszcie moje ulubione How very). Veronicę zagrała młodziutka, wówczas siedemnastoletnia Winona Ryder (sama twierdziła, że to jedna z jej ulubionych ról w ogóle), a Jasona Deana Christian Slater. Film oglądałam będąc już po wielokrotnym przesłuchiwaniu soundtracku musicalu i byłam zaskoczona, jak bardzo Off-Broadwayowski spektakl jest mu wierny - a zarazem jak bardzo się różni. Sztuka starannie odwzorowuje adaptowany pierwowzór, ale zarazem bardzo go rozbudowuje, nadając głębi - rozwija pewne wątki i postacie, dodaje nowe elementy fabuły, nadaje odpowiedni kontekst. Otwierający numer, Beautiful, ukazuje postać Veroniki przed staniem się częścią Heathers i ukazuje motywy, które kierowały nią w dołączeniu do szkolnej elity - czyli coś, czego zabrakło w filmie. Główna bohaterka nabiera głębi, wyraziściej ukazane są jej emocje i wątpliwości; podobnie u postaci JD uwidacznia się większa wrażliwość. My Dead Gay Son to jedna linijka w filmie, a w sztuce została przekształcona w całą piosenkę. Musical fabularnie znacznie bardziej trzyma się kupy, koryguje to, co nielogiczne, nie tracąc zarazem absurdalnej żyłki. Spektakl Laurence'a O'Keefe i Kevina Murphy'ego wydobywa więc z oryginału dużo świetnych elementów, dodając znacznie większy ładunek emocjonalny - można kibicować bohaterom (o co trudniej w filmie), można przeżywać ich losy, można się silnie wzruszyć. 

Twórcy musicalu poszli w tym kierunku i był to świetny wybór - nie czyni to jednak pierwowzoru gorszym czy niedorobionym, chociaż może się bardziej lub mniej podobać. Oryginalne Heathers stawiało po prostu na coś zupełnie innego. To przede wszystkim czarna komedia i satyra na licealną rzeczywistość. Istna jazda bez trzymanki. Winona Ryder jako Veronica jest świetna, Christian Slater też fantastyczny, podobnie trzy Heathers, a scenariusz Daniela Watersa mroczny, błyskotliwy, niepokojący i groteskowo zabawny. Rozmowy między uczniami, nauczycielami oraz dziećmi i rodzicami są cudownie absurdalne i dziwaczne. To ten typ humoru, który nie wszystkim pasuje, gra aktorska jest mocno specyficzna, a cały film tak odjechany, że podczas seansu momentami zastanawiałam się, co właśnie oglądam. Heathers jest dziwny. Nie mogę powiedzieć, żeby był to mój ulubiony film. Ale zarazem ma w sobie coś, co sprawia, że trudno mu się oprzeć. Nie da się nie wsiąknąć w ten świetny klimat, w to szaleństwo, w tę zwichrowaną historię. Produkcja z 1988 roku posiada też coś, z czego musical zupełnie zrezygnował - niesamowitą atmosferę lat osiemdziesiątych, od fantastycznych kostiumów (nie mogłam się napatrzeć, są świetne!), przez fryzury, aż do tej charakterystycznej muzyki. Wyróżnia się też bardzo badassowym zakończeniem i przede wszystkim absolutnie, niesamowicie obłędnym klimatem - jest mroczny, groteskowy, surrealistyczny, krwawy, wręcz oniryczny (sekwencja snu Veroniki!), znacznie bardziej niż sztuka. Dziś może nie robi to aż takiego wrażenia - podejrzewam, że w latach osiemdziesiątych mogło być nawet szokujące. 


Poniżej pierwsza piosenka, na dobry start.
Do zobaczenia po godzinie!


wtorek, 20 lutego 2018

Coś się zaczyna

Ostatnio wzięłam do ręki ,,Fałszywego księcia", czyli jedną z najbardziej znaczących książek w moim młodym życiu - to od niej zaczęła się moja miłość do bezczelnych, sarkastycznych bohaterów o ciętym języku, to ona szturmem podbiła moje jedenastoletnie wówczas serce, a do dziś lubię do niej wracać.



Otwieram ją sobie, wertuję, czytam ulubione sceny i się uśmiecham. Często. Czasem wyrywa mi się śmiech albo pełne nostalgii westchnienie, bo do całej ,,Trylogii władzy" mam ogromny sentyment. Niedawno jednak podczas takiego wertowania, pierwszego od jakiegoś czasu, z całą siłą uderzyły mnie dwie rzeczy.
Po pierwsze, główny bohater jest młodszy ode mnie. Już od jakiegoś czasu wprawdzie, ale... co? Jak to się stało? 
Po drugie, pewien etap w mojej przygodzie z literaturą nieodwołalnie się skończył.

I oto ogarnęła mnie nostalgia, dość kuriozalna pewnie, ale oto uświadomiłam sobie z całą mocą, że już nigdy nie zachwycę się książką tak, jak miało to miejsce jeszcze kilka lat temu. Nie oznacza to, że nie zachwycę się książką w ogóle. Przeciwnie - więcej jest przede mną niż za mną, a za rogiem czeka masa fantastycznych tytułów, niezwykłych literackich doznań i utworów z różnych epok. Na horyzoncie masa literackich zachwytów. I to jest piękne.

Od jakiegoś czasu sięgam po, nazwijmy to, ambitniejsze książki (ygh, to brzmi tak snobistycznie). Eksploruję nowe gatunki. Czytam coraz więcej poezji. Jestem zakochana w powieściach dziewiętnastego i pierwszej połowy dwudziestego wieku. Rok temu odkryłam wiersze Emily Dickinson, miesiąc temu skończyłam ,,Kwiaty zła" Baudelaire'a. Jakiś tydzień temu skończyłam ,,Panią Dalloway" (przeczytajcie ,,Panią Dalloway"! Ten język! Ten styl! Te postacie! Te piękne, wyraziste zdania, ta lekkość, to piękno prozy poetyckiej! Ta ironia i gorycz! Ta historia jednego letniego dnia, podczas której prawie nic się nie dzieje, ale jest to tak pochłaniające! Ta delikatność i subtelność pisania, ta bezwzględność i błyskotliwość we wnikaniu w ludzkie charaktery! To puszczenie wodzy języka, ten swobodny strumień myśli i obrazów, ta przepiękna wrażliwość, ta lekko płynąca opowieść! Chyba znowu wpadam w egzaltację!) i jestem zakochana. Odkrywam nowe dramaty (Wilde!) i publicystykę (felietony Rusinka o języku!). Czytam mniej, ale coraz rozważniej dobieram lektury - tak jak kiedyś czasem przeczytałam coś przeciętnego nawet specjalnie, tak teraz nie mam na to czasu, ani w sumie ochoty, tylko szukam czegoś, co mnie naprawdę zainteresuje. I rzeczywiście dawno, naprawdę dawno nie czytałam czegoś spektakularnie złego, co najwyżej przeciętnego czy rozczarowującego.

Do ogólnych, trwających od dłuższego czasu zmian w guście czytelniczym doszły jeszcze ostatnio przygotowania do drugiego etapu olimpiady z polskiego, więc po porządnej dawce klasyków postanowiłam w końcu przeczytać coś lżejszego - lubię sobie przeplatać lektury bardziej i mniej wymagające, po czymś mrocznym sięgnąć po coś zabawnego, po grubym tomiszczu fantasy po obyczajówkę i tak dalej, i tak dalej. W końcu więc umościłam się z kocykiem i kubkiem herbaty, gotowa na odprężenie, i pełna entuzjazmu sięgnęłam po ,,Królestwo Kanciarzy" Leigh Bardugo.
Auć. 
Widzicie, ja dosłownie dzień, dwa dni wcześniej, skończyłam ,,Dżumę" Camusa, a jeszcze wcześniej przeczytałam wspomnianą wcześniej ,,Pani Dalloway" Virginii Woolf, ,,Kwiaty zła" Baudelaire'a, parę wierszy Bursy czy Grochowiaka. I oto prosto z zachwycającego stylu, egzystencjalnych rozważań i pytań o naturę człowieka wskoczyłam prosto w young adult, zderzając się z językiem tak nieporównywalnie prostszym, że przez dobrą chwilę próbowałam otrząsnąć się z szoku. Jasne, błyskawicznie przeczytałam pierwsze sześćdziesiąt stron, bo to wciąga  i czyta się bardzo przyjemnie. Ale. Coś się zmieniło. Rok temu poprzedni tom, czyli ,,Szóstka wron" podbił moje serduszko, trafiając w jakiś taki idealny moment, w którym potrzebowałam dobrej rozrywki i silnych emocji. Tak, był troszkę naiwny, tak, główni bohaterowie są nierealnie młodzi (geniusz zbrodni i król przestępczego światka w wieku siedemnastu lat, to jest to), tak, są zgrzyty czy niezręczne dialogi (bardzo źli i twardzi przestępcy mówią ,,mam to w nosie"), ale to powieść świeża, zabawna, mroczna, obsadzona szóstką wyrazistych, nieoczywistych bohaterów, których nie da się nie pokochać i piekielnie wciągająca. Po kontynuację sięgnęłam z podobnymi oczekiwaniami, spragniona bezpretensjonalnej rozrywki. Na razie jestem na początku, podejrzewam, że jeszcze się wciągnę (edit: o, wciągnęłam się, i to jeszcze jak), ale po pierwszych stronach... poczułam się tak strasznie rozczarowana. Wyraźniej zauważam wszystkie niedociągnięcia, niezręczne, kiczowate wstawki, zgrzytające miejscami zdania. Trudniej przełączyć mi się na tryb ,,rozrywka", bo przyzwyczaiłam się do trybu ,,intelektualne przeżycie".

Słowem, zrobiłam się wybredna. 

Poczułam się trochę tak jak po tym, gdy podczas pierwszego pobytu we Włoszech spróbowałam tamtejszych lodów i pizzy, a po powrocie do Polski odwiedziłam Grycana i zamówiłam pizzę z Pizzy Hut. To prawie jak szok termiczny.

Szczerze mówiąc, lekko mnie to przeraziło, bo hej, ja nie mogę być za stara na młodzieżówki. Ja jestem targetem młodzieżówek. Jestem w wieku większości ich bohaterów. Na chwilę mnie to zadumało. Bo o ile kiedyś pewne książki by mnie zachwyciły, zauroczyły i wzbudziły masę silnych emocji, tak teraz, o ile są lekkie i przyjemne, nie są niczym poza lekką rozrywką. 
Żeby było jasne - absolutnie nie uważam, żeby takie pozycje były gorsze, a czytanie ich czymś złym. W życiu. Mało tego, jestem absolutnie przekonana, że literatura czysto rozrywkowa jest bardzo potrzebna. Jerzy Rzymowski w jednym ze swoich wstępniaków do ,,Nowej Fantastyki" porównał czytanie do smakowania win - między kolejnymi starymi rocznikami i wyśmienitymi gatunkami trzeba wziąć łyka wody. Podobnie każdy pracoholik musi w końcu zrobić sobie wakacje. Literatura to poszerzanie horyzontów, to intelektualne doznania, to nowe przeżycia, to inspiracje - ale przecież też przyjemność.

Do czego zmierzam? Chyba zaczyna się coś nowego. Pamiętam, jak parę lat temu przeżywałam te wszystkie tytuły young adult - jak trzymałam kciuki za bohaterów, prowadziłam żywe dyskusje z przyjaciółkami, jak cieszyłam się z drobnych scen, jak wyszukiwałam fan arty, jak odliczałam dni do dat premier kolejnych tomów ulubionych serii.
Ostatnio zdałam sobie sprawę, że... określone książki już nigdy nie wzbudzą we mnie takich emocji. Czytam więcej różnych gatunków, robię się bardziej krytyczna i wybredna. Zanurzam się w poezję, odkrywam nowe rejony prozy. Czasem łapie mnie jakaś nostalgia, bo kurczę, chciałoby się tak zatracić w historii młodych bohaterów z niezwykłymi mocami - i jeszcze będę się zatracać, jeszcze będę się cieszyć, i przewracać z zabójczym tempem kartki, ale zawsze już z tym zapleczem krytycyzmu i innych doświadczeń, już bez takiego entuzjazmu i przeżywania każdej strony.
Ale rozpoczyna się dla mnie zupełnie nowy etap w czytaniu. 
I zapowiada się bardzo ekscytująco.


Zdjęcie: unsplash

czwartek, 1 lutego 2018

Piąty raz jak sięga pamięć

Oto Taki zwyczajny blog. 



Taki zwyczajny blog jest już dużym blogiem. Ma w końcu pięć lat. Umiałby wiązać sznurowadła, rysować ładne szlaczki, grać w piłkę, może nawet czytać, ale nie umie, bo jest blogiem, a nie człowiekiem, a blogi takich rzeczy nie potrafią, nawet jeżeli są już duże.

Taki zwyczajny blog jak na pięciolatka ma całkiem bogaty życiorys. Przeszedł metamorfozy liczne i momentami dość drastyczne (pst, tu jest wstydliwy flashback z czasów, kiedy był mały, ale nic mu nie mówcie, bo duże blogi nie lubią oglądać samych siebie sprzed lat i trochę się wstydzą). Przechodził fazy lajfstajla, recenzji, list, zestawień, ,,hitów miesiąca", wierszy, długaśnych tytułów, białych literek na kolorowym tle, szalonych czcionek, wynurzeń kulturalnobełkotliwych, gifów, relacji z wyjazdów, masy zdjęć wrzuconych do jednego posta, wyzwań literackich, tagów, opowiadań, zdjęć na licencji CC0, luźnych tematycznie, literacko-kulturalno-życiowo-innych postów.
Pamięta żenujące wpisy o szkole i ambitne (niezrealizowane) zamiary nauki włoskiego. Pamięta szalone, jaskrawe tła, Liebster/Versatile Blog Award oraz fascynację ,,Strażnikami Marzeń" i We Heart It; pamięta posty z okazji dnia czekolady i eksperymenty z nowym aparatem, Cykl Słowiański i początek odkrywania seriali, wszystkie radości, załamania, próby, nowe wyzwania i doświadczenia. Jest świadectwem zmieniającego, kształtującego się stylu, przejścia od kanciastych zdań do budowania nadających się do czytania; przekrojem z pięciu lat z życia jednej osoby, z całym bogactwem ówczesnych zainteresowań, wpływów, obsesji, powolnych, subtelnych zmian pisania, poczucia humoru i charakteru. Ma szare tło i duże archiwum. Ma trochę lamerskie imię. Nie został wprawdzie sławny, ale to nic nie szkodzi, bo ma najpiękniejszych, najwspanialszych czytelników, jakich blog może mieć.
Oto Taki zwyczajny blog. A wczoraj były jego piąte urodziny.


(cooo, spóźnione? Wcale nie!) 
 
 
*z nieba sypią się balony i konfetti*
*piszczą trąbki urodzinowe*
*wjeżdżają babeczki z kremem*
*fajerwerki, muzyka, zimne ognie!*
*strzela korek od szampana*
*bezalkoholowego, alkoholizmowi wśród nieletnich mówimy stanowcze ,,nie"!*
*pst, ten zwykły też jest w rogu*
*gwiazdki!*
*kto pamięta?*

Pięć lat! Aż coś ściska w gardle, aż serce szybciej bije, aż oczy robią się niebezpiecznie wilgotne.
Pięć lat temu narodził się Taki zwyczajny blog.
Pięć lat to dużo. Bardzo. Pół dekady.
Pięć lat to mało. Bardzo. Zaledwie mrugnięcie w beznamiętnym, obojętnym trwaniu wszechświata. 
Pięć lat to ładny kawałek mojego życia, które, ach, chciałoby się zakrzyknąć z egzaltacją, bez TZB nie byłoby takie samo.

Ostatnio męczyłam wszystkich wtajemniczonych i zaangażowanych w istnienie TZB, zarówno na żywo, jak i wirtualnie, napadami wzruszenia, melancholii i niedowierzania, że to już. Kiedy już opanowałam atak wesołości po przeczytaniu starego posta w dawnej odsłonie graficznej (zaiste, w Interncie nic nie ginie), zjechałam niżej, na listę czytanych wówczas blogów. Żaden z nich obecnie nie istnieje. To podwójnie uświadomiło mi, że 1) czas płynie 2) długo wytrzymałam na jednym blogu. Bardzo. Zarazem, w pewnych przypływach zadumy i egzaltacji, nie mogłam powstrzymać się od refleksji: blog to jedna z piękniejszych rzeczy, jakie mi się zdarzyły. *patos:ON* 

Bo funkcjonowanie w blogosferze, a szczególnie na TZB to jednak spora część mojego żałośnie krótkiego życia; to rozwój stylu, szlifowanie warsztatu, utwierdzenie się w miłości do słowa pisanego, rozkwit wielu pasji i wreszcie, może przede wszystkim - zetknięcie z niesamowitymi, inspirującymi, absolutnie cudownymi ludźmi. Niektórych z nich znam już pięć lat, cztery, trzy. Są tu od tych kilku lat, wiernie czytają i komentują kolejne posty. Niektórych znam na żywo. Niektórych tylko z pseudonimu/imienia i internetowej twórczości. Niektórzy trafili tu niedawno. Niektórzy może w tej sekundzie.

Na pewno nikt go nie będzie czytał (chyba, że się miło zaskoczę), stwierdziłam beznamiętnie w pierwszym poście na nowym wówczas blogu. Jasne, był w tym pewien element droczenia się (mowa trawa, przecież chciałam, żeby ktoś to czytał), ale zarazem jednak doświadczenie trzech poprzednich inicjatyw (wybitnych, zaiste), opisanych bardziej wyczerpująco rok temu, na których świeciło pustkami (jakoś nie wpadłam na to, żeby czytać inne blogi). Pamiętam radość z pierwszej komentatorki, a później kolejnych czytelników, pamiętam entuzjazm podczas czytania długich, cudownych komentarzy, podczas podglądania rosnącej liczby obserwatorów.

Bo TZB jest tworzony również przez czytelników - tych starych, tych wiernych, tych przelotnych, tych okazjonalnych, tych nowych. Po pięciu latach Taki zwyczajny blog jest wciąż miejscem bardzo kameralnym - ale zarazem z piękną atmosferą i z absolutnie fantastycznymi ludźmi. Tutaj należy się ogromne, ogromne DZIĘKUJĘ wszystkim osobom, które czytały, komentowały, wspierały, kibicowały, które czytają w tym momencie te słowa. Dziękuję za długie (niektóre były niemal większe niż posty!), cudowne komentarze, za piękne, inspirujące słowa, za żywe dyskusje, za krytykę i komplementy, za nieustające wsparcie, za obecność, za poczucie humoru, za insajd dżołki, za szalone interpretacje, za niezwykle cenne znajomości, za polecanie dobrych rzeczy, za dzielenie się własnymi historiami i doświadczeniami. Trudno mi wyrazić całą tę miłość i wdzięczność słowami. Dziękuję za zostawianie śladu i ciche czytanie. Dziękuję, że weszliście tu na chwilę. Dziękuję, że zdecydowaliście się zostać na dłużej.

Co do planów - będzie luźniej terminowo, pewnie bardziej nieregularnie, ale mam nadzieję, że za to ciekawiej. Chcę tworzyć bardziej dopracowane materiały, wciąż chcę się rozwijać, pracować nad stylem. Mam mnóstwo rzeczy, o których pragnę opowiedzieć, mnóstwo pomysłów do zrealizowania. Może wreszcie o Twoim Vincencie, może o Heathers, może o włóczęgach po Gdańsku, może o Lynchu albo Poznaniu, może o tym, jak dzieci prawie zjadły mnie żywcem. Będzie fajnie. 

Pragnę raz jeszcze podziękować - za te piękne pięć lat. Za to, że jesteście.

A teraz można jeść babeczki.
(czekaliście, co?)

 
 
 
 
Zdjęcie: unsplash