niedziela, 5 listopada 2017

Rozmaitości #6: Kulturalny misz masz

Chociaż pogoda za oknem bywa smutna jak frekwencja na tym blogu i chociaż nawał pracy powoduje, że czasem muszę sprawdzać w słowniku, co oznacza ,,odpoczynek" (zjawisko bardzo rzadkie w moim życiu ostatnimi czasy), przy obmyślaniu posta (pierwszego od trzech tygodni, jest źle) okazało się, że prowadzę całkiem bujne życie kulturalne.



Otóż ostatnio zauważyłam, że dokonałam kilku fantastycznych odkryć. A jako że słynę z przeżywania tworów sztuki i kultury oraz napadów dzikiego entuzjazmu, którym koniecznie muszę się dzielić, przy takim nagromadzeniu dobrych rzeczy post był rzeczą nieuniknioną. 
Zapraszam na kolejne rozmaitości!


Open House Gdańsk


Open House Worldwide to międzynarodowy festiwal architektury, w którym biorą udział miasta z całego świata - od Londynu, przez Bilbao, Jerozolimę, Chicago i Buenos Aires, aż do rodzimej Gdyni i w tym roku, po raz pierwszy, Gdańska. Rzecz polega na tym, że przez czterdzieści osiem godzin wydarzenia można za darmo zwiedzać ciekawe architektonicznie obiekty. Zabytkowe budynki, nowoczesne siedziby firm i instytucji, muzea, kościoły, domy kultury, kawiarnie, pracownie malarskie i rzeźbiarskie, prywatne mieszkania należące do designerów czy artystów, albo po prostu wyróżniające się ciekawym projektem. Słowem, inspirujące wnętrza, rozwiązania i historie, a wszystko przesiąknięte miłością do sztuki, designu i architektury. Jak bardzo, miałam okazję się przekonać.
W jednym z dni festiwalu robiłam bowiem za wolontariuszkę i razem ze znajomymi oprowadzałam zwiedzających po jednym z obiektów. Nie miałam okazji zwiedzić, czy choćby zobaczyć innych lokalizacji, czego trochę żałuję, ale w samym wydarzeniu brałam udział i polecam serdecznie, bo inicjatywa rzeczywiście szalenie inspirująca. 
Pierwszy raz uczestniczyłam w wolontariacie na jakimś festiwalu i doświadczenie będę wspominać na pewno miło. Miałam okazję dowiedzieć się czegoś o historii Gdańska (która sama w sobie jest niesamowicie ciekawe) i stałam się właściwie ekspertem od dziejów budynku, po którym oprowadzałam. Ze znajomymi wspólnie opowiadaliśmy o obiekcie, między kolejnymi grupami swobodnie gadając i żartując. Dostałam torbę i koszulkę z logo festiwalu, plus szpanerską smycz i plakietkę z napisem ,,Team". Pełen profesjonalizm. O tak.
Łącznie oprowadziłam jakieś trzynaście osób (w niewielkich grupkach) w trzy godziny. Wszyscy byli autentycznie zainteresowani, uważnie słuchali, zadawali szczegółowe pytania, na niektóre nawet nie byłam w stanie odpowiedzieć. Odkryłam, jak wielu jest pasjonatów architektury i historii, którzy z zapartym tchem słuchają o tym, co było w danym budynku dwieście lat temu i wydają romantyczne westchnienia na widok zabytkowych drzwi. Niektórzy zwiedzający z podziwem macali ściany, fotografowali cegły i byli absolutnie zachwyceni starymi oknami, czając się z aparatem, aby uchwycić je jak najlepiej. Wzbudziło to moją fascynację (bo taki entuzjazm wobec ścian czy schodów jest mi obcy), ale też ogromną sympatię (bo ludzie z pasją to fantastyczni ludzie).
Dlatego jeśli ktoś zapyta, czy warto wolontariuszować, to warto. Serio, warto. 
Plakietka ,,Team" to nie byle co w końcu. 

,,Piknik pod Wiszącą Skałą"


Parę miesięcy temu wytworzył mi się ambitny plan oglądania klasyków kina i generalnie poszerzania filmowych horyzontów, tym bardziej, że ja do zobaczenia jednego filmu zbieram się przez kilka miesięcy (jeszcze nie widziałam ,,Kochanków z księżyca" i ,,Imperium kontraatakuje", a od jakiegoś roku ,,planuję") i mam zaległości. Dlatego w trakcie choroby, osłabiona i sama w domu, włączyłam sobie ,,Piknik pod Wiszącą Skałą", jedną z pozycji z ciągnącej się listy ,,do obejrzenia". I była to jedna z lepszych moich decyzji ostatnimi czasy.
Akcja filmu rozgrywa się w Australii, mamy rok 1900, dzień św. Walentego. Grupka uczennic z pensji jedzie na piknik pod Wiszącą Skałę - ogromny górski masyw, który stanowi lokalną atrakcję. Atmosfera jest leniwa, dziewczęta w białych sukienkach kryją się pod parasolkami, słońce prześwituje przez drzewa. Wokół urokliwa, dzika australijska przyroda. Kilka uczennic na chwilę opuszcza piknikujące towarzystwo, aby wybrać się na spacer. Wraca tylko jedna. Reszta, razem z jedną z nauczycielek, znika bez śladu.
,,Piknik pod Wiszącą Skałą" to arcydzieło. Przepiękne, niemal malarskie kadry, fantastyczne ujęcia australijskiej przyrody i przede wszystkim klimat - senny, oniryczny, duszny, niepokojący, magiczny. Mimo że akcja płynie wolno, wręcz ospale, całość podszyta jest niepokojem, czymś mrocznym. Z jednej strony mamy sztywne konwenanse, pruderyjność i obyczajowość końca wieku, z drugiej dziką australijską przyrodę, pierwotną, przyciągającą, hipnotyzującą. Z jednej niewinną, delikatną dziewczęcość, niemal celebrowaną w kadrach, zwłaszcza w pierwszych scenach, z drugiej tłamszone emocje, pragnienia, namiętności, mrok kryjący się pod gładkimi manierami i dyscypliną szkoły dla panien. Do tego film można interpretować na wiele sposobów; jest cudownie nieoczywisty, a po napisach końcowych zostaje się z ogromnym mętlikiem w głowie i zupełną dezorientacją. Jak po przebudzeniu z wyrazistego, niepokojącego, ale zarazem jakże pięknego snu.


BØRNS 



 It's making my heart beat so fast
In my mind, you're the angel on the painted glass
Looking for high, divine, connection
I'm a lover, in need of confession

Let me satisfy your soul
Not a saint but do I have to be?
Baby, you're my holy ghost
And I need you close, come back to me

Bardzo świeże odkrycie, bo o ile chyba najsłynniejszy utwór ,,Electric Love" znałam wcześniej, to dopiero przedwczoraj wylądowałam na YouTubie słuchając całego dorobku fantastycznego BØRNSA i nie mogąc wyjść z zachwytu. To amerykański wokalista i songwriter, a jego muzyka jest absolutnie fantastyczna. BØRNS, a właściwie Garrett Borns, to androgyniczna uroda i głos w połączeniu z ekscentrycznym stylem, fascynującą estetyką i przede wszystkim niesamowitą muzyką. Jego fantastyczny głos urzeka, a utwory swobodnie lawirują między alternatywą, indie, elektroniką, rockiem, popem, w tle słychać nawet inspiracje bluesem (?) i generalnie starszymi dźwiękami (a przynajmniej ja je słyszę). BØRNS jest cudownie ekscentryczny, dziwaczny, oryginalny, inspirujący i szczerze mówiąc jestem absolutnie zakochana. 
Powyżej trochę bardziej kameralny i chyba mój ulubiony, a na pewno jeden z najlepszych ,,Holy Ghost". Poza wzmiankowanym świetnym ,,Electric Love" polecam też bardzo ,,Faded Heart" i ,,Sweet Dreams".


,,Uczta Babette i inne opowieści o przeznaczeniu" Karen Blixen


Tomik znaleziony w nieprzebytym bogactwie biblioteczki rodziców. Karen Blixen znana jest przede wszystkim z ,,Pożegnania z Afryką", ale ja poznałam ją właśnie dzięki ,,Uczcie Babette" i innym opowiadaniom zebranym w tym małym zbiorze. Zgodnie z tytułem tematem przewodnim jest los, przeznaczenie, ujmowane w różny sposób i w różnych kontekstach. Opowieści rozgrywają się w rozmaitych czasach i sceneriach - od surowych krajobrazów północy Norwegii, przez cudownie zielone łąki, po których spaceruje młoda para, aż do egzotycznego Kantonu czy Bliskiego Wschodu. 
Te opowiadania to takie małe perełki. Karen Blixen jest mistrzynią krótkich form, które w jej wydaniu są wyrafinowane, wysmakowane, wyraziste, a zarazem niesamowicie subtelne i delikatne. Urzeka język, który jest niewiarygodnie plastyczny i wysublimowany, a zarazem prosty i przejrzysty. Blixen za pomocą oszczędnych słów maluje całe obrazy - ba, nie tyle obrazy, ile całe światy, pełne kolorów, dźwięków, zapachów, które niemal się czuje. Czasem aż zatrzymywałam się i czytałam po parę razy jedno zdanie, zachwycając się, ile treści można zawrzeć w tak niewielkiej ilości słów. Te opowiadania to misterne konstrukcje ze słów, małe cudeńka zachwycające stylem, mocno baśniowe i zakończone wyrazistymi puentami.
Jak to w zbiorach opowiadań, bywa nierówno - najmniej podobała mi się ,,Nieśmiertelna opowieść", trochę ciągnęła mi się ,,Burza" (chociaż urzekło mnie zakończenie), za to moimi faworytami są tytułowa ,,Uczta Babette" i ,,Pierścień" - absolutne perełki. 


AURORA



The gun is gone and so am I 
And here I go

Aurora to młoda wokalistka z Bergen w Norwegii (gdzie pada przez większość roku), a zarazem posiadaczka magicznego, hipnotyzującego głosu. Jej utwory, które kocham miłością ogromną, są mocno liryczne, podszyte jakimś swoistą niesamowitością, z poetyckimi tekstami i czymś, co ściska za gardło. Mam ciarki za każdym razem, kiedy słucham ,,Murder Song". Za. Każdym. Razem.
Elektronika kontrastuje z delikatnym, wysokim głosem, a każda piosenka to absolutne cudo - zaczarowane, hipnotyzujące, niepokojące. Sama Aurora, podobnie jak BØRNS, jest cudownie ekscentryczna, ale w inny sposób - wydaje się taka chłodna, eteryczna, jakby z innego świata. 
Poza akustyczną wersją ,,Murder Song" odsyłam też do ,,Runaway", ,,Running with the wolves", ,,Warrior", covera ,,Believer" i generalnie wszystkiego. 





Zdaję sobie sprawę z posuchy na blogu i przepraszam za tak ubogą liczbę postów oraz tak duże odstępy między nimi. Mam ostatnio tak intensywny okres, a kalendarz tak zapisany kolejnymi zadaniami, sprawdzianami, kartkówkami, wydarzeniami, pracami do napisania (nie mam ani jednego luźnego tygodnia, to aż trochę przerażające), że trudno mi znaleźć chwilę dla siebie. Próbuję gospodarować lepiej czasem i mam nadzieję, że na blogu wkrótce pojawi się coś ciekawego. Myślałam nawet o zrealizowaniu tutaj pewnego bardziej rozwiniętego projektu, swego rodzaju cyklu postów, ale nie chcę zapeszać czy zapowiadać czegoś, co może nie dojść do skutku.
Tym bardziej, że na ten czas moim zdecydowanym priorytetem jest twórczość literacka - na tym chcę się skupić, na to chcę poświęcić najwięcej czasu i energii. W żadnym wypadku nie porzucam bloga, aczkolwiek posty mogą (i najpewniej będą) pojawiać się trochę rzadziej. Chciałabym wstawiać rzeczy dopracowane i niosące ze sobą jakąś treść, a to wymaga odrobiny więcej czasu.
Na pewno chciałabym napisać jeszcze o filmie ,,Twój Vincent", który nie zmieścił się w tym poście, więc możliwe, że niebawem się tu pojawi. Stej tjund!

 

Zdjęcie: kaboompics

niedziela, 15 października 2017

Wiem, że nic nie wiem

W liceum, które ostatecznie wybrałam, matematyka i angielski prowadzone są w grupach zaawansowania.



Tak się złożyło, że w obu przypadkach wrzucono mnie na wysokie szczeble i nagle okazało się, że jestem jedyną osobą z humana na matematyce rozszerzonej (istnieją trzy grupy rozszerzone, dwie podstawowe). W  sumie wciąż do końca nie wiem, co tam robię i zadaję sobie to pytanie na każdej lekcji, ale no cóż, jestem. Na razie*.

Prawdą jest jednak, że trochę przeczę stereotypowi humana, który ucieka przed matematyką, bo chociaż geometria to zło, a bryły przestrzenne to już w ogóle, w trakcie gimnazjum z zaskoczeniem odkryłam, że... ta matma wcale nie jest taka zła. Ogromny udział miała w tym moja matematyczka, dzięki której udało mi się bardzo dobrze napisać egzamin i polubić ten onieśmielający przedmiot. Ze zdumieniem zauważyłam, że chociaż matematyki najprawdopodobniej nie pokocham nigdy, to jest to naprawdę ciekawe, wręcz fascynujące i na pewno rozwijające. A osiągnięcie logicznego rozwiązania wysoce satysfakcjonujące.
I tak oto wylądowałam na rozszerzeniu, w sali z liczą pi i stożkami na plakatach. Skład: biol-chemy, mat-geo, no i ja.  W mojej burzliwej relacji z matematyką zawsze był jednak jeden problem - zadania idą mi nieźle, ale wolno. Na liczenie i zrozumienie potrzebuję zdecydowanie więcej czasu. Sumiennie zapisuję cyferki, powoli dochodzę do rozwiązania, osiągam wynik, cieszę się jak głupia. Muszę mieć zadanie przed oczami. Muszę dojść do wszystkiego we własnym tempie. Szybko okazało się, że o ile w miarę sobie radzę i utrzymuję stabilną czwórkę, moja grupa mknie jak szalona. Wchodzi trudny temat, oni płyną dalej, a ja zostaję za burtą, krzycząc ,,halo!". Efekt potęguje fakt, że siedzę między dwoma zdolnymi dziewczynami, ich długopisy śmigają po papierze, a ja gapię się na tablicę i czuję, jak mózg mi paruje. Aż się śmieję sama z siebie trochę.

W pamięć wbiła mi się jedna sytuacja. Robiliśmy zadanie, nauczycielka zadała pytanie. Zapadła wymowna cisza, a ja tymczasem ze zmarszczonymi brwiami wpatrywałam się w jakieś tajemnicze zaklęcia, które widniały na tablicy w poprzednim podpunkcie. Podniosłam rękę. Pani z szerokim uśmiechem wskazała na mnie, jakby szczęśliwa, że znam odpowiedź. Aż pożałowałam, że nie znam.
- Yyy - zaczęłam ambitnie. - Ale... tam... w poprzednim podpunkcie... co... tam się zadziało?
Nauczycielka, zawsze zresztą wspierająca, szybko powróciła do poprzedniego podpunktu. I wtedy stał się cud. Okazało się, że reszta grupy też niekoniecznie wie, ,,co tam się zadziało".
Ale tylko ja przyznałam, że nie rozumiem.

Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Tym bardziej, kiedy usłyszałam jakiś czas temu zdanie ,,ja się boję pytać na lekcji". Tym bardziej, kiedy na zajęciach z filozofii przerabialiśmy Sokratesa. Tym bardziej, kiedy zauważyłam, jak sama czasem analizuję, czy zapytać, czy nie spowalniać grupy, czy nie wyjdę na idiotkę. Okazuje się, że bardzo boimy się pokazania słabości, przyznania, że nie rozumiemy, zadania pytania. Wstydzimy się tego. Wolimy już spuścić głowę, postawić przy zadaniu znak zapytania i przerobić wszystko w domu.

Boimy się nie wiedzieć.

Kiedyś sama byłam typem osoby, która kiwa głową, że tak, no przecież, wszystko jasne, podczas gdy tak naprawdę musiałam przerabiać temat w domu jeszcze raz, bo nie miałam bladego pojęcia, co się dzieje na lekcji. Liceum trochę to zmieniło - zarówno na matematyce, jak i na angielskim, gdzie zanim ja zdążę pomyśleć, loża wyszkolonych w słownictwie do CAE mechanicznym chórem mówi jakieś kosmiczne słowo, pytam. Zbieram się na odwagę i podnoszę rękę. Proszę o powtórzenie, wrócenie do poprzedniego tematu, wytłumaczenie zagadnienia, bo wychodzę z założenia, że po to w sali stoi nauczyciel - żeby czegoś nas nauczyć. Czasem nie jest łatwo. Czasem naprawdę nie jest łatwo być jedynym ,,nie" w tłumie pewnych siebie ,,taaak!". Czasem nie jest łatwo przyznać ,,nie rozumiem", narazić się na krzywe spojrzenia i przewracanie oczami rozumiejących. Mamy gdzieś zakodowane, mamy jakieś koszmarne przekonanie, że nie należy okazywać słabości i niewiedzy, bo nas wyśmieją. 

Niektórzy bowiem mają chyba trochę wypaczone pojęcie szkoły. Szkoły jako miejsca, do którego przychodzi się wiedzieć, a nie się czegoś nauczyć. Miejsca, w którym popisuje się wiedzą, a nie ją zdobywa. Dlatego nie pytają, potulnie spuszczają głowy, kiedy próbują czegoś pierwszy raz, tłumaczą się, czemu źle poszło, mają wyrzuty sumienia. 

Ignorancja nie jest dobra. Swego rodzaju chwalenie się ignorancją i brak pokory tym bardziej. To też częste zjawisko - nie wiem, nie chcę wiedzieć, nie będę wiedzieć i w ogóle foch, to wszystko bez sensu! Pytanie tylko, z czego to wynika? Z lenistwa? A może z pewnej reakcji obronnej na własne kompleksy?

Nie jest wstydem nie wiedzieć, powtarza się w internetach i słusznie się powtarza.
Wstydem jest nie chcieć się dowiedzieć.

Wiem, że nic nie wiem, powiedział sprzeczający się z sofistami Sokrates. Bo rozumiał, że mądrość to nie wiedza.
Mądrość to świadomość tego, czego nie wiemy.

Nie znam się na mnóstwie rzeczy. Moje poglądy wciąż się kształtują. Nie rozumiem pewnych zjawisk i zagadnień. Ale wiecie co? Człowiek uczy się przez całe życie. Nigdy nie przestaje zadawać pytań, poszerzać wiedzy, zdobywać doświadczeń, choćby błahych. 
Tak, nie wiem bardzo wielu rzeczy.

Ale czy to nie ekscytujące, ile zostało do odkrycia?






Zdjęcie: unsplash
*szczerze mówiąc, zastanawiam się nad przejściem do niższej grupy, ale wydaje mi się, że na rozszerzeniu chyba zostanę


Przy okazji - za tydzień w Gdańsku odbywa się festiwal Open House i na dwa dni otwierają się budynki z ciekawą architekturą lub designem, niektóre normalnie niedostępne - instytucje, kawiarnie, pracownie malarskie, muzea, prywatne mieszkania. Wszystko za darmo. W jednym z obiektów robię jako wolontariusz i oprowadzam, więc ten, polecam serdecznie. #kazalimipropomowaćtopromuję

piątek, 29 września 2017

Odnaleziona kobiecość?

Czyli trochę o spódnicach, spodniach i kobiecości. 



Zacznijmy od tego, że uwielbiam chodzić w sukienkach i spódnicach. Bo to mój styl. Bo pasują do mojej figury. Bo lubię styl vintage. Bo są wygodne. Bo czuję się w nich dobrze. Bo trudno mi znaleźć pasujące spodnie (nie za obcisłe, nie za szerokie, najlepiej niebiodrówki, wygodne i ładne jednocześnie - ach, czy to naprawdę aż tak wiele? *wyrzuca ręce w powietrze w akcie rozpaczy* *dramatyczne pytania retoryczne zawsze w cenie*). Bo mam ogromną słabość do rozkloszowanych sukienek i zwiewnych, długich spódnic, które romantycznie powiewają (i są na tyle długie, że mogą to robić). Bo są ładne, po prostu. 
Mimo jednak tej miłości do tego typu stylu, mimo dysproporcji w szafie, jeśli chodzi o stosunek par spodni do sukienek i spódnic, nigdy nie dorabiałam do tego żadnej ideologii.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy ujrzałam, że niektórzy tak.

Zaczęło się od tego, że gdzieś podczas scrollowania na Facebooku mignął mi link do posta na Stacji 7 dotyczącego, nomen omen, spódnic właśnie - ,,Spódnica = odnaleziona kobiecość". Kliknęłam, niepewna, co mogę znaleźć, przeczytałam, po czym odłożyłam kubek zimnej herbaty i przez chwilę miałam mętlik w głowie. W tekście tym było bowiem tyle rzeczy, z którymi się nie zgadzałam, że aż musiałam zastanowić się, z czym nie zgadzam się najbardziej.

Zanim przejdę do meritum, trzeba coś ustalić. Postanowiłam podjąć małą polemikę z postem opublikowanym na Stacji 7, odnosząc się do cytatów. Nie oznacza to, że krytykuję autorkę i jej poglądy. Głęboko wierzę w to, że każdy człowiek, dopóki nikogo nie krzywdzi i nikomu nie szkodzi, może robić to, co mu się podoba. Jeżeli autorka tekstu lubi nosić spódnice i odnajduje w tym radość i jakąś ideologię, to co mi do tego? Cieszę się jej szczęściem, każdy lubi coś innego, coś innego do niego przemawia. 
Mogę jednak mieć wątpliwości co do rzekomych korzyści płynących z odrzucenia spodni i przekazu, jaki płynie z posta. A także wykorzystać go jako pretekst do małej refleksji na temat dzisiejszego postrzegania kobiecości. A co.
Słowem - absolutnie nie o czepianie czy wyśmiewanie się tu chodzi, ale o zastanowienie się nad pewnym zjawiskiem. Po prostu.


 Grupa w tej chwili zrzesza już ponad 3000 tysiące kobiet, z których duża część nie chodzi już w ogóle w spodniach. Dlaczego? Ponieważ chcą czuć się kobiece, żyć w zgodzie z Bogiem i sobą, a spódnice w tym potrafią doskonale pomóc!

Pierwsze  trzy zdania, a ja już mam problem.
Zacznijmy od małego wyjaśnienia - autorka mówi tutaj o akcji ,,365 dni w spódnicy", o której można przeczytać na blogu haukotella.com. Warto tu podkreślić, że grupa ta nie ma żadnego podłoża religijnego, jest zupełnie świecka i z tego, co zrozumiałam, polega, no, na zachęcaniu do częstszego noszenia spódnic i sukienek, jakiegoś zainspirowania do rozwijania stylu.
Pierwsza rzecz, która mi zgrzytnęła, poza 3000 tysiącami kobiet, to ustęp o ,,życiu w zgodzie z Bogiem". Bo nikt mi nie wmówi, że noszenie spódnic ma z tym coś wspólnego. No nikt. Bo to, co masz na sobie, liczy się najmniej.
Abstrahując zupełnie od głównego wątku, ponoć nawet są strony, które twierdzą, że kobiety powinny nosić tylko sukienki poniżej kolan, z rajstopami i z dekoltem, który broń Boże nie może przekroczyć iluś tam centymetrów, bo to po chrześcijańsku i bo tak. 
Reagując stosownie na taką logikę (doprowadzając do bliskiego kontaktu dłoni z czołem), wróćmy do tematu. Jeżeli ktoś jest wierzący, życie w zgodzie z Bogiem nie ma nic wspólnego z tym, jak się ubieramy. Bo równie dobrze moglibyśmy powiedzieć, że przecież Jezus nie chodził w spodniach i mężczyźni powinni natychmiast porzucić dżinsy i wdziać starożytne szaty, bo to na pewno pogłębi ich wiarę. Chodzi o przestrzeganie wartości chrześcijańskich, miłość do bliźniego. A nie o to, co mamy na sobie. Są różne drogi wyznawania wiary. Podobnie jak wyrażania swojej kobiecości.


(...) zauważyłam kilka zmian, gdy dłużej noszę spódnice.
1. Inaczej traktują mnie mężczyźni. Gdy zakładam spodnie i jestem na spotkaniu, gdzie obecni są również panowie, zachodzi pewna zmiana. Nie jestem traktowana już jak kumpel, ale jak dama. To jest naprawdę miła odmiana. Wtedy już nie wszystko wypada, panowie zważają na słowa. To jest naprawdę miłe być w sukience i wyznaczać standardy zachowania. Tak bywało w dawniejszych czasach i uważam, że powinno to wrócić do łask. 


Jesteśmy teraz przy fragmencie, dla którego piszę tego posta. 
Drogie panie. Jeżeli to, jak traktują nas mężczyźni, ma zależeć od tego, co mamy na sobie, to jest problem. Coś jest nie tak z tym całym równouprawnieniem. 
Mężczyźni niezależnie od tego, czy ich koleżanka ma na sobie spodnie czy spódnicę, powinni zachowywać się zgodnie z jakimiś normami. Bo generalnie w społeczeństwie przyjęło się, że zwracamy się do siebie z szacunkiem i że ,,nie wszystko wypada", niezależnie od płci. To, jak człowiek jest traktowany, powinno zależeć od jego zachowania, a nie od tego, co postanowił włożyć. W dawnych czasach kobieta wyznaczała standardy zachowania, owszem. Na przykład nie można było w jej obecności wymówić słowa ,,nogi", aby nie siać zgorszenia, bo to, co dama ukrywała pod spódnicą, było tematem tabu i panna nie powinna wiedzieć nic o rzeczach poniżej pasa, nawet tego, że je ma.
Oczywiście teraz przytaczam skrajny przykład z pruderyjnej epoki wiktoriańskiej i zdaję sobie sprawę, że pewnie nie o to chodziło autorce tekstu. Główna myśl, jaką staram się tu przekazać, brzmi, że nieważne, jak się ubieramy, czy na oficjalne spotkanie wybierzemy czarne spodnie czy spódnicę, nie powinno wpływać na to, jak się nas traktuje. Czy wpływa? Nie wiem. Jeśli tak, to coś jest nie w porządku. Szacunek obowiązuje zawsze. Zawsze.




2. Już nie wychodzę na uczelnię nieprzygotowana – starannie dobieram ubiór, myślę nad tym, zazwyczaj wieczorem, a nie rano, na ostatnią chwilę. 


Nie rozumiem, w jaki sposób noszenie spodni łączy się z niestarannym dobieraniem ubioru. Jeżeli ktoś przykłada do tego wagę i skrupulatnie planuje stylizacje, to niezależnie od tego, co na siebie wkłada, będzie o to dbał. Proste. Sukienki też można ubierać na ostatnią chwilę (jestem żywym przykładem, chociaż mimo wszystko w większości przypadków planuję ubiór wieczorem), a spodnie często są bardzo eleganckie i stają się elementem oryginalnych stylizacji.


Zważajmy na słowa, pamiętajmy o dobrych manierach. To my wyznaczamy standardy w społeczeństwie i jeśli panowie czasem zachowuję się nie tak, jakbyśmy chciały, to najpierw zwróćmy uwagę na swoje zachowanie.*

Jeżeli panowie zachowują się nie tak, jakbyśmy chciały, najpierw zwróćmy im uwagę, żeby nie zachowywali się jak oszołomy. Po prostu. Jeżeli przeszkadza nam, że ktoś, dajmy na to, cały czas bluzga, to myślę, że powiedzenie mu spokojnie, żeby przestał, ponieważ nam to przeszkadza, przyniesie lepsze skutki niż włożenie sukienki i czekanie na cud. Jeżeli ktoś jest chamem, to będzie chamem, mała szansa, żeby mój ubiór to zmienił. Czy nie lepiej, zamiast przerzucać cały ciężar odpowiedzialności za standardy w społeczeństwie na kobiety i ich spódnice, na przykład, no nie wiem, uczyć chłopców szacunku do płci pięknej?
Powtarzam się, ale muszę to napisać: to, jak jesteśmy ubrane, nie powinno mieć żadnego wpływu na to, jak jesteśmy traktowane. Należy nam się elementarny szacunek, jako ludziom.


 I nie chodzi tutaj o chwalenie się nowymi sukienkami, ale o to, że jesteśmy kobietami i bądźmy kobiece i delikatne.

Uwaga, teraz powiem coś sensacyjnego.
Nie trzeba nosić sukienek, żeby być kobietą.
*tłum zamiera w zadziwieniu*
Swoją drogą, spodnie są często bardzo szykowne i eleganckie, i z powodzeniem zastępują spódnice na oficjalnych okazjach, nie wspominając już o tych mniej oficjalnych. Styl ewoluuje. Spodnie nie są tylko dla mężczyzn. Potrafią być bardzo kobiece, w tradycyjnym tego słowa rozumieniu.

Nie to jest jednak najważniejsze.
To, co najbardziej chcę przekazać i co ciśnie mi się na klawiaturę od początku tego posta, to: kobiecość ma wiele oblicz. Bo czym właściwie jest kobiecość? Postrzegamy to stwierdzenie przez pryzmat standardów naszej kultury: delikatność, łagodność, noszenie sukienek. Nie. Kobiecość jest tym, czym my, kobiety, postanowimy, żeby była, bo to my kształtujemy swoją tożsamość. Nie bądźmy delikatne, jeśli nie chcemy. Bądźmy sobą. Jeżeli lubisz dżinsy i bluzy, super. Jeżeli lubisz długie spódnice, super. Twój ubiór nie sprawia, że jesteś ,,mniej kobietą".
Kobiecość nie musi być delikatna, chociaż naturalnie może. Kobiecość może być silna. Odważna. Harda. Kobiecość może być wyrażana na milion różnych sposobów i milionami różnych stylów. 
I to jest piękne.  


Ktoś może powiedzieć, że szukam problemu tam, gdzie go nie ma. Przecież to zwykły post na jakiejś stronie. Ot, ktoś lubi nosić sukienki i doszukuje się w tym również wartości oraz swego rodzaju misji.
Post ten jednak pokazuje, że wciąż panuje bardzo stereotypowe postrzeganie płci. Że wciąż szufladkujemy kobiecość. Że wciąż zrzucamy brak szacunku do kobiet głównie na same kobiety. I ich sukienki, tudzież ich brak. Nie chcę zmieniać czyjegoś zdania, nie chcę nikogo krytykować. 
Po prostu zastanówmy się, chociaż przez chwilę, czy kobiecość naprawdę musi mieć tylko jedno oblicze. 




Zdjęcia: unsplash
*w tym jednym miejscu zmieniłam kolejność pojawiających się w tekście cytatów, żeby pasowały do mojego ciągu myśli