środa, 13 września 2017

Głębia



 


Zanurzylibyśmy się głęboko
Przez wielki błękit
W ciszę i mrok
Przebilibyśmy gładką taflę
Zanurkowali
Opadli na dno

Tylko ty, ja
I jeszcze wodorosty,
Ryby głębinowe, małże
Kraby i koralowce

Na dnie jest spokojnie
Otuliłaby nas ciemność i cisza
Świat byłby bardzo daleko
Świat w ogóle by nas nie słyszał

Lecz wiedząc, że na górze fala
Gwałtownie się burzy i spiętrza
Wypłynęlibyśmy na powierzchnię

Bo potrzebujemy powietrza. 






***


Wiersz z obozu literackiego. Poezji zwykle nie pisuję, bo nie umiem, więc to próba pierwsza od dłuższego czasu. Jednym z rzuconych w ramach inspiracji haseł była ,,woda", a jako że ten motyw zawsze wydawał mi się szczególnie inspirujący, to słowo stało się oczywistym wyborem. I tak powstał wiersz ,,Głębia".  W pewnym sensie nawet trochę osobisty (ho, ho).  


Zdjęcie: Magdeleine

sobota, 2 września 2017

Rozmaitości #5: Sztuka umie pływać

No.
Dobra.
Powiedzmy to na głos.



Wakacje się kończą!
Powiedziałam to. Łał. Nie zabijajcie mnie.
Przy okazji, niesamowite, że pierwszego dnia września od razu, jak na zawołanie zmieniła się pogoda. Jakby Matka Natura obudziła się rano, podeszła do swojej konsoli w centrum zarządzania przyrodą i przełączyła z ,,trybu letniego" na ,,tryb jesienny" (to było autentycznie moje pierwsze skojarzenie, czy powinnam się martwić?). Chlusnęło deszczem, temperatura spadła, letnie rzeczy powędrowały na dno szafy, do łask wrócił płaszcz, ciepłe skarpety rodem z tumblrowych jesiennych zdjęć i kubki gorącej herbaty (to ostatnie akurat u mnie zawsze jest w łaskach, lubię herbatę).
Dobre wyczucie. Naprawdę.

Tak się składa, że w poniedziałek zaczynam liceum, a moje nastawienie waha się między tremą i stresem a pewną ekscytacją, bo hej, w końcu nowy etap edukacji i coraz bliżej do wieku, w którym jest większość bohaterów książek young adult o wybrańcach! Z pewną nostalgią wspominam, jak w wieku siedmiu lat myślałam, że ci licealiści to są tacy duzi, mądrzy, dorośli i dojrzali.
Och, droga Polu z przeszłości.
Gdybyś wiedziała, jak bardzo się mylisz. 

Wakacje chylą się ku końcowi i mogę stwierdzić z czystym sumieniem, a zarazem wielką radością: to były dobre wakacje. Trochę chłodne, zdecydowanie za krótkie, jednak stanowczo dobre. Jedna z niewielu rzeczy, z których jestem średnio zadowolona, to ilość przeczytanych książek, bo wynosi ona... jedną pozycję. Chyba nigdy nie miałam tak niskiej statystyki, jeżeli będziemy patrzeć na to chłodnym okiem analityka. Owa pozycja to ,,Czterdzieści i cztery", którą mimo świetnego światotwórstwa i ppomysłów, ogromnej wyobraźni i wiedzy autora, zabawy historią i paroma naprawdę dobrymi scenami, wymęczyłam z powodu dłużyzn i zbytniego nagromadzenia wątków, które z powodu swojej mnogości nie zdołały wybrzmieć i wzbudzić odpowiednich emocji. Teoretycznie nie mogę powieści niczego zarzucić, jednak czegoś zabrakło. Jakiejś iskry. Czegoś, co porwie. 
Obecnie jestem za to w połowie ,,Małego życia" i na razie przeżywam tę książkę bardzo.
Wracając jednak do głównego wątku: na koniec chciałam zrobić małe podsumowanie, z lekką nostalgią, bo to już koniec, ale też szerokim uśmiechem, bo było to coś wspaniałego.

Po pierwsze, obóz literacki!
Pisałam o nim szerzej tutaj, więc nie będę się rozwodzić, powiem tylko, że po raz kolejny była to fantastyczna przygoda. Poznałam niesamowitych, naprawdę niesamowitych ludzi, mnóstwo się nauczyłam, nasiąkłam twórczą atmosferą i wróciłam z plikiem tekstów, z których część już się pojawiła (odsyłam do poprzednich wpisów, tudzież do zakładki Opowiadalnia), a część jeszcze się pojawi. Dodajmy do tego gigantyczne pizze, pożeranie czipsów, gadanie do nocy, czytanie swoich tekstów na głos w pokoju, dużo fangirlowania i pozytywnej energii. Świetne przeżycie. 

Po drugie, Włochy!
W tym roku mogłam znowu odwiedzić ten piękny kraj i nacieszyć się średniowiecznymi miasteczkami, starymi domami, urokliwymi podwórkami, fantastycznymi zamkami i innymi zabytkami, toskańskimi lasami, lodami, makaronami, bruschettą ze świeżymi pomidorami i oliwą, złotymi paniami i panami w sklepach z zasłonami z koralików, gdzie ludzie spoza miasteczka są zjawiskiem, a przed kupnem sera zawsze trzeba go spróbować, no i tą świetną atmosferą, którą tworzą Włosi, często tak życzliwi, otwarci, pełni energii, charyzmy, z bardzo zaraźliwymi uśmiechami. Małe tyrolskie miasteczko tonące we mgle, z chłodnym i rześkim powietrzem oraz majestatycznymi Alpami na horyzoncie. Comiesięczny targ staroci w Arezzo, gdzie na ulicach stały stare, pomalowane na niebiesko szafy, stoły z ciemnego drewna, fikuśne żyrandole, stosy pożółkłych książek, wydań National Geographic z lat dwudziestych i czarno-białych pocztówek. Ciasne uliczki małych miasteczek, okna i balkony tonące w kwiatach. Ukryte między drzewami i kwitnącymi na różowo krzewami rzeźby w Ogrodach Boboli we Florencji. Zamek w Poppi, gdzie w pięknej bibliotece zza gablot zerkały wydania ,,Boskiej komedii" z XIV wieku. Napotykane co krok prace Bluba, anonimowego artysty, który w ramach streetartowego projektu ,,L'arte sa nuotare" (,,Sztuka umie pływać") zostawia wszędzie, w miastach i miasteczkach, swoje dzieła przedstawiające znane postacie z obrazów oraz prawdziwej historii, od Mony Lisy, przez Salvadora Dalego, aż do Amy Winehouse, zanurzone pod wodą i w maskach do nurkowania. 
Cytując samego Bluba, z wywiadu, który został z nim/nią przeprowadzony tutaj:  
We can choose to be stuck with fear due to the crisis or we can choose to take it as an opportunity to overcome our limitations while being confidence in the future and in our potential. So, even though it seems like we are all underwater it is time to learn how to swim! 
(Koślawe tłumaczenie: Możemy wybrać strach przed kryzysem albo możemy wybrać potraktowanie tego jak okazję do pokonania naszych ograniczeń, będąc pewnym przyszłości i naszego potencjału. Więc nawet jeśli wydaje się, że wszyscy jesteśmy pod wodą, czas nauczyć się pływać!).
Fantastyczny pobyt, dużo nowych doświadczeń, pięknych miejsc i przeżyć. 

Po trzecie, darmowe koncerty! 
W tym roku trafiłam łącznie na cztery, bo odkryłam i zachwyciłam się tym, ile świetnych rzeczy odbywa się zupełnie za darmo w moim mieście i okolicach. 
O dwóch pierwszych, odbywających się w ramach Open'era i Gdynia Open Stage, pisałam szerzej tutaj - były to kolejno SALK i Lor, dwa moje ukochane polskie zespoły, których muzykę zawsze będę gorąco polecać, bo jest przepiękna. 
Na kolejnym miałam okazję być w sierpniu i był to koncert Julii Pietruchy - kolejnej polskiej artystki, którą uwielbiam. Jej debiutancka płyta ,,Parsley" jest dostępna w całości na YouTubie i polecam bardzo, bardzo mocno. Ta muzyka jest subtelna, delikatna, lekka, czasem poruszająca i ściskająca za serce (jak ,,On My Own" i ,,We Care So Much"), czasem radosna i żywiołowa, nawiązująca do poprzednich dekad (jak ,,Swing Boy" i ,,Ship Of Fools"), zawsze absolutnie ujmująca i czarująca. W ramach Jarmarku św. Dominika odbył się koncert, na który był wstęp wolny i wyszłam absolutnie zachwycona, bo ach, na żywo okazało jeszcze lepiej, niż na płycie, jeszcze bardziej energetycznie, ujmująco i poruszająco. Coś pięknego.



Ostatni zaś darmowy koncert miał miejsce w trakcie Mozartiany - mozartowskiego festiwalu w Gdańsku. Ten punkt programu nazywał się ,,Mozart na folkowo", a aranżacje utworów genialnego kompozytora miał wykonywać szkocki zespół Breabach, który gra tradycyjną szkocką muzykę, a ich ostatni album pełen jest również muzycznych inspiracji z całego świata.
- No, to na początek zagracie coś Mozarta? - zagadnął zespół pan zapowiadający.
- Nie - odpowiedzieli radośnie muzycy.
- Nie? - zdziwił się zapowiadający.
- Zagramy coś z domu - odrzekli z dumą.
I rzeczywiście, pojawiły się góra trzy utwory Mozarta, bo większość stanowił materiał z płyt zespołu. Jednak to w niczym nie przeszkadzało, bo koncert był absolutnie magiczny. Nie zdawałam sobie sprawy, że szkocka muzyka może być tak piękna, tak radosna i żywiołowa, tak smutna i melancholijna. Słuchałam jak zaczarowana. Były dudy, flety, skrzypce, kontrabas, śpiewanie po gaelicku i przez moment nawet stepowanie. Breabach urzekał też taką naturalnością, skromnością i autentycznością. Fantastyczny występ. 


Po czwarte, spotkania ze znajomymi, filmy, długie siedzenie wieczorem, wolność!
Cóż mogę więcej powiedzieć?


Tym, którzy w poniedziałek wędrują do szkoły, ale także tym, którzy edukację mają już za sobą: dobrego roku szkolnego!


PS: Dziękuję za ponad 100 obserwatorów! 
PS2: Dali też umie pływać.



Zdjęcie 1: kaboompics
Zdjęcie 2: własne, można je znaleźć także na moim Instagramie (mam Instagrama!), o tutaj

czwartek, 24 sierpnia 2017

Blokowisko

W sali zajęciowej na obozie literackim zawsze stało parę pokaźnych słoików wypełnionych kolorowymi karteczkami. 
Czasem zmieniały położenie, czasem zmieniały salę, jednak zawsze łypały na nas ze swojego kącika, cierpliwie czekając na swoją kolej. Wreszcie czas nadszedł - słoiki przemieściły się z półki do naszych rąk i wylosowaliśmy pięć karteczek, po jednej z każdego słoika. Każda z nich odpowiadała na inne pytanie. Kto? Kiedy? Gdzie? Co zrobił? Z kim?  
Na podstawie wylosowanych karteczek miał powstać tekst. 
Moje odpowiedzi przedstawiały się następująco:

Kto: niespełniony człowiek 
Kiedy: przed wybudowaniem Lidla
Gdzie: w wypożyczalni filmów
Co zrobił: jabłecznik
Z kim: z szefem mafii

Zestaw wylosowanych karteczek na pierwszy rzut oka wydawał się raczej mało korzystny, ale za to jakie świetne ćwiczenie na kreatywność i elastyczność! Tak powstało ,,Blokowisko". 
A więc tradycyjnie: enjoy!



Blokowisko



Szare bloki wgryzały się w zachmurzone niebo. Otaczały żałosne podwórko zwartym pierścieniem, tak, że człowiek czuł się jak w głębokiej studni. Jak w jakiejś cholernej pułapce.
Zerknąłem do góry. Zaczynało kropić. Otuliłem się szczelniej czarnym płaszczem. Wszystko wokół było szare – szary trzepak na skrawku poszarzałej trawy, szare bloki, szare niebo, szary deszcz, nawet szare powietrze.
Kiedy byłem mały, zawsze powtarzałem sobie, że w końcu się stąd wyrwę. Pojadę do jakiegoś wielkiego, ładnego miasta i już nigdy nie odwrócę się w stronę Blokowiska. Patrzyłem w górę, wyobrażając sobie, jak uciekam, daleko, daleko stąd.
No i co?
Wiatr zawodził monotonnie, gnąc ogołocone drzewa prawie do ziemi. Ktoś zasuwał z siatkami z pobliskiego spożywczego, próbując uciec przed deszczem. Wyblakłe szyldy ogłaszały, że tu znajduje się mięsny, a tu piekarnia, odzież damska i męska, warzywniak. Ktoś wysprejował obraźliwy napis na ścianie rybnego. Blokowisko było ogromne – szare kolosy ciągnęły się jakby w nieskończoność. W oddali kominy kopciły czarnym dymem.
Zanurzyłem się w labirynt jednakowych alejek i ulic. Po mojej lewej mignął wykańczany budynek. Tablica ogłaszała, że niedługo pojawi się tutaj pierwszy na Blokowisku Lidl. Na razie otaczała go klatka rusztowań.
W końcu w oddali zamajaczył stary budynek – czerwone litery układały się w napis „wypożyczalnia”.
Odetchnąłem głęboko i wszedłem do środka.
Zabrzęczał dzwonek. Na wejściu uderzył mnie zapach tytoniu i popcornu.
Wypożyczalnia była niemiłosiernie obskurna. Odrapane regały wypełnione po brzegi pudełkami z płytami DVD, odklejające się listwy, wystrzępione filmowe plakaty, figury z kartonu, które można czasem zobaczyć w kinach. Przy kasie siedział gruby, brodaty facet ćmiący papierosa.
— Coś podać? – rzucił od niechcenia.
Skrzywiłem się.
— Bardzo śmieszne. Gdzie Krzywy?
Uśmiech zszedł mu z twarzy.
— Na zapleczu. Zmień ton, Młody. Nie jest w humorze.
— A kiedy jest? – Wszedłem za ladę i przeszedłem do odrapanych drzwi prowadzących na „zaplecze”.
Za kasą rzeczywiście znajdował się mały pokoik dla pracowników, ale kiedy otworzyło się szafę, ukazywały się kolejne drzwi. Nacisnąłem drugą klamkę. Za szafą mieliśmy małe, brudne mieszkanie z kuchnią, łazienką, rozkładanymi kanapami i ogromną ilością towaru pochowanego po szafkach. Śmierdziało browarem i papierosami, ale wyczuwałem też zapach… cynamonu?
Na kanapie leżał Herbert, naćpany jak cholera. Wpatrywał się we mnie pustym wzrokiem. Antygona siedziała na krześle i czytała jakąś książkę, bębniąc pomalowanymi na czarno paznokciami o okładkę. Na mój widok lekko uniosła brwi, ale nic nie powiedziała. Maryla i Chudy palili papierosy, wlepiając wzrok w mały telewizor. Trzymali się za ręce i co pewien czas uśmiechali się do siebie. Leciały wiadomości. Tylko Romeo machnął mi ręką. Miał rozszerzone źrenice i trochę zbyt szeroki uśmiech.
Z trudem powstrzymałem wzdrygnięcie. W gardle rosła mi ogromna gula. Z jednej strony tak strasznie nienawidziłem tego miejsca, z drugiej teraz stało się praktycznie moim domem. A ta zbieranina ludzi, poetycki po alkoholu Herbert, cyniczna Antygona, zakochani Maryla i Chudy, entuzjastyczny Romeo, byli czymś w rodzaju przyjaciół. O ile można to tak nazwać.
Przeszedłem do kuchni. Zapach cynamonu nasilił się.
Przy blacie stał Krzywy. Stary sukinsyn. Dosypywał czegoś do białej miski. W zlewie piętrzył się stos brudnych naczyń.
— Wejdź – powiedział, nie patrząc na mnie. – Pomożesz mi robić ciasto.
Miał pobliźnioną twarz z kanciastymi, nieregularnymi rysami, której zawdzięczał przezwisko. Zerknął na mnie. Miał wodniste, niebieskie oczy okolone pierwszymi zmarszczkami. Próbowałem zachować kamienną twarz. Nienawidziłem tego przyznawać, ale bałem się go, bałem się jak cholera.
— Ciasto? – powtórzyłem.
— Jabłecznik. Robię dla was. Zamieszaj jabłka.
Miał chłodny, chropowaty głos.
Ciasto. Ciasto dla nas robi. Poczułem, jak dławi mnie wściekłość. To chyba było jeszcze gorsze. Udawanie, że jesteśmy jak jakaś cholerna rodzina.
Zamieszałem jabłka z cynamonem w małym rondelku. Krzywy ugniatał ciasto.
— Jak ci ostatnio idzie?
Zerknąłem na niego nieufnie.
— Dobrze. Znalazłem kilku kupców.
— To świetnie.
Silne, pełne odcisków ręce wciąż ugniatały ciasto.
— Chyba się zaaklimatyzowałeś, Młody.
Nie odpowiedziałem.
— Miałeś z tym na początku problem, ale cieszę się, że jesteś teraz częścią naszej rodziny.
Częścią naszej rodziny. Z trudem powstrzymałem mdłości.
Wystarczył jeden błąd popełniony w wieku szesnastu lat. Jeden zakup towaru w małej saszetce. Jedna ekstaza. Jedno nawiązanie kontaktów. Jedna współpraca z ludźmi z wypożyczalni.
Co z tego, że później przestałem zażywać, skoro okazało się, że wciąż muszę sprzedawać, bo mam mnóstwo długów zaciągniętych u niewłaściwych osób. Krzywy uprzejmie mi wyjaśnił, że oczywiście, mam wybór. Mogę opuścić Blokowisko i pojechać na studia. On  w zamian z radością podzieli się z władzami uczelni moją historią. Ach, a tak nawiasem mówiąc, to wie, gdzie mieszka moja siostra.
Wbiłem wzrok w jabłka. Pachniało intensywnie cynamonem.
— Dobrze się tu czujesz, Młody?
— Tak. – To słowo ledwo przeszło mi przez gardło.
— To teraz twój dom.
— Tak.  – Pogrzebałem łyżką w jabłkowej masie.
— Tak. – Pokiwał głową. – Skoro tak, to bardzo smutne, że chcesz go opuścić.
Podniosłem wzrok.
Krzywy ponownie pokiwał głową ze smutnym uśmiechem. Przestał zagniatać ciasto.
— Kraków – rzucił melancholijnie. – Piękne miasto. I jeden bilet w jedną stronę.
Odskoczyłem, ale byłem za wolny. Krzywy złapał mnie brudną od mąki ręką za włosy i uderzył moją głową o blat. Mroczki zatańczyły mi przed oczami. Próbowałem się wyrywać, ale wtedy uderzyłem czołem w blat jeszcze raz. Znieruchomiałem, oddychając płytko, prawie spazmatycznie. Panika dławiła mnie w gardle.
— Myślałeś, że nie mam ludzi na dworcu? – zapytał Krzywy spokojnie, przyciskając moją twarz do brudnego blatu. Nachylił się lekko. – Co? Myślałeś, że jestem głupi?
— Mam… rodzinę… w Krakowie… — wyrzęziłem.
— Nie pieprz, Młody, bo to aż przykre. Twój bilet już nieaktualny oczywiście. Lubię cię, więc potraktuj to jak ostrzeżenie. Następnym razem twoja droga  siostra może się zdziwić, że tak powiem. – Nachylił się do mnie jeszcze bardziej. – Ale chcę, żebyś coś zrozumiał. Teraz to jest twój dom. Teraz to jest twoja rodzina. A rodziny… – Przysunął się jeszcze bliżej, tak, że czułem jego oddech na twarzy. – … się nie opuszcza.
Zadygotałem.
Puścił mnie. Miałem włosy brudne od mąki i jajka. Mężczyzna otrzepał dłonie. Spuściłem wzrok, ale Krzywy chwycił mnie za brodę i zmusił, żebym na niego spojrzał.
— No, no – rzucił. – Nie ma potrzeby płakać. Wybaczam. – Poklepał mnie po policzku.  – Zdejmij z kuchenki jabłka. Zaraz będziemy wstawiać ciasto do pieca.