niedziela, 1 lipca 2018

10 filmów o miłości

Jeżeli wybrać jeden temat, który najsilniej eksploatują praktycznie wszystkie dziedziny sztuki - to chyba mimo wszystko byłaby to miłość. W bardzo różnych formach, ale z największym upodobaniem ta romantyczna. Bo mimo że czasem wydaje się, że wszystko zostało w tym temacie już powiedziane - to zawsze będzie wzbudzać emocje. 
I zawsze można dodać coś nowego i własnego.
Poniżej więc bardzo subiektywny przegląd filmów o miłości - tych, które uważam za wyjątkowe, tych ulubionych i tych po prostu lubianych; tych, które z jakiegoś powodu wydają mi się warte uwagi i szczególnie mnie poruszyły, czy to główną parą, czy to zachwycającą chemią między bohaterami, czy to opowiadaną historią, pomysłem, realizacją. Wymyśliłam sobie, że nie będzie żadnych komedii romantycznych - nie dlatego, że nie lubię (brytyjskie komedie romantyczne? Jak najbardziej tak), może trochę na przekór. Prawie każda lista filmów o miłości zawiera w sobie jakąś komedię romantyczną. No więc tu nie będzie. 
Zarazem jest to zestaw produkcji tylko o uczuciu romantycznym (o miłości chociażby rodzicielskiej może innym razem) i takim, który w opowiadanej historii gra pierwsze skrzypce. Oczywiście bardzo zachęcam do dzielenia się tytułami i tworzenia bazy w komentarzach - dobrych filmów nigdy za wiele!
Zapraszam więc do ułożenia się wygodnie w wyimaginowanym kinowym fotelu z równie wyimaginowanym (a szkoda) kubełkiem popcornu i zaczynamy seans. Trzy... dwa... jeden...


Kadr z filmu Kochankowie z Księżyca


Cyrulik syberyjski
 (Sibirskiy tsiryulnik)
(1998)

Schyłek XIX wieku. Amerykanka Jane Callahan wyjeżdża do Moskwy, aby pomóc McCrackenowi, ekscentrycznemu konstruktorowi, w uzyskaniu poparcia Wielkiego Księcia dla jego wynalazku - maszyny do wyrębu lasów o wdzięcznej nazwie ,,cyrulik syberyjski". W drodze przez Rosję Jane poznaje grupę niesfornych kadetów ze szkoły oficerskiej - w tym Andrieja Tołstoja. Między młodymi szybko rodzi się wzajemna fascynacja, która przekuwa się w uczucie - przekonają się, jak skomplikowane.
Cyrulik syberyjski przypomina trochę wielką, rosyjską powieść - zrobiony z rozmachem, piękny i melancholijny, to trzygodzinna opowieść o wielkiej miłości, fatalnych błędach i targających namiętnościach. W tle mamy carską Rosję, monumentalną i w pełni chwały, pełną kontrastów i jedynych w swoim rodzaju tradycji, obserwowaną oczami zafascynowanej przybyszki zza oceanu. Film Michałkowa jest rzeczywiście pięknie zrealizowany, podobno to jedna z najdroższych produkcji rosyjskiej kinematografii. Można wytykać, że wszystko jest aż zbyt kolorowe i idealne - nie zmienia to jednak faktu, że realizacja wzbudza podziw, a we wszystkim jest jakaś, co by nie mówić, fascynująca rosyjska dusza.
Pierwsza połowa historii jest utrzymana w lekkim, pogodnym, wręcz żartobliwym tonie - mamy bardzo sympatycznych, fantastycznych bohaterów, dużo wyrazistych sylwetek i humoru. Głównej pary, której uczucie zaczęło się od rozmowy w pociągu i Mozarta, nie da się nie lubić, podobnie całej grupy łobuzerskich kadetów. Historia jest lekka, zabawna, pełna dystansu i wdzięku... przynajmniej do czasu. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, więc napiszę tylko, że w pewnym momencie ton filmu zmienia się na znacznie bardziej dramatyczny. Do głosu dochodzą silne uczucia, losy bohaterów przybierają fatalny obrót i nie jest już tak pogodnie. Można silnie się wzruszyć. Szczególnie przy scenie na dworcu (która jest fantastyczna i bardzo, bardzo poruszająca) mogą zaszklić się oczy. Ujął mnie ten kontrast - mamy bowiem film z jednej strony zabawny i czarujący, z drugiej smutny i ściskający za serce. Całość jest przy tym zaskakująco spójna i zostawia widza trochę oczarowanego, trochę ze złamanym sercem, z całą pewnością jednak gotowego stwierdzić: Mozart był wielkim kompozytorem!

Dzikość serca  
(Wild at Heart)
(1990)

Sailor, młody buntownik i właściciel kurtki z wężowej skóry (która wyraża jego indywidualność i wiarę w wolność jednostki!), po odsiedzeniu wyroku za zabójstwo, może wreszcie wrócić do miłości swojego życia, Luli. Młodzi jednak nie zaznają upragnionego spokoju - muszą uciekać przed płatnymi zabójcami nasłanymi przez matkę dziewczyny. Ścigani, ruszają w podróż samochodem na południe Stanów Zjednoczonych, na swojej drodze spotykając liczne dziwne postacie.
Dzikość serca to zabójczy miks - szalone love story i film drogi, ścieranie się z typowo amerykańskim toposem podróży samochodem przez Stany, a wszystko mocno zanurzone w typowej dla Lyncha dziwności, makabrze i grotesce. Brutalny, okrutny, mroczny, przesycony wulgarną erotyką i makabrą, jest zarazem pełen nawiązań do Czarnoksiężnika z Krainy Oz i przypomina baśniową podróż po dziwnej, strasznej krainie. 
Dzikość serca bywa szalenie brutalny - Lynch z lubością bawi się groteską, nurza się w czarnym humorze, fascynują go deformacje, dziwność, mutacje, perwersje, brzydota. Zarazem jednak, chociaż złe postacie napotykane przez Lulę i Sailora są naprawdę przerażające (Bobby Peru z pończochą na głowie może śnić się po nocach), główni bohaterowie są sportretowani prawie że z czułością (chociaż nie wiem, czy przy twórczości Lyncha to dobre słowo). Kochankowie są młodzi, pełni sprzeciwu wobec zepsutego świata (scena, w której Lula szuka w radiu muzyki, a wciąż trafia na wiadomości o zbrodniach i perwersjach, scena sfinalizowana zresztą frekwencją dzikiego tańca na pustkowiu - odlot) i bardzo, bardzo zakochani.
W Dzikości serca nieprzypadkowo co jakiś czas pojawiają się odwołania do kultowego filmu o Dorotce z Kansas - tak, obłąkana żądzą mordu matka zdecydowanie przypomina Złą Czarownicę z Zachodu, ale także Lula, mimo swojego wyzywającego stylu i sposobu bycia, ma w sobie niewinność i naiwność bohaterki podążającej żółtą ścieżką. Nawet nieco bardziej dojrzały i doświadczony Sailor mimo trudnej przeszłości jest po prostu porządnym facetem, który zrobi wszystko dla swojej dziewczyny. Bo Dzikość serca, pomimo swojej brutalności, odjechanej fabuły, epatowania przemocą, kiczowatej stylistyki i odważnych scen seksu, w czymś jeszcze przypomina Czarnoksiężnika z Krainy Oz - to w gruncie rzeczy baśń, czuła i okrutna, niezwykła i surrealistyczna, śmieszna i przerażająca, skąpana w kiczu, psychodelii i czarnym humorze. A zarazem historia o wielkiej miłości, która wszystko zwycięży. Nawet ten świat, który ma ,,dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy".


Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom  
(Moonrise Kingdom)
(2012)

Suzy Bishop i Sam Shakusky, wrażliwi, zakochani w sobie nastolatkowie, uciekają z domu. Jest lato 1965 roku, a młodzi kochankowie ruszają w niezwykłą wyprawę po Nowej Anglii; wyrusza za nimi ekipa poszukiwawcza, złożona z rodziców dziewczynki, trochę fajtłapowatego policjanta i oddziału skautów z Harcmistrzem Wardem na czele.
W stylistyce Wesa Andersona zakochałam się oglądając Grand Budapest Hotel i Kochankowie z Księżyca są pod tym względem równie zachwycający -  Moonrise Kingdom  wizualnie jest absolutnie prześliczny. Pastelowe kolory, stylistyka retro (rzecz ma miejsce w latach 60), pocztówkowe, malownicze kadry, z których każdy aż prosi się, aby go obramować i powiesić na ścianie - dodajmy do tego fantastyczne kostiumy i scenografię, charakterystyczne rekwizyty (lornetka Suzy, czapka Sama, zabójcze nożyczki dla leworęcznych) i zachwycającą przyrodę Nowej Anglii, wymieszajmy z absurdem i cudowną muzyką - efekt jest absolutnie czarujący. 
Poza warstwą wizualną urzeka sama, pokręcona i dowcipna, historia, czyli opowieść o dziecięcej miłości dwojga indywidualistów - Suzy i Sam są odrzuceni przez otoczenie, nierozumiani przez dorosłych, inteligentni, ekscentryczni i szalenie wrażliwi. Ich uczucie na ekranie jest niesamowicie ujmujące, pierwsze, jeszcze trochę nieporadne, pełne ciekawości, a zarazem tak urocze i ciepłe (a przy tym ani trochę cukierkowe!), że nie da się im nie kibicować. Obserwujemy, jak wędrują po lasach Nowej Anglii z kotem i walizką pełną książek, jak czytają sobie przy ognisku; podglądamy, jak ze śmiertelną powagą wygłaszają deklaracje miłości, kąpią się w zatoce, w absolutnie uroczy sposób naśladują kwestie dorosłych, odkrywają swoją seksualność, rozbijają namiot, tańczą nad brzegiem morza. Anderson traktuje swoich bohaterów z czułością i przymrużeniem oka, ale nigdy z politowaniem, z ciepłym humorem i ironią, ale nigdy z drwiną. Charakterystyczny, bardzo specyficzny zresztą styl i poczucie humoru reżysera odciska się zresztą na całym filmie, bo Moonrise Kingdom to film przesycony inteligentnym, dziwnym dowcipem, nutą czarnego humoru, charakterystycznym, bezpretensjonalnym czarem i masą absurdu. Obsada jest absolutnie wyśmienita, a młodzi aktorzy fenomenalni; pojawia się również i Bruce Willis jako trochę nieporadny policjant, i Frances McDormand (która jakiś czas temu odbierała liczne, zasłużone granty za Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri) jako matka Suzy, Edward Norton w świetnej roli Harcmistrza Warda z entuzjazmem prowadzącego oddział genialnie zagranych skautów (z lekko niepokojącymi tendencjami bojowniczymi), i Tilda Swinton jako budząca grozę Opieka Społeczna - nic tylko oglądać!

La La Land 
(2016)

Film, który narobił sporego zamieszania na zeszłorocznych Oscarach i wzbudził zarówno fale zachwytów, jak i kręcenia nosem, i  pełnych zdumienia ,,no i czym tu się zachwycać?". A ja nieśmiało przyznaję: ja La La Land bardzo, bardzo lubię. Za to, że jest nakręconym współcześnie, ale zrobionym bardzo klasycznie musicalem. Za fantastyczne zdjęcia i kolory, za świetny, dynamiczny montaż, za piękne kadry i śliczne sukienki Emmy Stone. I wreszcie za to, że jest słodko-gorzką, nawet trochę nieoczywistą opowieścią o miłości i marzeniach. 
Mia i Sebastian nie mają dobrego startu - ona, niebędąca w stanie zdobyć roli, chodząca po przesłuchaniach aktorka, wchodzi do przystrojonej świątecznymi światłami restauracji, słysząc niezwykłą muzykę. On, niespełniony jazzowy pianista, podczas grania na żywo ,,do kotleta" zaczyna improwizować (czego robić stanowczo nie powinien). Wybrzmiewają ostatnie tony niezwykłego utworu, muzycznej wirtuozerii i pianista gwałtownie wraca do rzeczywistości. Ludzie wokół pozostają zupełnie obojętni, nawet nie zauważając zmiany podkładu - tylko jedna kobieta stoi w przejściu, głęboko poruszona. Ich spojrzenia się spotykają, ona otwiera usta, po czym... Seb obcesowo przepycha się obok, wiedząc, że ostatecznie stracił pracę. 
Tak zaczyna się opowieść o ich miłości - opowieść dość sztampowa, ale co z tego, skoro tak romantyczna i czarująca. La La Land to historia pełna wyrazistych barw i pięknych, wręcz zachwycających scen - i przesycona magią muzyki i kina. To swoisty hołd dla jazzu, musicalu, zaczarowanego świata filmu oraz niezwykłego Los Angeles, miasta, do którego nawiązuje tytuł - miasta pełnego niezwykłych miejsc, miasta sławy, sukcesu, spełnionych marzeń, ale też gorzkich rozczarowań. To bardzo klasyczna historia o szalonych gonitwach za ambicjami i pragnieniami, o tych głupcach, którzy ośmielają się marzyć, właściwie dość sztampowa. Ale to, co dla mnie ją wyróżnia, to spora dawka luzu i humoru, trochę dystansu, dobre dialogi oraz nutka goryczy, która sprawiają, że nie jest aż tak cukierkowo. Zakochani kłócą się, popełniają błędy, napotykają problemy i przeciwności, nie zawsze im wychodzi; pojawia się dylemat: miłość czy kariera? Podoba mi się to połączenie romantycznych, klasycznie filmowych, baśniowych scen (cała sekwencja w kinie i Planetarium - magia!) z prozą życia. Muzyka jest jak dla mnie obłędna i tak, Emma Stone i Ryan Gosling wokalnie i tanecznie zdecydowanie nie są wybitni (chociaż Audition jest naprawdę dobre), ale nadrabiają fantastyczną grą aktorską i urokiem (i tak się starają! Poważnie, ten entuzjazm aktorów do tej historii jest widoczny i na mnie to działa) - a od strony instrumentalnej soundtrack to majstersztyk. Dużo w tym filmie miłości - miłości do muzyki, nie tylko jazzowej, do kina, do marzycieli i wreszcie miłości między dwoma wariatami z pasją.

Znalezione obrazy dla zapytania tajemnica brokeback mountain
Kadr z filmu Tajemnica Brokeback Mountain

Lekarstwo na miłość
(1966)
A właśnie że będę niemoralna, właśnie, że będę!
Joanna jest architektką, a jej chłopak Janusz właśnie wyjechał. Kobieta, siedząc w domu i pilnując remontu, czeka na telefon od ukochanego, jednak zamiast Janusza cały czas wydzwaniają do niej jacyś dziwni mężczyźni pytający o Honoratę. Poprzez serię telefonicznych pomyłek Joanna zostaje wplątana w aferę kryminalną z fałszerzami w roli głównej, wraz z przyjaciółką Janką na własną rękę rozpoczyna śledztwo i umawia się z jednym z tajemniczych rozmówców pomyłkowych telefonów, Andrzejem (nawiasem mówiąc posiadaczem niemal radiowego głosu).
Takich filmów już się nie kręci. Jestem fanką starego polskiego kina, a komedie z lat sześćdziesiątych, jak Giuseppe w Warszawie czy właśnie Lekarstwo na miłość są dla mnie nieporównywalnie zabawniejsze i znacznie lepiej napisane niż współczesne. Lekarstwo... jest przezabawne, obsadzone świetnymi aktorami (główną rolę gra Kalina Jędrusik, swego czasu polska Marylin Monroe, jej postrzeloną przyjaciółkę Krystyna Sienkiewicz, a głównego amanta Andrzej Łapicki) i niewymuszenie komiczne. To oparta na powieści Chmielewskiej kryminalna komedia omyłek, dowcipna, inteligentnie napisana, ze zgrabną intrygą i barwnymi bohaterami. Postrzelone przyjaciółki na tropie fałszerzy ogląda się z uśmiechem, duet Jędrusik-Sienkiewicz jest przezabawny (Sienkiewicz nawiasem mówiąc jest absolutnie rozbrajająca), a wątek romantyczny odpowiednio angażujący (ostatnia scena! Ach, aż się można rozmarzyć). 
Film nakręcony z sercem, dystansem i klasą. Bardzo lekki, zabawny seans ze starego kina.


Tajemnica Brokeback Mountain 
(Brokeback Mountain)
(2005)

Jack i Ellis spotykają się podczas lata 1963 roku - mają wspólnie wypasać owce na zboczu góry Brokeback. Między mężczyznami rodzi się coś niezwykłego. Wiedzą, że nie mogą być razem, ale siła wzajemnego przyciągania jest zbyt potężna. Lato się kończy, a wraz z nim praca kowbojów na zboczach Brokeback. Ellis i Jack rozstają się. Układają sobie życie, podążają dawno ustaloną ścieżką, próbują zapomnieć. Mijają jednak cztery lata i znowu się spotykają.
Uwielbiam Tajemnicę Brokeback Mountain głównie za to, że to niesamowicie poruszająca historia opowiedziana oszczędnymi środkami. Nie ma tu wielkich słów i gestów, nie ma gwałtownych wybuchów emocji - a mimo to rzeczy, które dzieją się na ekranie, ściskają za gardło. Scena, w której zamkniętym w sobie Ennisem targa niemal fizyczny ból rozłąki, czy scena spotkania po latach robią piorunujące wrażenie. Jake Gyllenhaal i świętej pamięci Heath Ledger zbudowali na ekranie tak niesamowicie wiarygodną i intensywną relację, że ręce same składają się do oklasków. Rzadko widzi się w kinie taką chemię między bohaterami, tak niezwykłe napięcie i intymność. Brokeback Mountain pokazuje, że czasem mniej znaczy więcej - i że kameralna historia, z ludźmi z krwi i kości, wzbudza największe emocje.
Postacie Jacka i Ellisa różnią się od standardowego wizerunku gejów w popkulturze - to klasycznie męscy mężczyźni, kowboje, osadzeni w kulturze macho. To odświeżająca i myślę, że potrzebna zmiana, a konflikt wartości, jaki wprowadza obecność kultury południa USA, nadaje całej historii dodatkowego dramatyzmu. Zarazem bohaterowie są bardzo pełnokrwiści i zwyczajnie ludzcy - czują, boją się, zmieniają, wściekają, są czuli i sfrustrowani, popełniają błędy, ranią innych i siebie nawzajem. Historia opowiada przez Anga Lee trwa dwadzieścia lat, a aktorzy niezwykle udanie odgrywają kolejne etapy życia swoich bohaterów, ich kolejne relacje i emocje. To brawurowe, fantastyczne role, oparte na spojrzeniach i gestach, tak naturalne, że aż zapiera dech w piersiach i chyba jedna z najlepiej przedstawionych więzi w tym zestawieniu.
Tajemnica Brokeback Mountain to niesamowita historia - szorstka i delikatna, mocna i subtelna, bolesna i ściskająca za serce, osadzona w przepięknych sceneriach amerykańskich gór, opowiada o zakazanym uczuciu, tęsknocie i bólu rozłąki; ale też o wielkiej miłości, nie zawsze tylko cudownej, nie zawsze idealnej, ale tak silnej, że jest w stanie przetrwać lata.



Tamte dni, tamte noce 
(Call Me By Your Name)
(2017)

Włochy, lata osiemdziesiąte. Siedemnastoletni Elio spędza wakacje we włoskiej willi ze swoimi rodzicami - matką, tłumaczką i ojcem, profesorem specjalizującym się w kulturze antycznej. Do tego ostatniego na lato przyjeżdża amerykański doktorant Oliver. Początkowa niechęć Elio do nonszalanckiego gościa przekształca się w fascynację, aż wreszcie coraz silniejsze przyciąganie.
Gdybym miała opisać Tamte dni, tamte noce jednym określeniem, byłoby to: szalenie zmysłowy. Akcja rozgrywa się w przepięknych sceneriach północnych Włoch, w siedemnastowiecznej willi niedaleko rzeki: stary dom otacza piękny ogród, sad pełen brzoskwiń, wokół rozrzucone są małe włoskie miasteczka, samochodem można pojechać nad przejrzyście turkusowe morze. To film nakręcony tak sugestywnie, że niemal czuć zapach nagrzanego drewna i źdźbła trawy pod palcami, niemal chce się wyciągnąć rękę, aby dotknąć gładkiego marmuru wyłowionego z morza antycznego posągu. Poza przepięknymi kadrami i zmysłową atmosferą, niemal wymarzoną do pierwszego, wakacyjnego uczucia, obłędny klimat filmu tworzy intelektualna otoczka. W rodzinie Elio rozmawia się o greckich rzeźbach, światowej literaturze i pochodzeniu słowa ,,morela", swobodnie przeplatając trzy języki. Bohaterowie czytają starożytnych filozofów i na żywo tłumaczą niemieckie romanse z siedemnastego wieku, prowadzą erudycyjne dyskusje o sztuce i muzyce. Ta intelektualna atmosfera, a szczególnie obecność kultury antycznej, fantastycznie wpisuje się w fabułę.
Tym razem zaczęłam od realizacji i przepięknej atmosfery, bo jest ona naprawdę wyjątkowa i jest chyba integralną częścią filmu; jednak to, co czyni tę historię naprawdę zmysłową, to relacja między głównymi bohaterami. Timothée Chalamet i Armie Hammer zbudowali fantastyczną chemię, między ich bohaterami aż iskrzy od erotycznego i emocjonalnego napięcia. Ich uczucie na ekranie rozwija się stopniowo i niespiesznie, a Elio i Oliver to pełnokrwiste, nieidealne (przecież Elio, chociaż błyskotliwy i wrażliwy, to w gruncie rzeczy pretensjonalny, egocentryczny, czasem strzelający fochy i arogancki nastolatek, a jego relacja z Oliverem jest tak intensywna, że między bohaterami pojawiają się napięcia), wyraziste postacie. Uwielbiam to, jak bohaterowie odkrywają siebie nawzajem, uwielbiam subtelne eksplorowanie wątków pierwszej miłości, dojrzewania, poznawania własnej cielesności i seksualności, ale też przemijania i godzenia się ze stratą.  To, co liczy się w tej powieści, to przede wszystkim emocje, te wiążące się z pierwszym zakochaniem, pierwszymi gestami, spojrzeniami, pocałunkami, pierwszym razem. To uczucie, kiedy on tak spojrzał. To uczucie, kiedy leżeliśmy obok siebie na trawie. W konstrukcji filmu jest coś z wspomnienia, z przeżywania na nowo magicznego lata.
Tamte dni, tamte noce to dość klasyczna historia wakacyjnego uczucia i odkrywania własnej seksualności: jednak to, co ją wyróżnia, to niesamowita wręcz subtelność i zmysłowość, spokojnie i mądrze prowadzona historia, zapierająca dech w piersiach realizacja, od zachwycających scenerii, do świetnego soundtracku (w tle słychać delikatne, nastrojowe utwory Sufjana Stevensa, które doskonale współgrają z całą historią), świetny drugi plan i wreszcie fantastyczne aktorstwo i chemia głównej pary. Piękny film. Nie tylko wizualnie.

Znalezione obrazy dla zapytania tylko kochankowie przeżyją 
Kadr z filmu Tylko kochankowie przeżyją

Tylko kochankowie przeżyją 
(Only Lovers Left Alive)
(2013)

On, Adam, to niespełniony muzyk dręczony pustką i depresją. Ona, Eve, jest enigmatyczną kobietą z walizką pełną książek. Oboje podróżują i żyją w nocy, unikają światła, potrafią poruszać się szybciej, niż jesteśmy w stanie zauważyć. A w zamrażarce mają lody w intensywnie ciemnoczerwonym kolorze. 
Tak, główni bohaterowie Tylko kochankowie przeżyją są wampirami - i gwarantuję, że to jedno z najbardziej intrygujących przedstawień krwiopijców, jakie widzieliście. Adam i Eve spotykają się po latach, próbując odbudować swój długowieczny związek. Szukają ukojenia i spokoju, targani udręką, zmęczeniem i bólem egzystencji. Gdy jednak do mieszkania Adama w Detroit przyjeżdża młodsza siostra Eve, Ava, sprawy przybierają nieoczekiwany obrót.
Tylko kochankowie przeżyją to film Jima Jarmuscha - i już to trochę go określa. Jeśli ktoś widział chociażby niedawnego Patersona, to wie, jak wolno, wręcz sennie snują się fabuły filmów tego reżysera. Podobnie jest z produkcją z 2013 roku. Akcja jest niespieszna, niemal leniwa. To zarazem jednak historia z absolutnie obłędnym klimatem - industrialne, surowe zabudowania Detroit i nocne uliczki Tangeru łączą się z oniryczną, duszną atmosferą, hipnotyzującą muzyką i gorzką melancholią. Tylko kochankowie przeżyją jest mroczny, senny, powolny, pełen zrezygnowania i podskórnego niepokoju zarazem. Urzeka nietypowe spojrzenie na wampiryzm i samych krwiopijców jako długowiecznych intelektualistów, zmęczonych wiecznością i borykających się z egzystencjalnymi dylematami. Tom Hiddleston i Tilda Swinton jako Adam i Ewa są obłędni - chłodni, zmęczeni, doświadczeni, melancholijni, do tego oboje o nietypowej, androgynicznej urodzie. Nie można od nich oderwać wzroku.  
Film ma także przepiękną oprawę w postaci fantastycznych zdjęć, świetnego montażu (jedna z pierwszych scen, w których kamera kręci się wokół Eve) i wreszcie absolutnie zniewalającej muzyki. Soundtrack jest jakby nie z tego świata i idealnie wpisuje się w klimat całej opowieści. Śpiewane przez Yasmin Hamdan Hal niemal hipnotyzuje. Obłędny, zachwycający w swojej ponurości film.

W jego oczach 
(Hoje eu quero voltar sozinho)
(2014)

Leonardo to niewidomy nastolatek, który spędza lato ze swoją przyjaciółką Giovaną i próbuje uniezależnić się od nadopiekuńczej matki. Rozważa wyjazd na jeden semestr za granicę, dopóki nie poznaje Gabriela - nowego kolegi z klasy, w którym się zakochuje.
Film o niewidomym nastolatku, który do tego odkrywa, że jest gejem? Od razu nasuwa się wizja historii o odrzuceniu, braku akceptacji i nieszczęśliwej miłości. Reżyser, Daniel Ribeiro idzie jednak w innym kierunku - W jego oczach to lekki film młodzieżowy, w którym najwięcej uwagi poświęca się pierwszej miłości, niepewności, dojrzewaniu i zdobywaniu niezależności. Bohaterowie nie muszą zmagać się z odrzuceniem otoczenia i homofobią (trudno mi ocenić, na ile taka wizja społeczeństwa jest prawdziwa, rzeczywiście jednak słyszałam, że Brazylia, w której rozgrywa się akcja filmu, jest tolerancyjna względem osób LGBTQ), nacisk zostaje więc rozłożony w innych miejscach. I to ciekawe rozwiązanie - W jego oczach jest ciepły, empatyczny, bardzo uroczy i porusza uniwersalne kwestie związane z dojrzewaniem. Klasycznie pojawiają się wątki czekania na pierwszy pocałunek, odkrywania swojej seksualności i pierwszego zakochania; porusza się też jednak kwestie takie jak pierwszy bunt, pragnienie niezależności i nadopiekuńczy rodzice, co w przypadku głównego bohatera nabiera dodatkowego znaczenia. W jego oczach pokazuje bowiem także codzienne życie osób niewidomych - trudne sytuacje i niedogodności, reakcje otoczenia, sposób funkcjonowania i odbierania świata. Ujął mnie też wątek przyjaźni głównego bohatera z Giovaną, bardzo fajną, ciepłą postacią. Jeśli chodzi zaś o wiodącą parę, Leonarda i Gabriela, ich relacja rozwija się w odpowiednim tempie, między bohaterami jest fajna chemia i nie da się nie uśmiechnąć, patrząc na powolny rozkwit ich uczucia. Postacie są tak sympatyczne, że nie da się im nie kibicować, czasem niepewne i zmagające się z różnymi emocjami, ale też trzeźwo myślące i posiadające sporą dozę poczucia humoru. W jego oczach jest prosty, uroczy, zabawny, przepełniony czułością i lekką nutą humoru - to przy okazji moje pierwsze spotkanie z brazylijskim kinem i mądry film młodzieżowy. Nic, tylko oglądać.

Wpływ księżyca
(Moonstruck)
(1987)

Trzydziestosiedmioletnia Loretta Castorini jest owdowiałą Włoszką z Brooklynu, która mimo braku miłości przyjmuje oświadczyny nudnego znajomego Johnny'ego Cammareri. Niedługo później narzeczony wyjeżdża do umierającej matki w Palermo, a Loretta ma za zadanie nakłonić jego młodszego brata do przyjścia na ślub. Sprawa nie jest jednak prosta: Ronny, ekscentryczny pracownik piekarni i miłośnik opery, wciąż obwinia brata o utratę ręki i nie chce szukać zgody. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy między Lorettą a młodszym Cammareri dochodzi do spotkania. Cała rzecz rozgrywa się wśród włoskich imigrantów w Nowym Jorku, a księżyc świeci wyjątkowo jasno...
Wpływ księżyca to trochę zabawna, trochę słodko-gorzka historia o miłości i namiętności. Dlaczego mężczyźni uganiają się za kobietami?, pyta różnych mężczyzn Rose, matka Loretty. Każdy ma trochę inną odpowiedź na to pytanie i różne są też ich relacje. Wpływ księżyca ukazuje miłość z kilku perspektyw, a swoich bohaterów portretuje z dużą dozą humoru, ale też empatii. Mamy tu całą gamę wyrazistych postaci - przede wszystkim trzeźwo myślącą, konkretną Lorettę i ekscentrycznego, oderwanego od rzeczywistości Ronny'ego (kocham dwie rzeczy: ciebie i operę!). Kontrast i chemia między tą parą są fenomenalne. Co chyba mało zaskakujące, między dwojgiem pojawia się wzajemne przyciąganie i jest to naprawdę świetna, charyzmatyczna relacja - i zarazem, co naprawdę rzadkie, bardzo udanie przedstawiono tu miłość od pierwszego wejrzenia. Cher i Nicholas Cage są w swoich rolach fantastyczni. Poza tym jednak błyszczy też drugi plan - cała rodzina Loretty, jak i w ogóle całe środowisko włoskich imigrantów została zagrana i napisana bardzo barwnie. Mamy dwa starsze małżeństwa w różnych stadiach swojego związku, mamy starszego, trochę zapomnianego dziadka z gromadą psów, sfrustrowanego nauczyciela. Całość jest czarująca, zabawna, momentami melancholijna i trochę gorzka (zwłaszcza w przypadku wątku rodziców Loretty - sama Rose jest zresztą jedną z moją ulubionych postaci), a przy tym przesycona jakąś taką włoską duszą. Guardate la luna!, krzyczy dziadek do swoich wiernych psów, stojąc nad rzeką i wpatrując się w ogromny księżyc ponad wieżowcami Wielkiego Jabłka.
I zaiste - che bella luna!

niedziela, 3 czerwca 2018

Rozmaitości #7: Gdzie byłam, kiedy mnie nie było

Nie było mnie tu przez pewien czas - i pora napisać, dlaczego!



Ostatnie kilka miesięcy, jak i w ogóle cały rok szkolny, były jakieś szalone (ho ho). Jestem więc dość mocno do tyłu z blogosferą, ale teraz, kiedy część rzeczy się zakończyła, mogę spokojnie nadrobić zaległości - i napisać, co się działo.

Ostatnie miesiące (nawet więcej, pracę szkolną pisałam jesienią) upłynęły mi w dużej mierze pod znakiem Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Mijające pół roku było więc szalenie intensywne, wypełnione czytaniem i pisaniem, stresem i entuzjazmem, zmęczeniem i ekscytacją, językiem polskim i literaturą. I teraz, po odpowiednio głębokim wdechu i z lekkim opóźnieniem, bo miesiąc po poznaniu wyników, mogę to napisać - uzyskałam tytuł laureata. Chyba dopiero niedawno w pełni to do mnie dotarło.

Jeżeli jesteście w szkole średniej i wahacie się, czy wziąć udział w olimpiadzie przedmiotowej - próbujcie.Dla mnie było to świetne przeżycie, a niezależnie od tego, do którego etapu się dojdzie, to zawsze niesamowicie rozwija. W przypadku olimpiady polonistycznej sam pierwszy etap, czyli pisanie pracy na wybrany z puli temat, uczy naprawdę dużo. I to zresztą było dla mnie chyba najbardziej cenne - w końcu miałam poczucie, że uczę się tego, co mnie naprawdę interesuje. Na etap szkolny pisałam pracę o kulinariach w literaturze XIX i XX wieku. Na okręgowym opowiadałam między innymi o środkach językowych w poezji Emily Dickinson. Na centralnym mówiłam o Charlesie Baudelairze i Virginii Woolf, pisałam o Poświatowskiej. Na ustny opracowywałam tematy o etykiecie językowej i miastach w literaturze realistycznej, naturalistycznej i modernistycznej - to był chyba zresztą najbardziej rozwijający etap przygotowań. W ramach tematu o miastach z pomocą polonisty wymyśliłam sobie Paryż Baudelaire'a i Prusa oraz Petersburg Dostojewskiego i Toporowa (studia Toporowa o mieście to jest jakiś obłęd nawiasem mówiąc - w połowie pierwszego traktatu miałam wrażenie, że przegrzewają mi się zwoje, ale to jest naprawdę, naprawdę genialne) jako rdzeń wypowiedzi, z dodatkowymi elementami i kontekstami (Norwid, Woolf). Było ekstra.

Widać tendencję do pewnego okresu i tak, rzeczywiście praktycznie całą olimpiadę (poza wspomnieniem o późnośredniowiecznym Villonie i jego ,,grubey Małgośce") zgłębiałam XIX i XX wiek. Te dwa stulecia pod względem kultury i literatury to taki mój trochę konik; od jakiegoś czasu czytam sporo rzeczy z tego okresu, a od jakichś dwóch lat amatorsko zgłębiam kulturę materialną XIX wieku  (moda, kuchnia, obyczajowość i tym podobne). Czytanie opracowań o kuchni polskiej w czasach ,,Pana Tadeusza", eseju o poezji Dickinson, analizy toposu miasta czy ,,Zbrodni i kary" było dla mnie po prostu realizowaniem pasji. To wszystko jest zresztą tak niesamowicie ciekawe! Zgłębianie tego to, że tak polecę patosem, czysta poznawcza rozkosz i nie wiem, jak wygląda to na innych olimpiadach, ale podejrzewam, że podobnie - jeżeli to Wasza dziedzina, przygotowania będą Was po prostu jarać.

Udało mi się też poznać naprawdę świetnych ludzi, paru z nich naprawdę mocno zafiksowanych na punkcie humanistyki. Ktoś pasjonuje się barokiem, ktoś uczy się pięciu języków obcych, ktoś namiętnie czyta Kołakowskiego. Uczestnicy etapu centralnego z mojego okręgu (olimpiadę organizuje Komitet Główny w Warszawie oraz Komitety Okręgowe, znajdujące się np. w Gdańsku, Krakowie, Białymstoku i tak dalej. Komitet Okręgowy przeprowadza etapy szkolne i okręgowe w swoim okręgu. Tyle słowa ,,okręg" w jednym zdaniu) są świetnymi ludźmi, z niesamowitymi pasjami, ale też dużym poczuciem humoru, luzem i dystansem, i cieszę się, że mogłam spędzić z nimi te kilka dni w Warszawie. Niesamowici są też uczestnicy spoza Polski, bo tacy także biorą udział w olimpiadzie - pochodzą z Litwy, Białorusi, Ukrainy, Francji. To nie zawsze są osoby polskiego pochodzenia. Jedna z dziewczyn opowiadała mi o poznanej Ukraince, która od dwóch lat, sama z siebie, uczy się naszego języka, żeby studiować w Polsce. Od dwóch lat. I jest w stanie czytać i pisać o Kochanowskim albo Norwidzie. Czapki z głów. Ja z kolei miałam okazję krótko rozmawiać z dziewczyną z Francji, która opowiadała nam, że ich grupa jedzie na zwiedzanie Warszawy. Niesamowicie podekscytowana, podzieliła się z nami nadzieją, że zobaczy bodajże kamienicę Wokulskiego. ,,No wiecie, z Lalki!".

Potrzebowałam jakiegoś miesiąca, żeby po tym wszystkim ochłonąć - bo pewnie, ekscytacja, radość, fascynujące lektury, ale to były także dni, tygodnie, miesiące ciężkiej pracy, stresu i pośpiechu (bo centralny za dwa dni, a ja mam dwa opracowania do przerobienia i jestem w połowie ,,Zbrodni i kary", juhu). Ale warto było. Bo to naprawdę cenne i świetne doświadczenie.

I oto jestem.

Poza tym miałam też garść innych doświadczeń. Obejrzałam sporo naprawdę dobrych filmów i podejrzewam, że długo nie wytrzymam i o nich napiszę. Mam okazję uczestniczyć w pewnym dość sporym i inspirującym projekcie. Byłam w Lublinie. Zebrałam się na odwagę i mimo początkowych wątpliwości, pojechałam na pięciodniowy wyjazd na żagle - spędziłam pięć dni na łódce z ośmioma innymi osobami, pływając po Mazurach. To był mój pierwszy raz i cholibka, co za przeżycie. Na początku byłam trochę przerażona, bo wszyscy wykrzykiwali jakieś obce słowa (,,prawy szot foka luz!", ,,luzuj lazy jacki!", ,,topenanta w górę!") i nie wiedziałam co się dzieje, ale po podpatrywaniu i wypytywaniu orientowałam się już w miarę w żargonie i komendach. Czwartego dnia nawet sterowałam i chociaż trochę płynęliśmy zygzakiem, to później nawet jakoś szło - a przeżycie jest niesamowite. Kierujesz całą łódką, obserwujesz kierunek wiatru i sytuację na jeziorze, rozwiane włosy wpadają ci do ust, wokół szarozielona woda. Nawet, kiedy jest się niepewnym i niedoświadczonym sternikiem - poczucie wolności, otwartego horyzontu, niezależności jest niemal upajające. Generalnie żeglowanie wydaje mi się właśnie takim połączeniem zachłyśnięcia się tym uczuciem z ciągłym analizowaniem sytuacji i skupieniem. Pływaliśmy po mazurskich jeziorach, sami sobie gotowaliśmy, wieczorami siadaliśmy przy ognisku rozpalonym w porcie i śpiewaliśmy z innymi łódkami. A jeszcze parę dni po wyjeździe ku własnemu zdziwieniu odkryłam, że jakoś dziwnie brakuje mi tego bujania.

W ramach szkolnego wyjazdu miałam też okazję być na maratonie teatralnym w Europejskim Ośrodku Praktyk Teatralnych w Gardzienicach i powiem tylko: jedźcie do Gardzienic. Występują tylko parę razy w roku i naprawdę, naprawdę jest to wyjątkowe wydarzenie. Widziałam dwa spektakle, ,,Ifigenię w A..." oraz ,,Wesele". Aż trudno ubrać mi moje odczucia w słowa - obie te sztuki, ale dla mnie osobiście szczególnie ,,Ifigenia..." , były tak ogromnym przeżyciem, tak elektryzującym, poruszającym i hipnotyzującym, że cały wieczór dochodziłam do siebie. A gdy później poszłam do ,,klasycznego" teatru, nie byłam w stanie powstrzymać rozczarowania i poczucia pustki. Ośrodek w Gardzienicach powstał w latach siedemdziesiątych, w ramach swoistej ,,ucieczki od cywilizacji". Aktorzy wymieniali się doświadczeniami z miejscową ludnością, w zamian za występy prosili o dzielenie się pamiętanymi z dzieciństwa pieśniami, tańcami, opowieściami. Jest to więc typ teatru eksperymentalnego, a od dwóch dekad skupia się na powrocie do samych korzeni teatru - aż do starożytnej Grecji. Niewiele osób wie, że antyczne sztuki opierały się w ogromnej mierze na śpiewie i tańcu - współczesne, mówione adaptacje często więc mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Aktorzy w Gardzienicach rekonstruują grecką muzykę, odtwarzają taniec na bazie greckich waz, bawią się dysonansami, które tak ukochali sobie starożytni, ich sztuki są wypełnione hipnotyzującym, niezwykłym śpiewem i tańcem. Język ciała jest integralną częścią sztuki, aktor odgrywa nim równoległą do wyrażanej werbalnie historii. Gra aktorska to zresztą majstersztyk, zarówno od strony technicznej (ta dykcja, te wokale, te ruchy!), jak i przede wszystkim emocjonalnej. To eksplorowanie bogactwa ludzkich uczuć, dramatów, tragedii, kobiecości, męskości, macierzyństwa, miłości, ojcostwa, szaleństwa jest porywające. Każdy odbiera te sztuki inaczej, ale jedno jest pewne - ładunek emocjonalny jest ogromny. Ciarki utrzymują się długo po spektaklu, człowiek jest kompletnie oszołomiony i zelektryzowany. Sztuki są stosunkowo krótkie, energetyczne, rozśpiewane, hipnotyzujące, wyraziste, dziwaczne, a zarazem poruszają uniwersalne, głęboko ludzkie kwestie. Zarówno starogrecka, bazująca na dramacie Eurypidesa ,,Ifigenia w A...", jak i  polskie, kolorowe ,,Wesele" wywołują silne emocje. Trudno mi opisać te spektakle, to naprawdę trzeba zobaczyć. Więc jeżeli będziecie mieli możliwość czy okazję - jedźcie koniecznie.

Co do planów - teraz, kiedy wypadłam z wiru olimpiady, wyjazdów i poolimpiadowych zaległości, może w końcu uda mi się opublikować posta, którego piszę od kilku miesięcy. Miałam go opublikować w lutym. W lutym.
Pozostawiam więc tę dozę niepewności i zakańczam Tomem Rosenthalem (od jakiegoś czasu słucham go pasjami, polecam bardzo bardzo).
Do miłego!


 




Zdjęcie: unsplash

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Lizzie Bennet też ma vloga, czyli filmy i seriale na YouTubie

Zaczęło się od posta o serialach internetowych w niestety zawieszonej/zamkniętej już Norze Anny Marii - i później już poszło. Nagle otworzył się przede mną cały świat seriali i filmów na YouTubie - z odcinkami trwającymi po kilka minut albo półgodzinnych produkcji, tworzonych przez profesjonalne grupy filmowe, amatorów, pasjonatów, miłośników literatury. Wspominam tych ostatnich, bo szczególne miejsce w moim sercu mają tak zwane literary web series - literackie seriale internetowe, zwykle adaptujące klasyczne powieści i dramaty w rodzaju ,,Dumy i uprzedzenia", ,,Emmy", ,,Wiele hałasu o nic" czy ,,Ani z Zielonego Wzgórza" oraz przenoszące je do współczesności, bądź też wykorzystujące postacie prawdziwych pisarzy. W Internecie jest cudowny zakątek dla ludzi zakochanych w klasycznej literaturze i są nim właśnie literary web series.
Poza tym każdy znajdzie coś dla siebie - kryminał noir, serial kostiumowy, fantasy, musical, parodia. Jest wielu pasjonatów, którzy tworzą seriale i filmy krótkometrażowe, wykorzystując YouTube'a jako środek przekazu, a do tego często bawiąc się formą vlogów i mediów społecznościowych. Moja lista non stop się powiększa - jest jeszcze dużo rzeczy, o których chciałabym napisać i jeszcze więcej, które chciałabym obejrzeć! Dziś więc tylko ułamek - a niedługo, mam nadzieję, więcej tytułów.
Zanurzmy się więc w świat youtubowego kontentu! Zacznijmy od klasyki...


The Lizzie Bennet Diaries 
(Pemberley Digital) 


Znalezione obrazy dla zapytania the lizzie bennet diaries 


O The Lizzie Bennet Diaries wspominałam wielokrotnie, zaklinając, że na pewno ,,niedługo o tym napiszę" (to magiczne zdanie, a jego magia polega na tym, że im częściej je powtarzasz, tym mniejszą ma szansę się ziścić). Ostatecznie post nigdy nie powstał, co jest ogromnym skandalem, bo LBD to serial pod każdym względem wspaniały. To zarazem chyba najbardziej ,,klasyczny" literary web series i pierwszy, który zdobył nagrodę Emmy.

Lizzie Bennet to zadłużona studentka komunikacji uwielbiająca ,,deszcz, klasyczne powieści i wszystkie filmy z Colinem Firthem" (!). Wciąż żyje z rodzicami i dwiema siostrami - praktycznie idealną Jane i problematyczną Lydią. Jej kanał na YouTubie to swoisty video blog o jej życiu - w jej filmikach przewijają się matka z obsesją na punkcie zamążpójścia córek, najlepsza przyjaciółka Charlotte (która pomaga jej w tworzeniu filmów), obie siostry, kuzynka Mary, nowy bogaty sąsiad i atrakcyjny student medycyny Bing Lee (!) i pewien irytujący, bogaty arogant nazwiskiem Darcy.

Części osób ten opis na pewno wydaje się znajomy - tak, Lizzie Bennet Diaries to uwspółcześniona adaptacja Dumy i uprzedzenia Jane Austen, powieści z przełomu XVIII i XIX wieku. I jedna z moich ukochanych adaptacji w ogóle. Ten podpunkt można by nazwać właściwie ,,10 powodów, aby kochać Lizzie Bennet Diaries", bo serial darzę ogromną miłością z bardzo wielu powodów. Po pierwsze, uwielbiam Dumę i uprzedzenie. A twórcy, Hank Green i Bernie Su, ewidentnie uwielbiają ją również! Widać w tej produkcji masę pasji i entuzjazmu, i dużo szacunku do oryginału; jasne, jest trochę zmian, jak chociażby w liczbie sióstr Bennet (z pięciu zredukowana do trzech - Mary pojawia się jako kuzynka i ma dość istotną rolę w fabule, a Kitty występuje jako... kociak należący do rodziny) oraz oczywiście związanych z przeniesieniem historii sprzed dwóch stuleci do współczesności. Przeniesienie to jednak jest czymś absolutnie genialnym i uwielbiam to, jak twórcy przekształcili poszczególne elementy historii.

Powieść Austen, autorki często niesłusznie, och, tak bardzo niesłusznie dyskredytowanej jako twórczyni ,,romansów dla pensjonarek", dla mnie jest przede wszystkim znakomitą powieścią obyczajową, błyskotliwym portretem ówczesnej klasy średniej i arystokracji z subtelnym ironicznym humorem i elementami społecznej satyry, przykładem ciętego dowcipu, mistrzostwa w budowaniu dialogów i kreowaniu postaci; wreszcie na wskroś współczesną historią o dwojgu ludzi, którzy mimo różnic i początkowej niechęci budują dojrzały, świadomy związek. Dzisiaj wydaje się oczywiste. Pod koniec XVIII wieku? Dość nowatorskie. Tę obyczajowo-społeczną stronę powieści doceniają i ukazują twórcy Lizzie Bennet Diaries, fantastycznie przenosząc ją na współczesność. W dzisiejszym zachodnim społeczeństwie szybkie małżeństwo z bogatym mężczyzną nie jest aż tak dręczącą i ważną kwestią dla młodych kobiet jak dwieście lat temu - ale kariera, problemy absolwentów uniwersytetów z pracą i trudny wybór między realnym zatrudnieniem a marzeniami już zdecydowanie tak. Pojawiają się tematy rodziny, uprzedzeń, prywatności, Internetu i nowych środków komunikacji, nowych mediów, wciąż istniejących podziałów społecznych, łatwego oceniania ludzi, nieświadomego ranienia bliskich, toksycznych związków, niełatwych relacji. Uwielbiam przeniesienie szczególnie trudnych do uwspółcześnienia elementów z powieści, bo zostały rozwiązane mistrzowsko - scena z oświadczynami pana Collinsa (!!!), wątek Charlotte, czy wreszcie postać Lydii są niesamowicie kreatywne i błyskotliwe. Postać Lydii to zresztą jeden z powodów, dla którego kocham ten serial - uwielbiam rozwinięcie jej wątku i stworzenie z płytkiej i głupiutkiej bohaterki pełnokrwistej i bardzo dramatycznej postaci. Dopóki nie obejrzałam serialu, nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś napiszę to zdanie: płakałam na scenie z Lydią Bennet. Autentycznie płakałam z powodu Lydii Bennet.

LBD różni się od innych adaptacji właśnie tym skupieniem na motywach obyczajowych - większość ekranizacji zdecydowanie koncentruje się na samym wątków miłosnym, te pozostałe często traktując jako wdzięczny dodatek. Tutaj Darcy we własnej osobie pojawia się w 60 odcinku (i zdecydowanie warto czekać!). Oczywiście, wątki romantyczne są tu niesamowicie istotne, a do tego cudownie urocze i... no cóż. Bardzo romantyczne. Chemia między bohaterami jest świetna, relacje nieoczywiste i, tak jak w życiu, skomplikowane i niełatwe; do tego otrzymujemy masę nienachalnej słodyczy, cudownie romantyczne sceny i dwie fantastyczne pary, którym nie da się nie kibicować - wątek, a raczej wątki miłosne są więc poprowadzone świetnie. Ale zarazem nie są to wcale wątki dominujące i nie pochłaniają całej uwagi. LBD skupia się na kwestiach rodziny, przyjaźni, relacji Lizzie z siostrami i Charlotte, czyniąc je równorzędnymi - uwielbiam ukazanie trudnej, ale silnej siostrzanej więzi i fantastycznej, wiernej kobiecej przyjaźni. I to jest coś, co ten serial bardzo wyróżnia.

Do tego aktorzy są absolutnie fenomenalni - Ashley Clements jest jakby stworzona do roli Elizabeth Bennet, ironiczna, zabawna, popełniająca błędy, Laura Spencer (Jane) idealnie kochana i przeurocza (a przy tym w ogóle nieprzesłodzona!), a Mary Kate Wiles (Lydia) ma niesamowitą charyzmę i świetnie prowadzi swoją postać. Charlotte w wykonaniu Julii Cho to fantastyczna, lojalna, inteligentna i praktyczna dziewczyna. Bing Lee (grany przez Christophera Seana) jest idealnie kochany i słodki, pan Collins (Maxwell Glick) jest po prostu panem Collinsem, a Darcy... a Darcy to Darcy. Daniel Vincent Gordh idealnie pasuje mi do wyobrażeń o współczesnym właścicielu Pemberley. Iluzję naturalności poza absolutnie genialną grą aktorską podtrzymuje formuła vlogów (chociaż momentami nieco naciągana - twórcy usiłują wyjaśnić obecność kamery przy wielu wydarzeniach i raz wychodzi im to zgrabnie, innym razem trochę mniej) - istnieje kilka kanałów na YouTubie poszczególnych postaci (jeden z nich jest wręcz kluczowy dla fabuły), Lizzie odpowiedziała na kilka pytań w Q&A, a praktycznie każdy bohater ma swoje konta w mediach społecznościowych (co przy późniejszych literackich serialach internetowych stało się dość powszechne).

The Lizzie Bennet Diaries ma wszystkie cechy dobrego serialu - jest świeży, zabawny, błyskotliwy, napakowany masą ciętego dowcipu, ciepła, humoru i nawiązań do popkultury, świetnie napisany, miejscami komiczny, miejscami dramatyczny, romantyczny, życiowo mądry. A zarazem niesamowicie pokazuje uniwersalność adaptowanej powieści, która poza zmianami wiążącymi się z uwspółcześnieniem pozostała prawie dosłownie żywcem przeniesiona na ekran - bo mogą zmieniać się kostiumy, rekwizyty, niektóre motywy postępowań. Ludzie, ich historie i błędy pozostają zatrważająco podobne.

Za The Lizzie Bennet Diaries stoi Pemberley Digital, firma zajmująca się produkcją seriali internetowych na podstawie klasycznych powieści. Obok Dumy i uprzedzenia mamy więc adaptacje Sanditon (Welcome to Sanditon), Emmy (Emma approved), a spoza dorobku Jane Austen także Małych kobietek (The March Family Letters) i Frankensteina (Frankenstein, MD).







Shipwrecked ComedyZnalezione obrazy dla zapytania shipwrecked comedy

Shipwrecked Comedy to amerykańska grupa filmowa tworząca ,,komediowe historyczne literackie treści" - a więc seriale internetowe, filmy krótkometrażowe, czy vlogi z życia dziewiętnastowiecznych pisarzy i postaci literackich. Ekipę tworzy rodzeństwo Sean i Sinead Persaud (zajmują się scenariuszami), Sarah Grace Hart oraz Mary Kate Wiles (czyli Lydia z The Lizzie Bennet Diaries!) i tworzą absolutne cudeńka. Twórcy ewidentnie są zakochani w dziewiętnastowiecznej literaturze, stylistyce retro i starym kinie i te inspiracje bardzo silnie widać w tych produkcjach - klimat ich filmów jest obłędny. Do tego wszystko tonie w absurdzie, nawiązaniach i specyficznym poczuciu humoru.

O jednej z produkcji Shipwrecked już pisałam - to Edgar Allan Poe's Murder Mystery Dinner Party czyli jedenastoodcinkowy serial z wdziękiem łączący komedię, zbrodnię, sporo literackich nawiązań i znanych pisarzy. Edgar Allan Poe wraz ze swoją współlokatorką Lenore organizuje wielką kolację połączoną z grą kryminalną. Na literacką imprezę zaprasza prawie samych kolegów i koleżanki po fachu - na liście gości są więc takie nazwiska jak Oscar Wilde, Charlotte Brontë, Ernest Hemingway, Fiodor Dostojewski, Louisa May Alcott czy George Elliot; do tego dochodzi jeszcze gość specjalny - piękna Annabel Lee. Kolacja zapowiada się więc całkiem ekscytująco, a na pewno emocjonująco. Gdyby tylko nie ten niespodziewany trup... 
Więcej o serialu pisałam tutaj, zapraszam, zachęcam, autopromocja nie hańbi.

Edgar Allan Poe's... poprzedza A Tell Tale Vlog - miniserial w formie video bloga ukazującego proces twórczy Edgara oraz (nie)życie Lenore, ducha nawiedzającego jego dom. Z krótkich form dorobku Shipwrecked mamy też parę filmowych szortów (wykorzystującymi między innymi postać z Dziwnych losów Jane Eyre czy Emily Dickinson, którą ja kocham bardzo, bardzo), i Kissing in the Rain - krótki serial ukazujący scenki z życia pary aktorów, którzy jakoś często razem grają zakochanych - i dużo całują się w deszczu. Produkcja śledzi powolny proces przekonywania się do siebie dwóch filmowych par również poza planem i jest przeurocza - jeden odcinek trwa od minuty do dwóch, więc warto zaparzyć sobie herbatę i na parę minut zanurzyć się w magię kina oraz poodkrywać oblicza miłości w różnych sceneriach.

Najnowsze, bo sprzed paru miesięcy, cudeńko to The Case of the Gilded Lily - około czterdziestomnutowy komediowy kryminał noir, który jest swoistą parodią filmów z lat 30 i 40. Czego tam nie ma: nieco zgorzkniały, introwertyczny detektyw, dociekliwa reporterka, złota era Hollywood, sekrety największych gwiazd, aktorzy, piosenkarki w długich błyszczących sukniach, bar z muzyką na żywo, głos z offu, dużo papierosów. Delikatnie wyśmiewa się tam i celowo przerysowuje schematy z kryminałów noir, jednak bez kpiny, raczej z miłością i podziwem, igra z motywami i przyzwyczajeniami. Jeżeli ktoś ma ochotę na lekką, trochę absurdalną, zabawną historię z sympatycznymi bohaterami i scenerią retro, to The Case of the Gilded Lily jest idealnym wyborem. Ja bawiłam się przednio, a klimat jest obłędny. Po seansie pozostaje spory niedosyt, a że zakończenie pozostawia otwartą furtkę, mam nadzieję, że detektyw Ford Phillips wraz z nad wyraz gadatliwą Fig Wineshine jeszcze ruszą do akcji.

Każda produkcja Shipwrecked to mała perełka - dopracowana, pełna pasji, zaangażowania i miłości. Chyba szczególnie widać to w Edgar Allan Poe's Murder Mystery Dinner Party i The Case of the Gilded Lily, bo to dwa największe projekty tej grupy, zarówno pod względem długości jak i realizacji. Mamy grupę fantastycznych aktorów, w przypadku filmu piękne czarno-białe zdjęcia, a do tego specjalnie skomponowaną muzykę (w obu produkcjach jest fantastyczna! Czasem specjalnie włączam sobie czołówkę do Poe Party albo cały soundtrack, a do The Case of the Gilded Lily poza świetnym głównym motywem muzycznym powstała nawet specjalna piosenka śpiewana przez Mary Kate Wiles, A Change of Scene) i dużo, dużo absurdalnego poczucia humoru.


Seriale gatunkowe

Podobny obraz

Poza rejonami literatury na YouTubie warto wypuścić się też na inne wody - chociażby musicalowe. Projekt o którym mówię, Muzzled the Musical (Will Save Productions) doczekał się niestety tylko trzech odcinków. Szkoda, bo projekt zapowiadał się dość intrygująco i te powstałe odcinki warto obejrzeć, zwłaszcza jeśli lubi się chociażby bajki Disneya. Rzecz rozgrywa się w świecie, w którym społeczeństwo podzieliło się na księżniczki i książęta, ,,tych dobrych" oraz ,,tych złych", czyli największych baśniowych bandziorów - ,,blackhearts" po przegranej wojnie za karę pozbawieni zostają możliwości śpiewania: a w tym świecie muzyka to największa broń...
Muzzled the Musical to serial miksujący muzykę, humor, zabawę baśniami i a'la disneyowskimi motywami. Mamy główną bohaterkę, Malfalię, która mimo bycia córką jednej z największych ,,złych" w królestwie marzy o śpiewaniu i poznaniu księżniczek, same księżniczki, które są bogatymi wrednymi dziewczynami; mamy paru barwnych i sympatycznych bohaterów oraz liczne pojedynki wokalne. Podoba mi się pomysł na muzykę jako broń i największą magię - muzyczna strona zresztą jest więcej niż satysfakcjonująca, bo aktorzy wokalnie zdecydowanie dają radę, a niektóre kompozycje niesamowicie wpadają w ucho. Efekty specjalne zdecydowanie nie są profesjonalne, ale trzeba pamiętać o ograniczonym budżecie tego typu produkcji. No i pojawia się parę znajomych twarzy z Lizzie Bennet Diaries! Ashley Clements jest świetna jako najbardziej rozpieszczona i okrutna z księżniczek, a Mary Kate Wiles po raz kolejny pokazuje, że potrafi wcielać się w naprawdę różne role, bo każda jej postać jest zupełnie inna. Poza tym kto by pomyślał, że Lydia i pan Collins (tak, on też tu gra!) tak dobrze będą się dogadywać w innym świecie. 

Kolejna produkcja to propozycja fantasy od Mythica Entartainment - Ren: The Girl with the Mark to dość klasyczna gatunkowa opowieść o magii, społeczeństwie rządzonym przez tyrana, zakazanej mocy i pewnej niezwykłej dziewczynie, niepasującej do standardów swojej wioski. To co robi zdecydowanie robi wrażenie, to świetna jak na tak niewielką produkcję realizacja - przepiękne scenerie, kostiumy, zdjęcia, całkiem niezłe efekty specjalne. Sama historia może nie jest szczególnie odkrywcza, ale też nie musi być - jest przede wszystkim urzekająca i nieźle zrobiona, a przez swoje pięć odcinków wciąga i trzyma w napięciu. Podoba mi się, jak zbudowane są relacje między bohaterami, podoba mi się postać Ren, wrażliwej i dzielnej dziewczyny niepasującej do niewielkiej społeczności, podobają mi się przepiękne krajobrazy, muzyka, historia, która zdecydowanie angażuje i wzbudza zainteresowanie. Do tego wszyscy bohaterowie mówią z nienagannym brytyjskim akcentem. Warte obejrzenia.


Czekam na

Andersen High Chronicles (The Late Night Thinkers) - anglojęzyczny literary web series tworzony przez trzy dziewczyny z Polski, tym razem bawiący się motywami z klasycznych baśni, a zwłaszcza Królowej Śniegu. Bohaterami będą uczniowie szkoły Andersen High, formuła to vlogi poszczególnych postaci. Obecnie trwają prace nad scenariuszem, niedługo mają zacząć się poszukiwania pierwszych aktorów, a już teraz można zajrzeć na instagramowe konto jednej z postaci o wymownym nazwisku Bianca White. Niedługo mają ruszyć przesłuchania. W projekcie uczestniczą dwie moje koleżanki i bardzo na ten serial czekam. Uwielbiam retellingi baśni, uwielbiam ich uwspółcześnione wersje i uwielbiam literary web series.  Obecnie trwają jeszcze prace nad krótkim filmem Play pretend. Warte uwagi.







Zdjęcie 1: kadr z The Lizzie Bennet Diaries
Zdjęcie 2: kadr z The Case of the Gilded Lily
Zdjęcie 3: Melbourne WestFest