piątek, 23 września 2016

Chciejlista książkowych adaptacji (TAG)

Książka to nie jedyna forma przedstawiania fascynujących opowieści. Jedna historia może zostać opowiedziana za pomocą różnych form sztuki. Film, komiks, musical... dla większości fanów czystą przyjemnością jest ujrzenie ukochanej historii zrealizowanej za pomocą środków innych niż słowa.

Dzisiejszy post powstaje dzięki Andze, która w swej wspaniałomyślności nominowała mnie do tego jakże zacnego tagu.
Krótko o regułach: mamy różne kategorie adaptacji. Do każdej z nich dobieramy książkę, którą najchętniej byśmy w tej odsłonie zobaczymy.
Proste? Proste.
No to jedziemy.


1. Film
Ach, jest tak wiele książek, których adaptacje chciałabym ujrzeć na ekranie! Chociażby dlatego, że niektóre z nich są stanowczo za mało znane, a ekranizacje jednak zawsze przysparzają popularności. Poza tym jednak po prostu fajnie (ach, to elokwentne słownictwo) zobaczyć wiernie odwzorowaną książkę w formie dobrze zrealizowanej produkcji - cały ten świat ożywa na naszych oczach... magia.
Chyba najbardziej ciekawi mnie, jak wyszedłby ,,Fałszywy książę" Jennifer A. Nielsen. Film planuje się już od jakiegoś czasu, chyba nawet zostały kupione prawa i trwają prace nad wstępnym scenariuszem. Myślę, że ta opowieść o planie obsadzenia na tronie mistyfikatora udającego zaginionego księcia, z pyskatym Sagem w roli głównej, zdecydowanie mogłaby się sprawdzić jako film. Trzeba by jednak znaleźć odpowiedniego aktora, żeby wiernie odwzorował charakterek protagonisty. I zadbać o dobry scenariusz.
Potencjalni twórcy, błagam. Nie zwalcie tego. 
Ogromny potencjał na film ma ,,Chłopak nikt" Allena Zadoffa. To napakowana akcją i efektownymi scenami, ale równocześnie błyskotliwa i nieoczywista historia z ciekawymi bohaterami. Rzecz traktuje o nastoletnim zabójcy, z którego wbrew pozorom nie wyprano jeszcze wszystkich emocji.  Naprawdę, aż się prosi, żeby zrobić z tego inteligentny, dobrze zrealizowany film akcji/thriller dla młodzieży, zwłaszcza, że ten gatunek w pozycjach young adult jest  raczej rzadki. Obawiam się tylko, że dość mocno spłycono by tę historię, redukując ją do nawalanki. A naprawdę nie o to w tej książce chodzi.
Kiedyś były nawet mgliste plany zrealizowania filmu, w głównej roli miał zagrać Jaden Smith.
Tak, były.
Jakieś... cztery lata temu.

2. Serial
Wybieram ,,Z mgły zrodzonego" Brandona Sandersona. Produkcja powstałaby oczywiście na bazie całej serii ,,Ostatnie Imperium"; na razie jednak przeczytałam jedynie pierwszy tom, więc tylko o nim mogę się wypowiadać. Serial umożliwiłby ukazanie wszystkich wątków tej wielowymiarowej, fantastycznej powieści; odpowiednio zbudował napięcie, pozwolił rozwinąć genialnych bohaterów, oddał bogactwo świata przedstawionego i oszczędził drastycznych cięć, które w filmie byłyby nieuniknione (książka wszak ma dość potężne gabaryty).
Jedno jest pewne - produkcja musiałaby mieć ogromny budżet, żeby dobrze oddać całe to niesamowite, oryginalne uniwersum stworzone przez pana Sandersona. Popiół padający z nieba, moce Allomantów, pojawiające się nocą mgły... Ach, jakże bym chciała zobaczyć to wszystko na ekranie! To mogłoby być magiczne widowisko. Jeszcze dodajmy do tego dobrą obsadę, reżyserię, scenariusz i rozłożenie wątków, a byłabym w raju.

3. Kreskówka/film animowany
Zdecydowanie powinni zrobić film animowany z ,,Baśnioboru" Brandona Mulla. Wróżki, najady, wiedźmy, smoki, magiczne lasy... to naprawdę byłaby piękna animacja. Myślę, że chyba nawet Disney mógłby się skusić.

4. Powieść graficzna/komiks
Mój wybór pada na ,,Mroczniejszy odcień magii" Victorii E. Schwab. To było jedno z moich pierwszych skojarzeń. Cztery alternatywne Londyny mają ogromny potencjał i pięknie narysowane byłyby zachwycające. Nie wspominając już o wyrazistych bohaterach i klimacie dziewiętnastego wieku... och, to naprawdę mogłaby być dobra powieść graficzna.
I totalnie widzę ,,Sagę księżycową" Marissy Meyer jako mangę. O tak. 

5. Sztuka teatralna
Jak dla mnie na scenie świetnie wypadłby ,,Portret Doriana Graya" Oscara Wilde'a. Przełożenie tej powieści na sztukę byłoby trudne, ale wierzę, że dobrzy twórcy zrobiliby z tego arcydzieło. Te niesamowite dialogi na deskach teatru... ach!
*skacze z ekscytacji*
Wybieram także ,,Dumę i uprzedzenie" Jane Austen, która dla mnie jest absolutną mistrzynią błyskotliwych, żywych dialogów. Uwielbiam ją, naprawdę. W każdym razie, zobaczenie tego na żywo byłoby, Bukwo, jeśli pozwolisz użyć Twojego powiedzonka, absolutnie epickie. Tak myślę. Znowu - zrobienie z tego dramatu do wystawiania na scenie nie byłoby łatwe, ale może znalazłby się ktoś z wielkim talentem i miłością do twórczości Jane Austen, kto stworzyłby z tej cudownej powieści genialną sztukę?
Ktoś? Ktokolwiek? Proszę?

6. Musical
Idealnym materiałem na musical jest dla mnie ,,Pippi Pończoszanka" Astrid Lindgren. Niemal widzę Pippi śpiewającą i hasającą po scenie, czy tam na ekranie. Właściwie każda scena to materiał na piosenkę. Powstałaby z tego piękna, muzyczna opowieść o magii dzieciństwa i odrobinie szaleństwa.
To byłby przeuroczy musical!


Podobnie jak Anga uważam, że tag jest naprawdę zacny, dlatego też do zabawy zapraszam kilka osób:
Muminka (Mumins)
Marzenę (Zaczarrowana)
oraz każdego, kto tylko ma na to ochotę. 


Kłaniam się,
P. 

sobota, 17 września 2016

5 powodów dla których cieszę się, że żyję w XXI wieku

,,Kiedyś było lepiej".
,,W jakich czasach my żyjemy...".
,,Dzisiaj tylko kult pieniądza...".
,,Urodziłem się w złych czasach...".

Myślę, że chyba każdemu o uszy obiło się coś takiego. Peany na cześć przeszłości i narzekania na naszą zepsutą rzeczywistość.
A ja bezczelnie stwierdzam, że lubię żyć w XXI wieku.
Bo wiecie co? Owszem, to nie są idealne czasy. Żadne nie są. Mamy mnóstwo konfliktów, problemów i kryzysów.
Ale równocześnie wydaje mi się, że mamy sporo szczęścia.
Oto wszystkie powody.



 Równouprawnienie

Mogę chodzić do szkoły, pójść na studia i pracować. Mam otwarte ścieżki kariery we wszystkich dziedzinach. Nie muszę wychodzić za mąż, jeśli nie chcę, a jeśli chcę, to nikt nie może narzucić mi wybranka. Gdy osiągnę pełnoletność, mogę głosować (i kandydować) w wyborach. Mam prawo do własnego zdania i wyrażania go. 
Dwieście, sto lat temu nie miałabym takiego luksusu. Przez bardzo długi czas kobiety były dyskryminowane i wykluczane z życia publicznego.
Jednak równouprawnienie nie dotyczy tylko płci - jeszcze w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku w USA ogromny problem stanowiła segregacja rasowa. To, że istniały osobne toalety i miejsca w autobusie dla czarnoskórych jest dzisiaj dla nas nie do pomyślenia, podobnie jak to, że do niektórych lokali ciemnoskórych nie wpuszczano w ogóle. Wtedy było to na porządku dziennym. Przerażające. 
 Dlatego doceniam, ach, tak bardzo doceniam, że urodziłam się w takim miejscu i w takim czasie. Pewnie, równouprawnienie czasem szwankuje, wciąż doświadcza się dyskryminacji. Ale jesteśmy na o nieporównywalnie lepszym poziomie niż dawniej.

Higiena

Jaki jest najważniejszy wynalazek ludzkości?
Żarówka? Nie. Telefon? Nope. Internet? Ta, jasne. Telewizja? Phi. 
Moja odpowiedź brzmi ,,bieżąca woda i kanalizacja".
Kiedyś na moim osiedlu przez cały dzień nie było wody. I jak zwykle - dopiero, gdy czegoś braknie, człowiek uświadamia sobie, jak bardzo tego potrzebował. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak często korzystałam z wody - a to spuszczając ją w toalecie, a to biorąc prysznic, myjąc ręce, opłukując kubek... 
Perspektywa życia w czasach, w których rekordowcy myli się raz w życiu, coś takiego jak szczoteczka do zębów nie istniało, a ekskrementy wyrzucano przez okno, absolutnie mnie przeraża. A wizja tego, że nie mogłabym korzystać z dobrodziejstw cywilizacji w rodzaju podpaski, napawa mnie zgrozą. Dajcie spokój, ja czuję się źle, gdy muszę przeżyć dłuższy czas bez prysznica! 

Czas na ciekawostkę historyczną. W XIX wieku Ignaz Semmelweis dokonał sensacyjnego odkrycia. W owym czasie wiele kobiet umierało na gorączkę połogową. Ignaz zajmował się porodami, więc nic dziwnego, że ten przypadek bardzo go frasował. I oto doznał olśnienia:
Hej, a może lekarze po sekcji zwłok kobiet zmarłych na tę chorobę, powinni umyć ręce, zanim zaraz potem pójdą przyjmować poród?
Teoria, że lekarze i studenci przenosili zarazki na dłoniach, nie spotkała się ze zbyt ciepłym przyjęciem. Że tak pozwolę sobie zacytować przewodniczącego kongresu ginekologii: nie wykluczone, że są one [teorie Semmelweisa] oparte na jakichś pożytecznych założeniach, ale poprawne ich wykonanie jest związane z takimi trudnościami, że bardzo problematyczne korzyści nie usprawiedliwiają ich stosowania (źródło: Wikipedia).
Bez komentarza.

Medycyna

Ciekawostką płynnie przechodzimy do kolejnej dziedziny, jednej z najważniejszych.  Cieszę się, że żyję w czasach, w których mogę liczyć na fachową opiekę medyczną. W czasach antybiotyków, leków, szczepień, nowoczesnego sprzętu, bezpiecznych porodów, fachowców. Doceniam to, że na niegdyś nieuleczalne choroby są teraz lekarstwa i nie muszę obawiać się epidemii dżumy. Medycyna stale się rozwija, idzie w coraz to lepszym kierunku.
Nic dodać, nic ująć. 

Komunikacja

Wsiadasz w samolot i po kilku godzinach lotu jesteś na drugiej stronie kontynentu. Trochę więcej i na drugiej stronie świata. Jesteśmy do tego tak przyzwyczajeni, że zapominamy, jakie to niesamowite.
Bo naprawdę jest niesamowite.
W dzisiejszych czasach cały świat stoi przed nami otworem (no, przy odpowiednim budżecie...). Samoloty, statki, pociągi, autobusy, samochody - to wszystko umożliwia, a na pewno usprawnia dalekie podróże, które nie są tak męczące jak kiedyś. Przemierzanie kilku państw konno nie wydaje mi się szczególnie wygodne. Kiedyś podróż do odległego miasta w tym samym kraju była wielką wyprawą.
Kolumb płynął do Ameryki przez miesiąc. Dzisiaj dotrzemy tam po jakichś dziesięciu godzinach samolotem.

Dostęp do informacji

Gdy nie znam jakiegoś słowa, błyskawicznie wpisuję je w wyszukiwarkę. Potrzebuję materiałów do prezentacji, chcę się czegoś dowiedzieć, zdobyć informacje do szkoły, przetłumaczyć jakieś słowo do wypracowania z angielskiego albo po prostu znaleźć coś na interesujący mnie temat - siadam do komputera.
Ostatnio uświadomiłam sobie, że na dłuższą metę nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez Internetu. Co bynajmniej nie jest niczym dobrym. Jednak tyle rzeczy wykonuję w przestrzeni wirtualnej - słucham muzyki, oglądam filmy, prowadzę bloga, piszę opowiadania na komputerze (klawiatura to dla mnie najwygodniejszy przyrząd do pisania - głównie z powodu wspaniałego klawisza Backspace), czytam różne strony, znajduję piękne grafiki, czasem kupuję książki.
Ale chyba największą zaletą jest błyskawiczny dostęp do informacji.
Internet to kopalnia wiedzy na każdy temat. Oczywiście gdy dokopiemy się do dobrych źródeł. Artykuły, słynna Wikipedia (wiem, to nie zawsze wiarygodne źródło - ale z ręką na sercu, częściej korzystaliście z klasycznej encyklopedii, czy z tej strony?), portale społecznościowe, blogi, słowniki online. Wszystko jest tutaj. Każda dziedzina - nauki ścisłe, języki, film, sztuka, literatura, teatr, muzyka, historia, filozofia, wiele, wiele więcej.
No i oczywiście - bieżące informacje z całego świata.
Skupiłam się na Internecie, a przecież jest jeszcze telewizja, radio, prasa. Media stale bombardują nas wiedzą o świecie. Zaraz ktoś powie, że przecież ,,media kłamią". Być może czasem tak. Ale gdyby nie one, w ogóle nie mielibyśmy pojęcia, co dzieje się wokół nas.



Nie demonizujmy naszych czasów. Nie są idealne, ale hej - naprawdę mamy farta. Pozwolę sobie posłużyć się cytatem:


Czasy zawsze są trudne (...) Zmieniają się tylko przyczyny problemów. 
Jennifer A. Nielsen, ,,Fałszywy książę"

Dlatego doceńmy to, co mamy. 

 Mówcie, co chcecie. XXI wiek jest spoko.


Istotne - wiem, że wielu ludzi na świecie nie ma dostępu do wody, opieki medycznej, równouprawnienia w praktyce czy choćby na papierze i innych tego typu luksusów. Opisywałam rzeczywistość, którą znam, czyli w moim wypadku europejską.  

Inspiracją do napisania posta był ten filmik.

sobota, 10 września 2016

Wielka Trójka, czyli moi ulubieni artyści

Cóż, tytuł właściwie mówi wszystko, prawda?
Ale słowo wstępu nie zawadzi.
Poniższa trójka to artyści, których prace nieodmiennie mnie zachwycają i inspirują. Każdy jest inny,  reprezentują różne style, różne kreski, różne rodzaje (można to tak nazwać?) prac.
Żaden z nich nie jest wielkim, słynnym malarzem pokroju Van Gogha. To ilustratorzy i/lub twórcy internetowi. Nie zmienia to jednak faktu, że ich prace są naprawdę wspaniałe i pragnę podzielić się nimi z całym światem.
Wszystkie grafiki wykorzystane w poście pochodzą z oficjalnych stron lub profili artystów i nie roszczę sobie do nich żadnych praw.

Enjoy!



 


Tego roku, podczas pobytu we Włoszech, miałam przyjemność spędzić (dłuższą) chwilę w księgarni w Orvieto. Poza książkami było tam mnóstwo świetnych gadżetów, kalendarzy i ładnych zeszytów. Może tego o mnie nie wiecie, ale kocham ładne zeszyty. W sensie naprawdę. Ładne zeszyty to jedna z rzeczy, które nadają sens życiu.
Ale nieistotne, jak zwykle odbiegam od tematu.

Tak się złożyło, że w tym samym czasie trwała tam wystawa z pracami włoskich ilustratorów książek dla dzieci.
I wtedy je zobaczyłam.
Ilustracje Marca Somy. 
Do tej pory nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia, ale chyba zmieniłam zdanie. Prace tego artysty od razu przyciągnęły mój wzrok i z miejsca zauroczyły. Ba, zauroczyły - wręcz w sobie rozkochały. Bo są po prostu piękne.
W tych ilustracjach urzeka mnie właściwie wszystko.  Kreska, kolory, styl, dbałość o najmniejsze detale, przebogata wyobraźnia. Zachwycające, zaczarowane światy oraz postacie. Ilustracje za każdym razem czarują mnie i zachwycają na nowo. No i cóż - są po prostu przepiękne i przeurocze. Prace Marca Somy zapraszają nas do zapierającej dech w piersiach, kolorowej baśni. Zabierają nas w piękny świat. Świat pełen jeleni z kwiatami w rogach, żab grających na instrumentach, lisków skaczących po drzewach, zakochanych zwierzątek i zaczarowanych krain. W magiczny, kolorowy, czarodziejski świat, którego nie da się nie pokochać.
Najchętniej nigdy bym z niego nie wychodziła.

(Nawiasem mówiąc, utożsamiam się z dziewczynką na drugim obrazku. Może sporo rzeczy mamy innych, ale kurde. Okulary, aparat, brązowe włosy, ta rozmarzona mina - wszystko się zgadza!)


Abigail Larson




 Wśród swoich największych inspiracji Abigail Larson wymienia Edgara Allana Poe, H.P Lovecrafta, braci Grimm i klasyczne, gotyckie historie pokroju Frankensteina. I to zestawienie bardzo dużo mówi o jej niesamowitych, zapierających dech w piersiach ilustracjach, które za każdym razem wzbudzają we mnie czysty zachwyt. 
Prace Abigail Larson są zupełnie z innej bajki niż te Somy. Z bajki ciemnej, mrocznej, niepokojącej i magicznej. Znajdziemy tu bohaterów powieści (na drugim obrazku na przykład doktor Jekyll i pan Hyde), słynnych pisarzy, duchy, potwory, macki, kruki, cmentarze, kościotrupy, dziewiętnastowieczne suknie,  mroczne cyrki i baśniowe postaci. A wszystko skąpane w tym ciemnym, upiornym, osobliwym klimacie.
Szalenie podoba mi się styl artystki - jest bardzo charakterystyczny. Te ostre, nieco kanciaste rysy da się rozpoznać na kilometr. Nie wspominając o tym, jak bardzo zachwyca mnie klimat - taki dziewiętnastowieczny, gotycki, mroczny, ale zarazem piękny. Zdecydowanie w moim guście, chłonę to całą sobą. Podoba mi się również kreatywne przedstawianie postaci z baśni, książek, filmów lub prawdziwego życia. Właściwie każdy rysunek ma w sobie coś urzekającego, magicznego.
Abigail Larson profesjonalnie zajmuje się sztuką, tworzy grafiki, okładki, ilustracje do książek. W sprzedaży jest również kolorowanka jej autorstwa (w końcu teraz ,,antystresowe kolorowanki dla dorosłych świecą triumfy) z ,,Alicją w Krainie Czarów", która szybko znalazła się na mojej liście życzeń.


 Viria


 


Ach, Viria. Jakże mogłoby jej tu zabraknąć?
Viria, a właściwie Viktoria Ridzel, jest znana w Internecie ze swoich genialnych fanartów do książek, filmów, bajek i anime. Ja poznałam ją dzięki tym do książek Ricka Riordana, na przykład ,,Olimpijskich herosów". To jedyne rysunki, które absolutnie pokrywają się z moimi wyobrażeniami bohaterów i teraz nie widzę ich inaczej, niż tak, jak przedstawiła ich Viria. A zrobiła to mistrzowsko. Nic dziwnego więc, że mam do jej prac ogromny sentyment. 
W Virii cenię sobie ogromną pomysłowość, kreatywność, wyobraźnię i poczucie humoru. Często miksuje w swoich pracach różne uniwersa (drugi obrazek: Percy Jackson z Harrym Potterem), tworzy minikomiksy z zabawnymi dialogami, robi ,,zamiany płci", przebiera znanych bohaterów np. w punkowe stroje. Widać, że kocha to, co robi, że bawi się tym i uwielbia te wszystkie książki, filmy i seriale. Fanarty są piękne, urocze, zabawne, wzruszające. A przede wszystkim tworzone z ogromem serca.
Zachwyca mnie również sposób rysowania postaci - momentami trochę przywodzi na myśl mangę i anime, ale równocześnie jest bardzo charakterystyczny. Podobnie jak Abigail Larson - rysunki ludzi Virii rozpoznam zawsze i wszędzie. I to jest niesamowite.


Koniecznie podzielcie się wrażeniami i swoimi faworytami!
Pozdrawiam,
P.

piątek, 2 września 2016

5 metod na naukę

A więc zaczęło się. 
Powrót do ciemiężycielskiego systemu, bezlitosnej harówy, wszechobecnej propagandy... 
Dobra, dobra, żartuję.

Ekhem.
Pewnie dla wielu z Was wrzesień oznacza powrót do instytucji zwanej szkołą. Dla mnie również. 
Może nie skaczę z radości (tym bardziej, że to ostatnia klasa gimnazjum, a więc spora dawka stresu i ciężkiej pracy), ale też jakoś szczególnie nie rozpaczam. Placówka edukacji nigdy nie była dla mnie synonimem kary czy mordęgi. Ośmielę się wręcz stwierdzić, że pod wieloma aspektami lubię szkołę. Przyjemność sprawiają mi chociażby spotkania z zacnymi ludźmi, ciekawe lekcje z ulubionych przedmiotów, słuchanie pełnych charyzmy nauczycieli, tak jak i samo zdobywanie wiedzy, nauka interesujących (niektóre naprawdę takie są) rzeczy. Bo gdy coś mnie zafascynuje, to uwielbiam zdobywać nowe informacje, proces uczenia się zagadnień, które nas kręcą jest świetny.
No dobra, są ciemne strony początku września.  Szkoła jednak dopiero się zaczęła, więc wolę nie psuć sobie i Wam humoru ich wyliczaniem na samym wstępie. Jeszcze zdążę ponarzekać, spokojnie. 


Każdego ucznia czeka wkuwanie nowej dawki wiedzy. Ile ludzi, tyle sposobów na naukę. W tym poście przedstawię Wam swoje metody, które stosuję, żeby ogarnąć wszystko, zdobyć trochę wiedzy i do tego przeżyć. To sposoby nie tylko do szkoły, ale do nauki w ogóle - na przykład języka. Przyznaję się bez bicia - nie zawsze udaje mi się je realizować. Ale staram się, bo mi naprawdę pomagają.
Nie jest to złota recepta na sukces, bo taka nie istnieje. U każdego działa co innego, u mnie to są wymienione niżej sposoby. 
Enjoy! 

 


Własnoręczne notatki
Jestem absolutnym wzrokowcem. Do tego najłatwiej zapamiętać mi coś, gdy sobie to zapiszę (dlatego nagminnie bazgrzę po rękach, żeby niczego nie zapomnieć). Tak więc nic dziwnego, że moją ulubioną metodą nauki jest tworzenie kolorowych, dużych, pięknych notatek.
Markery, cienkopisy i karteczki samoprzylepne w trakcie roku szkolnego stają się moimi najlepszymi przyjaciółmi. Nie jestem wielką fanką map myśli, robię je rzadko. Po prostu jak dla mnie nie są zbyt czytelne, za to forma dużej, ładnej notatki - jak najbardziej tak. 
Ktoś kiedyś odważył się nazwać moje skrzętne notatki ,,chińskimi znaczkami". No i tak, na pierwszy rzut oka mogą wydawać się zabazgrane i chaotyczne, ale nie dajcie się zwieść! To wszystko powstało w oparciu o wcześniej ustalony, wyższy porządek - na przykład zwykle jedne informacje są utrzymane w tej samej kolorystyce, żeby się nie mieszały. Chyba, że zabraknie mi kolorków. No to wtedy nie. Ale pamiętajcie, to wszystko ma głębszy sens.
Takie własnoręcznie wykonane ,,ściągi" z najważniejszymi zagadnieniami nie tylko ułatwiają zapamiętanie informacji - są najlepsze przy powtarzaniu całego materiału (na przykład pięć minut przed sprawdzianem), bo macie wszystko w jednym miejscu. Dlatego jeśli jesteście wzrokowcami, to myślę, że to metoda dla Was. Pola poleca, czy coś. 

Gra w skojarzenia
Chyba każdy zna ten moment, w którym zapamiętał coś, ponieważ skojarzyło mu się z czymś zabawnym albo charakterystycznym. Czemu nie wykorzystać tego również w szkole? 
No dobra, znam jeden powód. Czasami skojarzenie może tak bardzo wbić się w mózg, że z głowy wylatuje właściwa definicja. Przykład? Bardzo proszę. Podczas pisania tego posta, jako dowód na geniusz tej metody chciałam opowiedzieć o tym, jak króla Sargona zapamiętałam dzięki skojarzeniu z Sajgonem. Sęk w tym, że na śmierć zapomniałam o tym, jak naprawdę nazywał się ten władca, bo w głowie utkwił mi ten nieszczęsny Sajgon. Musiałam ratować się Internetem.
Ale to skrajny przypadek. W większości sytuacji to naprawdę działa, chociażby do nauki słówek albo faktów. Nauczyłam się tak wszystkich przywilejów nadanych szlachcie. Koszycki, czyli stały podatek w postaci dwóch groszy z łana - wrzucają pieniądze do koszyka. Warcki, ograniczający prawo chłopów do opuszczania wsi - chłopi nie mogli przechodzić przez Wartę. Czerwiński, czyli król nie mógł odebrać szlachcie majątku bez wyroku sądu - pieniądze z czerwonego złota.
A słówko degrengolada (jedno z moich ulubionych w ogóle! Prawda, że piękne? Oznacza rozkład wartości moralnych) na zawsze wryło mi się w pamięć dzięki skojarzeniu z pinacoladą.
Głupawe? Owszem. Ale o to właśnie chodzi. 


Rozłożyć sobie naukę
Wielokrotnie robiłam tak, że ledwo wracałam do domu, od razu siadałam do lekcji i odrabiałam wszystko naraz, bo już chciałam mieć to za sobą, odbębnić,  a potem rzucić się na kanapę i odpocząć.
Błąd.
Po pierwsze, często robiłam to niedokładnie, na szybko. Po drugie, byłam bardzo zmęczona, bo bezpośrednio po wysiłku intelektualnym w szkole bombardowałam samą siebie następnymi zadaniami, ćwiczeniami, faktami. Nauka paru przedmiotów na raz też nie jest szczególnie dobrym pomysłem - wszystko się miesza. Mieszko staje się mniszkiem, kość promieniowa na pewno ma coś wspólnego z promieniotwórczością, a te elektrony to chyba od Elektry...
Dobra, może niezbyt trafne zobrazowanie sytuacji. Ale chyba wiecie o co chodzi, prawda? Podobnie nauka na dzień przed testem raczej nie jest świetnym pomysłem. Chyba, że u Was ta metoda działa, wtedy luz.
Dlatego warto rozsądnie rozplanować sobie naukę, żeby jednak coś tam wynieść, a przy tym zrozumieć. Bo wykuć i po chwili zapomnieć na rzecz wkuwania czegoś innego, każdy potrafi.


Łączenie nauki z zainteresowaniami
Ten punkt bardzo działa w nauce języków obcych. Swój angielski rozwinęłam nie tylko na lekcjach. Moja pasja do tego języka zaczęła się od oglądania filmików na YouTubie oraz wyszukiwaniu informacji, które mnie interesowały - chociażby o premierach książek, ulubionych autorach. Dość szybko bowiem zorientowałam się, że nie wszystko jest dostępne po polsku, a większość faktów znajdę po angielsku. A wracając do YouTuba- zaczęło się również od książek, bowiem początkowo zainteresowałam się booktubem, czyli kanałom poświęconym literaturze, później odkryłam też innych zacnych, anglojęzycznych youtuberów. I oglądanie tych krótkich filmików dało mi naprawdę wiele. Nawet nie zauważałam, że uczę się nowych słówek, osłuchuję z angielskim, poznaję slang i ,,żywy język". Dużo dało mi również sprawdzanie tekstów piosenek. 
Da się także przemycić trochę swoich hobby do innych przedmiotów - chociażby napisać pracę o ulubionym bohaterze literackim albo filmowym (sama stworzyłam charakterystykę Cinder z ,,Sagi księżycowej", a jeden z argumentów w rozprawce poświęciłam Cath z ,,Fangirl"), zrobić prezentację na geografię o ukochanym kraju... 
Nie zawsze się udaje (na przykład nie wiem, jak przemycić element literacki do znienawidzonej przeze mnie fizyki. Chyba tylko napisać opowiadanie o sile tarcia... ej, chwila. *rozważa możliwości fabuły*), ale na przykład przy językach obcych działa doskonale. 
Człowiek najłatwiej uczy się przez przyjemność.


Dać sobie czas na odpoczynek
Niby oczywiste, a jednak nie. Są tacy ludzie, którzy nie dają sobie ani chwili na oddech - bez przerwy wkuwają, wchłaniają kolejne porcje wiedzy, bombardują się nowymi informacjami. W końcu mózg i ciało, zmuszane do ciągłego wysiłku intelektualnego i narażone na ciągły stres, się zbuntują. Coś o tym wiem.
Wiadomo, czasami jest tyle roboty, że chce się usiąść i płakać, bo nie ma jak się wyrobić. Ale myślę, że da się tak rozłożyć sobie naukę, zagospodarować czas, żeby znaleźć chwilę dla siebie. Chociaż pół godziny. Ja na przykład ciągu dnia muszę mieć czas dla siebie i świruję, gdy go nie mam, bo bardzo go potrzebuję - no i zawsze udaje mi się go jakoś wygospodarować. Czasem jest trudno, ale warto.
Szanujcie swój mózg, on potrzebuje odpoczynku. Wy też. Usiądźcie, zrelaksujcie się. Poczytajcie książkę, obejrzyjcie odcinek serialu, posłuchajcie muzyki, zjedzcie coś dobrego, nie wiem. Nagródźcie samych siebie za wytężoną pracę umysłową i odpocznijcie. 
Należy Wam się. 


Koniecznie podzielcie się swoimi sposobami! 
Trzymajcie się,
P. 

Uwielbiam to wykonanie - jest takie piękne!