czwartek, 26 czerwca 2014

Coś się kończy, coś się zaczyna

Ciao!
Znowu muszę Wam podziękować... ostatnio niemal w każdym poście dziękuję za komentarze i może jest tego za dużo, ale nie mogę się powstrzymać... bo mimo tego, że poprzednia notka była naprawdę długa (wielu z Was to szczerze przyznawało i nawet pisaliście, że troszkę Was to przeraziło... cóż, mam niestety skłonności do rozpisywania się, a poza tym ciężko zmieścić barwny życiorys takiej osoby jak Janis Joplin w jednym poście), większość komentujących napisała ciekawe, inteligentne komentarze, w których wyrażaliście swoją opinię i pokazywaliście mi, że naprawdę wszystko przeczytaliście. Kochani czytelnicy, uwielbiam Was!
Wielu z Was zasypało mnie też komplementami, pisaliście, że powinnam zajmować się tworzeniem biografii, że jest "dobrze napisane", że jesteście pod wrażeniem, ile o tym wiem, Sia Siaa nazwała mnie nawet geniuszem... oczywiście bardzo mi się zrobiło miło:) A skąd moja wiedza w tej dziedzinie? Cóż, po prostu interesuje mnie XX wiek, zwłaszcza pod względem muzyki, kultury i sztuki. A epoka hipisów to już w ogóle mnie fascynuje. Więc o takich rzeczach piszę po prostu z przyjemnością:D A o Janis wiem tyle dzięki książce "Leksykon buntowników" Maxa Cegielskiego (polecam!).

Piszę do Was dziś już jako "gimbus". Tak, dzisiejszego dnia ukończyłam szkołę podstawową! Oczywiście od razu w mojej głowie pojawia się obraz pulchnej, wystraszonej dziewczynki z warkoczykami, która rozpoczynała pierwszą klasę... rany, wydaje mi się, że to było zaledwie wczoraj... nigdy bym się nie spodziewała, że sześć lat minie z prędkością błyskawicy. Dziś rozstałam się z kilkoma koleżankami i kolegami, bo idą do innych szkół (większość z nas będzie chodzić do gimnazjum obok podstawówki). Nie piszę, że "rozstałam się na zawsze", bo mam wielką nadzieję (hmm, mówią, że nadzieja jest matką głupich...), że jeszcze się spotkamy. Moja koleżanka Magda zapowiedziała nam radośnie, że będzie nas nawiedzać przez okno, gdy będziemy mieć lekcje na parterze. I po raz pierwszy mnie to niesamowicie ucieszyło.
Oczywiście przez ostatnie kilka dni musiałam załatwiać różne formalności, związane zarówno z podstawówką (chociażby wypełnienie tzw. "karty obiegowej" i zbieranie podpisów w rozmaitych miejscach- od księgowości, przez bibliotekę, aż do sklepiku szkolnego) jak i gimnazjum (np. wybór fakultetów). Naturalnie odbywały się też próby- do pożegnania nauczycieli, poloneza, występu na koniec roku...
No właśnie, właśnie, jak już przy tym jestem, to nie mogę nie opowiedzieć zarówno o dniu wczorajszym, jak i dzisiejszym.

Otóż wczoraj odbyło się pożegnanie nauczycieli i bal szóstoklasisty. Ta pierwsza uroczystość to u nas taka tradycja. Zawsze jest jakiś temat przewodni, w tym roku belfrzy dostali tytuły miss i misterów (mój pomysł swoją drogą). Uroczystość naprawdę się udała, przy niektórych tytułach cała sala wyła ze śmiechu. Moja rola w tym wszystkim polegała na wręczeniu kwiatów jednej z nauczycielek, a poza tym staniem przez godzinę i biciem brawa (ciężko się to robi podczas trzymania dużego bukietu...).
 
Jednakże najważniejszym wydarzeniem wieczoru było naturalnie odtańczenie przez nas poloneza, którego ćwiczyliśmy już od lutego... na szczęście wszystko nam wyszło, a przy okazji całkiem nieźle się bawiliśmy. Wychowawczyni naszej klasy stwierdziła, że było to wzruszające. Cóż, nie dopatrzyłam się w tym niczego wzruszającego, ale co innego ja, a co innego obserwator całego widowiska, które musiało w sumie ciekawie wyglądać. "Tasowanie", tunele, czwórki, tunele w czwórkach, ósemki... pewnie większość z Was wie, o czym mówię, prawda?

A po części oficjalnej nastąpiła ta najbardziej przez nas wyczekiwana- czyli kilkogodzinna dyskoteka. To była chyba najlepsza, na której kiedykolwiek byłam. Leciały same hity (najczęściej takie jak "Dare (La La La)" Shakiry, "My słowianie", "Bałkanica"), prawie wszyscy świetnie się bawili, tańczyli, skakali, wrzeszczeli, śpiewali... pojawiały się także specjalne dedykacje, mnóstwo było wolnych kawałków. Chłopacy zaskakująco często prosili do tańca (chociaż może to nie aż takie zadziwiające, w końcu to ostatni raz, czyż nie?) i mnóstwo było tańców... przytulanych. Mówiąc szczerze, przy niektórych kawałkach czułam się lekko dobita, gdy wokół mnie krążyło wiele par w uścisku, a ja stałam jak sierota i nie miałam pojęcia, co robić... ale muszę napisać, że czterech chłopaków poprosiło mnie do tańca, jeden nawet zatańczył ze mną "przytulanego"!. Dziwnie zabrzmi to, co napiszę, ale... przyjemnie przytulić się do chłopaka. Nawet, jeśli wiesz, że to koleżanka popchnęła was ku sobie. Tej przyjemności nie psuje nawet świadomość, że inne tańczyły w uścisku wiele razy, a ty tylko raz. Dobra, napiszę to! Było... świetnie:)
Cały bal był naprawdę cudowny. Wytańczyłam się, wyskakałam, wyśpiewałam dostałam sporo komplementów, było mnóstwo śmiechu, dzikiej radochy... ach, no i muszę wspomnieć o tym, że catering wyszedł super! Małe hamburgery, kawałki warzyw podane z pysznymi dipami, niewielkie naleśniki ze szpinakiem i serem, kurczaki, miniaturowe szaszłyki, babeczki z kremem i owocami... nic dziwnego, że na początku wszyscy zamiast tańczyć jedli, co zresztą nowością nie jest, bo niemal na każdej dyskotece tak jest... 
To zabawne, że człowiek może czuć się taki podekscytowany i niesamowicie szczęśliwy, mając potwornie obolałe stopy i łydki i głos tak schrypnięty, jakby "pił całą noc" (jak to wdzięcznie określiła moja mama). Cóż, to był jeden z najlepszych wieczorów, jakie spędziłam! 
A poniżej macie zdjęcie mojej fryzury, którą miałam na głowie przez cały ten czas. Robiona u fryzjera, naturalnie. Wytrwała nie tylko sześć godzin spędzonych w szkole, ale także całą noc! Nic dziwnego, skoro fryzjerki co chwila obficie raczyły moją głowę lakierem... ja osobiście byłam bardzo zadowolona z efektu, wyglądało to pięknie, chociaż kosztowało mnie prawie godzinę bólu (uczesać moje włosy to dopiero wyzwanie...).

A dziś oczywiście odbyło się zakończenie roku, wręczenie świadectw i nagród za dobre wyniki w nauce- oczywiście książek, ja dostałam "Kolor magii" Pratchetta- a także czapek absolwentów. Piątoklasiści urządzili nam pożegnanie, ale moim zdaniem niestety wyszło słabo. Konferansjerki czytały wszystko strasznie monotonnie i szybko. Bardzo starałam się skupić na tym, co mówiły, ale niestety było to niemal niewykonalne.
Ach, naturalnie odbyły się też występy artystyczne! Nasza klasa jako jedyna występowała  na żywo (jedna z klas równoległych zrobiła teledysk, druga nie wystąpiła). Mieliśmy własny układ do połączonych kilku kawałków. Wyszliśmy wystrojeni w celowo wieśniackie krawaty do koszul (ja mój kupiłam w lumpeksie obok za jedynie 2 zł!) i muszę przyznać, że bardzo fajnie się bawiłam! Trochę się myliliśmy, ale najważniejsze, że publiczność się śmiała i dostaliśmy na koniec największe oklaski. Dobrze zakończyliśmy ten rok:D
A tutaj pamiątkowe gadżety: czapka i misio. 

Będę tęskniła za podstawówką, bo mimo tego, że było dużo chwil złych, smutnych i okropnych, to mimo wszystko wiele przeżyłam z moją klasą i innymi osobami. Będę świetnie wspominać dyskusje na lekcjach, konkursy, imprezy, nocowania, wycieczki, rozmowy na przerwach, napady głupawki, pomoc kolegów i koleżanek w trudnych chwilach, nasze zabawy i inne... to był piękny czas. I wiem, że pewnie prawie nikt z mojej szkoły (z wyjątkiem kilku osób) nie czyta tych słów, ale mimo wszystko... dziękuję. Dziękuję za te wszystkie lata. Wiem, że większość z Was spotkam w gimnazjum, ale jednak zostaniemy wymieszani i co tu kryć, dużo rzeczy się zmieni. Coś się kończy, a coś się zaczyna.

I teraz nadszedł upragniony czas- wakacje. W sobotę już jadę na obóz integracyjny organizowany przez moje gimnazjum, trwa on trzy dni. Więc szybko zaczynam!
Napiszcie koniecznie, jak udał Wam się koniec roku, w wypadku osób kończących jakąś szkolę, jaki był Wasz bal, czy był podobny do naszego, co myślicie o poście (mam nadzieję, że nie był dla Was nudny, w końcu traktował tylko i wyłącznie o moim życiu) i jakie macie plany na wakacje!
Pozdrawiam ciepło i życzę świetnych wakacji!
Pola

PS: Może ktoś podsunąłby mi jakąś inspirację do opowiadania? Ostatnio się w tym opuściłam... to znaczy, zaczęłam nieco większy "projekt", ale chcę pisać więcej. Brakuje mi po prostu trochę pomysłów... no i niestety jestem taką osobą, która od razu chce machnąć dzieło na miarę "Wojny i pokoju", więc to też jest problem. Poszukam inspiracji i tak, ale byłabym wdzięczna, gdybyście coś napisali. Z góry dziękuję:)

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Muzyka, wolność, narkotyki - czyli o życiu Janis Joplin

Hej!
Bardzo chciałabym Wam podziękować za komentarze pod ostatnim postem. Bo nie pisaliście banałów i było mi naprawdę miło. I każdy komentujący jednak poruszył temat śmierci, chociaż jest on, co tu kryć, trudny. Niedawno był pogrzeb i nie ukrywam, że totalnie się rozkleiłam, płakałam bez żadnej przerwy, nie mogąc w żaden sposób przestać. A powtarzałam sobie, że będę taka opanowana, spokojna i niewzruszona niczym głaz... hmm...
W rodzinnych sprawach jest chyba w porządku. Ostatnio wraz z rodzicami często jeździmy do mieszkania prababci i sprzątamy, wyrzucając ubrania, niektóre naczynia, stare jedzenie i tak dalej. Oczywiście zdjęć i książek się nie pozbywamy. Mówiąc szczerze, nie miałabym kompletnie serca, aby wyrzucić stare, pożółkłe fotografie albo powieści... jestem cholernie sentymentalna, uwielbiam stare rzeczy i uważam, że wyrzucenie jakiejkolwiek książki to grzech! Też tak macie, czy tylko ja jestem taka dziwna?...
Co poza tym się u mnie wydarzyło? Raczej nic szczególnego. Nauczycielka od hiszpańskiego zabrała naszą grupę do restauracji (hiszpańskiej, naturalnie), gdzie zachowywaliśmy się tak, że niektórzy nauczyciele padliby na zawał, bo raczej nie reprezentowaliśmy godnie naszej szkoły. Na szczęście belferka, która poszła z nami jest raczej wyluzowana;) Muszę przyznać, że "tapas" (czyli takie przekąski, które zamówiliśmy, bo są bardzo popularne w Hiszpanii) są pyszne i mimo tego, że tak niewielkie, strasznie sycące. Niektórzy z nas (także ja, przyznaję się!) po pożarciu tego wszystkiego, dopchali się jeszcze deserami. Ciężko się oprzeć sernikowi, prawda? Ten kuszący napis w karcie, ciasto pyszniące się za szkłem i jego krzyk w głowie: "Zjedz mnie, zjedz mnie!"...
Byłam też  na filmie "Gwiazd naszych wina" z przyjaciółką. Jako zagorzała fanka książki bałam się, że film totalnie zawalą. I czekało mnie bardzo przyjemne zaskoczenie, bo ekranizacja była świetna! Niemal wszystko, co znajdowało się w książce, obejrzałam w filmie. Na przemian śmiałam się i płakałam. Aktorzy zagrali świetnie, wręcz wybitnie. Dialogi- błyskotliwe, ironiczne, inteligentne, żywcem wzięte z książki... więc gorąco polecam!
 


Ale nie o tym miał być post. Jak zwykle rozpisałam się nie na temat... notka będzie o kolejnej niezwykłej kobiecie z XX wieku (mam straszną słabość do tego okresu!)- pierwszej na scenie rocka znanej przedstawicielce płci pięknej, czyli piosenkarce Janis Joplin.
Wielu z Was słyszy pewnie o niej po raz pierwszy, bo nie jest tak sławna jak inni muzycy z lat 60-70, typu Jimi Hendrix. Ale jednak przeszła do historii. Jako piosenkarka rockowa, bluesowa i soulowa, o nieco skrzekliwym, ochrypłym, ale pełnym emocji głosie; jako osoba, która tworzyła niesamowitą muzykę, czuła się wolna, była ekscentryczna, wyróżniała się w epoce, w której scenę muzyczną zdominowali mężczyźni, podbiła serca ludzi nie dzięki urodzie, ale talentowi i osobowości i  zginęła z powodu używek, jak wielu artystów żyjących i tworzących w epoce hipisów (zresztą nie tylko). Była fenomenem, ze swoją burzą brązowych, naelektryzowanych włosów, chodząca w spodniach i włóczkowej sukience, a później ubrana w rozmaite bransoletki, korale, spodnie dzwony i sandały. Skandalizowała, szokowała, zdobywała (i zdobywa też dziś) uznanie. A najlepsze jest to, że jej kariera trwała tylko kilka lat...
Ale od początku.
  
Przyszła na świat jako Janis Lyn Joplin,19 stycznia 1943 roku, w Teksasie, czyli miejscu niestety niezbyt interesującym i strasznie konserwatywnym. Wychowała się wraz z rodzicami i dwójką rodzeństwa, w rodzinie z klasy średniej, w Port Arthur, na wybrzeżu. Czyli tak naprawdę... przeciętnie.
Może najpierw przybliżę Wam nieco klimat środowiska, w którym wychowała się Janis.  Teksas, południe Ameryki. W latach pięćdziesiątych czarnoskórzy są dyskryminowani, biali raczej nie słuchają bluesa, miłośnicy country wręcz pogardzają tą "muzyką czarnych". W dobrych rodzinach na południu panuje przekonanie, że:
blues=Murzyni=seks=śmierć!
Uważa się również, że perfekcyjna młoda dziewczyna powinna być: ładna, dobrze wychowana, miła, wykształcona, po szkole. Ach, no i powinna błyskawicznie wyjść za mąż! 
Okej, już macie obraz tamtej  rzeczywistości.
Joplin niesamowicie się wyróżniała. Mieszkała w okolicy, gdzie mieszały się różne kultury, w tym też ta "czarnuchów", którymi dziewczyna zupełnie nie pogardzała. Wręcz przeciwnie, lubiła ich, spędzała z nimi czas. Słuchała bluesa (min. Bessie Smith, Leadbelly), o zgrozo, jeździła też na koncerty takich wykonawców i mówiła o tym głośno w szkole! Zaczytywała się również w nietypowej literaturze, tzw. "bitnikach" (tu macie LINK do wyjaśnienia tego hasła), dużo malowała wpadła w "złe towarzystwo" (zakumplowała się z grupą wyrzutków- to właśnie oni pokazali jej świat afroamerykańskiego bluesa). Chodziła w dżinsach i na bosaka, plotka głosiła nawet, że nie nosiła stanika, co było po prostu skandalem! W gazetce studenckiej napisano nawet o niej artykuł pt.: "Ona ma odwagę być inna!"
Jak widać, ciężko nazwać Janis Joplin miłą, grzeczną osóbką. Ładna też nie była. W szkole przezywano ją "świnią", ze względu na brzydotę, problemy z figurą i cerą.  Jej skórę pokrywały blizny, rozstępy. Nic dziwnego, że nie potrafiła się przystosować i tonęła w kompleksach.  
Oczywiście rodzice raczej nie akceptowali tego, jak ich córeczka żyła i co chciała robić. Bo dziewczyna pragnęła śpiewać. Jak ona sama to wspomina:

"(...) postanowiłam śpiewać. Słuchałam wtedy naprawdę dużo muzyki... i pewnego dnia przyszłam, zaśpiewałam. Rodzice byli zaskoczeni. Musieli zaakceptować to, czym chcę się zajmować."

Znalazłam też taką jej wypowiedź:
"Zaczęłam śpiewać bluesa, bo zawsze kochałam to robić. Byliśmy wolnymi ptakami, graliśmy sami dla siebie albo za piwo (...) Kamery, publiczne występy... to coś nowego i pojawiło się przy okazji. Śpiewałam, ponieważ to było moje środowisko, moi przyjaciele, mój klimat. Zarówno muzycy jak i ich słuchacze tworzyli rodzinę. To była kwestia ciepła i bliskości z nimi."
Piękna słowa, trzeba przyznać...

W końcu Joplin (w wieku 20 lat) postanowiła opuścić Teksas, gdzie raczej nie miała szans na rozwój. Nie wspominając o tym, że wszyscy uznawali ją za wariatkę. Rzuciła studia i pojechała autostopem  do Kalifornii.
 
  
Janis Joplin w dzieciństwie.

W końcu czuła się wolna. Nagrała pierwsze  demo, występowała w kafejkach, w których królował folk. Zdobyła znajomych, dzięki min. swej inteligencji.
Jednocześnie bardzo wcześnie zaczęła przygodę z narkotykami i alkoholem. Pewnie to też trochę z powodu jej strachów, lęków, kompleksów, których w końcu artystka miała od groma.  Ponieważ Janis musiała zarobić na amfetaminę, którą zażywała, oprócz śpiewu i dorywczych prac zajmowała się też handlem "towaru". Była w takim stanie, że przyjaciele odesłali ją do domu na odwyk. 
Chociaż dziewczyna  podczas pobytu u rodziców naprawdę starała się być normalna- zaczęła studia, ubierała się zwyczajnie- nadal grała i śpiewała. 
W roku 1966 zauważył ją menadżer niezbyt popularnego zespołu Big Brother & the Holding Company. Grupa potrzebowała właśnie wyrazistego, ciekawego wokalu. I właśnie tak Joplin dołączyła do tej formacji. Stała się symbolem rozpoznawczym, ze swoim charakterystycznym głosem. Wraz z zespołem nagrała dwa albumy: "Big Brother & the Holding Company" oraz "Cheap Trills"
Na początku piosenkarka nie zażywała narkotyków, było w porządku. Jednak później zaczęło się znowu. Janis Joplin nie szczędziła sobie uniesień, balansowała tak naprawdę na krawędzi i... wykańczała się. Miała mnóstwo romansów (również z kobietami), skandalizowała, prowokowała.
Do rangi wielkiej gwiazdy artystkę podniósł The Monterey International Pop Music Festival, na którym wystąpiła z zespołem. Ta piosenkarka podbiła serca dzięki talentowi, szczerości i niesamowitej osobowości. Nie jbyła seksowna, piękna, nie nosiła ogromnych dekoltów czy krótkich spódniczek. Była symbolem feminizmu, kobiecej siły, emancypacji.
W końcu pojawiły się spory w grupie muzycznej. Janis odeszła i uformowała własny zespół: Kozmic Blues Band, który grał jednak nie tylko blues, ale także w ogromnej ilości soul. Chociaż wydawałoby się, że wszystko się świetnie układa, gwiazda czuła się ogromnie samotna i nieszczęśliwa. Album, który wydała: "I Got Dem Ol' Kozmic Blues Again Mama!" nie zdobył zachwytu publiki, był krytykowany. Chociaż jeszcze niedawno starała się nie brać używek, Janis Joplin znowu, za przeproszeniem, ćpała
Na koncertach piosenkarka ledwo dawała radę, była w złym stanie. W końcu rozstała się z Kosmic Blues Band (1969). Mimo, że podczas pobytu w Brazylii znowu poszła na odwyk i wszystko wydawało się być w porządku, po powrocie znowu zaczęła wstrzykiwać sobie zastrzyki.  Zorganizowała też kolejny zespół- Full Tilt Boogie Band. Wraz z nim pojechała na trasę po Kanadzie (o nazwie Festival Express). Brzmiała świetnie, publicznie mówiła, że jest "czysta".
Wystąpiła również w swym rodzinnym mieście. Z różowymi boa wplecionymi we włosy, w okularach "lenonkach". Jednak przed występem pokłóciła się z matką. Znana biografka Janis- czyli Myra Friedman- uważa, że rodzicielka powiedziała piosenkarce, że żałuje, iż ją urodziła. To musiał być wielki cios dla Joplin, która powoli staczała się w dół.
Jednak tworzyła dalej. Powstał album "Pearl". A trzy dni po nagraniu słynnej piosenki "Mercedes Benz" i takiej z życzeniami urodzinowymi dla Johna Lennona... Janis Joplin przedawkowała heroinę i umarła w hotelu w Los Angeles. 4 października 1970 roku. Zmarła w wieku 27 lat, dwa tygodnie po słynnym, czarnoskórym gitarzyście- Jimim Hendrixie- i rok przed liderem zespołu "The Doors"- Jimem Morrisonem. Epoka hipisów się kończyła.
 
  
 
Musicie przyznać, że była niesamowitą osobą. Symbolem siły, chociaż zżerały ją wątpliwości, kompleksy i narkotyki. Osobą, która żyła na szybko, gwałtownie, jak to w czasach hipisowskich- wolna miłość, muzyka, dzieci-kwiaty... osobą, która mimo statusu wielkiej gwiazdy czuła się słaba psychicznie...
Moim zdaniem była też wielką artystką, chociaż jej głos z pewnością był nietypowy. Wstawiam kilka jej kawałków, moich ulubionych. Nie jestem wprawdzie zagorzałą fanką Janis Joplin, jednakże lubię niektóre jej piosenki i... co tu kryć, ta artystka mnie zafascynowała! Mam nadzieję, że Was również, chociaż wiem, że nie wszyscy interesują się tymi czasami, tą muzyką... jednak jak zwykle chcę, aby post Wam się spodobał:)
A teraz trochę muzyki, czyli najważniejszej tak naprawdę rzeczy...

To mój absolutnie ukochany kawałek, uwielbiam go!

  

Z góry dziękuję za uwagę:D
Pozdrawiam!
Pola

środa, 11 czerwca 2014

"Zamieniona" Amanda Hocking- recenzja + o śmierci i wycieczce

Hej.

Na początku poprzedniego posta była wiadomość pozytywna, dziś niestety będzie negatywna. Chodzi o to, że niedawno zmarła bardzo mi bliska osoba w rodzinie. Niezbyt chcę się o tym rozpisywać i Wy pewnie też niezbyt chcecie o tym czytać. Wiadomo, że jest mi naprawdę przykro, że było dużo łez, rozpaczy i cierpienia. Ale teraz jest lepiej, bo wiem, że ta osoba jest w innym, lepszym świecie i już nie cierpi. Śmierć jest straszna i bolesna, ale jest nieodłącznym elementem naszego życia, a jak już pisałam- ta osoba naprawdę cierpiała, czuła ból. Nie chodzę cały czas w żałobie, nie rozpaczam, nawet uśmiecham się i śmieję, bo wiem, że moja prababcia (bo to o niej mowa) by tego nie chciała. Nawet to mówiła. Więc... jest lepiej. Nadal jest mi smutno, nadal cierpię i ubolewam nad stratą tak ukochanej osoby, bardzo mnie to boli. Często czuję się zagubiona, ale...
Żyję po prostu dalej. Jest okej. Naprawdę okej.
Reakcje ludzi są co najmniej dziwne. Niektórzy zachowują się tak, jakby zdechła mi rybka. Mówią coś w stylu "szkoda" z głupawym uśmiechem albo, na przekazanie informacji kto zmarł, pytają: "A fajna była?"(to mnie dzisiaj rozwaliło). Czy gdy Wam zmarł członek rodziny, też niektórzy walili takie teksty?...
Przepraszam, miałam się nie rozpisywać... ale dobrze jest się "wypisać". I proszę Was, abyście nie pomijali z wdziękiem tego fragmentu podczas czytania posta (pewnie tego nie zrobicie, ale jednak... proszę).
 
A tu tak nieco od czapy z Demotywatorów. Bardzo mi się ten cytat podoba. I trzeba przyznać, że rzeczywiście chciałabym tak żyć...



Teraz dość mocno z innej beczki- dziś byliśmy też na wycieczce klasowej- nagroda za wygrany konkurs międzyklasowy. Wybraliśmy się do rezerwatu Mewia Łacha. Było świetnie- piękne widoki, lasy, wolno płynąca i łagodnie chlupocząca Wisła, przelatujące ptaki, plaże z aksamitnym, ale gorącym piaskiem, błękitne niebo... niektórzy z naszej klasy zachowywali się wprawdzie strasznie, ale mimo wszystko bawiliśmy się naprawdę dobrze! Wygłupy, robienie sobie "selfie" z połową klasy (prawie wpadliśmy do wody...), zakopywanie kolegów w piasku, bieganie jak małe dzieci...
Świetny dzień, naprawdę. No i straciliśmy lekcje, co też jest niesamowitym plusem.
Tak, wiem, tak jakoś dziwnie z tematu śmierci nagle przechodzić do tak radosnego, ale... chciałam chociaż krótko opisać ten dzionek. Jako ważne dla mnie wspomnienie. Bo naprawdę się udał. Szkoda, że to ostatni taki nasz wypad...


A teraz wstawiam recenzję, którą bodajże tydzień temu napisałam przed angielskim. Jest nieco złośliwa, ale cóż poradzić... Dobra, aż tak źle nie jest, ale moje recenzje są coraz ostrzejsze. Zresztą oceńcie sami... a może Wy macie inne zdanie o prezentowanej poniżej książce? Piszcie koniecznie.




 
Tytuł: "Zamieniona"
Seria: "Trylogia TRYLLE"
Autor: Amanda Hocking
Wydawnictwo: Amber
"Zamieniona", jak głosi okładka, jest na 4 miejscu bestsellerów New York Timesa i wywołała sensację wydawniczą na miarę "Zmierzchu", a nawet "Harry'ego Pottera". Mało tego, czytelnicy kochają tę powieść, a na całym świecie można kupić jej egzemplarze...
To zabawne, że tak wieleosób (łącznie ze mną) o tej książce nigdy nie słyszało.
Opis fabuły mnie nie powalił, okładka też niespecjalnie, ale, że:
a.) to prezent
b.) jest tyle pozytywnych opinii, w tym samego "NYT", no to... musi w tej pozycji coś być, nie?
c.) potrzebowałam akurat porządnego odmóżdżenia po "Maskach" i "Słowniku egzystencji" w środku autorstwa Peipera, który nieźle mnie wymęczył.
Więc przeczytałam.
Wendy to zwyczajna nastolatka.  Błąd. Niezwyczajna. Bo nie potrafi odnaleźć porozumienia ze światem, zupełnie nie pasuje do swojej rodziny, no i... och, no tak- jej matka chciała ją zabić nożem do krojenia tortu, gdy nasza bohaterka miała 6 lat.
Oczywiście w otoczeniu Wendy pojawia się mroczny przystojniak, który nie tylko się na nią ciągle gapi, ale również wyjawia prawdę o jej prawdziwym pochodzeniu. Okazuje się (oczywiście), że dziewczyna należy do rasy o wdzięcznej nazwie TRYLLE. Co to za rasa? A nie zdradzę, bo nie będziecie zachwyceni spoilerami. Wspomnę tylko, że Trylle mają magiczne zdolności, a sama Wendy okaże się bardzo ważną osobą...

Schematy, schematy, schematy! Niemal we wszystkim! Wprawdzie sam pomysł na napisanie książki o fascynującej, wyniosłej rasie Trylli, które mają, trzeba przyznać, dziwaczne zwyczaje, był niezły, ciekawy, z pewnością oryginalny i inny, ale reszta...
Zagubiona dziewczyna, która nie potrafi odnaleźć się w świecie, bo oczywiście jest kimś wyjątkowym. I jest (aaa!!!) zabójczo piękna. Ale o tym nie wie, rzecz jasna. Znajdzie się też mroczne ciacho, który przez całą książkę pokazuje całym sobą, że wie coś, czego ona nie wie. Takich książek jest naprawdę wiele.
Ale nawet, jeśli pominę w mojej ocenie schematy (w końcu dziś większość książek młodzieżowych się na nich opiera), to i tak "Zamieniona" wypada kiepsko. A co mi przeszkadzało?
Na pewno bohaterowie. Wyjątkowo źle wykreowani. Brak im charakteru, charyzmy, nie mogliby istnieć w prawdziwym świecie. I są niesamowicie do siebie podobni. Może poza jedną bohaterką, która po prostu przyciąga do siebie wszystkie najgorsze wyzwiska, ale za to jest ciekawa.
Wendy, która podobno jest porywcza, przypomina rozpuszczoną, głupiutką, pustą, ale tchórzliwą i siedzącą cicho, gdy po niej jadą dziewczynkę. Jej zachowania były dla mnie momentami zupełnie niezrozumiałe. Inne postacie niestety w większości nie wypadają lepiej, niektóre po prostu żałośnie.

 Książka jest napisana po prostu słabo. Chociaż czyta się ją niesamowicie szybko i lekko, to autorka dosyć nieudolnie prowadzi fabułę, wygląda to tak, jakby pisała powieść w dużych odstępach czasu. Wszystko jest niespójne, nie trzyma się kupy. Ponadto przez większość tej pozycji... nic się nie dzieje! Wątku fantasy jest tu chyba najmniej. Przeważają błahe, niemające znaczenia sceny. Panuje nuda. Prawie nic nie wiemy o tych całych Tryllach, bo Amanda Hocking woli opisać, jak Wendy obejrzała film z przyjacielem. Takie sceny dominują. Mnóstwo "lania wody". To po prostu złe wykorzystanie pomysłu.

Poza tym, na początku książki wszystko dzieje się zbyt szybko, nie ma najmniejszego sensu. Bohaterka nic nie wie o jakimś kolesiu, jest jej obojętny? Bach, parę stron później już go lubi i czuje dreszcze podniecenia, gdy na nią patrzy! Emocje, zachowania bohaterów zmieniają się w ogóle w tempie błyskawicy.

Dialogi są sztuczne i kiepskie. Niektóre wypadają całkiem, całkiem, ale inne wydawały mi się sztywne i nienaturalne.

Zakończenie... autorka popędziła sprintem do finiszu, to widać niestety gołym okiem. Niewiele rzeczy jest wyjaśnionych, wszystko zdarzyło się tak nagle i wydaje się nie mieć sensu. Hocking zakończyła wyjątkowo nieudolnie.

Czy "Zamieniona" ma zalety? Ma. Dobry, mocny początek, który zapowiadał jednak całkiem niezłą książkę, ciekawy, oryginalny pomysł i fajne, barwne, dopracowane opisy. Momentami nawet lekko bajkowe. Szkoda tylko, że atutów Amanda Hocking ma w 1 części swej "Trylogii TRYLLE" tak mało.

Podsumowując: jest to powieść na pewno lekka, niewymagająca myślenia, słabo napisana, kiepska. Można przeczytać tylko dla odmóżdżenia i relaksu (chociaż ja się nieźle wkurzałam podczas czytania) albo poczynienia dobijających obserwacji dzisiejszej literatury.
Ocena końcowa: 3.5/10

Pozdrawiam ciepło,
Pola

czwartek, 5 czerwca 2014

COŚ

Hej!
Na początek się pochwalę. A czym? A wynikiem ze sprawdzianu szóstoklasisty. Nie moim, bo z automatu dostałam 40/40, mimo, że nie pisałam (niech żyje konkurs kuratoryjny!), ale całej klasy. Bo my, ta "najgorsza", najbardziej zbuntowana i hałaśliwa, skłonna do dyskusji, nieznośna klasa, mamy najwyższą średnią. Pobiliśmy nawet "najlepszą" klasę, która i w konkursach międzyklasowych wygrywa i zawsze wyniki testów ma od nas lepsze (przez to mamy lekkie kompleksy, ale zawsze pocieszamy się, że my jesteśmy klasą artystów...). 1/3 klasy ma 40/40 punktów. Więc naprawdę się cieszę. Ale było u nas wesoło, kiedy lataliśmy do sekretariatu po wyniki, a potem gorączkowo pytaliśmy siebie nawzajem: "Ile masz punktów, ile?". I te dzikie wybuchy radości... ciężko będzie mi się rozstać z większością z tych ludzi:( Wprawdzie mnóstwo osób idzie do tego samego gimnazjum co ja, ale przecież najprawdopodobniej nas rozdzielą i wszyscy nie trafią do tej samej klasy... szkoda...
Niedawno odbyła się też szkolna impreza- nocowanie w szkole. Był film w kinie ("Czarownica", który był w sumie całkiem niezły. Ach, te nasze komentarze do każdej reklamy i każdego fragmentu filmu, robienie sobie selfie z lampą błyskową przez moje koleżanki- tak wiem, świetny pomysł, entuzjastycznie oklaski młodszych klas, gdy nastąpił kluczowy moment- z happy endem naturalnie, wrzaski i głośne żarcie popcornu... mam nadzieję, że na sali nie było nikogo poza nami. Jeśli jednak jacyś biedacy tam się znaleźli, to współczuję im z całego serca!), pizza- jedzona oczywiście po barbarzyńsku na podłodze, bo (cytuję mojego kolegę): "Cywilizacja jest dla cieniasów!"; miniwykład o astronomii, głupawka... wesoło było. Na 36 godzin spałam jakieś pięć. Więc miałam niezły maraton... a w tym tygodniu czeka mnie kolejne nocowanie, tym razem literackie. I mam nadzieję, że wszystko wyjdzie. Tylko, że... z organizacją niestety prawie leżymy (jestem jednym z organizatorów). A to już jutro!
 
Film "Czarownica" powalający nie jest (zwłaszcza pod względem scenariusza, gry Elle Fanning i dubbingu), ale efekty specjalne i gra Angeliny Jolie robią wrażenie. Całe widowisko wygląda po prostu pięknie, a aktorka zagrała naprawdę dobrze. Więc polecam:)
 
Ale do rzeczy, czyli do COSIA w tytule. Jest to mój tekst. Nie opowiadanie. Bo to opowiadaniem nazwać ciężko. To raczej proza poetycka, monolog, takie trochę nie wiadomo co. Ale przeczytajcie. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. I (jak zwykle) proszę o jakąś dłuższą, ciekawszą wypowiedź. Chociaż będzie ciężko, bo tekst zajmuje... pół strony w Wordzie. Tak, tak wiem- oszałamiająca ilość.
Ale na początku trzeba Was, moi kochani czytelnicy, podszkolić (he, he!). Bo inaczej opowiadania mojego kochanego cosia nie zrozumiecie... nie jest to w żaden sposób aluzja do tego, że jesteście nieinteligentni, czy coś, bo akurat wiem i z wielką dumą zawsze powtarzam, że moi czytelnicy są naprawdę myślącymi, mądrymi osobami, które umiejętnie i ciekawie prowadzą swoje blogi.

Tekst powstał w wyniku mojej fascynacji commedią dell'arte. A co to jest?...
 Całą dobę (albo więcej) później.
(ogarnęło mnie straszne lenistwo i zacytowałam sobie powiedzonko przyjaciółki i często też moje: "To co możesz zrobić dzisiaj, możesz zrobić też jutro". Przypomniał mi się jednak finał powiedzenia, czyli "albo wcale". Uznałam, że ta złota myśl jednak nie we wszystkich sytuacjach się sprawdza, w blogowych zwłaszcza;))

Commedia dell'arte to włoska komedia ludowa, która była bardzo popularna w XVI-XVIII wieku, nie tylko we Włoszech, ale też w całej Europie, w tym w Polsce (wielką popularność osiągnęła też we Francji). Scenariusz tak naprawdę... nie istniał. Był bardzo, bardzo szkicowy. Aktorzy przede wszystkim improwizowali. To właśnie było taką nowością: zerwanie z klasycznym, literackim tekstem. Zamiast tego widowisko opierało się na schematycznych sytuacjach, komizmie sytuacyjnym, grotesce, parodii, trikach, akrobacjach i stale powracających postaciach. Tak, w każdym przedstawieniu byli tak naprawdę ci sami bohaterowie dzielący się na "maski poważne" i "maski komiczne". Mieli swoje charakterystyczne zachowania, stroje, maski. Jestem pewna, że słyszeliście o wielu. Mówią Wam coś takie nazwy jak Pierrot, Arlekin, Kolombina, tak popularne w dzisiejszych czasach, wykorzystywane w kulturze, literaturze, filmie, często jako nazwy słodyczy (jak np. deser lodowy "Arlekin", czy czekoladowy batonik Wedla "Pierrot)? To właśnie jedne z takich postaci. Jak już wspomniałam, każda miała swoje cechy charakterystyczne, np. Pierrot wybieloną mąką twarz z dużymi, czarnymi łzami, a także czarno-biały strój. Był smutny, romantyczny. Jego przeciwieństwem był Arlekin,jego rywal, wesoły, ubrany w strój w kolorowe romby, komiczny, sprytny, ruchliwy sługa, taki pajac.
 http://www.ericjoisel.com/commedia_files/BIGcostumes.jpg.jpg
No i widzicie- już znacie dwie postacie z commedii dell'arte. Ale nie na nich chciałam się skupić. Tylko na tym trzecim od lewej osobniku, w środkowym rzędzie. Tak, tym w czarnej masce.
To Poliszynel, z włoskiego Pulcinella.
Też był maską komiczną, zachowywał się też niezwykle komicznie. Posiadał garb, ogromny koguci pióropusz na kapeluszu, głębokie zmarszczki na czarnej masce, haczykowaty nos, złe oczy, stroje w krzykliwych kolorach. Był paskudny, egoistyczny, ironiczny, samolubny, lubił się chwalić. To szyderca i złośliwiec. Scenicznym szeptem lubił rozsiewać plotki na temat innych bohaterów, oczywiście po chamsku i złośliwie skomentowane. Niby miało to być "pod nosem", ale oczywiście publika wszystko słyszała i zawodziła ze śmiechu, bo komentarze Poliszynela były pewnie trafne, szydercze i zabawne. Stąd też się wzięło powiedzenie tajemnica Poliszynela- czyli sekret, który tak naprawdę wszyscy znają, więc nie jest on żadnym sekretem.
Teraz prezentuję Wam monolog tej właśnie postaci. Z małą dedykacją dla mamy (nieco spóźniona na Dzień Matki- chociaż dałam już inne prezenty- i dlatego, że teatr i sztuka to właśnie jej klimaty. Nie ukrywam, tata lekko zazdrosny był, ale dla niego opowiadanie też pewnie będzie:D).
Jest nawet tytuł!

Poliszynel bez tajemnic
Mamie. Za... po prostu wszystko.
Czasem nawet słowa to za mało.

Większość mojego życia spędziłem z twarzą ukrytą za czarną maską. Jak o mnie mówią? Złośliwiec, szyderca, okrutnik. Wyjawiam tajemnice innych, zawsze głośnym szeptem, ku uciesze głupiej gawiedzi. Przez zajmowanie się sekretami innych, nie mam własnych.

Tak długo noszę sztuczny garb, że niemal we mnie wrósł. Tak długo szydzę, złośliwie komentuję, że nie potrafię być poważny. Tak długo jestem egoistyczny i wredny, że ludzie mnie kochają.

Ale tylko na scenie.

Nie mam przyjaciół w realu. Nie mam prawdziwych przyjaciół. Gdy milkną śmiechy, kończą ukłony i schodzę ze sceny, ludzie cofają się ode mnie z obrzydzeniem. Bo jestem nieludzki. Bo mam złe oczy. Bo gdy nie bawię, przerażam swoim wyglądem i okrucieństwem.

Pragnę innego życia? Tak. Ale to niemożliwe. Scena zrobiła ze mnie kogoś, kim nie jestem. Nie nazywają mnie już moim prawdziwym imieniem, tak bardzo zawsze wczuwałem się w rolę- nie jestem sobą. Na karty historii wpisałem się jako wyjawiciel tajemnic. Jako kolejna komiczna postać w commedii dell’arte. Jako podły, bezlitosny komentator. Jako garbus z czarną, pokrytą zmarszczkami twarzą. Jako zły, ale będący zabawnym egoista.

Jako Poliszynel.

***
O rany. Teraz, w bloggerze, ten tekst wydaje się jeszcze krótszy...
No nic. Przecie nie ilość się liczy, ale jakość, nie? Ale (jak zwykle) co do jakości pewna nie jestem. Więc znowu, z uporem maniaka powtarzam: komentować. Komentować, chwalić albo krytykować, zależy i mimo, że tekst jest króciutki, to pisać coś więcej niż "podoba się", "nie podoba się". Niby nigdy tak nie jest, ale mimo to przypominam i proszę:)
Dziękuję za przeczytanie i (z góry) za skomentowanie!
No i oczywiście pozdrawiam Was ciepło!
Pola