środa, 28 grudnia 2016

2016... a więc to już?

Ten rok zleciał mi tak szybko, że wciąż nie mogę w to uwierzyć. Ten rok był tak pełen wrażeń, ekscytujący i trudny jednocześnie, że naprawdę nie wiem, kiedy to wszystko zdążyło się wydarzyć. Ten rok właśnie się kończy.

Z tej okazji chciałabym tu podsumować powoli odchodzący 2016, podobnie jak rok temu podzielić się nowymi odkryciami i objawieniami, zobaczyć jak poszło z realizacją postanowień, a na koniec określić plany i cele na 2017. 

Ten post będzie chyba długi, coś tak czuję, więc przygotujcie się na sentymentalny, pełen emocji wywód.

 

Postanowienia z poprzedniego roku


Niby wolę nie robić postanowień, bo wydaje mi się, że i tak ich nie spełnię, ale jednak co roku zawsze pojawiają się jakieś plany. I w sumie to dobrze. Bo gdy wiem, co chcę osiągnąć, o czym marzę, mam większą motywację i łatwiej mi to zrealizować.
Jednym z moich celów na rok 2016 było wzmożenie aktywności na blogu i wprowadzenie jakiejś regularności. Jakiejkolwiek. Dotąd pisałam posty średnio co dziesięć dni, czasem nie pojawiały się przez dwa tygodnie, ogólnie - wpisy pojawiały się kiedy chciały, a dwa miesięcznie raczej mnie nie satysfakcjonowały. W pierwszym półroczu właściwie nic się nie zmieniło i trochę za często pojawiały się tagi. Mniej więcej w sierpniu ustaliłam sobie, że publikuję jednego posta w tygodniu i taki system okazał się dla mnie najbardziej korzystny. Najwięcej wpisów ujrzało światło dzienne w listopadzie, bo aż sześć (jeden to wprawdzie zebrane do kupy wszystkie części ,,Sabinki", ale ćśś, sześć dobrze brzmi).

Chciałam także publikować więcej opowiadań i właściwie mi się to udało. Na blogu łącznie pojawiło się osiem tekstów mojego autorstwa (jeśli liczymy ,,Sabinkę" jako trzy części, a nie jedną część, a w tym wypadku liczymy, bo wychodzi większa liczba). W 2015 opublikowałam dziewięć tekstów, jednak jeden z nich to krótki wiersz, a drugi dramat. Szczęśliwa tegoroczna ósemka to sama proza, do tego w niektórych przypadkach o nieco większych gabarytach niż pisane dotychczas miniaturki.
Oczywiście nie mogę nie napisać o Cyklu Słowiańskim, czyli serii opowiadań o badaczce stworzeń nadprzyrodzonych rodem ze słowiańskich wierzeń. Moja duma. Na razie pojawiły się trzy części (jeśli liczymy ,,Sabinkę" jako jedną część, a w tym wypadku liczymy, bo jest wygodniej, chociaż ,,pięć" brzmi bardziej imponująco) - ,,Kruchy lód", ,,Sabinka" i ,,W samo południe". Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że przygody Anki aż tak przypadną Wam do gustu, ale oczywiście to dla mnie wielka radość i z przyjemnością pociągnęłam historię dalej. Pierwsze opowiadanie powstało na zasadzie ,,lol, mam jakieś dwa dni do końca miesiąca, a nie napisałam opowiadania na Kreatywne Spojrzenie, trzeba coś wymyślić, cholera...", a w efekcie pomysł rozwinął się na kilka kolejnych części. Oczywiście bardzo się z tego cieszę i dziękuję za ogrom wsparcia i pozytywnych komentarzy!

W poście z 2015 roku pojawiło się również, uwaga, cytuję: 
Otóż chciałabym stworzyć w końcu coś większego niż dwadzieścia kilka stron, najlepiej, co jest moim marzeniem powieść (ach, jakże to dumnie brzmi). (...) W 2016 roku chciałabym porwać się na dłuższą formę i stworzyć powieść/nowelę, ewentualnie zbiór opowiadań.
A więc...
...
Coś zaczęłam.
Właściwie zaczęłam pisać powieść. 
,,Powieść" brzmi bardzo dumnie, zbyt dumnie, jak na moje wypociny, ale pomysł zrobił się tak rozbudowany, że już wiem, iż to musi być taka forma. Jeszcze się w zastraszającym tempie rozrasta i robię notatki, żeby się nie zgubić. Jestem przerażona, bo to miała być krótsza opowieść, a już na tym etapie się gubię, ale jednocześnie bardzo podekscytowana. W końcu znalazłam na tyle rozbudowany i angażujący pomysł, który jak na razie się nie wyczerpuje - im dalej, tym mocniej się wciągam i jestem zakręcona na punkcie tej historii. Nie chcę Wam za wiele zdradzać, napiszę tylko, że to fantastyka umiejscowiona w fikcyjnym świecie, który jest inspirowany naszym dziewiętnastym wiekiem. Do tej pory napisałam jakieś czterdzieści stron (plus około trzydziestu wyrwanych fragmentów, które pojawią się w dalszych scenach, ale akurat miałam na nie pomysł). No dobra, to nie jest może jakoś bardzo dużo, ale jak na mnie naprawdę sporo. Wiecie, to w sumie jak na razie najdłuższa rzecz, jaką napisałam w życiu.
Na razie nie myślę o tym, co dalej z tym zrobię, po prostu chcę to skończyć. Ewentualnie potem zastanawiać się,  czy to w jakiś sposób ujrzy światło dzienne i czy w ogóle. Próbuję skupić się na samym tworzeniu, trudnym, bo długa forma rzecz trudna i już się gubię, a nad tym, co dalej, pomyślę jeśli postawię finalną kropkę. A bardzo chciałabym tę kropkę postawić. Nie wiem, czy mi się uda, bardzo możliwe, że nie, w końcu to dopiero pierwsze próby, ale na pewno będę się starać.


Doświadczenia, odkrycia, objawienia


Nie ukrywam - mimo genialnych doświadczeń, wspaniałych chwil i nowych przeżyć, 2016 był dla mnie dość trudny.
Zresztą w ogóle, patrząc po tym, jak ludzie komentują ten czas i ile znamienitych osób odeszło, chyba dla wielu osób okazał się feralny, ale nie jestem w stanie mówić za wszystkich, więc opowiem za siebie.

Chyba przede wszystkim doszło mi naprawdę sporo obowiązków w szkole, a przy tym wiele pracy, zmęczenia, frustracji i stresu. Zaczęłam trzecią klasę gimnazjum (tak, wiem, pewnie potem będzie jeszcze gorzej i będę z nostalgią wspominała te czasy) i okazało się, że opowieści nie są przesadzone - nadganianie zaległości w ekspresowym tempie, przygotowania do egzaminu, nauka do ciągłych sprawdzianów. Myślałam, że poprzedni rok szkolny był wyczerpujący (i tak w sumie był). Jasne.

W tym semestrze bywałam tak dobita i zmęczona, że chwilami myślałam, iż nie wytrzymam. Czasami po prostu się poddawałam. Nie umiałam sobie rozplanować nauki, robiłam wiele na szybko, przytłoczona nadmiarem rzeczy do zrobienia, nie wiedziałam, w co ręce włożyć, do tego łatwo się rozkojarzałam i nagminnie marnowałam czas, błądząc po Internecie, również w trakcie odrabiania lekcji - męczyłam się, ale nie przynosiło to oczekiwanych efektów. Oceny mi spadły. Nie jakoś znacząco, ale w porównaniu z poprzednimi latami z pewnością było gorzej. Irytowałam się, gdy ktoś zwracał mi na to uwagę, bo jak to, przecież ja pracuję! Wyniki po czasie wprawdzie mi się poprawiły, ale zapętliłam się w tę spiralę wyczerpania, rozdrażnienia i stresu. Pewnego dnia nie wytrzymałam. Mianowicie dowiedziałam się, że na kolejny dzień muszę przygotować dużą pracę domową, o której zupełnie zapomniałam i uświadomiłam sobie, że będę musiała długo nad tym siedzieć wieczorem, coś we mnie pękło, coś, co gromadziło się od dłuższego czasu. Efektownie uderzyłam dłonią o ławkę i zaczęłam płakać, wprawiając w osłupienie wszystkich wokół. Czasem zdarza mi się płakać ze zmęczenia i stresu. W ogóle zdarza mi się płakać, częściej, niż bym chciała. Do tego wszystkiego doszły rozkminy egzystencjalne, kryzys wiary i przeżywanie wszystkiego, które zawsze stanowiło jeden z najbardziej irytujących elementów mojej osobowości. W efekcie przez pewien czas byłam kłębkiem zmęczenia i frustracji, na szczęście czas stosunkowo krótki. 

Myślę jednak, że z tego wyszłam. Staram się nie przejmować i cieszyć małymi rzeczami, doceniać je.  Przerwa świąteczna była dla mnie prawdziwym wybawieniem, chwilą na naładowanie akumulatorów, zrelaksowanie się.  

Ale, ale, zrobiło się tak smutno, a przecież ten rok to nie tylko wyczerpanie i stres!  2016 był także pełen nowych, fascynujących doświadczeń, ekscytujących odkryć i pozytywnych zmian, więc mimo wszystko - miał w sobie mnóstwo dobrego.

  •  Nabrałam pewności siebie, dystansu i odwagi. Trochę mniej się wszystkim przejmuję, walczę ze wstydem. Nauczyłam się głośno wyrażać swoje zdanie i go bronić, staram się próbować nowych rzeczy, otwierać na ludzi. 
  • Zmieniłam wygląd bloga i w końcu jestem dosyć zadowolona z tego, jak się prezentuje. 
  • Po raz pierwszy od wielu lat odważyłam się pójść na łyżwy (miałam dość nieprzyjemne wspomnienia i został mi uraz). Okazało się, że było całkiem fajnie. 
  • Byłam na moim pierwszym recitalu Studia Accantus. A nawet dwóch recitalach - Sylwii Banasik i Kuby Jurzyka. Oba były niesamowite.
  • Poszłam na koncert Postmodern Jukebox - najlepszy koncert, na którym byłam w całym moim życiu, serio (nie żebym bywała na wielu, ale wiecie) i jedno z najfajniejszych wydarzeń tego roku. Absolutnie elektryzujący, magiczny, piękny, zabawny i wzruszający. Fantastyczne doświadczenie. Uwielbiam ten zespół, naprawdę.
  • Pojechałam na mój pierwszy obóz językowy z prawdziwego zdarzenia, na Maltę i to było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. A także świetna okazja do rozmowy z nowymi ludźmi i rozwinięcia swojego angielskiego. 
  • Po raz kolejny odwiedziłam Włochy, tym razem środkowe - Toskanię, Umbrię, Marche. Ten wyjazd stanowił magiczną mieszankę zapierających dech w piersiach krajobrazów, pysznego jedzenia i bardzo miłych ludzi. 
  • Ścięłam włosy. To może nie brzmi jak coś ważnego, ale wreszcie czuję się dobrze w swojej fryzurze, a to plus dziesięć do pewności siebie. 
  • Pojechałam na dwie cudowne wycieczki - do Torunia i Wrocławia. Dwa przepiękne miasta, w każdym zauroczyło mnie coś innego. W Toruniu zamkowa, zabytkowa, magiczna atmosfera rodem z dawnych epok, we Wrocławiu bardziej nowoczesny, artystyczny klimat. I absolutnie zakochałam się w ogrodach zamku Książ.
  • Wzięłam udział w egzaminie FCE, o którym możecie poczytać tutaj. Nie znam wyniku, ale samo przejście przez to wszystko było wiele warte i cenne.
  • Mój pokój przeszedł gruntowny remont i wreszcie czuję się tu naprawdę jak w swoim miejscu na ziemi.
  • Odkryłam Thomasa Sandersa, steampunk, antystresowe kolorowanki, seriale internetowe i banki darmowych zdjęć.
  • Obejrzałam sporo świetnych filmów i seriali, w tym ,,Życie jest piękne"(kocham ten film, chyba jeden z moich ukochanych w ogóle ♥), ,,Zwierzogród", ,,Pokój", ,,Grobowiec świetlików", ,,Tylko kochankowie przeżyją", ,,Mary Poppins", ,,Stranger Things" , ,,1815vlog" i ,,Lizzie Bennet Diaries" (no dobra, to na razie zaczęłam, ale jestem zakochana ♥ Dziękuję Annie Marii, za odkrycie przede mną tego cuda, jak i w ogóle webseries), które podbiły moje serduszko.
  • Przeczytałam mnóstwo cudownych książek, w tym trochę klasyków. O książkowych ulubieńcach 2016 roku będzie jednak osobny post. 
  • Biorę udział w pewnym bardzo ekscytującym projekcie literackim. Nie mogę Wam na razie za wiele zdradzić, ale jest super, serio.


Co dalej?


Planuję publikować posty raz na tydzień. Może czasem uda mi się wstawiać częściej, ale myślę, że ten system będzie najlepszy i najbardziej realny.
Będą opowiadania. Na pewno pojawią się kolejne części Cyklu Słowiańskiego, tak jak i pojedyncze, niezależne teksty. Już mam mnóstwo pomysłów i bardzo chcę je zrealizować.
Chciałabym robić więcej zdjęć, rozwijać się w tym kierunku, bo w tym roku to zeszło na bok, a ja wciąż tkwię w byciu zupełną amatorką i fotografowaniu na trybie auto.
No i dobra, pragnę zdobyć tego cholernego laureata z polskiego. Zawsze jest na wyciągnięcie ręki, może w końcu uda mi się zacisnąć na nim palce.

Drodzy Czytelnicy!
Oby ten rok był rokiem nowych cudownych doświadczeń i odkryć, próbowania nowych rzeczy, poznawania wspaniałych ludzi, rozwijania pasji oraz spełniania marzeń.
Tego Wam z całego serca życzę.



Szczęśliwego Nowego Roku!


Zdjęcia: unsplash

sobota, 24 grudnia 2016

Życzenia



Drodzy Czytelnicy! 

Dzisiaj jest Wigilia (nie no, co ty Pola, nie zauważyliśmy), więc w ten jakże wyjątkowy dzień chciałabym Wam złożyć płynące z głębi serducha życzenia.

Łasuchom - beztroskiego objadania się pysznościami.

Molom książkowym - chwili na zagrzebanie się pod kocykiem z wciągającą, świetną książką i kubkiem herbaty/gorącej czekolady/kawy/wstaw odpowiednie.

Miłośnikom kina - przyjemnego oglądania ukochanych albo czekających w kolejce ,,do obejrzenia" filmów i seriali.

Melomanom - niefałszowanych kolęd i Bożego Narodzenia z ulubionymi piosenkami świątecznymi w tle (jakby coś, służę playlistą!).

Estetom - miłego cieszenia się piękną otoczką świąt.

Artystom - natchnienia i inspiracji w ciągu tego niezwykłego czasu.

Blogerom - weny, czasu na pisanie i jeszcze raz weny (kapryśna bowiem to istota, o czym chyba każdy, kto przez jakiś czas egzystował w blogosferze wie).

Właścicielom zwierząt - interesującego dialogu z pupilem o północy.

Zapracowanym - upragnionego odpoczynku i beztroskiego relaksu.

Wszystkim - wspaniałych, ciepłych, radosnych, spokojnych, zdrowych, obfitych w prezenty oraz świetne chwile, ale przede wszystkim spędzonych z najbliższymi świąt Bożego Narodzenia.


Wesołych świąt!  



Zdjęcia własne, z jarmarku bożonarodzeniowego w Gdańsku. 
No czyż tam nie jest pięknie? 
Wiecie, że to dwusetny post na tym blogu? Aż łezka się w oku kręci...
 

piątek, 16 grudnia 2016

Świąteczną playlistę czas włączyć!

To już ten czas. 



Znaczy, no dobra. Ten czas nadszedł już właściwie w listopadzie, kiedy w supermarketach pojawiły się stosy opakowań z bombkami, a pod ,,Last Christmas" na YouTubie się komentarze w rodzaju ,,30 days to Christmas!". 
Czas oczekiwania na święta.
Jednak teraz, kiedy został już tylko tydzień do Bożego Narodzenia, ten ekscytujący okres stał się naprawdę radosny i wypełniony magiczną atmosferą. Gwiazdka wisi w powietrzu. Czuć ją w pomarańczach z goździkami, widać w oplecionych światełkami drzewach, rozświetlonym jarmarku bożonarodzeniowym i sztucznej choince postawionej na szkolnym korytarzu; słychać w fałszowanych podczas prób do jasełek kolędach i obsesyjnie puszczanych świątecznych piosenkach.

Czujecie ten klimat?

Ja tak. I dlatego dzisiaj prezentuję Wam moją listę ukochanych świątecznych piosenek. Wyjątkowych, magicznych, radosnych, poruszających, pięknych i wypełnionych tą magiczną atmosferą Bożego Narodzenia.
Zapraszam!

Mary, Did You Know?  Pentatonix



Ta piosenka jest tak piękna, że aż nie mam słów.
Nie no, dobra. Oczywiście, że mam słowa.
Czytelnicy, którzy są tutaj od długiego czasu, wiedzą, że bardzo lubię zespół a'capella Pentatonix. Ostatnio słucham ich zdecydowanie mniej niż kiedyś, ale wciąż nieodmiennie zachwyca mnie ich talent. A ,,Mary, Did You Know?" wciąż pozostaje jedną z głównych przyczyn tego zachwytu i moją wielką miłością. 
Piosenka sama w sobie jest przepiękna i bardzo wzruszająca. Do tego głosy wokalistów tworzą zachwycającą harmonię i wszystko przepięknie ze sobą współgra. Te dźwięki przenikają mnie, wypełniają i poruszają do głębi (patos: ON). Nieważne, który raz tego słucham, zawsze mam ciarki. Magiczne wykonanie.


Hark! The Herald Angels Sing Pentatonix



I znowu Pentatonix.
Pentatonix ma w ogóle epickie wykonania świątecznych piosenek, ale ograniczyłam się do dwóch, które kocham całym serduszkiem. ,,Hark! The Gerald Angels Sing" jest w nim zaraz na drugim miejscu po ,,Mary, Did You Know?". Zupełnie inny klimat - żywy, bardzo radosny. Czyli kwintesencja radosnych świąt Bożego Narodzenia właściwie. Przy tej piosence zawsze mam ochotę rzucić się w dzikie pląsy, klaszcząc w rytm (a raczej próbując). Jest tak piękna i radosna, że od razu poprawia mi humor i wprowadza w świąteczny nastrój. 
Tak! Świat jest piękny! A już za tydzień Boże Narodzenie!  

Let It Snow! Let It Snow! Let It Snow! Dean Martin 



Trochę klasyki również oczywiście musiało się znaleźć. Jak dla mnie aranżacja Deana Martina sprawia, że wersja Franka Sinatry zdecydowanie blaknie.
Wokalista ma taki niski, ciepły, aksamitny głos i słucha się go z czystą przyjemnością. Taki, że przywodzi na myśl gorącą, gęstą czekoladę. Albo cieplutki kocyk, którym można się otulić przed kominkiem. 
Z taką ochroną przed zimnem może sobie padać choćby w nieskończoność. 

Little Drummer Boy Walk Off The Earth 



To wykonanie ma w sobie wszystko, co kojarzy mi się z zespołem Walk Off The Earth: świetne głosy (zwłaszcza Gianniego, czyli tego gościa od kontrabasu, ale uwielbiam również Sarę), równie świetne instrumenty (ci ludzie umieją grać na wszystkim, serio), zabójczo poważny The Beard Guy, który wyłania się znienacka (tym razem z trąbką) i poczucie humoru (te psy...). Wszystko wypełnia do tego ta świąteczna magiczna atmosfera i coś, co sprawia, że człowiek nie może się powstrzymać od ciągłego nucenia (,,pam, pam, ram, pam, pam"). Utwór sam w sobie jest cudny, a w wykonaniu WOTE staje się jeszcze cudniejszy.   

Someone Tabb & Sound'n'Grace 



Pierwsza polska piosenka na tej liście, ale znowu po angielsku (jak wszystkie tutaj, tak wyszło jakoś). Pochodzi z filmu ,,Listy do M. 2" i stąd też ją znam.
Utwór jest radosny, rytmiczny, taki, że od razu zaczynam się kiwać (robię to nawet teraz, stukając w klawiaturę; wyobraźcie sobie, jak to wygląda). Nie wiem, co tak uwielbiam w ,,Someone" - chyba ten chór. A może to rytmiczne brzmienie i melodia od razu wpadająca w ucho. Albo instrumenty dęte. A najpewniej wszystko razem. 
To taki typ muzyki, której nieodmiennie słucha się z wielką przyjemnością. I jednocześnie taki, który gdy raz wpadnie w ucho, to już nas nigdy nie opuści, bo chwytliwy jest niemiłosiernie. Melodia leci mi w głowie od dobrego czasu i nie chce wyjść. 


Jingle Bells Michael Buble feat.Puppini Sisters



Głos Michaela Buble jest cudowny. Miękki, przyjemny, czarujący. Angielskie słowo smooth chyba dobrze go opisuje - wydaje mi się taki gładki. Słuchanie go to czysta przyjemność.
,,Jingle Bells" to wspaniałe wykonanie, któremu czaru dodają fantastyczne Puppini Sisters (ich głosy razem brzmią genialnie). To zdecydowanie moja ulubiona aranżacja tego, jakby nie patrzeć, jednego z najbardziej znanych świątecznych hitów.
Całość ma taki klimat swingowy, rodem z dawnych lat. Człowiek sam zaczyna się kołysać i nucić. Jest w tym wszystkim taka bardzo zimowa, ale jednocześnie ciepła atmosfera.

O Come O Come Emmanuel Enya



Głos Enyi jest magiczny.
Dobra, wiem, użyłam tego słowa w tym poście jakąś nieskończoną ilość razy. Ale chyba nie ma określenia, które lepiej pasuje do tej wokalistki, bo brzmi jak jakaś wróżka, elfka, czarodziejka, nawet nie wiem. Jej głos jest absolutnie zniewalający (pozdrawiam Bukwę), tak piękny, że aż przeszywający. I słychać to w jej wykonaniu ,,O Come O Come Emmanuel". 
Piosenka w tej aranżacji jest piękna, ale przy tym bardzo smutna. I taka, że człowiek aż ma ciarki na plecach. Nie wiem, czy to tylko moje wrażenia, ale wydaje mi się wręcz niepokojąca. Może to przez te chóry. A może znowu chodzi o magiczny głos Enyi, który brzmi jakby był z innego świata.

Celtic Carol Lindsey Stirling



Ach, Lindsey Stirling. Jakże mogło jej tu zabraknąć?  Stali czytelnicy wiedzą, że uwielbiam tańczącą skrzypaczkę i wielokrotnie dodawałam do postów jej utwory.
Zastanawiałam się, czy nie wstawić tu oryginalnego, uroczego teledysku, ale zdecydowałam się na występ na żywo, na CMA Country Christmas 2015, bo jest magiczny.
,,Celtic Carol" w tym wykonaniu absolutnie mnie zauroczyło. Lindsey pięknie wygląda, pięknie tańczy i przede wszystkim pięknie gra, a całość skąpana jest w takim zaczarowanym, baśniowym klimacie. Te tancerki przywodzą mi na myśl jakiś  orszak celtyckich, zimowych wróżek.
Fantastyczny występ, piękna aranżacja.


Podzielcie się swoim faworytami!

***

A w razie, gdyby ktokolwiek był zainteresowany egzaminem FCE, który opisywałam w poprzednim poście: mimo stresu i małej wpadki (no jak myślicie, kto otworzył arkusz przed czasem, chociaż mówili, żeby tego nie robić? No kto? Przysięgam, nie wiedziałam, co robię. Byłam tak roztargniona, że nie do końca ogarniałam, co dzieje się wokół mnie. Na szczęście prowadząca pani zwróciła mi uwagę, a moje oprzytomnienie, zorientowanie się, co robię i paniczne ruchy towarzyszące zamykaniu arkusza wywołały rozbawienie egzaminatorów. Ta sytuacja to w sumie była esencja mnie, serio) chyba poszło w miarę okej. Reading i Use of English był w porządku, Writing też bez wielkiego strachu, chociaż boję się, że narobiłam głupich błędów. Najgorszy był Listening, czyli słuchanie - jako wzorowy wzrokowiec z trudem przyszło mi skupienie się, zwłaszcza, że to była ostatnia część i walczyłam ze zmęczeniem. Ale też nie odczułam to jako coś masakrycznego. Jednak nie chcę oceniać teraz, bo nie umiem stwierdzić obiektywnie, jak mi poszło - pożyjemy, zobaczymy!


Zdjęcie: unsplash

piątek, 9 grudnia 2016

FCE: pierwsze starcie


Nogi mi drżały. Serce próbowało wyrwać się z klatki piersiowej. Oddech stawał się coraz płytszy. Stopy bębniły nerwowo o podłogę, a oczy wpatrywały się intensywnie w otrzymany dokument.
Na kartce przede mną czarnym grubym drukiem odcinały się trzy litery. 
Znaczy, no dobra, liter było znacznie więcej, ale ten, budujemy dramatyzm. 
A więc... na czym to? Aha. Tak.
Na dokumencie przede mną czarnym, grubym drukiem odcinały się trzy litery:  
FCE



Ten post będzie relacją z egzaminu FCE i przyjmie bardzo pokaźne gabaryty. Jeśli jednak chcecie poczytać o moich pasjonujących przeżyciach, to zapraszam serdecznie.


Ki licho?


No tak. Wypadałoby coś wyjaśnić.
Właśnie wróciłam z egzaminu FCE, a konkretniej jednej z jego części: Speaking. 
Jeśli w tym momencie zastanawiacie się, co to za dziwaczna nazwa i o co, kurde, chodzi, oto spieszę z wyjaśnieniem wziętym prosto ze strony Cambridge English

Egzamin Cambridge English: First, znany również jako First Certificate in English (FCE), to kwalifikacje na poziomie średnio zaawansowanym wyższym. Certyfikat potwierdza, że potrafisz posługiwać się używanym na codzień mówionym i pisanym językiem angielskim potrzebnym w pracy lub w nauce.

Ja dodam jeszcze, że składa się z czterech części: Speaking (mówienie), na którym byłam dzisiaj; Listening (słuchanie), Writing (pisanie) oraz Reading (czytanie) i Use of English (użycie angielskiego) - na te idę jutro. Egzamin ogólnie uznawany jest na całym świecie i może przydać się gdy chcemy studiować lub pracować za granicą. Nie jest konieczny, to takie potwierdzenie, że tak, umiemy mówić po angielsku.

Do przystąpienia do FCE namawiała nas anglistka. Zresztą nawet nasz podręcznik tak naprawdę przygotowuje do tego egzaminu, a nauczycielka przynosiła liczne kserówki (miłość pani do kserówek jest legendarna, zaiste) z tym związane. 
Siódemka śmiałków, w tym ja, zdecydowała się na wzięcie udziału.  
Formuła części ustnej polega na tym, że wchodzisz z losowo wybranym partnerem, czyli innym uczestnikiem egzaminu. Speaking składa się z czterech części: kilka pytań na rozgrzewkę, porównywanie i opisywanie dwóch obrazków oraz odpowiedź na pytanie ich dotyczące, dyskusja na zadany temat z partnerem i na koniec kilka ostatnich, bardziej rozbudowanych pytań. 
Przed tą częścią chyba denerwowałam się najbardziej, mimo że bardzo lubię mówić po angielsku.
No bo... wiecie. Mówienie. Ludzie. Świdrujący wzrok egzaminatora. Te sprawy.

A więc oto przed Wami przebieg mojej jakże fascynującej przygody z egzaminem. 



Przed


Z każdym stopniem krętych schodów, który dzielił mnie od wskazanej sali, coraz bardziej czułam że nerwy zaciskają mi żołądek w piękny, żeglarski supeł. Gdy maszerowałam przez mało imponujący korytarz wśród upiornej ciszy, moje kroki odbijały się echem.

Z pokoju na końcu wyłoniła się pani. Byłam tak nieprzytomna ze stresu, że nawet nie zrozumiałam, co powiedziała. Coś tam, coś tam, dokumenty, coś tam, coś tam, wejść, coś tam, coś tam, czekać, coś tam. 
Pokiwałam głową z błędnym wzrokiem.
W tym momencie tata, który przyszedł ze mną, pożegnał się i odszedł korytarzem, a ja zostałam, ściskając wydrukowaną kartkę z danymi w spoconej dłoni i zorientowałam się, że w sumie to nie wiem, co teraz. 

- Aaaa! - wyrwało mi się, gdy stałam w progu, rozglądając się w  panice.  - I co ja mam teraz zrobić?!
Jakaś pani, która siedziała przy biurku w pokoju naprzeciwko, spojrzała na mnie z rozbawieniem.
- Proszę tam wejść, do środka, oni nie gryzą.
 Nie byłam tego taka pewna, ale postanowiłam wierzyć na słowo.

Sala okazała się tak właściwie poczekalnią, w której siedziało już kilka osób, w szkolnych ławkach. Kazano mi się ,,rozpłaszczyć" i wylegitymować, a następnie dostałam trzy kartki: dwie do wypełnienia, jedną do późniejszego oddania egzaminatorom (tam miał zostać zapisany mój wynik). Usiadłam przy stoliku i napisałam to, co miałam napisać. Dwóch osobników siedzących ze mną w sali zaś, po krótkiej rozmowie z panią wyszli. Uznałam, że też mogę na chwilę opuścić to przerażające pomieszczenie ze szkolnymi ławkami i upiornie radosnymi, kolorowymi obrazkami i chociaż pochodzić po korytarzu. 
Zaraz za progiem natknęłam się na jedną z pań siedzącą przed drzwiami. 
- A pani też do toalety, czy co? - zapytała tonem, który sugerował, żeby lepiej nie było to ,,czy co".
- Do toalety - wybąkałam grzecznie. 
Zostałam obdarzona łaskawym uśmiechem i wskazano mi drogę. Właściwie to nie chciałam tam iść, ale posłusznie pomaszerowałam w odpowiednim kierunku.
I o ile to możliwe, zestresowałam się jeszcze bardziej. 

Gdy wróciłam, okazało się, że jedna z rzeczy, które podpisałam, to zgoda na zrobienie mi zdjęcia. Zgoda na zrobienie mi zdjęcia w tej chwili.
Suuuper. 
Usadzono mnie pod tablicą i skierować wzrok na przyczepioną do laptopa kamerkę. 
- Proszę odsłonić uszy i przybrać neutralny wyraz twarzy - usłyszałam.
Przybrałam ,,neutralny wyraz twarzy", co w moim wydaniu zwykle wygląda jak albo ,,jestem tak zmulona, że nawet nie wiem, co się dzieje wokół mnie", albo ,,właśnie kogoś zabiłam". Siedziałam więc tak, z tą ,,neutralną miną". I siedziałam. Siedziałam. Siedziałam. I siedziałam.
Sesję mi robią, czy co?
- Niby w porządku, ale nie podoba mi się to zdjęcie - wymruczała pani, chyba w twórczym szale. 
Dosłownie wszyscy na sali wbili wzrok we mnie. Panowała upiorna cisza, a ja byłam absolutnie pewna, że serce zaraz wyrwie mi się z klatki piersiowej, bo tłukło się jak oszalałe.

Gdy zdjęcie zostało wykonane, wreszcie mogłam wstać z krzesła. W tym czasie przybyli moi koledzy i przyjaciółka. Od razu zrobiło się przyjemniej. Nie ma to jak stresować się w towarzystwie w końcu, nie? Ale serio. To było świetne, że ktoś znajomy przeżywa to razem ze mną.
Wkrótce zresztą okazało się, że moim partnerem będzie jeden z kolegów. Zostaliśmy poproszeni o wyjście z ,,poczekalni" i usiedliśmy na krzesełkach przed pokojem, w którym mieliśmy być egzaminowani.

Na korytarzu wciąż panowała upiorna cisza, przerywana tylko cichym szumem rozmów i echem kroków.



Sądna chwila, czyli egzamin


Pochłonięta rozmową z kolegą (pozdrawiam, jeśli to czyta, chociaż na pewno nie czyta), prawie zapomniałam o stresie. 
Gdy poproszono nas do środka, błyskawicznie sobie o nim przypomniałam.
Usiedliśmy przy biurku. Po drugiej jego stronie czekał na nas egzaminator, a w kąciku czaiła się na pierwszy rzut niepozorna pani, która nas oceniała i zapisywała wyniki. 
Przełknęłam bohatersko ślinę i założyłam nogę na nogę. Adrenalina skoczyła mi na niebotyczny poziom.
Jestem gotowa, pomyślałam. 
- Good afternon - powiedział egzaminator, świdrując nas wzrokiem.
Dobra, nie, stanowczo nie jestem gotowa.
Odwrotu jednak nie było (ciekawe, czy ktoś im kiedyś uciekł z egzaminu?) i oto rozpoczęło się to, na co czekałam. 
Pierwsze, wstępne pytania poleciały tak szybko, że nawet się nie zorientowałam. Zauważyłam za to, że podczas gdy ja odpowiadam raczej zwięźle, treściwie, ale zwięźle, na te krótkie pytania, kolega się rozgaduje.
Kolega się bardzo rozgaduje. 
Zresztą warto tu napomknąć, że kolega spędził dwa lata w Stanach. 
Cholera, może ja też powinnam mówić więcej?

Trochę się przeraziłam, ale oto nadeszła druga część, czyli porównywanie i opisywanie obrazków. Ruszyłam ze swoimi. Mgliście pamiętam, co mówiłam. Coś tam plotłam, a mój mózg zza kotary stresu syczał coś w stylu ,,co Ty robisz?", ale nie wiem. Nie poszło chyba aż tak źle, chociaż nie wiem. Starałam się mówić sensownie i spójnie, jednak wydawało mi się, że bredzę. Polecenie wykonałam w każdym razie, to jest i porównałam obrazki, i odpowiedziałam na zadane pytanie, a bałam się, że w minutę (tyle bowiem miałam na wykonanie zadania) się nie wyrobię. 

Nadeszła pora współpracy. Mieliśmy przedyskutować, czy państwa nie są dzisiaj zbyt podobne do siebie pod wymienionymi aspektami: między innymi muzyki, sklepów, jedzenia. Osobiście wydaje mi się, że współpraca się udała (zdolność kooperacji też była punktowana), chociaż musiałam czasem przerywać koledze, bo czas leciał. Wyrobiliśmy się jednak. I w sumie w tej części czułam się już całkiem swobodnie.

Przy dalszych pytaniach byłam już w miarę opanowana. Zaraz później zresztą skończył się egzamin.

Za drzwiami na swoją kolej czekała przyjaciółka, która na wstępie mocno mnie uściskała. Zapytała też jakie dostałam pytania, ale jedna z pań wyłoniła się na końcu korytarza i pokiwała na mnie palcem, co oznaczało, że mam już iść i nie gadać. Czyli polecenia były pewnie takie same, ale nie wiem, nie konsultowałam.
EDIT: Nie, jednak nie były, każdy miał inne.

Podsumowując



Przybyłam. Zobaczyłam. Czy zwyciężyłam?
Wyników nie znam, będą znane dopiero w lutym. Nie potrafię obiektywnie ocenić, jak mi poszło. Raz wydaje mi się, że całkiem nieźle, zaraz potem, że fatalnie. Gdy wyszłam, nie byłam zadowolona. Potem uznałam, że hej, chyba było dobrze, a potem, że chyba jednak nie, a potem...
No i tak w nieskończoność. 
Więc nie wiem, naprawdę. Ale chyba lepiej o tym nie myśleć, bo nie umiem tego stwierdzić, jeszcze po silnych emocjach.
Kolega uważał, że wypadłam lepiej. Ja, że on. Ale wydaje mi się, że nie można powiedzieć, które z nas było ,,lepsze", bo to nie konkurs, nie chcę oceniać w tych kategoriach. Sądzę, że oboje zrobiliśmy to, co w naszej mocy. 
I to jest chyba najważniejsze.
Starałam się używać bogatego języka i synonimów. Starałam się mówić treściwie i na temat.  Starałam się wykorzystać zdobyte umiejętności i ciężką pracę.
Czy mi się udało?
Nie wiem.

Ale najważniejsze jest to, że odważyłam się przystąpić i dałam z siebie wszystko. Po prostu.

Trzymajcie kciuki za jutro.


Zdjęcia: unsplash