środa, 26 listopada 2014

Lwie tyłki, wspinaczki i góry zrobione złotą piłą, czyli relacja z wycieczki cz. 2

Witam, witam!

Ostatnio złapałam listopadowego dołka. To jest chyba taki okres, w którym człowiekowi nic się chce, stale czuje się zmęczony...  pewnie większość z Was także tak ma. Na szczęście już niedługo rozpocznie się świąteczna przerwa, która w tym roku będzie trwała aż trzy tygodnie! Dlatego chyba trzeba po prostu tę listopadową, ponurą szarówkę przetrwać...
W dzisiejszym poście znowu wrócimy do słonecznej Hiszpanii- przyszedł czas na kolejną część relacji z mojej październikowej wycieczki (jeeej!).
Znowu proszę o wybaczenie z powodu nieco słabszej jakości niektórych zdjęć. Aparacik wysilał się jak mógł, jednak nie zawsze mu się udawało. Niektóre fotografie zrobione również komórką.

A więc. Ekhem, ekhem.
Tego samego dnia, w którym odwiedziliśmy zupełnie zwariowane muzeum Dalego, pojechaliśmy do jeszcze jednej katalońskiej miejscowości- o wdzięcznej nazwie Girona (czyta się ,,Żirona"- brzmi tak z francuska, ponieważ to nie hiszpański, w którym wymawiałoby się to inaczej, tylko kataloński, który jednak trochę się różni).

GIRONA

Girona słynie głównie z tego, że znajdują się tam jedna z najlepiej zachowanych starówek w Hiszpanii, a także największa, historyczna dzielnica żydowska w całej Europie. Mimo tego, miasto to nie przeżywa inwazji turystów, nie jest aż tak popularne. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Dzięki temu podczas zwiedzania mogliśmy w pełni docenić urok tej miejscowości.
Gdy wysiedliśmy z autokaru, pierwsze, co rzucało się w oczy, to podobieństwo do Wenecji. Kanał, budynki w jasnych, radosnych kolorach... brakowało tylko gondoli.



Girona ta naprawdę piękne, stare miasto. Ciasne, urocze uliczki wybrukowane kocimi łbami, domy w pastelowych kolorach, z wywieszonymi flagami Katalonii i praniem, a przede wszystkim historia, którą niemal wszystko tu jest przesiąknięte.

Chyba większość dużych, a także tych mniejszych miejscowości ma jakiś obiekt, który może przynieść szczęście. Powodzenie w finansach/miłości/stosunkach z innymi/w ogóle życiu można osiągnąć właśnie w ten jakże łatwy sposób. Nierzadko dotknięcie jakiejś rzeczy albo zostawienie monety gwarantuje także powrót do danego miejsca.
Girona także może się pochwalić takim obiektem. Jest to posąg lwicy. Kopia prawdziwej rzeźby, która pochodzi aż z XII wieku. Dotknięcie jej tyłka (a nawet, jak podają niektóre źródła, pocałowanie go) ma przynieść szczęście albo zapewnić powrót do tego hiszpańskiego miasta. Niestety, nie udało mi się ani cmoknąć czterech liter rzeźby, ani nawet musnąć palcami! Podły przewodnik, nie ważąc na to, że może niektórzy chcieliby spróbować zdobyć szczęście, poszedł dalej... udało mi się tylko zrobić zdjęcie.

Nie tylko jednak z lwich tyłków Girona słynie. 
Chyba przede wszystkim z kościoła Sant Feliu, którego charakterystyczną cechą jest taka ,,ścięta" wieża. Do środka nie weszliśmy, niestety...



Spacerowaliśmy po mieście dosyć długo. Weszliśmy do jakiegoś kościoła, którego nazwy niestety nie pamiętam (całkiem możliwe, że Santa Maria...) wspięliśmy się na mury miejskie... to ostatnie wspominam najlepiej, bo mimo tego, że wspinaczka do łatwych nie należała, to wszystko nagrodziły piękne widoki- droga na mury prowadziła przez naprawdę urokliwy park.



 
Park.


Niesamowita panorama Girony.


Po całym dniu intensywnego zwiedzania w słońcu nareszcie pojechaliśmy do naszego hotelu. Wypadałoby chyba coś o nim napisać... cóż, największą jego zaletą z pewnością było jedzenie. Powiem szczerze, że poza imprezami w pokojach, chyba najlepiej z niego wspominam tamtejsze obiadokolacje... pokoje nie miały jakiegoś bardzo wysokiego standardu.  Zestaw sraczkowatych barw, cienkie ściany, przez które wszystko było słychać (a codziennie w salce tanecznej odbywały się jakieś potańcówki przy zawsze tej samej muzyce...), w innych pokojach zdarzały się przypadki, że koleżankom załamały się łóżka... więc chociaż ośrodek nie najgorszy, to najlepszy jednak też nie. Ale poza kilkoma wadami, to nie było na co narzekać.

Kolejnego dnia pogoda była równie, jeśli nie jeszcze bardziej upalna. Człowiekowi w taką pogodę niewiele się chce, a przewidziana atrakcja wymagała od nas niejakiego wysiłku fizycznego...

MONTSERRAT
Wysoko w Pirenejach, po Alpach chyba najwyższych górach w Europie, w masywie górskim Montserrat leży znany klasztor benedyktyński. Miejsce wielu pielgrzymek, zwłaszcza z powodu La Morenety, czyli po polsku ,,Czarnulki"- słynnej figury Matki Boskiej. To z jej kultu znany jest klasztor. 
Oprócz ,,Czarnulki" Montserrat może poszczycić się pięknymi, zapierającymi dech w piersiach widokami. Już gdy wjeżdżaliśmy autokarem na górę, krajobrazy za oknami robiły niesamowite wrażenie. A gdy wysiedliśmy... coś niezwykłego.





Legend o powstaniu tych dziwacznych kształtów skał jest wiele. Wikipedia na przykład podaje, że ich sprawcą był anioł ze specjalną złotą piłą...
W każdym razie, bez względu na rzeczywistą historię gór, wyglądają naprawdę malowniczo i niesamowicie. A miałam możliwość podziwiania ich w pełnej krasie, ponieważ zafundowaliśmy sobie niezłą wspinaczkę do świętej groty.
Szliśmy w strasznym upale chyba z pół godziny w jedną stronę. Raz pod górę, raz z górki, musząc uważać na strome schodki... i chociaż wszyscy tonęliśmy w pocie oraz najchętniej po prostu usiedli w cieniu i tam zostali, to myślę, że wspaniałe widoki z góry nam ten wysiłek wynagrodziły. Z takiej wysokości chyba mogłam ujrzeć całą, piękną Katalonię. Aż zapierało dech w piersiach.







Jak się okazało, po zobaczeniu tego, co było do zobaczenia, wracaliśmy tą samą drogą, oczywiście na piechotę... mało tego, czekało nas dalsze zwiedzanie.
Odwiedziliśmy jeszcze obowiązkowy punkt programu- bazylikę. ,,La Morenety" nie udało nam się zobaczyć, ponieważ do tej figury ustawiła się zatrważająca kolejka... załapaliśmy się za to na występ chóru Montserrat. Trzeba przyznać, że brzmiał naprawdę imponująco! Podobno jest jednym z najstarszych w Europie. 
Sama bazylika również wyglądała pięknie. A zresztą, zobaczcie na zdjęciach:









Dobrze widzicie, moi drodzy: już zbliżamy się do szczęśliwego finiszu! W kolejnym poście o wycieczce będzie relacja z pobytu w Barcelonie;)
Dziękuję za uwagę, et cetera, et cetera i pozdrawiam ciepło,
Pola


środa, 12 listopada 2014

Patrząc na świat przez różowe okulary, czyli ,,Pozytywnie"!

Witam, witam!

Cieszę się, że tylu z Was skomentowało poprzedni post (szesnaście komentarzy- w tym jeden mój, ale ćśśś...-niby mało, ale jak na razie na tym blogu największa ilość Waszych wpisów to właśnie szesnaście, więc... radujmy się, obywatele!), zwłaszcza, że był troszkę... emmm... długi. Podziwiam więc Waszą wytrwałość i dziękuję:)

Dzisiejszy post akurat nie będzie dotyczył mojej dzielnej wyprawy do Hiszpanii, ponieważ zostałam nominowana do zabawy blogowej o wdzięcznej nazwie  ,,Pozytywnie" przez Olę (której, notabene, bardzo dziękuję:D).
A na czymże to polega?
Otóż zadaniem osoby nominowanej jest zapisywanie przez siedem dni trzech pozytywnych rzeczy, które przydarzyły się jej danego dnia. Tak samo jak i inne blogerki, postanowiłam zrobić podsumowanie tych wszystkich miłych wydarzeń w jednym poście, ponieważ raczej nie byłabym w stanie pisać codziennie przez siedem dni.
Nie ukrywam,że bardzo mi się ta zabawa spodobała. Fajny pomysł i co tu kryć, odnajdywanie pozytywnych wydarzeń w każdym dniu, nawet błahym jest bardzo przyjemne:D
Ekhem, ekhem. Zaczynamy!
 

  • Poniedziałek, 27.10
-to był mój pierwszy dzień w szkole po wycieczce i zostałam bardzo ciepło powitana przez znajomych. Zrobiło mi się naprawdę miło:)
-po lekcjach byłam na naprawdę fajnym wypadzie z koleżankami do naleśnikarni, w której zresztą jest pyszne jedzenie i niesamowity, bezalkoholowy grzaniec jabłkowy z cynamonem, goździkami i jabłkami.
 
Nawet owy grzaniec udokumentowałam i możecie go teraz podziwiać:D

-na zajęciach z bowlingu stał się jakowyś cud. Nie założyłam okularów (jestem krótkowidzem) i nagle zaczęło mi iść naprawdę dobrze (miałam najlepsze wyniki na moim torze...). Przypadek? A może jednak nie?...
  • Wtorek, 28.10
-na fakultecie (Akademia reportażu) obejrzeliśmy naprawdę ciekawy i poruszający reportaż o dzieciach na zamówienie (jakbyście byli zainteresowani- znajdziecie go tutaj).
-tego dnia mieliśmy dosyć luźne lekcje- głównie polegające na tworzeniu projektów
-nareszcie skończyłam martwą naturę na plastykę, nad którą się tak męczyłam. Mało tego, dostałam piątkę i (uwaga, tu najbardziej szokujący fragment) byłam z tej pracy zadowolona! Bo biorąc pod uwagę mój talent do rysowania, a raczej jego brak, wyszła całkiem nieźle:D
  • Środa, 29.10
-przed kółkiem spędziłam naprawdę świetny czas z dziewczynami. Poszłyśmy na babeczki, próbowałyśmy dogadać się z gołębiami, dostałyśmy napadu głupawki, gadałyśmy coś o bułkach (z tymi bułkami to dłuższa historia, myślę, że kiedyś o tym napiszę)... było wesoło:)
-na kółku zaś (chodzę na tzw. Dyskusyjny Klub Książki) wywiązała się naprawdę ciekawa, żywa dyskusja
-byłam z mamą na zakupach i dostałam kilka ładnych rzeczy
  • Czwartek, 30.10
 -zaczęłam w końcu czytać tak długo wyczekiwaną przeze mnie ,,Krew Olimpu", która okazała się naprawdę bardzo dobra, o niebo lepsza od poprzedniej części (,,Domu Hadesa")
-dostałam szóstkę z matematyki
-bardzo fajnie bawiłam się podczas robienia projektu na reportaż z innymi dziewczynami
  • Piątek, 31.10
-dostałam szóstkę za pracę z WOSu i mało tego, praca ta została nawet pochwalona:)
-na religii odbyła się naprawę ciekawa, głęboka lekcja- o świętości, życiu pozagrobowym...
-byłam na naprawdę świetnej imprezie z okazji Halloween. Nie zbierałyśmy cukierków (niestety, sąsiedzi nie zawsze bywają wyrozumiali...), ale za to jadłyśmy jabłka zawieszone na sznurkach bez użycia rąk, próbowałyśmy oglądać ,,Obecność"(przerwałyśmy, ponieważ uznałyśmy, że film ten jest dla nas za głupi, ponadto więcej się śmiałyśmy, niż bałyśmy), jadłyśmy różne pyszności, gadałyśmy, ja jako Naczelny Fotograf wszędzie latałam z aparatem i dokumentowałam... bawiłam się naprawdę rewelacyjnie. Nażarłam się i nagadałam chyba za wszystkie czasy:D

Tutaj mamy zdjęcie Wacława II (Wacław I powstał w zeszłym roku). Podział obowiązków podczas jego tworzenia był sprawiedliwy- dwie z nas wycinały twarz, ja i reszta wspierałyśmy je mentalnie, zajadając żelki i nachosy;)

  • Sobota, 1.11
-podczas odwiedzania grobów dowiedziałam się naprawdę dużo o mojej rodzinie
-napisałam i opublikowałam w końcu posta po długim okresie nieobecności na blogu;)
Trzeciego myślnika chyba nie będzie, bo naprawdę nie mam pomysłu na to, co mogło jeszcze się pozytywnego wydarzyć w takim dniu, w którym w końcu panuje nastrój raczej melancholijny...
 
  • Niedziela, 2.11
-kręciłam z dziewczynami reportaż i powychodziły nam naprawdę cudowne ujęcia
-odkryłam moje miasto na nowo, a także na nowo pokochałam. Poznałam wiele niesamowitych miejsc w Gdańsku, o których wcześniej nie miałam pojęcia, chociaż były na wyciągnięcie ręki...
-spędziłam bardzo miło czas z koleżankami, fajnie się bawiłyśmy podczas kręcenia i robienia zdjęć:) 


A nominuję następujące osoby:
-Torrens
-Alexis Murphy
-Tutti
-Bukwę
-a także (a co tam!) każdego, kto nie został nominowany, a bardzo by chciał wziąć w tej zabawie udział;)

Dziś post raczej króciutki i taki lajstowy. Mam nadzieję, że zachęciłam Was w jakiś sposób do wzięcia udziału w tej zabawie, a także być może wyciągania z pozornie szarych, nudnych dni, pozytywnych, radosnych chwil:D

Pozdrawiam ciepło!
Pola

sobota, 1 listopada 2014

Tańce na moście, muzeum z jajkami na dachu i drobne nieporozumienia co do ,,Poland"

Witam, witam!

Oto powracam po kolejnej długiej nieobecności, tym razem spowodowanej wyjazdem do Hiszpanii organizowanym przez szkołę, a później brakiem czasu z powodu... no, wielu rzeczy. Głównie naturalnie szkolnych.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie opisała tej wycieczki i nie pouzupełniała zdjęciami, których narobiłam strasznie dużo:) Wprawdzie wiem, że wstawiam tego posta w taki, a nie inny dzień, ale uznałam, że nie chcę dłużej zwlekać z jego publikowaniem, zwłaszcza, że tworzy się już od kilku dni.

Na pewno teraz drżycie z podniecenia i na końcu języków macie niecierpliwe pytania: ,,Okej, no ale jak było na wyjeździe?", prawda?
Nie?
No trudno. I tak odpowiem.

Powiem tak: przybyłam, zobaczyłam i się zachwyciłam. Było naprawdę niesamowicie!                Zobaczyliśmy trochę Europy, mnóstwo zwiedzaliśmy i chociaż cały wyjazd był strasznie męczący, to bawiłam się cudownie. Mieliśmy też trochę przygód, chociażby śpiewanie w kolejce do włoskiej toalety najbardziej znanych polskich przebojów, niewielkie imprezy w pokojach (chociażby ośmioosobowa ,,balkonówka", która odbyła się na mikroskopijnym balkoniku, który dało się przebyć w trzy kroki. Naprawdę zastanawiam się, jak udało nam się tam zmieścić...), próby dogadania się z tubylcami, eksplorowanie toalet w różnych krajach... naprawdę, jeśli chodzi o to ostatnie, to normalnie mogę napisać jakąś pracę. Może nawet to zrobię i kiedyś zostanie odkryta, doceniona i oczywiście nagrodzona. Wucety w końcu jakoś świadczą o kraju, w którym się znajdujemy, prawda? Więc wyszłaby analiza poziomu miejsc użytku publicznego w państwach Unii Europejskiej i nie tylko. Byłabym sławna!
Hmm, a może po prostu jestem taka dziwna, że zwracam uwagę na taką sprawę jak kibelki.
Nieważne.
Dziś chciałabym opisać pierwsze miejsca, które odwiedziliśmy podczas tego wyjazdu.
Wszystko zaczęło się od trwającej dobę podróży do Francji. Powiem tak- naprawdę nie lubię przebywać aż tak długich dystansów, bo mnie to wykańcza. Zwłaszcza, że zwykle mam problemy z zaśnięciem w samochodach, autokarach i tak dalej. Ale trudno, myślę, że naprawdę było warto. Zwłaszcza, że już pierwszego ranka za granicą byliśmy w uroczym Avignon.

AVIGNON 
(tudzież po polsku Awinion)

Avignon leży w południowej Francji, w Prowansji. To miasto słynie głównie ze znanego mostu, a także Pałacu Papieskiego, w którym to rezydowali niegdyś papieże (bodajże w XIV wieku).
Trzeba przyznać, że ta miejscowość naprawdę ma klimat. Stare budynki, które pozostają w dziwnej harmonii z tymi nowymi. Śliczna architektura, w której dominują jasne kolory. Ciasne, urokliwe uliczki, a także niewielkie placyki. Dużo sklepików i kafejek. Sporo zieleni. Co krok stoiska albo sklepy z pamiątkami- głównie w postaci wyrobów z lawendy.
Gdy przybyliśmy do Avignon, zmęczeni po całej nocy w autokarze, poranek był dosyć chłodny. Miasto spowijała gęsta mgła, dodając niesamowitego nastroju tym starym, aczkolwiek zachowanych niemal w idealnym stanie murom miejskim. Takie ciekawe widoki nie zdarzają się często, więc musiałam się wybudzić, aby wyjąć aparat (niestety nie moją lustrzankę- zbyt się o nią bałam, mówiąc szczerze- tylko niewielki aparacik, który wybitną jakością nie grzeszy, a gdy  światło jest gorsze niż ,,słabe" , to ogłasza bunt i nie ma mowy o robieniu dobrych zdjęć... ale za to był naprawdę wygodny i poręczny;)) i to uwiecznić.




Pierwsze widoki na Avignon o poranku. Przepraszam, zdjęcia wybitną jakością nie grzeszą, ale wydaje mi się, że nie jest źle;) 

Na samym początku weszliśmy na Pont Saint Benezet (Most św. Benedykta), na rzece Rodan. Jest taka słynna francuska piosenka ,,Na moście awiniońskim" , gdzie chyba był taki fragment- ,,Tańczą panowie, tańczą panie na moście w Avignon". W każdym razie coś w tym rodzaju. I jest taki zwyczaj, że odwiedzający most powinni właśnie na nim zatańczyć. Odtańczyłam więc razem z Kajaxem i nauczycielką od biologii macarenę, a następnie wraz z K. dopełniłyśmy polonezem przez połowę budowli. Tradycji stało się zadość! Szkoda tylko, że zrobiłyśmy to jako jedyne... 







Kolejnym punktem programu był Pałac Papieski, dawna rezydencja papieży z czasów, gdy to Avignon pełniło funkcję Stolicy Apostolskiej. Krótki był to okres (1309-1377), ale... ale był! I właśnie z tamtych lat pochodzi imponujący Pałac Papieski, który naprawdę robi wrażenie, zarówno od zewnątrz, jak i od środka. Na mnie największe wrażenie wywarły te mury- zachowane naprawdę w perfekcyjnym stanie. Mówiąc szczerze, piękna architektura była najciekawszą rzeczą w pałacu, ciężko było tam znaleźć jakieś szczególne, nadzwyczajne atrakcje poza tym. Może poza pracami pewnego artysty, które naprawdę robiły wrażenie. Ale artysta współczesny, więc przez wszędzie obecne jego dzieła ciężko było poczuć ducha średniowiecza;)





 Powyższe dwa zdjęcia przedstawiają kilka prac artysty Stefana Szczęsnego, którego surrealistyczne obrazy były wystawiane chyba akurat w Pałacu Papieskim. Po nazwisku można wywnioskować, że to nasz rodak. No tak, gdziekolwiek człowiek nie pojedzie, tam się natknie na Polaków;)


 
Podobizny papieży.

Po krótkiej chwili na odpoczynek i odświeżenie we francuskim hotelu (w drodze do niego prawie utknęliśmy w zatrważająco wąskich uliczkach jakiegoś miasteczka, wzbudzając małą sensację wśród mieszkańców), wróciliśmy do Avignon. Tym razem jednak mieliśmy czas wolny. Aż trochę go było za dużo, bo w sumie to niektóre osoby (tak, dobrze zgadliście- mam na myśli mnie) nieźle się wynudziły. Za to mogłam podziwiać tę naprawdę piękną miejscowość i tym razem w blasku słońca, gdyż po południu zrobiło się wręcz gorąco.

 
Katedra Notre-Dame z pozłacaną figurą Matki Boskiej na szczycie. Niestety, akurat wtedy, gdy tam byliśmy, nie było możliwości wejścia do świątyni.

 
Główny plac Avignon


Co ciekawe, podczas wycieczki wszędzie niemal widziałam takich facetów robiących wielkie bańki mydlane... przypadek? 


Pobyt we Francji trwał krótko- tylko jeden dzień i jedną noc. Już następnego dnia byliśmy u głównego celu naszej podróży- czyli w Katalonii. 
Pierwszym punktem naszego programu była niewielka miejscowość o wdzięcznej nazwie Figueres. Miejscowość, jak miejscowość, poza jedną rzeczą- zupełnie odjechanym, niesamowitym Muzeum Salvadora Dali.


FIGUERES

To właśnie tu urodził się jeden z największych artystów surrealistycznych, Salvador Dali, który słynął z kontrowersyjnych, zwariowanych, abstrakcyjnych dzieł. Wiadomo- jaki artysta, takie jego muzeum. I już od zewnątrz było to widać...

 
Uwaga- to zdjęcie nie jest moje, znalazłam w internecie. Niestety, nie miałam możliwości sfotografowania tych niesamowitych jajek, ponieważ spieszyliśmy się do zwiedzania środka i widziałam budynek w pełnej krasie jedynie przez chwilę, niewystarczającą, aby zrobić zdjęcie, a co dopiero wyraźne i dobre. 

Pierwszym, co zobaczyliśmy przed wejściem do środka, był Plac Salvadora i Gali (jego żony). Czekaliśmy tam chwilę na bilety do muzeum. I podczas tej chwili razem z koleżankami podeszłam do stoiska z jakimiś gadżetami, gdzie leżały również tabliczki w rozmaitych językach. Oglądałyśmy sob te gadżety, rzucając okiem także na tabliczki. Oczywiście z lekkim żalem odnotowałyśmy, że nie ma tam żadnej po polsku. 
Sprzedawczyni pokazywała nam swój towar, chociaż ją o to nie prosiłyśmy, najwyraźniej z nadzieją, że chociaż my kupimy coś z jej niezbyt rozchwytywanych pamiątek. Uprzejmie zapytała się nas także, skąd jesteśmy. Zgodnie oznajmiłyśmy, że ,,from Poland". Kobieta wskazała nam jedną z tabliczek.
Spojrzałyśmy najpierw na siebie, a następnie na wskazaną rzecz, zaskoczone. Czyżbyśmy przegapiły nasz rodzimy język?! Nie, chyba nie jest z nami aż tak źle... to niemożliwe!
I rzeczywiście. 
Tabliczka była w jakimś dziwacznym języku, który nijak mi się z niczym nie kojarzył. 
Na chwilę mnie zatkało. Po chwili zaczęłyśmy tłumaczyć sprzedawczyni, że jesteśmy z ,,Poland", a nie ,,Holland", bo najwidoczniej taka pomyłka zaszła.
Pani zrobiła minę wyrażającą nagłe olśnienie. 
,,Aaaaa, Poland!" 
Po zapewnieniu ją, że tak, oczywiście, że Poland, rozbawione i szczęśliwe z powodu wzajemnego zrozumienia, pokiwałyśmy wszystkie razem mądrze głowami, uśmiechając się grzecznie.
I wtedy sprzedawczyni wskazała tabliczkę z cyrylicą. 
Wiecie, tak mi się smutno zrobiło. 
 


Na placu Salvadora i Gali.  Zdjęcie drugie- wejście do muzeum .

W Muzeum Dalego było naprawdę świetnie. Mogłam tam znaleźć mnóstwo jego obrazów i rzeźb, ale także kompozycji, instalacji... mnóstwo rzeczy bazowało na iluzjach optycznych, oszukiwało wzrok, w wielu dziełach kryło się coś jeszcze. Prace Salvadora uważane były za niezwykle kontrowersyjne, czemu trudno się dziwić- dużo w nich podtekstów, poruszane są chociażby takie tematy jak płeć, seksualność, ludzka psychika, religia. Niektórzy pewnie w pracach tego artysty nie będą mogli znaleźć sensu. Ale myślę, że warto się przyjrzeć, bo można z nich wiele wyciągnąć.
Naprawdę, po wizycie w tym muzeum, uważam, że Dali był geniuszem. Wprawdzie trochę szalonym, ale... najczęściej szaleństwo to właśnie cecha prawdziwych geniuszy, czyż nie?

 


 
Tutaj jedna z licznych instalacji. Ukrzyżowany Jezus, a w tle... lustro. Trochę daje do myślenia.


 
Wiecie, jaki jest tytuł tego dzieła? ,,Happy horse". Szczęśliwy koń. Ja mam do tego interpretację, jestem ciekawa, czy Wam coś przychodzi do głowy;)


 
I proszę bardzo- ,,rozpikselowany" obraz, przedstawiający nagą kobietę, a który na zdjęciach i z oddali ukazuje twarz Lincolna. Ta praca była jedną z tych, które najbardziej mi się spodobały:)

 





 





Na dziś to chyba koniec. Ten post jest trochę (bardzo) przydługi, ale naprawdę ciężko było mi to wszystko przedstawić skrótowo. Jeśli czytasz te słowa, kochany czytelniku, oznacza to, że jesteś naprawdę dzielny i wytrwały, że dotarłeś aż tutaj. Nie martw się! To już koniec! Już Cię nie dręczę;)  Niebawem za to pojawią się kolejne części relacji z wyjazdu. 
 Napiszcie koniecznie, co myślicie o Avignon, a także o Muzeum Dalego i dziełach tego artysty. A może Wy też tam byliście? Podobało się Wam?:)
Pozdrawiam ciepło!
Pola