wtorek, 30 kwietnia 2013

Sport, laureatka, wielki powrót włoskiego i majówka

Dzisiaj nie było lekcji, ponieważ pojechaliśmy na stadion lekkoatletyczny, gdzie były szkolne zawody. Dyscypliny do wyboru były następujące: rzut piłeczką, skok w dal, bieg na 60 m., bieg na 600 m.(dziewczyny), 1000 m. (chłopcy), sztafeta.
Brałam udział w skoku w dal i biegu na 600 metrów. Jeśli chodzi o to pierwsze to moje wyniki są następujące:
Pierwszy skok: 2.55 m.
Drugi skok: 2.46 m.
Trzeci skok: 2.30 m.
Ha, jakoś bardzo źle nie jest, ale dobrze też nie. Trudno się mówi. Po skoku miałam buty, skarpetki, a nawet trochę stopy w piasku.
Gdy biegłam to sześćset metrów, sapałam jak ciuchcia parowa i o mało nie wyplułam sobie płuc (podobnie jak inne zawodniczki). Gdy dopadłam na metę od razu padłam na ziemię, a potem podniosłam się, jeszcze trochę podyszałam, a potem zwyczajnie wstałam i napiłam się wody. O dziwo, serce nie waliło mi w piersi, lecz prawie w ogóle nie czułam jego bicia.
"No dobra, świetnie, ale która byłaś na mecie?!"-spytacie pewnie z zirytowaniem.
Ha, nie wiem. Nie liczyłam. Byłam tak może odrobinę na końcu, ale nie ostatnia. Nie poszło mi dobrze- no i? Liczyła się fajna zabawa:-)
O co chodzi z tą laureatką w tytule? Zostałam laureatką w międzynarodowym konkursie literackim w kategorii poezja i mam wyróżnienie w kategorii proza (!!!). Dodatkowo,dzisiaj dowiedziałam się, że jestem laureatką w konkursie literackim "Dziewczęce historie" (zamieściłam już to opowiadanie na blogu- klik i jesteście, przy okazji skomentujcie). Wiem, wiem- nieładnie się chwalić. Ale nie mogłam wytrzymać, poza tym, to chyba jednak jest coś...
A wielki powrót włoskiego? O co kaman? Dwa razy próbowałam się uczyć tego pięknego języka. Za pierwszym razem nie wyszło- nie miałam materiałów, a internet to nie zawsze dobre wyjście. Za drugim było o wiele lepiej- tata zaczął mieć ambitne plany do nauki języków i nakupował pełno materiałów do nauki angielskiego, hiszpańskiego, francuskiego, niemieckiego i włoskiego właśnie. Zaczęłam więc się uczyć, ale potem okazało się, że nie mam za wiele czasu. Lecz teraz postanowiłam porządnie się za to wziąść (o językach obcych napiszę w innym poście). Zaczynam od włoskich "Rozmówek" Beaty Pawlikowskiej. Plus podręcznik "Włoski nie gryzie". Potem się zobaczy.
Jutro jadę do domu letniskowego moich dziadków z koleżanką. Mamy zamiar pisać naszą książkę, spacerować, gadać, a także, co tu kryć, leniuchować i spędzać miło czas:-)
Pozdrawiam i miłego weekendu majowego!!!
POLA

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Dzień Tańca

Trochę już tego bloga prowadzę (31 stycznia 2013 roku pojawił się pierwszy post). Nie chodzi mi tylko o to, że jest mało komentarzy, ale też o to, że ani razu nie napisałam o mojej pasji- tańcu. Dzisiaj jest Dzień Tańca, więc post tematyczny jest jak najbardziej na miejscu.
Jak to tak naprawdę jest z tym tańcem u mnie?
Można powiedzieć, że jestem amatorką-aktualnie nie chodzę na żadne zajęcia, tylko tańczę w pokoju. Ale kiedyś byłam na mistrzostwach Polski (chodziłam do centrum tańca "Gabi"). Nie przeszłam do półfinału, niestety, ale i tak na długo zapamiętałam to przeżycie:-) W zeszłym roku szkolnym wzięłam udział w szkolnym konkursie tanecznym i zajęłam pierwsze miejsce- bardzo się wtedy stresowałam, zwłaszcza, że brała udział też moja koleżanka, która dosyć często się chwali i była pewna wygranej: zajęła trzecie miejsce. W tym roku też brałam udział w konkursie i zajęłam trzecie miejsce. Nie umiem robić żadnych akrobacji, potrafię tylko stanąć na rękach, przy ścianie, gdy ktoś mnie trzyma za nogi. Zdecydowanie moim stylem tańca nie jest breakdance.
Naprawdę kocham taniec. Dlaczego? Wtedy czuję się wolna, czuję się piękna. Gdy ludzie mówią, że dobrze tańczę, to rosnę ze szczęścia aż do sufitu:-)
Najciekawsze tańce: 
Taniec irlandzki- stepowanie, na pewno wam znane. Niezwykle trudny, trzeba ćwiczyć przez lata. W trakcie tańca tancerz musi być wyprostowany, mieć ręce przy sobie, uśmiech na twarzy i pracować głównie nogami. Musi tańczyć w specjalnych butach- w tym tańcu bardzo łatwo o kontuzję: wykręcisz nogę i... I kiepsko. Bardzo popularne jest show Michaela Flatley'a- "Lord of the dance", podczas którego tańczy się właśnie taniec irlandzki. Oglądałam ten show (niestety nie na żywo) i muszę powiedzieć, że to jest boskie!
Marinera- często uważany za narodowy taniec Peru.  Co roku w peruwiańskim Trujillo odbywa się Fiesta de la Marinera- czyli festiwal tańca. Marinera to taniec dla dwóch osób-kobiety i mężczyzny. Zwana jest także tańcem miłości, bo są to jakby podchody- najpierw mężczyzna zdejmuje kapelusz i okrąża partnerkę jakby jechał konno. Ta z kokieteryjnym uśmiechem podchodzi, niby zainteresowana, lecz potem zmienia zdanie i ucieka przed partnerem. Tu nie liczy się tylko choreografia, lecz też znaczące uśmiechy, itd.
Oczywiście, to są nieliczne-jest przecież ich masa, opisałam tylko te dwa.
Ja najbardziej lubię street dance, zumbę i taniec nowoczesny.
Fajne filmy o tańcu:
 -Street dance
-Step up
-Beat the world
Oczywiście, w filmach tych fajne są raczej układy taneczne, nie fabuła:-)
Świetna powieść o tańcu:
  Pozdrawiam,
POLA
-Be

niedziela, 28 kwietnia 2013

"Jane Eyre" Charlotte Bronte

Jane Eyre to sierota, wychowywana przez bogatszą od niej rodzinę- ciotkę i kuzynów, którzy ją poniżają i upokarzają (kuzyn nawet ją bije). Na szczęście, Jane jedzie do szkoły- zakładu dobroczynnego w Lowood... Ale czy na pewno na szczęście? Mimo początkowych wad szkoły, dziewczyna poznaje tam koleżanki i kształci się. Jako Adziewczyna opuszcza zakład i staje się prywatną nauczycielką małej Adelki w posiadłości Thornfield. Panem domu jest pan Rochester, który rzadko zjawia się tam i głównie podróżuje po świecie. Jane poznaje go pewnego dnia, w dosyć nietypowych okolicznościach. Mężczyzna zakochuje się w niej z wzajemnością. Jednak Jane ucieka od niego, gdyż na jaw wychodzi straszna tajemnica. Dziewczyna prawie umiera z głodu, na szczęście ktoś ją przygarnął. Naturalnie przeżywa kolejne niezwykłe przygody... Ale wciąż nie może zapomnieć o panu Rochesterze...
Narratorką powieści jest sama Jane, co jest na pewno plusem książki. Drugim są wspaniale wykreowane postacie, zwłaszcza główna bohaterka i pan Rochester- ona jest skromna, ale odważna, śmiała, wrażliwa, bystra, ma wrodzony zmysł obserwacji, on jest bogaty, towarzyski, dowcipny, o lekko specyficznym poczuciu humoru, dobry, skory do poświęceń. Trzecim są tajemnice- tak, w tym dziewiętnastowiecznym romansie są tajemnice godne kryminału! Książka jest nieprzewidywalna, stale nas zaskakuje. Wszystkie emocje są doskonale opisane. Styl pisarki trudno nazwać lekkim, ale jest przyjemny i powieść dobrze się czyta. Na jej początku mamy sceny z dzieciństwa Jane, a potem z czasów gdy ma osiemnaście, dziewiętnaście lat. Dla niektórych osób może wydawać się czasami nudna, albo język może być za trudny. Jednak książka ta moim zdaniem jest naprawdę świetna i teraz mam zamiar obejrzeć film- tylko jest tyle ekranizacji, że nie wiem którą wybrać... Może wy mi polecicie, bo już oglądaliście?
Powieść gorąco polecam, zwłaszcza dla romantyczek, miłośniczek tajemnic, czy fanek książek z dawnych lat. Nie wiem jak wy, ale ja podczas czytania takich książek wyobrażam sobie, że to ja tam jestem, w sukni i kapeluszu oraz łamiąc wszystkie tamtejsze kowenanse przeżywam namiętną miłość...
Pozdrawiam,
POLA
PS: Może wejdziecie czasem na tego mojego drugiego bloga? (swiatjestpelenmagii.blogspot.com)

wtorek, 23 kwietnia 2013

Ludzkie losy nie zawsze dobrze się układają...

Teraz opowiem wam historię, moi kochani (chociaż niezbyt liczni) czytelnicy. Zmienię imiona, oczywiście, bo to prawdziwa historia.
Jest sobie na świecie pewna dziewczyna- tfu, co ja piszę, kobieta: ma przecież dwadzieścia parę lat. Dajmy jej imię Gosia. Choruje na stwardnienie rozsiane. Dokładnie wam tej choroby nie opiszę, ale jeśli jesteście ciekawi, sprawdźcie w internecie. Powiem tylko, że sprawia, że mięśnie wiotczeją i dana osoba ma problemy z ciałem. Otóż Gosia nie może chodzić, ma duże problemy. Ma dwójkę dzieci- są zupełnie małe. Dodatkowo, właśnie opuścił ją mąż, który był dla niej naprawdę dużym wsparciem- przecież Gosia nie pracuje, to on utrzymywał rodzinę. Oczywiście, dostaje pewnie dla niego jakieś pieniądze, ale jednak... Rozumiecie. Na pierwszym miejscu dla niej, jest wyżywienie dzieci. Dlatego też, przez kilka miesięcy nie brała leków (są bardzo drogie) i jej stan zdecydowanie się pogorszył. Na szczęście otrzymuje pomoc, chociażby od szkoły, w której się uczyła i od swoich przyjaciół. Ale nie chce pomocy dla siebie, lecz dla swoich dzieci- jest bardzo skrępowana i wstydzi się, gdy inni dają jej różne rzeczy. Gdy dostaje różne różności, nawet zupełnie proste, typu np. szampon, pieluchy dla dzieci, mokre chusteczki, nie musi ich kupować sama i może kupić leki dla siebie.
Jak napisałam, ta historia naprawdę się przytrafiła. I ta kobieta żyje i ma właśnie takie problemy. Skąd o tym wiem? Otóż w mojej szkole jest Koło Młodego Wolontariusza, na które w tym roku zaczęłam chodzić. Sprzedaję różne rzeczy, biorę udział w różnych zbiórkach, akcjach charytatywnych (np. w niedzielę brałam udział w "Polach Nadziei")- pieniądze idą oczywiście na szczytne cele. Pani prowadząca je, opowiedziała właśnie taką historię- wzruszająca, prawda? Przecież tej osobie na pewno jest ciężko- jest chora, właśnie opuścił ją mąż, ma dwójkę dzieci (i to takich naprawdę bardzo małych). Nie pracuje, a musi płacić podatek, czynsz za mieszkanie/dom, musi kupować rzeczy dla dzieci, wyżywić rodzinę. Uważam, że to smutne. I teraz: jak jej pomóc? Otóż tak: trzeba zrobić zbiórkę różnych rzeczy dla tych dzieci. Pani wpadła na pomysł, żeby trzy szkoły z naszego zespołu szkół (podstawówka, gimnazjum, liceum) pomogły. Moja mama pracuje w liceum, rozmawiałam z nią. Jacyś licealiści mogliby, jako wolontariusze, może przyjść, zająć się dziećmi (przecież ta "Gosia" jak ją nazwałam, nie może chodzić, ma problemy z poruszaniem się).

Wiecie co, tak sobie myślę: że przecież tyle jest nieszczęśliwych ludzi na świecie, np. właśnie z taką sytuacją. I jak na przykład ja, zdrowa, szczęśliwa, kochana przez rodziców i mogąca się kształcić dziewczyna, mogę narzekać?! Przecież tyle osób ma gorzej! Są ludzie głodni, biedni, nieszczęśliwi, bici, niekochani... Aż nie będę wyliczać. Dlatego naprawdę warto pomagać!
Pozdrawiam,
(mocno wzruszona) POLA
PS: A może będę robiła posty, o wzruszających, ludzkich historiach " z życia wziętych"?