piątek, 28 lipca 2017

Problemy miłosne Tadeusza S. (fan fiction)

Jaka piękna jesień tego lata!
Witam serdecznie i zarazem żegnam się na kolejne niecałe dwa tygodnie, gdyż ponieważ jutro z rana ruszam na kolejne wojaże (wojaże to tak uroczo staroświeckie słowo). Zanim odjadę jednak, wedle tego, co napisałam tydzień temu, publikuję jedno z opowiadań z obozu literackiego. Pewnego dnia na zajęciach otrzymaliśmy zadanie napisania fan fiction z crossoverem, czyli połączeniem dwóch lub więcej fandomów i w efekcie powstał taki króciutki tekst.
Szanowni państwo, z radością prezentuję ,,Problemy miłosne Tadeusza S." - fan fiction do ,,Pana Tadeusza", ,,Balladyny" i ,,Potopu".

Enjoy!


Problemy miłosne Tadeusza S.




— Wciąż nie rozumiem, Soplica – powiedział Kmicic, z trzaskiem odstawiając opróżnioną butelkę po piwie. – Jakim, kuźwa, cudem pomyliłeś trzydziestoletnią brunetkę z piętnastoletnią blondynką?
Tadeusz Soplica wzruszył ramionami, rozglądając się niepewnie. Wraz z Kmicicem i Balladyną siedzieli za garażami niedaleko szkoły. Zasadzone na marnym skrawku zieleni drzewa szumiały, sypiąc pomarańczowymi liśćmi.
Dziewczyna paliła papierosa, co jakiś czas odrzucając długie, czarne włosy za ramię. Miała na sobie obcisłe dżinsy, koszulkę z napisem „#malinynie”, skórzaną kurtkę i czerwoną wstążkę na czole. Spojrzała na Soplicę z politowaniem.
— Nie wiem. – Tadeusz spuścił głowę i obciągnął rękawy sweterka w serek. – Może to kwestia oświetlenia – powiedział bez przekonania.
W przeciwieństwie do znanego z dzikich imprez Kmicica i mającej za sobą pobyt w poprawczaku Balladyny, nie był typem buntownika czy popularnego dzieciaka. Uczył się grzecznie do matury, żeby tylko zadowolić bogatego wuja, chociaż bardziej ciągnęło go do sportu. Jego zachowanie było nienaganne. Aż do teraz. Cały czas wydawało mu się, że ktoś nadchodzi, żeby przyłapać ich na gorącym uczynku – wagarach, bo przecież zarówno on, jak i Jędrek byli pełnoletni i teoretycznie mogli legalnie kupować piwo.
Kmicic serdecznie poklepał Tadeusza po plecach. Poznali się, gdy polonistka Telimena poprosiła Soplicę, wszak wzorowego (a na pewno ulubionego) ucznia, o udzielenie korepetycji Andrzejowi. Mimo że Kmicic był bardziej zainteresowany wyciąganiem Tadka na imprezy i rozróby oraz uczeniem go, jak się bić, zawiązała się między nimi nić porozumienia. Andrzej może i był hulaką oraz zabijaką, ale miał złote serce.
— Golnij sobie, stary – rzekł Jędrek życzliwie, wyciągając w stronę Tadka szklaną butelkę.
— Nie, dziękuję. – Soplica ukrył twarz w dłoniach. – I co ja mam teraz zrobić? Telimena myśli, że jestem w niej zakochany, a ja tak naprawdę…
— Kochasz Zośkę, wiemy – dokończyła Balladyna, przydeptując niedopałka czarnym butem na obcasie z ćwiekami. – Wciąż pozostaje to dla mnie niezrozumiałe, ale dobra. Skoro Telimena jest jedyną osobą, która stoi wam na drodze, to istnieje tylko jedna metoda.
— Jaka? – ożywił się Soplica.
Balladyna spojrzała na niego jak na idiotę.
— No, zlikwidować przeszkodę. Najlepiej po cichu.
— Chyba żartujesz – wzburzył się Kmicic, bawiąc się na razie cieniutkim blond wąsikiem. – To niehonorowe.
— Przecież to nauczycielka! – jęknął Tadeusz ze zgrozą.
Balladyna wzruszyła ramionami.
— No i co? Mam doświadczenie, luz.
Szkolne legendy mówiły, że Balladyna zdobyła swojego chłopaka, przewodniczącego samorządu Kirkora, poprzez dźgnięcie swojej siostry nożem, jednak nie wiadomo było tak naprawdę, czy to nie mit podtrzymywany przez samą zainteresowaną.
Teraz dziewczyna wyjęła najnowszy model  i-Phone’a i przewróciła oczami.
— Jezu. Ten debil Kirkor znowu do mnie pisze.
— To twój chłopak – przypomniał Kmicic, lekko zniesmaczony.
Andrzej i Balladyna nie byli szczególnie bliskimi przyjaciółmi. Dzielili tylko miejscówkę do dyskretnego picia i palenia między lekcjami i co najwyżej się tolerowali.
— Mówisz? – rzuciła dziewczyna kwaśno. – Znowu pisze mi o tej stronie, pustelnik.pl i bredzi o internetowej przepowiedni. On jest chory, serio.
— Ale jakoś z nim wytrzymujesz.
Wzruszyła ramionami.
— Jest przewodniczącym, jakoś muszę.
Kmicic pokręcił głową z potępieniem.
— To niemoralne.  
Balladyna nie odpowiedziała, bo pochłonęło ją odpisywanie „Zaraz się zobaczymy, kochanie, loffciam”.
— Musi być inny sposób – przypomniał o sobie Tadeusz.
Kmicic westchnął i obciągnął workowatą koszulkę z napisem „Wstydu oszczędź”.
— Tadek, dziecko, nie martw się tak. Dwie loszki na ciebie lecą. Każdy inny by się cieszył!
— Ale ja nie! – jęknął Soplica.
Wszystko zaczęło się od momentu, w którym roztargniony Tadeusz przypadkiem wszedł do damskiej szatni, akurat aby spostrzec piękną dziewczynę przebierającą bluzkę. Dziewczę pisnęło i chłopak natychmiast zatrzasnął drzwi. Z tego też powodu nie był w stanie przyjrzeć się twarzy tajemniczej piękności, ale wiedział jedno: zakochał się od pierwszego wejrzenia.
Z niewiadomych przyczyn jednak, kiedy zobaczył śliczną panią Telimenę, ubzdurał sobie, że to ona była zjawiskiem, które ujrzał. Na lekcjach polskiego regularnie płonął rumieńcem i zagadywał panią o różne, czasem idiotyczne rzeczy. O zgrozo, Telimena zaczęła też uśmiechać się znacząco i podsuwać Tadeuszowi różne lektury. O zgrozo, bo okazało się, że przebierające się zjawisko to uczennica pierwszej klasy, drobna blondynka Zosia. Serce Soplicy na jej widok biło tak szybko, że wydawało mu się, iż zaraz wyskoczy z piersi.
Niestety – pozostawała jeszcze Telimena, z którą do niedawna flirtował i która wydawała się w nim zakochana. I cóż teraz począć?
— Jędrek! – rozległ się jakiś ostry, dziewczęcy głos.
Kmicic błyskawicznie wyjął papierosa z ust i odrzucił za siebie.
Przy garażach pojawiła się jego dziewczyna, Oleńka Billewiczówna, ładna blondynka z bogatej rodziny i pilna uczennica. Tadek nie wiedział, jakim cudem zeszli się z Kmicicem, ale stanowili zaskakująco dobraną parę. Z błękitnych oczu dziewczyny strzelały pioruny, a zza jej pleców wychynął niski sportowiec, gwiazda szkoły Michał Wołodyjowski, kręcąc głową z potępieniem.
— Co ty tu robisz?! – ryknęła. – Znowu pijesz za garażami, tak?
— Ja?! – oburzył się Kmicic, wciskając Tadeuszowi butelkę do ręki. – Trzymałem Tadkowi tylko!
— Idziemy – zarządziła Oleńka, ignorując ciche „chwila, co?” Soplicy. – Masz sprawdzian.
— Jaki? – zdumiał się szczerze Kmicic.
— No właśnie. – Oleńka złapała chłopaka za rękę i pociągnęła w stronę szkoły.
Wołodyjowski spojrzał z potępieniem w stronę Tadeusza i Balladyny, poruszył młodzieńczym wąsikiem i odszedł, próbując na krótkich nogach dogonić Kmicica i Oleńkę.
Telefon Balladyny zabrzęczał. Odblokowała go z cichym westchnieniem.
— Dobra, lecę – rzuciła. – Pustelnik.pl wzywa. Siema, młody. – Machnęła w stronę Tadka ręką z pomalowanymi na czarno paznokciami i w zadziwiającym, jak na wysokość obcasów, tempie oddaliła się.
Tadeusz Soplica został sam.
Siedział przed garażami, z butelką w ręką i pustym wzrokiem wpatrywał się w chodnik.
— Tadeuszku! Co ty tu robisz?
Soplica poderwał się gwałtownie. Butelka wypadła mu z rąk i potoczyła się prosto pod pantofelki pani Telimeny.

piątek, 21 lipca 2017

Literere

Wróciłam!



Właśnie uświadomiłam sobie, że nie tylko trzeci raz pojechałam na obóz literacki, ale w dodatku trzeci raz piszę o tym na TZB. Aż się łezka w oku kręci. 

No cóż, więc tak. Właśnie wróciłam z obozu literackiego, czyli wspaniałego wyjazdu pełnego pisania, warsztatów, zajęć o fabule, bohaterach czy procesie wydawniczym i rozmów z absolutnie fantastycznymi ludźmi. Spotkałam starych znajomych i poznałam nowych. Planowanie stypy, jedzenie pysznej pizzy w siedem osób, mnóstwo żartów zrozumiałych tylko dla nas, czytanie swoich tekstów na głos (miałam w pokoju, zresztą też w ogóle na obozie, tak utalentowane dziewczyny, o matko), długie rozmowy po ciszy nocnej, stałe pożeranie czipsów,  śpiewanie soundtracku z ,,Hamiltona", ,,All Star" i ,,Czterech osiemnastek" (no dobra, to ostatnie to tylko ja); fangirlowanie na punkcie Poe Party, zabawne przejęzyczenia, opowiadanie sobie dramatycznych historii z przedszkola o pierwszej w nocy... aż coś ścisnęło za gardło, gdy trzeba było się pożegnać i przytulałyśmy się ostatni raz. Mam ogromną nadzieję, że spotkam się z tymi wszystkimi niesamowitymi ludźmi jeszcze nie raz, bo było przeepicko (ale jak to takie słowo nie istnieje). 

W ogóle fun fact (który jest całkiem fun; pozdro dla kumatych), spotkałam osobę, która, jak się przypadkiem okazało, odwiedziła wcześniej, to znaczy przed naszym poznaniem się na obozie, mojego bloga. A nawet wysłała do mnie maila. To było dość niesamowite.

Poza świetnymi osobami, po raz trzeci urzekła mnie twórcza atmosfera i codzienne pisanie. Wyobraźcie sobie siedzenie w doborowym towarzystwie, każdy przy swoim laptopie lub zeszycie, pisanie na podany temat, twórczą pracę, a później czytanie swoich tekstów na głos i dyskusja na ich temat. Dla mnie raj.
Dowiedziałam się, czym są znaki korektorskie i ,,sierotki" w tekście, mogłam przejrzeć umowę wydawniczą, spróbować swoich sił w felietonie, scenariuszu filmowym, czy po raz pierwszy od bardzo dawna stworzyć fan-fiction i wiersz, ćwiczyć kreatywność, szlifować warsztat. Dzięki temu udało mi się wrócić z garścią dopracowanych tekstów i bardzo się cieszę, że miałam okazję tyle pisać. 

Przez trzy lata też dość dużo się zmieniło i mogłam zobaczyć, jak kształtowała się moja osobowość, co w sobie przezwyciężyłam, co pozostało takie samo. Na pewno jestem bardzo dumna z jednej zmiany. Pamiętam, jak trzy lata temu myślałam nad opowiadaniem na koniec obozu i początkowo nie mogłam nic wymyślić. Tak mi się przynajmniej wydawało. Problem tkwił jednak nie w braku pomysłów, bo kiedy patrzę na to teraz, to miałam ich bardzo dużo. Wszystkie jednak odrzucałam jako niedostatecznie dobre. W końcu nic nie było wystarczająco kreatywne czy błyskotliwe. Tak bardzo bałam się napisać coś złego, że efekcie pisałam bardzo mało, szybko się poddawałam i z góry rezygnowałam z większości pomysłów.
Na tym obozie miałam już zupełnie inne podejście. Przestałam bać się złego tekstu, po prostu pisałam. Miałam podejście ,,chcę się czegoś nauczyć". Nieważne, czy wyjdzie, czy nie, ważne, że tworzę, rozwijam się. Pisałam najlepiej, jak umiałam. Nawet, jeżeli jakiś pomysł wydawał się dziwaczny czy ryzykowny, to próbowałam. Jeżeliby się nie udało, to co z tego? To nie konkurs. To nie wyścig. A zawsze można się czegoś nauczyć, z każdego tekstu, nawet nieudanego, można coś wynieść. Próbowałam nowych rzeczy. O ile zwykle tworzę teksty oparte na dialogach i relacjach między bohaterami, tu tworzyłam też takie skupione na opisach oraz budowaniu nastroju. Eksperymentowałam.
Podoba mi się ta zmiana.  

Wciąż z kolei stresuję się, kiedy czytam coś na głos, pierwszego dnia to aż drżały mi nogi. Im dalej, tym było coraz lepiej, ale nadal mam z tym problem, tym bardziej, że czasem (właśnie kiedy mam tremę) czytam dość szybko i niewyraźnie, więc dodatkowo denerwuję się, iż nikt mnie nie zrozumie. Co się zdarza. Ale pracuję nad tym.

Wiecie co jeszcze jest piękne? Wracam z obozu nie tylko z pięknymi wspomnieniami, otrzymaną w ramach wyróżnienia koszulką z napisem ,,Respect", podkrążonymi od braku snu oczami i plikiem tekstów. 
Po raz kolejny wracam jeszcze mocniej zafiksowana na punkcie pisania i zakochana w składaniu liter w opowieści. Po raz kolejny miałam okazję obcować ze zdolnymi ludźmi, którzy dzielą ze mną pasję. Po raz kolejny przemknęło mi przez głowę: kurczę, to jest właśnie to, co chcę robić. 



Bardzo możliwe, że w kolejnym poście pojawi się opowiadanie z obozu, tylko jeszcze nie wiem jakie. Waham się, czy publikować według daty napisania czy wedle jakiegoś innego klucza. W każdym razie, coś będzie. I to niebawem. 


Zdjęcie: kaboompics

piątek, 7 lipca 2017

Wakacyjne perełki

Nadszedł ten czas!
Zakrzyknijmy więc wszyscy razem:
Niech żyją wakacje! Niech żyje wolność! Niech żyją czereśnie!

Na blogu posucha potworna, ostatni post pojawił się ponad trzy tygodnie temu. Ufam jednak, że będzie lepiej. Jak pisałam w poprzednim wpisie: nie chcę niczego obiecywać. Po prostu chcę wstawiać dopracowane posty, kiedy będę mogła i przy takiej formule pozostanę, tym bardziej, że dzisiaj ruszam w drogę i w domu nie będzie mnie niecałe dwa tygodnie.

Dzisiaj będzie z kolei taki wysyp odkrytych przeze mnie perełek, inspirujących, ciekawych, wartych uwagi.  Bo jak wiedzą biedni czytelnicy, którzy muszą to znosić, ogromną przyjemność sprawia mi dzielenie się rzeczami, które uwielbiam oraz entuzjastyczne rozwodzenie się nad ich wspaniałością.




W cieniu koronkowej parasolki. O modzie i obyczajach w XIX wieku  Joanna Dobkowska, Joanna Wasilewska


Po tę pozycję sięgnęłam w wyniku mojego ostatniego zainteresowania XIX wiekiem oraz modą historyczną. Od jakiegoś czasu eksplorowałam blogi kostiumowe i na jednym z nich, Modnej Historii, trafiłam na recenzję tej książki. Już niebawem w moje łapki dostała się bogato ilustrowana pozycja w rozmiarach albumu. I mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to była jedna z najciekawszych rzeczy, jakie ostatnio czytałam.
Temat jest fascynujący, a jako zupełny laik dowiedziałam się mnóstwa naprawdę pasjonujących rzeczy. Szczegółowe przedstawienie mody damskiej i męskiej, krojów, kolorów, inspiracji, wynalazków w rodzaju krynoliny, sposobów noszenia, a ponadto kontekst historyczny, ukazanie, jak polityka, obyczaje, kultura czy mentalność społeczeństwa wpływały na modę. Wszystko uzupełniają cytaty z pamiętników, poradników, czasopism, powieści i listów z danej epoki, a poza tym przepiękne ilustracje. Książka jest bowiem wzbogacona o obrazy, fotografie, ryciny, ilustracje z czasopism i żurnali. Przepiękne wydanie. Autorki poza tym opowiadają o wszystkim z niesamowitą lekkością, tak, że lektura wciąga i czyta się to z czystą przyjemnością. Polecam z całego serduszka, nie tylko jeśli interesujecie się XIX wiekiem, bo to po prostu naprawdę ciekawa, dobrze napisana pozycja z przepięknymi ilustracjami. 

Ojciec chrzestny


Ojciec chrzestny to taki film, o którym chyba każdy chociaż słyszał. Klasyk klasyków. Jeden z najważniejszych filmów w historii kina. 
Na obejrzenie od dawna namawiał mnie mój tata, który Ojca chrzestnego widział już chyba z dziesięć razy i w końcu, nareszcie - dałam się namówić i obejrzałam. I nie żałuję, wręcz przeciwnie.
Historia mafijnej rodziny Corleone trwa aż trzy godziny i wiecie, zwykle przy tak długich filmach zawsze ma się wrażenie, że niektóre sceny można by wyciąć, bo zajmują niepotrzebnie miejsca. Tutaj nie ma czegoś takiego, chociaż przyznaję, że oglądanie czasem się dłuży. Jdnak właściwie chyba nie występuje tu scena, która byłaby zbędna. Wszystko ma jakieś znaczenie dla rozwoju postaci i fabuły, a nawet najmniejsze wydarzenie okazuje się później ważne.
Scenariusz jest świetny, zdjęcia wspaniałe, historia niesamowicie opowiedziana, a gra aktorska mistrzowska. Marlon Brando jako Don Vito Corleone  zagrał absolutnie kultową rolę, ale genialnie wypadł również Al Pacino w roli Michaela, najbardziej dynamicznego bohatera, który początkowo nie chce podążać w ślady swojej rodziny. Świetnie oddają emocje i tworzą zapadające w pamięć, niesamowite kreacje. Niektóre sceny aż ściskają za serce i gardło, jak chociażby ta w szpitalu. Albo ta z dziadkiem i wnuczkiem.
Bardzo, bardzo dobry film. Często, kiedy słyszy się, że coś jest arcydziełem, to podchodzi się do tego z dystansem. Ale Ojciec chrzestny to naprawdę jest arcydzieło.



Festiwal Kolorów


Festiwal Kolorów to bardzo sympatyczne wydarzenie, które odbywa się w różnych miastach Polski. Do Gdańska zawitał akurat w pierwszy dzień wakacji, więc miałam miłe przywitanie dwóch miesięcy wolności (o tak).
Rzecz polega na tym, że przychodzi się sobie (za darmo!) na miejsce wydarzenia, ewentualnie kupuje kolory holi w saszetkach (to już nie za darmo), staje pod sceną.  Ludzie tańczą, śpiewają, skaczą, a o pełnych godzinach wszyscy w tym samym momencie wyrzucają w powietrze barwne proszki. I się cieszą. Proszki wzbijają się w powietrze efektowną chmurą, a później opadają i wszyscy są od stóp do głów kolorowi. Na scenie stoi DJ, cały czas leci muzyka, ludzie chodzą z tabliczkami o treści ,,Free hugs!" albo gorącymi frytkami z jednego z foodtracków. Było naprawdę bardzo pozytywnie i przede wszystkim bardzo kolorowo. Później przez miasto szedł taki zabarwiony na tęczowo tłum. Sama, z twarzą, ubraniami i włosami pokrytymi kolorowymi proszkami, jechałam tramwajem i poszłam jeszcze do sklepu. Pani ekspedientka jakimś cudem zachowała kamienną twarz, natomiast jakichś dwóch przechodniów zerknęło na mnie ze zdumieniem i usłyszałam za swoimi plecami ,,Patrz, jaka pani kolorowa...". Kiedy się do nich odwróciłam, obaj wybuchli takim śmiechem, że nie mogłam się nie uśmiechnąć. 
Próbowałam zrobić zdjęcie w trakcie wyrzutu kolorów, jednak o ile z daleka pewnie wygląda to pięknie i widać te barwne chmury, to ze środka tłumu wyrzucającego proszki w powietrze, wrażenie jest... no, takie:



Bardziej wygląda to jak jakiś pył po apokalipsie. 
Kolorowa apokalipsa trochę.


SALK




Płytę SALK (Selkie & Lighthouse Keepers), polskiego zespołu wykonującego muzykę alternatywną, kupiłam właściwie trochę w ciemno. Kojarzyłam ich już wcześniej, wiedziałam, że w ich utworach wybrzmiewa elektronika, miałam raczej neutralne podejście i nie zagłębiałam się w to jakoś szczególnie. ,,Matronika", debiutancki album SALK, trafił w moje ręce właściwie dzięki innemu zespołowi. Ten zespół to Lor, który pojawia się na płycie w utworze ,,Perfect Storm", a który znałam i absolutnie uwielbiałam już wcześniej. Dlatego gdy zobaczyłam piękną okładkę na sklepowej półce i ,,feat. Lor" z tyłu, uznałam, że czemu nie.
I tak oto w moje posiadanie dostała się ,,Matronika". Perełka, jak nazywa ją sam SALK. A ja dopowiem: nie tylko perełka, ale prawdziwa perła. Zostałam przeniesiona w zaczarowany, baśniowy, piękny i mroczny podwodny świat, pełen magii, mitologii i wspaniałych muzycznych przeżyć. I przenoszę się do niego za każdym razem, kiedy włączam sobie ,,Matronikę". A włączam nieprzyzwoicie często.
SALK łączy elektronikę i basy z tradycyjnymi instrumentami, delikatnym, subtelnym wokalem oraz fantastycznymi tekstami. Te ostatnie, zarówno po polsku, jak i po angielsku, są piękne, cudownie poetyckie, wręcz nieco baśniowe. Muzycznie także jest niesamowicie, wokal i kompozycje zachwycają. To muzyka melancholijna, eteryczna, subtelna, hipnotyzująca. Do moich ukochanych utworów należą ,,Taiga", ,,Sen Zofii" i no cóż, tak,  ,,Perfect Storm" z udziałem Loru.
Zakochałam się w ,,Matronice". A najpiękniejsze jest to, że za każdym razem, gdy jej słucham, zakochuję się od nowa. To chyba najlepsza rekomendacja. 


Nawiasem mówiąc, ostatnio miałam nawet okazję posłuchać zespołu na żywo. Otóż okazało się, że w ramach niedawnego Open'era mają też miejsce darmowe koncerty Gdynia Open Stage, na scenie miejskiej. Bezpośrednio po sobie grali SALK i Lor, więc niemal od razu, gdy się dowiedziałam, namówiłam przyjaciółkę, sprawdziłam trasę SKM-ki i we dwie pomknęłyśmy do Gdyni. Wciąż do końca nie mogę uwierzyć w swoje szczęście, bo hej - dwa z trzech moich ulubionych polskich zespołów grały tak blisko mnie i to jeszcze za darmo. Pod sceną na Placu Grunwaldzkim rozstawiono leżaczki, szumiały drzewa, można było sobie leżeć, opalać się i słuchać muzyki. Zarówno SALK, jak i Lor byli absolutnie nieziemscy, żałuję, że koncerty trwały dość krótko (nic dziwnego w sumie, skoro były darmowe) i koniecznie chciałabym ich jeszcze zobaczyć na żywo. Potem udało mi się w dodatku złapać muzyków, chwilę pogadać i zdobyć autografy. Był taki moment, kiedy zebrałam się na odwagę i podeszłam do artystów z SALKu, poprosiłam o podpisy i wtedy nagle przyszedł Lor oraz zaczął witać się z drugą grupą. Przez chwilę stałam skonsternowana z zeszytem i strzelałam wzrokiem od jednego zespołu do drugiego, nie wiedząc, do kogo podejść najpierw i generalnie czując się odrobinę niezręcznie, stojąc sztywno obok podczas ciepłego, przyjacielskiego powitania dwóch zespołów. Generalnie jednak było szalenie sympatycznie, zdobyłam podpisy zarówno od SALKu, jak i Loru, miałam szansę porozmawiać z artystami. Fajnie, fajnie. A muzycznie to w ogóle niewiarygodnie, na chwilę odpłynęłam do innego świata. Polecam SALK, polecam Lor. Bardzo, bardzo mocno.


 Caravan Palace




Jakiś czas temu napomknęłam, że odkryłam pewien muzyczny gatunek o wdzięcznej nazwie electro swing. Zasadniczo łączy on swing i jazz z elektroniką, hip-hopem i tak dalej, co wydaje się może kuriozalne, ale brzmi świetnie. Wszystko zaczęło się od electroswingowej playlisty na YouTubie, dzięki której odkryłam właśnie Caravan Palace - francuski zespół z Paryża, który z wdziękiem łączy stare z nowym, elektronikę ze swingiem oraz klasycznymi instrumentami. Ich muzyka jest energiczna, wpadająca w ucho, porywająca do tańca albo chociaż podrygiwania przed biurkiem (co teraz właśnie czynię). Teledyski z kolei są często mocno nietypowe i jednym mogą przypaść do gustu, innym wydać się po prostu dziwaczne. Od strony wizualnej najbardziej lubię wstawione powyżej ,,Rock It For Me". Jest urocze i ma urzekający styl animacji.
Od strony muzycznej z kolei, poza ,,Rock It For Me", lubię jeszcze ,,Suzy", ,,Comics" czy ,,Lone Digger".
Polecam bardzo, ciekawa rzecz.


Mam nadzieję, że udało mi się czymkolwiek Was zaciekawić. Jeżeli ostatnio odkryliście coś interesującego, to nie omieszkajcie się podzielić. Bo trzeba się dzielić.

Kłaniam się nisko i lecę się pakować!




Zdjęcia własne