poniedziałek, 30 marca 2015

O ksionrzkach (znowu), czyli ,,On my shelf TAG"

Witam!

Ci, którzy znają mnie dłuższy czas, wiedzą, że bardzo lubię czytać książki.
Uwielbiam książki.
Kocham książki.
No dobra, jestem po prostu książkoholiczką.
Oczywiście to nie jest tak, że nie mam realnego życia.
Nie.
Naprawdę nie.
Życie w realu mam, ale nie zmienia to faktu, że literatura to absolutnie moja pasja. Także w internecie zwykle szukam ciekawych pozycji, czytam recenzje, oglądam vlogi o tej tematyce- również te zagraniczne. I właśnie dzięki filmikom książkowych maniaków z USA, trafiłam na pewien ciekawy TAG, który postanowiłam zrealizować. To On my shelf TAG, stworzony przez Iana Brooma.
O co w tym chodzi?
Otóż należy wybrać losowe liczby. Np: 4, 15. I 4 oznacza numer półki, a 15 książkę na tej półce. Zadanie polega na tym, aby opowiedzieć historię o wylosowanej pozycji- kiedy się ją czytało, w jakich okolicznościach, co nam się z nią kojarzy, czy nam się podobała? A może wiąże się z nią jakieś wspomnienie, wydarzenie? Naprawdę mi się ta zabawa spodobała, więc zapragnęłam zrobić ją na blogu.
O wybranie numerów poprosiłam Kajaxa przed lekcją matmy. Więc wszystkie książki, które się tu pojawią, zostały wylosowane zupełnie przypadkowo. Mam nadzieję, że uda mi się o każdej napisać coś ciekawego...

2,28

Astrid Lindgren we wczesnych latach mojego żywota, gdy dopiero wkraczałam w świat literatury, była moją absolutną idolką (zresztą... do tej pory jest). To dzięki niej zaczęłam czytać, to dzięki niej zaczęłam pisać. Dlatego też nadal mam na półce, w dodatku na honorowym miejscu, jej najsłynniejsze powieści. I nadal do nich zaglądam. Są takie pełne humoru, ciepła i najbardziej kojarzą mi się z dzieciństwem. ,,Pippi na Południowym Pacyfiku"była pierwszą książką o przygodach rudowłosej dziewczynki, której akcja nie toczyła się w Szwecji, w swojskiej Willi Śmiesznotce. To znaczy, na początku nie opuszczaliśmy przytulnego miasteczka (w pierwszym rozdziale pewien bogaty mężczyzna chciał nawet kupić dom Pippi- to mój ulubiony, najzabawniejszy fragment!), ale później Pippi wraz z przyjaciółmi popłynęła na wyspę Kurrekurredutt, gdzie jej tatuś był królem murzyńskim. Ach, z zapartym tchem czytałam o przygodach w tak egzotycznym miejscu... czułam  niejaką zazdrość- też marzyłam o wyławianiu pereł, pływaniu w oceanie, wcinaniu bananów prosto z drzewa, zrywaniu kokosów z palmy... pamiętam jednak, że gdy dzieci nie obchodziły Bożego Narodzenia (w końcu na takich wyspach się go raczej nie celebruje), moja zazdrość osłabła. Jak to? Święta bez śniegu? No dobra, u nas śnieg to też raczej rzadkość, ale święta bez temperatury na minusie? Prezentów? Tradycyjnego jedzenia? Prezentów? Choinki? Prezentów?...  małej Poli nie mieściło się to w główce... i w sumie poczułam ulgę, gdy Pippi, Tommy i Annika wrócili szczęśliwie do domu, gdzie leżały swojskie zaspy śniegu. Swojskie dla głównych bohaterów oczywiście.
Dla nas dzisiaj bardziej powszechnym widokiem niż śnieg są kokosy i banany.

8, 15

Jak wielu z Was wie, uwielbiam Ricka Riordana. Serio, to jeden z moich ulubionych pisarzy.
*UWAGA! Teraz Pola będzie po raz setny zachwycać się jego twórczością. Radzimy przygotować się mentalnie. Uwaga. Wdech-wydech. Jedziemy!*
 Książki o półbogach są absolutnie boskie (och, te dwuznaczności)!
Owszem, nie jest to wybitne dzieło, tylko lekka książka przygodowo-fantastyczna dla młodzieży, ale nie zmienia to faktu, że serie ,,Percy Jackson i bogowie olimpijscy" oraz ,,Olimpijscy herosi" uważam za absolutnie genialne. Humor, mitologia, obóz dla nastoletnich herosów, Olimp nad Empire State Building, cudowni bohaterowie z Leonem Valdezem na czele- i czegóż chcieć więcej?
Jednakże o ile dwie powyższe serie wielbię, to nigdy nie zapałałam takim uczuciem do ,,Kronik rodu Kane". Może to dlatego, że nigdy specjalnie nie ciągnęło mnie do mitologii egipskiej? Uwielbiam mitologie wszelkiego rodzaju i ta z kraju faraonów również jest naprawdę ciekawa, jednak nigdy nie czułam wielkiej potrzeby zagłębiania się w nią. 
,,Czerwona piramida" miała w sobie sporo humoru, sporo fajnych tekstów (zwłaszcza tych Sadie, która jak dla mnie jest naprawdę interesującą bohaterką!), dużo fajnie wplecionych we współczesność motywów z mitologii, ale... no nie wiem. Zabrakło mi ,,tego czegoś". Może emocji? Może pasjonującej fabuły, która wciągnęłaby mnie do książki i nie wypuściła do ostatniej strony?  ,,Czerwona piramida" podobała mi się, ale nie powaliła mnie na kolana. W sumie to chciałabym spróbować zabrać się za nią jeszcze raz. Bo przyznaję, że nie pamiętam tej książki za bardzo i nie pamiętam dokładnie moich odczuć po jej przeczytaniu.Wiem tylko, że nie byłam zachwycona.

3,7

 
Już nawet nie pamiętam, kiedy zaczęłam na poważnie interesować się muzyką Michaela Jacksona. To chyba było... 
Ło matko, ja naprawdę nie pamiętam. Przedwczesna skleroza!
No wiec... ekheeem... już jakiś czas temu zaczęłam zagłębiać się w twórczość Jacksona. I naprawdę się wkręciłam.  Uważam go za wielkiego artystę - był świetnym wokalistą, niesamowitym tancerzem, miał również zdolności aktorskie. Mimo, że jego muzykę określa się po prostu jako ,,pop", to w gruncie rzeczy Michael czerpał z wielu stylów- w jednych utworach słychać disco i dance, w innych rock, soul... zawsze go podziwiałam, także za to, jak bardzo pomagał innym. Wiadomo, nie był bez wad (jak każdy człowiek). Ale nie zmienia to faktu, że to jeden z moich ulubionych artystów, zdecydowanie.
Nic więc dziwnego, że zapragnęłam kupić biografię. Zachęciło mnie też po części to, że książkę napisał Jermaine Jackson, brat Michaela.
No.
Tak.
Jak się później okazało, to powinno mnie raczej zniechęcić.
Biografia podobała mi się. Naprawdę. Sporo się z niej dowiedziałam o Jacksonie, poznałam go od trochę innej strony.
Ale jest ale.
Otóż Jermaine Jackson ciągle idealizował obraz brata. Okej, wiadomo, próbował go przedstawić w jak najlepszym świetle- spoko. Jednak co rusz na siłę go usprawiedliwiał, pisał np. o jego słabostce i zaraz tłumaczył Michaela, że to wcale nie wada, bo to, to i to.
Kolejną rzeczą, która mnie irytowała w biografii, było to, że spora jej część była opisem życia Jermaine'a. Hej, rozumiem, że to narrator wydarzeń. Ale opisywanie swojej kariery i tak dalej w biografii kogoś innego? Niezbyt mi się to podobało. Książka więc trochę mnie rozczarowała...

 6,2

 
,,Felix, Net i Nika" to doskonały przykład na to, że polska literatura młodzieżowa nie tylko może równać się z zagraniczną, ale także ją przewyższyć. W serii Kosika można znaleźć science fiction, elementy powieści obyczajowej, trochę horroru, mnóstwo barwnych bohaterów oraz dużo świetnego humoru i absurdu. Mam na swojej półce wszystkie części cyklu. 
Przyznaję, że drugi tom nie należy do moich faworytów, ale również świetnie się przy nim bawiłam. Fabuła była bardziej rozbudowana niż w pierwszej części, działo się o wiele więcej. Nic więc dziwnego, że zrobiono ekranizację ,,Teoretycznie Możliwej Katastrofy", a nie ,,Gangu Niewidzialnych Ludzi". Długo wzbraniałam się przed obejrzeniem filmu. Niepochlebne recenzje, niezachęcające fragmenty. Ale w końcu się odważyłam. Niestety, ale nie dałam rady dobrnąć nawet do połowy. Sztywne dialogi, słaba gra aktorska, niezbyt ciekawy scenariusz. Książka oddana w sposób beznadziejny. A szkoda.
No, ale nie o filmie miało być. Hmm... czy mogę coś jeszcze opowiedzieć a'propos książki? Z Kosikiem kojarzą mi się zeszłoroczne Targi Książki w Warszawie. Miałam szansę zdobyć jego autograf, ale niestety, musiałabym naprawdę długo czekać na spotkanie z nim i dałam sobie spokój (czego w sumie troszkę żałuję). Ale same targi wspominam wyjątkowo miło. Opisałam je w tym poście.  Rety, jak to było dawno temu...

 

5,13

 
Seria ,,Blask Corredo" Agnieszki Grzelak jest jak dla mnie zdecydowanie zbyt mało znana, a szkoda, bo jest naprawdę bardzo dobra! Ciężko ją jednak znaleźć... 
Dawno, dawno temu, a raczej kilka lat temu, będąc w Matrasie w pewnym centrum handlowym zauważyłam ,,Szkołę LaOry". Tytuł intrygujący, okładka intrygująca(mi przynajmniej się bardzo podoba- owszem, prosta, ale naprawdę piękna), opis z tyłu intrygujący. Ale niestety, okazało się, że to piąta i zarazem ostatnia część całego, nieznanego mi wtedy cyklu. Mimo to, wzięłam. Bardzo mi się ta książka spodobała i rozpoczęłam poszukiwania poprzednich części. Ku mojej radości znalazłam większość z nich w mojej bibliotece.
Większość.
Wszystkie poza pierwszym tomem.
Pierwszej części, ,,Herbaty szczęścia", nie mogłam nigdzie znaleźć. 
A może po prostu źle szukałam?
Nieważne!
Nie mogłam znaleźć i już.
Dlatego też ,,Blask Corredo" to seria, której części przeczytałam w najbardziej pomieszanej kolejności. Piąty tom, trzeci tom, drugi tom, czwarty tom, pierwszy tom.
Tak, pierwszy! Bo tak się składa, że w tym miesiącu znalazłam w Empiku jakiś kolorowy grzbiet. 
A na nim napis ,,Herbata szczęścia".
Początkowo nie wierzyłam własnym oczom. Jakże to możliwe?!
A jednak. Możliwe!
Wydawnictwo ,,W drodze" zrobiło nowe wydanie całej serii! ,,Herbatę szczęścia" już przeczytałam i naprawdę mi się podobała. Tak z ciekawości... chcielibyście może przeczytać jej recenzję?
Ale, ale. Wróćmy do ,,Szkoły LaOry". Kojarzy mi się z nią jeden z moich pierwszych pobytów z Kają w domku letniskowym moich dziadków. Miałam wtedy tę książkę ze sobą i dałam też K. do przeczytania. Więc ,,Szkoła..." kojarzy mi się również z początkami przyjaźni mojej i Kai, gdy non stop pożyczałyśmy sobie nawzajem powieści:)

4,5


No i na dobry koniec jedna z moich ulubionych powieści- czyli ,,Zawód: wiedźma" Olgi Gromyko!
Pierwsza moja styczność z tą serią? Gdy w szóstej klasie mieliśmy wyjście do biblioteki. Zostaliśmy oprowadzeni, poopowiadano nam o pracy w tym miejscu i tak dalej. Mogliśmy też przejrzeć cały księgozbiór. Niemal od razu pofrunęłam w kierunku działu fantastyki. Pogrzebałam, pogrzebałam... i znalazłam pewną książkę, która mnie zaintrygowała. Miała tytuł ,,Wiedźma naczelna". Opis z tyłu naprawdę zachęcał do lektury, niezwykle podobała mi się okładka.
-Zapamiętasz dla mnie tytuł książki?- zapytałam stojącą obok mnie koleżankę.
-Hm?
-Zapamiętasz dla mnie tytuł? ,,Wiedźma naczelna". Pamiętasz? ,,WIEDŹMA NACZELNA".
-No dobra, postaram się zapamiętać- obiecała, już oglądając kolejne powieści.
Po jakimś czasie zapytałam ją:
-Pamiętasz co miałaś zapamiętać?
(tak, wiem jak brzmi to pytanie;))
-Yyy...
No tak.
-Yyy... coś z wiedźmą?
-WIEDŹMA NACZELNA!
-O, no właśnie!- ucieszyła się dziewczyna. -To miałam na myśli.
W końcu skończyło się na tym, że ciągle jej przypominałam, co miała zapamiętać i aż sama zapamiętałam. Sprawdziłam jednak, że ,,Wiedźma naczelna" to piąta część całej serii. Nie chciałam powtarzać historii z ,,Blaskiem Corredo", więc postanowiłam zacząć od pierwszego tomu.
I tak w moje ręce trafił ,,Zawód: wiedźma cz.1"! To jedyna książka z serii o przygodach młodej wiedźmy W.Rednej, którą posiadam na własność. Marzę o posiadaniu wszystkich części... może kiedyś?
Przyznaję, że książka nie jest idealna. Właściwie przez dłuższy czas nic się nie dzieje. Ciężko tu o nagłe zwroty akcji, napięcie. Więc co mi się podoba w twórczości pani Gromyko? Przede wszystkim styl. Jest idealnie lekki, ironiczny i zabawny. Przez powieść się po prostu płynie.  Narracja głównej bohaterki to mistrzostwo. Sama Wolha Redna to absolutnie świetna postać, zresztą inne również są naprawdę godne uwagi. Na stronach ,,Zawodu: wiedźmy" mnóstwo jest komizmu sytuacyjnego i słownego, więc niemal cały czas, gdy czytałam, miałam szeroki uśmiech na twarzy, a często wybuchałam niekontrolowanym śmiechem.
Raz, gdy właśnie chichotałam z powodu jakiegoś żartu, usłyszałam od mojej mamy z drugiego pokoju ,,Na zdrowie!".
Aha.



To już koniec tego TAGu. Nominuję do niego wszystkich, którzy chcieli by w nim wziąć udział:)

Wyniki kuratoryjnego pojawiły się bodajże wczoraj. Niestety, tytułu laureata uzyskać mi się nie udało, bo zabrakło mi do niego dwóch punktów (EDIT: pomyłka, zostałam źle poinformowana. Chyba około czterech). Ale cieszę się, że jestem finalistką. Mam zamiar spróbować jeszcze w przyszłym roku- kto wie, może wtedy się uda? Wszystko przede mną!:D
Bardzo dziękuję za tyle miłych słów pod ostatnim postem... co ja mówię, przecież zawsze, gdy pisałam o kuratoryjnym, dostawałam od Was dużo wsparcia. Bardzo, ale to bardzo Wam za to dziękuję. Jesteście cudowni!

Pozdrawiam ciepło!
Pola


niedziela, 22 marca 2015

Pola vs. konkurs kuratoryjny- ostateczne starcie

Nadszedł ten dzień. 19 marca roku 2015.
Etap wojewódzki.
Dzień był wyjątkowo słoneczny. Niebo uderzająco niebieskie. Nic dziwnego, w końcu za tak niedługo zaczynała się kalendarzowa wiosna (która jest teraz! Radujmy się, obywatele!).
Na konkurs jechałam po trzeciej lekcji razem z polonistką i drugą dziewczyną (z trzeciej klasy), która przeszła do ostatniego etapu. Wszystko miało odbyć się w Wejherowie, do którego chciałyśmy pojechać SKM-ką. Pojawił się jednak problem. Otóż nie potrafiłyśmy rozczytać się w rozkładzie jazdy, a gdy już nam się udało, okazało się, że pociąg do Wejherowa odjechał... cztery minuty temu, a następny przyjedzie za jakąś godzinę. Oznaczało to, że na czternastą, o której zaczynał się konkurs, nie zdążyłybyśmy w żadnym wypadku, chyba, że pojazd dostałby skrzydeł.
Na szczęście zorientowałyśmy się, że o wcześniejszej porze odjeżdża pociąg jadący w kierunku Lęborka, a po drodze jest nasz przystanek. Mogłyśmy odetchnąć z ulgą.
Odwiedziłyśmy jeszcze McDonalda, gdzie, dochodząc do wniosku, że uzupełnienie cukrów się przyda, zamówiłam sobie dużego shake'a. Widząc jego rozmiary nieco się przeraziłam, a po tym, jak wypiłam go szybko i bez problemu, przeraziłam się jeszcze bardziej. Ale cóż... tego dnia byłam usprawiedliwiona.
Czy się denerwowałam? Może trochę. Owszem, wiedziałam, że przecież jak nie dostanę tych magicznych osiemdziesięciu procent, to nic się nie stanie, ale wiadomo... zawsze jest jakaś trema.
Gdy SKM-ka z głośnym turkotem oddalała się od Gdańska, próbowałam dodawać sobie w myślach otuchy. Hej, przeczytałam niemal wszystkie książki z listy lektur na konkurs, może poza ,,Kamieniami na szaniec", ale nawet moja nauczycielka mówiła, że zwykle te książki się nie liczą i nie ma pytań o nie. Przygotowywałam się. No dobra, może nie jakoś bardzo. Ale... w sumie sporo się dowiedziałam podczas powtórek i czułam się całkiem pewnie, mimo problemów z gramatyką (gramatyka to zło...).
Pociąg jechał około godziny, chyba nawet więcej. Oczywiście nie wiedziałyśmy, gdzie wysiąść, bo wiele przystanków miało w sobie nazwę ,,Wejherowo". No i o które Wejherowo chodzi?... przy pomocy życzliwych pasażerów SKM-ki udało nam się wysiąść w odpowiednim miejscu.
Nie znałyśmy w ogóle miejscowości, wszystkie byłyśmy tu po raz pierwszy. Przy pomocy kolejnych  osób, w tym straży miejskiej, trafiłyśmy na drogę prowadzącą do szkoły, w której odbywał się konkurs. Napotkałyśmy grupkę nauczycieli z uczniami, więc postanowiłyśmy iść za tłumem, licząc na to, że zmierzamy do tego samego celu.
Nareszcie! Dotarłyśmy do budynku, w którym mieścił się zespół szkół. W środku panował chaos. Wszyscy stali w holu ściśnięci jak sardynki w puszce. Jedni próbowali się dostać do tablicy, na której powieszone były nazwiska szczęśliwców, którzy dostali się do trzeciego etapu, by upewnić się, że na pewno się tam znajdują, inni stali w długiej kolejce prowadzącej do wejścia na salę gimnastyczną. Przez przybyszy z całego województwa przedzierały się dziewczyny z kartonami batoników.
Po znalezieniu sali dla czekających na piszących podopiecznych nauczycieli i zostawieniu tam kurtek, ustawiłyśmy się w kolejce po wylosowanie numeru. Mi trafiła się liczba 123. Uznałam to za dobrą wróżbę. Fajna liczba- 123. Tylko czy przyniesie mi szczęście?...
Konkurs odbywał się na wielkiej sali gimnastycznej. Trochę denerwuję się w takich miejscach. Ogromna przestrzeń, mnóstwo ludzi,martwa cisza, atmosfera skupienia. A tu nagle spada mój długopis i głośno toczy się po podłodze...
Kazałam mojej bujnej wyobraźni iść w cholerę i zaczęłam szukać swojego miejsca. Ludzi  było naprawdę dużo- stolik z numerem 123 nie znajdował się nawet w połowie sali. Usiadłam, wyłożyłam moje rzeczy, zerknęłam na tablicę, na której wyświetlała się godzina. Do rozpoczęcia pozostało jeszcze sporo czasu. Wyjęłam okulary, chociaż do pisania testu potrzebne mi nie były, bo jestem krótkowidzem, a nie dalekowidzem. Zaczęłam je czyścić, próbując nieco się zrelaksować. Zżerały mnie nerwy. Co znajduje się w tajemniczym arkuszu? Jakie pytania na mnie czekają?...
Członkini komisji o bujnych, czarnych lokach, podeszła do mikrofonu. Przywitała nas i przypomniała, że na salę nie wolno wnosić telefonów komórkowych i tym, którzy jednak nie zastosowali się do tej zasady, kazała oddać sprzęt nauczycielom.
Jedna trzecia (hm, w sumie to nie wiem, czy jedna trzecia, ale coś w ten deseń- matma i ja to dwa różne światy...) uczestników wyszła.
-No proszę. A za miesiąc piszecie egzamin gimnazjalny- rzuciła za nimi złośliwie członkini komisji.
Pucowałam moje okulary z taką pasją, że dziewczyna w ławce obok zaczęła mi się przyglądać z zaciekawieniem.
Na niektórych stolikach leżały rozdawane soczki w kartonikach i batoniki. Zauważyłam idącą w kierunku mojego rzędu dziewczynę z kartonem, na którym widniało logo firmy ,,Góralki". Kilka osób przede mną dostało słodkości, ale gdy doszło do mnie, to ku mojemu zdziwieniu, ja batonika nie dostałam. Dziewczyna nawet na mnie nie spojrzała i sobie poszła. Szybko zerknęłam do kartonu. Pusty.
Aha.
Nie dostałam nawet soczku. Podła niesprawiedliwość... Jedyną pociechą było to, że osoby po mojej lewej również niczego nie otrzymały.
Spojrzałam krytycznie na okulary. Moja koleżanka Sonia (pozdrawiam, jeśli to czyta!) zawsze twierdzi, że ona nie rozumie, jak ja mogę żyć, mając tak brudne szkła... a mi się wydają zwykle całkiem czyste...
Uznałam, że skoro pozostało mi tak wiele czasu, to mogę w sumie jeszcze trochę poczyścić okulary. Pucowałam je więc starannie, zezując zazdrośnie w kierunku ławki, na której pysznił się soczek pomarańczowy ze słomką.
Nadszedł już czas.
Na salę przybył dyrektor szkoły, oczywiście, aby wesprzeć nas mentalnie odpowiednim przemówieniem. Odnosiło się wrażenie, że myśli nad każdym słowem, ponieważ robił długie pauzy między wyrazami. Coś w tym stylu:
-Witam was (pauza) serdecznie. Gratuluję wam (pauza) przejścia do etapu (pauza) wojewódzkiego (pauza) organizowanego przez nasze (pauza) kuratorium.
Mimo najszczerszych chęci, nie potrafię oddać dokładnie sposobu jego mówienia. Przemawiał z niezwykłym wręcz namaszczeniem i dokładnością, co brzmiało w sumie trochę śmiesznie.
-Widzę wasze twarze, takie ponure i spięte- powiedział nagle (oczywiście z pauzami). -Które pewnie, po tym, jak skończycie test i wyjdziecie stąd, rozświetlą się w uśmiechach.
Wzniósł ręce ku górze.
-Młodzieży polska! Uśmiechnijcie się!
Młodzież polska nie uśmiechnęła się.
Dyrektor nie stracił jednak rezonu. Mówił tak samo uroczyście i powoli jeszcze przez jakiś czas. W końcu skończył i życzył nam powodzenia.
Wybiła czternasta.
Zaczęto rozdawać arkusze, jednak nie można było ich przeglądać, dopóki wszyscy nie dostali. Gdy pozwolono nam wreszcie zobaczyć zadania, wszyscy niemal rzucili się na testy.
Dobra... fragment powieści. Zadania do tego. Okej. Zaraz...
Wypuściłam ze świstem powietrze.  
No nie, to chyba jakiś żart.
Fragment powieści to ,,Kamienie na szaniec". A trzy zadania odnoszą się do całej treści książki.
Przypomnijmy- jedynej książki z listy, której nie przeczytałam.
Ironia losu.
Moje zdenerwowanie wzrosło. Przerzuciłam kolejne strony testu. Wiersz Szymborskiej, zadanie, w którym do wymienionych motywów trzeba było dopisać utwory z listy lektur, w których dane motywy występują, rozprawka... 
Ale wiecie co? Nie było tak źle. Zrobiłam niemal wszystkie zadania- w tych trzech dotyczących powieści Kamińskiego strzelałam. Często po prostu polegałam na logice czy fragmentach, z którymi w przeszłości miałam okazję się zapoznać. Na szczęście nie były to zadania otwarte. Temat rozprawki  dosyć łatwy. Strasznie dużo kreśliłam i poprawiałam w mojej pracy, ale chyba komisja się rozczyta... Nie udało mi się zrobić tylko jednego polecenia- z gramatyką.
Cóż, nie mam pojęcia, czy uda mi się zdobyć odpowiednią liczbę punktów. Teraz około dwóch tygodni czekania na wyniki...
 


Fall Out Boy to naprawdę fajny zespół. Odkryłam dzięki filmowi ,,Wielka szóstka", gdzie pojawiło się ,,Immortals". Dziś akurat wstawiam  piosenkę ,,Uma Thurman", która ciągle leci mi w głowie...

Pozdrawiam ciepło!
Pola

niedziela, 15 marca 2015

,,Władca piasków" Eliza Drogosz - recenzja

Dzień dobry, cześć i czołem.

Za mną niesamowicie intensywny czas, a przede mną równie intensywny. Wyjazd do Hannoveru, wolontariat, klasówki, prezentacje, urodziny, konkursy... a Pani Wena krzyczy: ,,Pola! Już jestem, jak chciałaś! Czemu nie piszesz?!".
A u mnie krucho z czasem, Pani Weno...
Ale na szczęście w weekend udało mi się rozluźnić, no i wypoczywam nadal, wylegując się na kanapie z laptopem na kolanach i kotem po mojej lewej, który wypoczywa również (chociaż zastanawiam się, po czym on może odpoczywać. Mógł się zmęczyć jedynie odpoczynkiem właśnie).
Obiecałam już dawno, że na blogu pojawi się recenzja ,,Władcy piasków", którego skończyłam w sumie dobry czas temu, no ale jakoś nie potrafiłam się za pisanie zabrać. Uznałam jednak, że już czas najwyższy wziąć się do roboty. Prezentuję Wam więc oto moją recenzję debiutu Elizy Drogosz. 

Znalezione obrazy dla zapytania władca piasków

Przyznaję, ta pozycja nieźle mnie zaintrygowała. Wszędzie pojawiały się jej reklamy, było o niej głośno. Również dlatego, że jej autorka, Eliza Drogosz, wydała ją w wieku... siedemnastu lat.
Okładka również przyciągnęła moją uwagę- moim zdaniem jest piękna. Prosta, ale dobrze wykonana. W ogóle, całe wydanie robi wrażenie i ,,Władca..." prezentuje się naprawdę zacnie.
Na stronie ,,Lubimy czytać" pojawiła się dyskusja, w której ktoś zauważył, że powstaje sporo profili, które mają na półkach niewiele książek albo w ogóle zero, a wśród ulubieńców znajduje się ,,Władca piasków" właśnie. I ludzie zaczęli podejrzewać jakowyś przekręt. Niektórzy snuli teorie, że to sama autorka podwyższa sztucznie ocenę własnej powieści. Sporo z użytkowników zaczęło pisać niezbyt pochlebnie o Elizie Drogosz, a także o jej książce, chociaż jej nie czytali  (bo widzieli fragmenty i oni już wiedzą, że to słabe!). Moim zdaniem to śmieszne. Owszem, to sztuczne podwyższanie ocen książki wygląda podejrzanie, ale w rzeczywistości nie wiemy, kto za tym stoi, prawda? Nie musi być to twórczyni książki, nikt dowodów nie ma, ale już każdy rzuca się do plucia jadem i twierdzeniem, że to na pewno ona. Jeśli rzeczywiście to sama autorka, to jest to wyraz niezłej desperacji i mało sprytny pomysł, jednak nie chcę nikogo oskarżać. A wszyscy już rzucili się do krytykowania i oczerniania całej powieści na podstawie fragmentów. ,,Nie wiem, ale się wypowiem. Nie czytałem, ale napiszę, że mi się nie podobało". Jak dla mnie, żeby ocenić rzetelnie całość, trzeba z tą całością się zapoznać. 

Po wielu wątpliwościach w końcu zdecydowałam się kupić ,,Władcę piasków", ciekawa, jak tak młodej autorce wyszedł debiut. No dobra, nie spodziewałam się czegoś świetnego. Wręcz spodziewałam się czegoś niezbyt dobrego. Recenzje nie były pochlebne, fragmenty, które czytałam, rzeczywiście nie jakieś zachwycające. Ale coś mnie przyciągało do tej książki. Może to dlatego, że chciałam się sama przekonać, jak poradziła sobie nastolatka? Ciekawość zwyciężyła i wzięłam się za czytanie... 

Świat sprzed tysięcy lat jest bliżej, niż myślisz.

Sonia Milewska doprawdy nie przypuszczała, że letni obóz może być tak niezwykły i jest w stanie diametralnie zmienić jej życie. Nawet ten odbywający się w Egipcie, na który zjechały się nastolatki z całej Europy. Okazuje się jednak, że dzieją się tam dziwne rzeczy i nikt nie jest tym, za kogo się podaje...
Jeden chłopak wie więcej niż inni. Oliver Green zdecydowanie nie jest zwykłym nastolatkiem. Dziwnie się zachowuje i skrywa wiele sekretów...
Bohaterów wciąga wir niezwykłych wydarzeń, związanych z... egipskimi bogami.
Kim w rzeczywistości są organizatorzy obozu?
Co ukrywa Oliver?
Czy egipska mitologia to rzeczywiście tylko mitologia?
Czy magia naprawdę może istnieć?
I kim jest tytułowy Władca Piasków?...

"- Musicie uwierzyć, że jesteście bogami! (...) Egipskimi bóstwami, które wróciły do swojego królestwa po wiekach uśpienia. Odrodziliśmy się, by przywrócić światu ład. By zmienić go na lepsze. By nim rządzić. Dzięki nam wszystko będzie piękne. Znowu. Uwierzcie w tę prawdę, a świat będzie wasz! Ponoć wiara przenosi góry. Ale wiara zwykłych ludzi. Nasza wiara potrafi je stworzyć."

...
Well. 

Na początek muszę pochwalić pomysł. Może wydawać się nieco podobny do ,,Kronik rodu Kane", jednak autorka wymyśliła coś swojego, innego i dość oryginalnego. W historii o bogach egipskich odradzających się we współczesności jest spory potencjał, można było z tego stworzyć kawał dobrej prozy.

Ale tak się nie stało.

Przez połowę książki właściwie nic się nie działo. Mnóstwo niepotrzebnych scen, lanie wody non stop. Czytało się ciężko. Fabuła jest bardzo naiwna, pełna nielogiczności, dziur i chaosu. Autorka nie wykorzystała tak świetnego pomysłu, mimo tego, że miała mnóstwo możliwości... w końcu temat wdzięczny. Pod tym względem byłam mocno rozczarowana. Chociaż muszę przyznać, że autorce  całkiem udało się stopniowe odkrywanie prawdy przed czytelnikiem. Początkowo nie wiadomo, o co chodzi, dopiero później wszystko jakoś się rozjaśnia. Te tajemnice i niewykładanie od razu kawy na ławę sprawiło, że w sumie to byłam nawet ciekawa, co się stanie dalej. Na początku czułam się znużona zbędnymi scenami i opisami, a to ogromny minus, ale później moje zainteresowanie trochę wzrosło. 

Coś o bohaterach... niestety, ale wszystkie postaci poza Sonią i Oliverem zostały potraktowane po macoszemu. Są płytkie i opisane pobieżnie. Może poza chłopakiem o wdzięcznym imieniu Rale, który dzięki swojej tajemniczości w jakimś tam stopniu mnie zainteresował. Ale reszta? Nic ciekawego, w dodatku z mocno dziecinnymi zachowaniami. Szkoda.
Oliver w sumie był całkiem interesujący, chociaż irytujący. Wybuchowy, arogancki, nieprzyjemny, wredny, burkliwy, zarozumiały, samolubny, marudny- bardzo denerwujący, ale stworzony z lekkim dystansem i humorem, wydawało mi się, że autorka troszkę sama podśmiewa się z jego zachowań. A przy tym zagadkowy i z niesamowitymi umiejętnościami, których naprawdę można pozazdrościć. Jego tożsamość właściwie niemal do końca pozostaje tajemnicą (chociaż przyznaję, że co do jednego z jego sekretów- bo ma ich sporo- wiedziałam, kim się okaże od początku). Poza tym, ma za sobą dosyć traumatyczne przejścia, dzięki czemu jego postać nabiera odrobiny głębi, czego nie można powiedzieć o innych, bardzo płytkich.
Sonia za to mocno mnie irytowała. Dziewczyna właściwie bez charakteru, chaotyczna, zmienna, rozmemłana. Nie wnosiła nic ciekawego do książki, przynajmniej moim zdaniem. Odnosiłam wrażenie, że nawet autorka bardziej sympatyzuje z Oliverem i fragmenty z nim pisała z większą przyjemnością. 
Najbardziej rozwalająca scena z Milewską? Gdy dziewczyna jest zamknięta w komórce przez jedną z postaci i grozi jej, że znajdzie ją organizator oraz weźmie za złodziejkę.

To już dla niej koniec. Okropne piętno włamywaczki i złodziejki zostanie z nią do końca życia. Będzie ją to dręczyło. Jej życie już nigdy nie będzie takie, jak dawniej. To koniec. (...) Zapłakała rozpaczliwie, chowając twarz w dłoniach. (...) Dlaczego on musiał zrujnować jej życie? Jak mógł być taki okrutny?

Sonia, zjedz Snickersa, bo strasznie histeryzujesz! Dziewczyno, zachowujesz się tak, jakbyś miała zostać skazana na dożywocie w podziemnej celi i potępienie ze strony całego świata! Być może ta scena miała uchodzić za dramatyczną, mnie w sumie nieźle rozbawiła. Mnie zawsze bawi nie to, co powinno.

Jedną z gorszych stron całej powieści są dialogi. Przez większość czasu sztuczne, nienaturalne, infantylne, wręcz żenujące. Bohaterowie, mimo wieku lat piętnastu, zachowują się i mówią jakby zaczynali podstawówkę.
No i w ten sposób dochodzimy do stylu pisania Elizy. Niestety, nie jest wybitny, wręcz przeciwnie... przynajmniej na początku książki. Może to dlatego, że pisała swój debiut przez kilka lat i im starsza się stawała, tym jej warsztat zmieniał się na lepsze? Zresztą warto brać pod uwagę młody wiek autorki. Na późniejszych stronach dość się wciągnęłam i mimo paru zgrzytów, czytało się szybko, lekko, styl był płynniejszy i bardziej obrazowy. Podobały mi się również sceny akcji, dobre, dynamiczne, z odpowiednim napięciem. Ale początek? Nie dość, że lanie wody, to jeszcze w dodatku sztywnym, niezgrabnym, topornym stylem, trochę jak z wypracowań...  Występowało naprawdę sporo powtórzeń, co mnie dosyć raziło... poniżej inwazja czasownika ,,być":

„(…) okazało się, że także była Polką, a nazywała się Estera Czarnecka. Estera była bardzo ładna, to nie ulegało wątpliwości. Była właścicielką długich, brązowych włosów zaplecionych w gruby warkocz po lewej stronie głowy(…)Była ładnie opalona, ubrana w delikatną tunikę…”


Dość dziwny był dla mnie pewien zabieg. Otóż zamiast opisywania zdarzeń po kolei, autorka robiła coś takiego: opisywała jakąś scenę, potem robiła przeskok do kolejnej, a później bohater wspominał to, co jeszcze wydarzyło się, a nie zostało pokazane, w trakcie lub bezpośrednio po scenie pierwszej  (ratunku, jak to chaotycznie brzmi! Ale nie umiem, no nie umiem tego inaczej wyjaśnić...). Można było się nieźle pogubić. Nie można przedstawić wszystkiego po kolei? Nie powstałby taki zamęt...
Irytował mnie także  natłok szczegółów w opisach. Okej, niektóre te opisy wychodziły ładnie i przyjemnie się je czytało. Fajnie jest też oczyma wyobraźni dokładnie zobaczyć miejsce, w którym toczy się akcja, jednak opisywanie nużących szczegółów, typu ubioru bohaterek ze wszystkimi detalami albo podstawowych czynności, jest przesadą.

W mojej recenzji przeważają przytyki, bo niestety, ale ,,Władca piasków" nie jest książką na wysokim poziomie, tylko raczej słabą... ale, jak pisałam, ma swoje mocne strony - pomysł z potencjałem, niezłe sceny akcji.  Od pewnego momentu nieźle się wciągnęłam. Zakończenie właściwie niewiele wyjaśnia i domyślam się, że niedługo świat ujrzy kontynuację. Kto wie, może będzie lepsza? Bo historia ma potencjał. Jest po prostu wykonana gorzej i niedopracowana. Brakuje jej rzetelnej, porządnej redakcji oraz dopracowania jeszcze niewyrobionego stylu, który jednak pod koniec zdecydowanie się polepszył, a opowieść zrobiła się ciekawsza. Dlatego też w sumie ciekawe, co jeszcze ma do zaoferowania Eliza Drogosz.

Nigdy nie wiesz, czyje oczy śledzą Cię z cienia.

Końcowa ocena: 3,5/10 


Chciałam jeszcze napisać, że podziwiam panią Elizę za wytrwałość w pisaniu i opublikowanie swojej powieści w młodym wieku. Ja też od kilku lat marzę o wydaniu czegoś swojego, chyba jak każdy literat. Fajnie, że jej udało się wywalczyć spełnienie swojego marzenia:D

Uff, mam nadzieję, że recenzja jakoś wyszła. Dawno nie pisałam żadnej, mówiąc szczerze...a może Wy też czytaliście ,,Władcę piasków"? Co myślicie? A może nie zapoznaliście się jeszcze, ale odkryliście jakąś ciekawą pozycję, którą chcielibyście polecić? Piszcie koniecznie!
Pozdrawiam ciepło!
Pola

Aaa! I jeszcze jedno... wiecie, że Terry Pratchett nie żyje? Zasmuciła mnie ta wiadomość, nie ukrywam... był niesamowitym pisarzem. Mam ambitny plan przeczytania całego ,,Świata Dysku", na razie udało mi się skończyć pięć części. Tworzył prześwietne książki i w ogóle zalicza się do mojej czołówki autorów, nie tylko fantasy...
Spoczywaj w spokoju, Terry.

środa, 4 marca 2015

Uśmiech twojego psa



Hubert Kapuściński naprawdę nie podejrzewał, że to będzie takie trudne.
W końcu był reżyserem reklam nie od wczoraj. Współpracował przy tworzeniu tych do ciastek Pychotka, pasty do zębów Połysk czy szamponu Eve, które okazały się wielkimi hitami. Wydawało mu się, że także i w tym wypadku będzie łatwo i przyjemnie, a jego dzieło odniesie spektakularny, telewizyjny sukces.
Niestety, jak wiadomo, los lubi czasem paskudnie sobie z ludzi zadrwić.
Kapuściński otarł pot z czoła chusteczką higieniczną, którą ktoś mu litościwie podsunął.
-Jeszcze raz- powiedział, starając się przybrać radosny, pełen pokrzepienia ton głosu. Wyszedł mu po prawdzie jakiś sztuczny pisk, ale chyba strudzeni aktorzy- Michał i Ewelina- docenili gest, bo uśmiechnęli się z przymusem.
Hubert wykrzyknął swoje ukochane „Akcja!” (ach, jakże to profesjonalnie brzmiało!) i zaczęto kręcenie nieszczęsnej reklamy od nowa.
Niestety, główny aktor postanowił  nagle obwąchać starannie jedną z kamer i przymierzyć się do zaznaczenia na niej swojej obecności. Rozległ się paniczny wrzask operatora i skamlenie skopanego intruza. Wszystko to odbywało się przy akompaniamencie rozpaczliwego kichania Michała i jęków reżysera, który powtarzał w kółko: „Już nie mogę, nie, ja naprawdę nie mogę…”.
Tego typu zamieszanie trwało cały dzień kręcenia . Główny bohater reklamy, piękny, duży pies Roki o biało-brązowo-czarnej sierści, zamiast pokazywać całym sobą, że jest grzecznym i szczęśliwym psem dzięki karmie „Happy Dog”, wykazywał zatrważającą chęć do niszczenia i oddawania moczu. Tak widział to przynajmniej biedny Kapuściński, który nigdy nie rozumiał, czemu ludzie odczuwają pragnienie posiadania tych wiecznie gryziących, śliniących się i sikających stworzeń. A gdy poznał Rokiego, który do aktorstwa nie był zbyt skory, bardziej zaś do eksplorowania i dewastowania planu zdjęciowego, jego niezrozumienie dla właścicieli psów jeszcze się pogłębiło.
Żeby tego było mało, nagle okazało się, że Michał, który zrobił już reklamową karierę dzięki prezentowaniu batonika „A kuku”, miał  alergię na psią sierść. Ewelina zaś za zwierzętami niezbyt przepadała  i raczej ciężko było jej szczerze przytulić się do „zapchlonego kundla”, jak to pieszczotliwie określiła Rokiego. Zaznaczyć tu trzeba, że cała trójka aktorów miała radośnie biegać i tulić się w ślicznym, intensywnie zielonym, poprawionym dzięki najnowszym technologiom, parku. Pies musiał wysłuchać długiego kazania na temat swojego karygodnego zachowania (oczywiście wygłosił je Kapuściński), Michał zaś zużył kolejne opakowanie chusteczek i poddał się skomplikowanej operacji pudrowania zaczerwienionego nosa. Ewelina siedziała z naburmuszoną miną, bo po pierwsze, chciała ogłosić światu swoje niezadowolenie, a po drugie, nie miała nic innego do roboty.
-Dobrze- Hubert próbował udawać zorganizowanego, opanowanego reżysera. –Zaczniemy od początku. Ewelina, mówisz „Dzięki karmie Happy Dog, nasz milusiński jest zawsze zdrowy i szczęśliwy!”. A ty, Michał, odwracasz się do kamery i mówisz: „Bo najważniejszy jest uśmiech twojego psa!”.
Pies rzeczywiście wyglądał, jakby miał niesamowity ubaw, więc Ewelina powstrzymała się ze złośliwą uwagą, że zwierzęta przecież się nie uśmiechają.
Ponieważ na pytanie „Czy wszystko jasne?”, padły twierdzące odpowiedzi w postaci ponurych pomruków i kichnięć, rozpoczęto kolejną próbę kręcenia.
Aktorzy, ubrani w dżinsy i nieskazitelnie białe bluzki, przykucnęli na sztucznej trawie, mając za plecami zielone tło, na które nałożony miał być później obraz parku. Między nimi stał Roki, który wywiesił jęzor i merdał ogonem, bijąc nim Ewelinę po nogach. Kobieta powstrzymała grymas twarzy i przywdziała sztuczny uśmiech,udając, że głaszcze bernardyna, w rzeczywistości trzymając go z całej siły, aby nie zwiał. Michał przytulił go zaś niezręcznie, starając się trzymać twarz z daleka i nie kichnąć.
-Dzięki karmie „Happy Dog”, nasz…- tu główna bohaterka reklamy przełknęła ślinę, starając się ukryć wstręt. -... milusiński jest zawsze zdrowy i szczęśliwy.
W kwestii tej brakowało entuzjazmu, ale chociaż Ewelina nie wyglądała tak, jakby chciała zamordować psa, co już stanowiło jakiś postęp.
Jej partner wziął głęboki oddech.
-Bo najważniejszy jest… -zrobił przerwę na gwałtowne zasmarkanie nosem.
-To się wytnie- szepnął pokrzepiająco operator kamery do zdruzgotanego  reżysera.
-…uśmiech twojego psa!- zawołał triumfalnie Michał, powstrzymując kichnięcie.
Co ciekawe, owy pies stał zupełnie spokojnie, wpatrując się intensywnie w Kapuścińskiego. Reżyser starał się z całej siły ignorować to spojrzenie, w którym wyraźnie czaił się jakiś wyrzut, a także… wahanie?
-Udało się- powiedział Michał z niedowierzaniem, wycierając nos wierzchem ręki.
-Udało się- powtórzył z ulgą operator.
-Udało się?- zapytał reżyser bez przekonania. –Bo ja wiem, ja bym powtórzył to jeszcze…
Jego usta już przygotowywały się do powiedzenia „raz”, jednak cała ekipa spojrzała na niego morderczym wzrokiem. Roki również nie  spuszczał z niego oczu, złowieszczo wywieszając różowy język.
Kapuściński zamrugał.
-Hm. Może… zróbmy przerwę.
Pies wydał z siebie głuche, jakby aprobujące szczeknięcie. Nie przestał jednak patrzeć się na Kapuścińskiego.
-Czemu ten pies tak się na mnie gapi?- zapytał z pretensją reżyser.
-Może chce jeść?- zasugerowała znudzonym głosem Ewelina.
Michał donośnie kichnął.
Nagle zwierzę ruszyło w stronę Huberta.
Napadło go niespodziewane  uczucie trwogi. Roki nie był małym psem, a ponadto miałby powód do zemsty. Kapuściński wszak dzisiejszego dnia wielokrotnie na niego krzyczał, prawił mu kazania, nawet się na niego zamachnął w akcie desperacji. Dlatego też zalękniony reżyser cofnął się o krok. W głowie przelatywały mu obrazy skaczącego zwierzęcia i przygniatającego go swoim ciałem, a następnie szczerzącego zęby... Roki zmierzał zaś ku niemu niczym apokalipsa- tak samo nieuchronny i przerażający. Sparaliżowany mężczyzna stał bezradnie, nie mogąc liczyć na wsparcie nieświadomych rozpaczliwej sytuacji pracowników, czekając na nieunikniony kontakt z psem.
Ten ostatni w końcu dotarł do celu i przyjacielsko trącił głową nogę zesztywniałego człowieka.
-Polubił pana- zauważył operator.
-Mnie?- spytał nieśmiało Kapuściński, zerkając niepewnie na to stworzenie, z którym przeżył tak nerwowy dzień.
Roki polizał bezwładnie zwisającą dłoń Huberta.  Wszyscy patrzyli na ten akt pojednania z niejakim rozczuleniem. Nawet Ewelina uśmiechnęła się nieświadomie , ale po chwili zorientowała się, że popełniła błąd i od razu przybrała naburmuszoną minę.
-No zrób pan coś- szepnął Michał z zapchanym nosem.
-Ale co?
-Pogłaszcz pan, czy co tam…
Kapuściński poklepał niezręcznie miękką, czarno-białą głowę, a uszczęśliwiony pies wtulił w niego łeb.
Michał siąknął nosem, kilka osób uśmiechnęło się.  Hubert nieco pewniej pogłaskał zwierzaka.
Roki spojrzał na niego ufnie, a następnie obsikał jego nowe buty.  


Opowiadanie, które prezentuję Wam wyżej, to moja praca na konkurs ,,Opowiadanie ze zdjęciem" organizowany przez czasopismo ,,Victor Gimnazjalista". Tekst został zaliczony do jednych z najlepszych przez szanowną komisję, więc jestem naprawdę szczęśliwa:) Jak widzicie wyżej, to taki lekkie, trochę żartobliwe opowiadanko, nic wybitnego. Wiem, że krótkie, ale cóż, miałam ograniczenie stron... 
Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii. Koniecznie napiszcie, co myślicie, krytyka także mile widziana, byle konstruktywna:) 
Pozdrawiam ciepło!
Pola

PS: Ostatnio niemal nic mi się nie chce. Najchętniej bym tylko leżała na kanapie, czytała i pisała (ewentualnie oglądała jakieś filmy), a najlepiej to nie robiła nic. Też tak macie?... może to przez raczej marną pogodę albo niskie ciśnienie (moja nauczycielka geografii zawsze zwala wszystko na ciśnienie- ,,Dzieci, tak źle się dzisiaj zachowujecie... to na pewno przez to niskie ciśnienie!". Wygodne, nie ukrywam)? Do tego jeszcze jestem przeziębiona. A zapowiada się naprawdę aktywny czas... jutro w ramach wolontariatu wychodzę do Domu Seniora, na weekend wyjeżdżam do Hannoveru, w przyszłym tygodniu mam dwa sprawdziany, wielkimi krokami zbliża się kuratoryjny... ale cóż zrobić? Pocieszam się myślą, że to szybko zleci.
PS2: Ostatnio wyszukałam w otchłaniach internetu kilka ciekawostek z ,,Wielkiej szóstki". W rolę ojca Freda wcielił się znany aktor Stan Lee. Po napisach jest jeszcze jedna scena, w której właśnie ma swoje pięć minut. Zaś we fragmencie na komisariacie, na tablicy wiszą dwa listy gończe. Na jednym są twórcy ,,Zaplątanych", a na drugim Hans z ,,Krainy lodu". Wstawiam dowody:

  


PS3: Niedługo pojawi się coś w rodzaju kontynuacji ,,Krainy lodu"- krótki film wyświetlany przed wchodzącym do kin ,,Kopciuszkiem", pod tytułem ,,Gorączka lodu". Opowiada o organizacji urodzin Anny. Może być naprawdę ciekawie! 
PS4: Aha, jakby ktoś zapytał, czy nie jestem przypadkiem za stara na filmy Disneya... 

Mjm 
Nie, nie jestem. 
Obrazek pochodzi z We Heart It. Prawda, że świetny? No musiałam go wstawić!:) 
PS5: To już ostatni PS. Naprawdę.
PS6: Skłamałam.
Chciałam Wam, już naprawdę na sam koniec, pokazać pewną piosenkę, która moim zdaniem jest naprawdę świetna. Połączenie starych stylów z tymi nowszymi. Utwór nieco zadziorny, wpadający w ucho. A teledysk także bardzo dobrze zrobiony. Taki trochę z jajem.


PS7: Do widzenia:)