sobota, 24 października 2015

,,Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń" (Oz 6,6)

Dawno, dawno temu, żyła sobie nieogarnięta dziewczynka o imieniu Pola, która pewnego dnia doszła do wniosku, że coś jest bardzo nie tak. Przez chwilę myślała z czym i po chwili olśniło ją. No tak! Dawno, ale to bardzo dawno temu nie napisała niczego porządnego. Rzekła do siebie: ,,O nie! Tak być nie może! Muszę zrobić coś z samą sobą, moim takim zwyczajnym blogaskiem i radosną tfurczością, która to leży i kwiczy jak świnia w błocie (ach, te porównania). Jeden tekst i dwa, trzy posty na miesiąc... o nie! Koniec tego! Od jutra zaczynam nowe życie! Napiszę pięć opowiadań w tym miesiącu, będę publikować posty regularnie i stworzę swojego super-hiper, zajeświetnego bestsellera, którego napiszę w kilka miesięcy! O tak! Taka jestem mądra, zdolna i systematyczna!". Pola uśmiechnęła się do siebie szeroko, zadowolona ze swoich ambitnych planów. Jak postanowiła, tak zrobiła...
...
Ha, ha, ha.
Guzik prawda.
Skutki postanowień są takie, że napisałam jedynie trzy strony do wcześniej rozpoczętego tekstu (który tworzę od miesiąca), a posta publikuję piętnaście dni od napisania poprzedniego.
 Oł jes. 
No dobra, pożartowaliśmy sobie, a teraz do sedna. Rzeczywiście ostatnio pisałam niewiele, chyba że liczymy rozprawki (ach, któż ich nie kocha?) i jakieś nędzne próbki literackie. Dlatego moje pisarskie postanowienie zaczynam od tego oto posta, który jak zwykle zaczyna się dziwnym, przydługim wstępem. Bo w końcu czemu nie? 

Ale dobrze, przejdźmy do czwartego już cytatu z Biblii (w tytule) i mojej refleksji, którą mam wyklikać w ramach wyzwania. Bardzo spodobał mi się ten fragmencik Pisma, postanowiłam też go wykorzystać z powodu moich niedawnych doświadczeń. Ostatnio bowiem miałam jakiegoś wyjątkowego niefarta i w Internecie często trafiałam na przerażające komentarze religijnych fanatyków. I to nawet pod rzeczami tak niewinnymi, jak filmik naukowy, nakręcony przez jakąś Azjatkę mieszkającą w Polsce. Czytam tak, czytam te komentarze i tracę wiarę w ludzkość. Jak można pisać z takim ogromem chamstwa i rasizmu? Jak można pisać o paleniu na stosach (w XXI wieku!)? Jak można pisać jakieś okrutne rzeczy i to jeszcze rzekomo w imieniu Boga? Przepraszam, ale nie jestem w stanie tego zrozumieć. Przecież głównym założeniem chrześcijaństwa jest niesienie miłości, bycie dobrym dla bliźniego, właściwe postępowanie. Dlaczego więc mordowano ludzi ,,w imię wiary"? Dlaczego palono ludzi na stosach? Dlaczego powstała inkwizycja? Dlaczego chrześcijanie, a raczej osoby, które za takowych się uważają, są tak pełni nienawiści do tych, którzy ośmielają się wyznawać wiarę inaczej, niż oni albo w ogóle jej nie wyznawać? Przecież ludzie mają wolną wolę, a każdy może rozumieć i doświadczać Boga na swój sposób. Skoro On jest miłością, nie rozumiem, dlaczego niektórzy jego wyznawcy się od tej miłości odcinają i wylewają z siebie taki ogrom jadu, są wręcz agresywni. Fanatyczny katolicyzm jest po prostu zły, zresztą tak samo jak wyznawcy wszystkich religii, którzy wpadają w skrajność i okrucieństwo. A przecież wiara sama w sobie to coś pięknego. Przykro mi się robi, gdy widzę przeinaczanie słów, które przecież mówią o czynieniu dobra...
A co Wy o tym myślicie? Spotkaliście się kiedyś z czymś takim? 

Przechodzimy (niezbyt płynnie, ale ćśś) do głównego tematu, posta, czyli muzyki, a mianowicie wykonawców, którzy ostatnio absolutnie podbili moje serce. Niektórych znałam wcześniej, niektórych odkryłam niedawno, ale wszyscy są bardzo, ale to bardzo zacni. A wiecie, że to słowo dla mnie to wyraz największego podziwu.

Scott Bradlee's Postmodern Jukebox

  
Nie ma zdjęcia, na którym występują wszyscy członkowie tego wspaniałego zespołu, ponieważ w różnych utworach pojawiają się różni wokaliści i instrumentaliści. W projekcie łącznie brało i bierze udział około sześćdziesięciu osób. 
Grupę stworzył Scott Bradlee, czyli amerykański muzyk, pianista i kompozytor. Postmodern Jukebox (czyli dosł. ,,postmodernistyczna szafa grająca") wykonują covery popowych lub rockowych, współczesnych utworów w stylu vintage- jazzowym, lat 20, Marylin Monroe, ,,Wielkiego Gatsby'ego",  bluegrass,  starych kabaretów i musicali, a nawet mariachi... oczywiście do tego dochodzą stylizacje i ogólna oprawa.  W instrumentach znajdziemy między innymi perkusję, kontrabas, pianino, trąbkę, saksofon, gitarę, czasem skrzypce czy banjo oraz wiele, wiele innych... 
No dobra, suche fakty za nami, czas na moje zachwyty.
Matko, zakochałam się w tym zespole. Są niesamowici! Elektryzujące wokale, świetna muzyka, nietypowe, bardzo pomysłowe aranżacje i stare klimaty, które uwielbiam. Po prostu objawienie...
Pierwszym odkrytym przeze mnie coverem był ,,Seven nation army"- piękny, aż ciarki przechodzą.! Wokalistka ma taki niesamowity głos... poniżej jeszcze dwa utwory (ach, aż mnie korci, żeby wstawić więcej!), ,,Shake it off'' i ,,Anaconda" (w wersji, której nigdy bym się po tym kawałku nie spodziewała. W tym wydaniu ta piosenka jest cudowna!). Polecam Wam jeszcze ,,All about that bass", ,,Rude", ,,Bad blood"... ech, długo by wymieniać. W każdym razie, Postmodern Jukebox są bardzo, ale to bardzo zacni.
A mówią, że miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje. 

 


 



Studio Accantus
 
Źródło

Tak, to są ci wykonawcy, których znałam wcześniej (dzięki Kai, która w ogóle mi ich pokazała), ale wtedy nie kochałam ich tak bardzo jak teraz. Ło matko, oni są tak bardzo niesamowici... 
Ale dobrze, od początku. Wielu czytelników zna tę grupę- dzięki między innymi Oli poznałam sporo ich utworów- ale i tak napiszę o nich co nieco, bo kto wie, a nuż ktoś nigdy nie słyszał. Studio Accantus wykonuje covery utworów z musicali- od bajek Disneya, przez klasyki w stylu ,,Upiora w operze" czy ,,Chicago", aż do tych nowoczesnych, typu ,,RENT" i ,,Smash". Zawsze śpiewają po polsku, nierzadko musząc tłumaczyć na własną rękę. Studio jest bardzo niewielkie, z tego, co słyszałam mieści trzy osoby. Pomysłodawcą i reżyserem projektu zaś jest Bartek Kozielski, który również śpiewa w kilku utworach. 

Magiczne. To jest chyba najlepsze słowo, które określa Accantusa. Wokaliści są niesamowici- niezwykle uzdolnieni. A do tego widać, że wkładają w te utwory mnóstwa serca i emocji. Dodajmy do tego świetną grę aktorską... piękne, po prostu piękne. A do tego Studio dba o różnorodność- mamy duety, solówki, wykonania grupowe. Różne musicale, różne brzmienia, różne nastroje- zarówno takie radosne, jak i te smutne, poruszające. Możemy chociaż na chwilę wejść w zaczarowany świat muzycznych spektakli i przenieść się w inną rzeczywistość. 

Największe wrażenie jednak robią na mnie zawsze wokale- niektóre są po prostu cudowne, wręcz... przeszywające. Wwiercają się w duszę (płaczę, gdy widzę to porównanie, ale na lepsze mnie nie stać) i wywołują mnóstwo emocji. Do moich faworytów należą Natalia Piotrkowska, Krzysztof Szczepaniak i Adrian Wiśniewski, chociaż wszyscy mają wielki talent. Poniżej trzy piosenki, jedne z moich ulubionych.


  

 


Tradycją jest robienie specjalnych filmików z okazji miliona wyświetleń- tutaj jeden z nich. Cudeńko.

2cellos
 
Źródło 

Tych panów odkryłam, gdy szukałam rockowych utworów wykonywanych na skrzypcach. Numerem, który m wyskoczył, był znany już niektórym z Was (wstawiałam bowiem tę piosenkę na bloga),,Thunderstruck". I znowu- objawienie. Złoty promień światła padł na mnie i na laptopa, z którego to płynęła ta wspaniała, wiolonczelowa muzyka, lepsza od anielskich chórów...

Ale odejdźmy od patosu. 2cellos to duet chorwackich wiolonczelistów, którzy tworzą Stjepan Hauser i Luka Sulic. Wykonują covery znanych, głównie rockowych utworów, do których nierzadko dodają klasyczne nuty. Na koncie mają trzy albumy.

Przyznam szczerze, że dopóki nie odkryłam 2cellos, nie wiedziałam, że można robić takie rzeczy z wiolonczelą. To, co Luka i Stjepan robią z tym pięknym instrumentem jest niesamowite. Ich aranżacje nierzadko zaskakują, są świetnie wykonane i nierzadko brzmią nawet lepiej niż oryginalne utwory. Momentami ich wiolonczelowe solówki brzmią niczym gitarowe. Jednocześnie jednak wykorzystują też klasyczną stronę instrumentu- genialne połączenie. Są bardzo, ale to bardzo utalentowani.  Dodajmy do tego show, jakie ten duet robi na scenie- obłęd. Serio, mają charyzmę rockowych gigantów. 

2cellos absolutnie podbili moje serce- uwielbiam muzykę rockową, uwielbiam instrumenty smyczkowe, a do tego ta dwójka sama w sobie jest niesamowita. Ogółem- zacność nad zacnościami i wszystko zacność!





Zaz
  


Last but not least, jak to mawia moja anglistka- przed państwem Isabelle Geffroy, znana pod pseudonimem Zaz. Jest to francuska piosenkarka jazzowa i soulowa, która solową karierę rozpoczęła tak gdzieś w 2007 (wcześniej śpiewała w bluesowym zespole). Najbardziej znana jest z utworu ,,Je veux". Do tej pory wydała trzy albumy, w tym jeden, na którym wykonuje znane piosenki o Paryżu.

Zaz poznałam dzięki mamie. Może nie od razu się zakochałam, ale gdy wysłuchałam ostatniej płyty wokalistki, tej ,,paryskiej", mocniej się nią zainteresowałam. Zaz ma niesamowity głos- taki charakterystyczny, piękny, z lekką chrypką. Jak kiedyś napisała Stasia, w jej głosie słychać czasem wręcz takie nutki śmiechu- coś w tym jest! Jej utwory są lekkie, właśnie takie soulowo-jazzowe, bardzo francuskie i przyjemne dla ucha. Nie zawsze jednak jest tak radośnie i lekko- czasem te piosenki są bardzo emocjonalne, poruszające, melancholijne. 

Nie jest to muzyka komercyjna, typowo popowa. Bardziej kameralna, w starym stylu. Najlepsze jest to, że Zaz pozostaje sobą i mimo różnorodności pozostaje taka sama- radosna, oryginalna i niesamowicie utalentowana.











I to by było na tyle! Mam nadzieję, że Wam się podobało. 

A co Wam ostatnio w duszy gra? 



Trzymajcie się ciepło,

Pola