czwartek, 24 kwietnia 2014

Niania o duszy artystki

Hej!
Dziękuję bardzo za pozytywne komentarze pod postem z moim opowiadaniem! To wiele dla mnie znaczy, bo pisząc to opowiadanie szczególnie się starałam. Poza tym, zawsze miło, gdy ktoś docenia moją twórczość:D Sia Siaa zapytała, czy będzie dalszy ciąg. Nie, raczej nie będzie, chyba, że opowiadanie o podobnej tematyce;)
Jak minęły Wam święta? Mi bardzo dobrze, tylko zbyt szybko, jak na mój gust. Było oczywiście mnóstwo jedzenia, śniadanie wielkanocne z rodziną, wszyscy chcieli robić sobie zdjęcia, zorganizowaliśmy rodzinny quiz, mój kot wyrażał swoją wielką miłość do wszystkich i wszystkiego, łącznie z krzesłem (bez skojarzeń, proszę)... czyli wesoło:D
Dziś u mnie w szkole były takie warsztaty psychologiczne. Na lekcji wychowawczej, dla naszej klasy. Początkowo oczywiście były rozmowy o stresie, co nas czeka w gimnazjum i inne takie... może to jest ważne, okej, ale gdy temat powtarza się  milion razy, człowiek odruchowo zaczyna ziewać, gdy tylko słyszy zdanie: "W gimnazjum czeka was wiele wyzwań i stresu, dziś właśnie o tym porozmawiamy..." Na szczęście później odbyło się dosyć fajne zadanie, przy którym było naprawdę dużo śmiechu:) Dostaliśmy kartki z pytaniami. Mieliśmy na nie odpowiedzieć. Później kartki były czytane na głos (przez losowe osoby) i wszyscy musieli zgadywać, czyja to kartka. Na pierwsze pytanie "Jakiej słuchasz muzyki?" odpowiedziałam "Różnej" i właściwie jest to prawda. Ulubiony zespół- Guns'n'roses, film- Za wszelką cenę i Leon zawodowiec, program- Kobieta na krańcu świata... Starałam się jak najbardziej utrudnić kolegom zadanie, pisząc np. w spędzaniu czasu wolnego "Czytanie i bujanie w obłokach", ulubionym stroju oszczędne "Ładny i wygodny". W "co lubisz jeść?", wpisałam pierwszą moją myśl- "yyy... jedzenie?". No bo co mam lubić? Przedmioty.... Zdradziłam się w "ulubionej książce", pisząc, że jest ich zbyt wiele, aby wymieniać. Tak przeważnie odpowiadam, gdy słyszę to pytanie.

Ale nie o tym miało dzisiaj być. Jak zwykle zbaczam z tematu. Dzisiaj chciałam napisać o pewnej niezwykłej kobiecie- mianowicie Vivian Maier.
  
Tak właśnie wyglądała Vivian. Urodzona w 1926 roku, osoba bez wykształcenia, pracownik fizyczny według urzędu, niania. Pochodziła z Francji, tam też dosyć długo mieszkała, później jednak przeniosła się do Stanów Zjednoczonych. Na początku żyła w Nowym Jorku, następnie wyprowadziła się do Chicago. Mało tego, korzystając ze spadku po krewnych (bardzo dalekich zresztą) odbyła podróże na Daleki Wschód. Prawdopodobnie na wyjazdy wydała większość albo nawet całość spadku, bo później nie należała do szczególnie bogatych, wręcz przeciwnie. Mimo tego, że nie miała żadnych kwalifikacji do opieki nad dziećmi, w 1956 roku dano jej pracę, jako opiekunka młodych Gensburgów. 
Wyglądała jak prawdziwa dziwaczka- nosiła męskie koszule i buty, niemodne długie sukienki bądź płaszcze  i zawsze aparat fotograficzny na szyi,  nie depilowała nóg, przeklinała po francusku, była zamknięta w sobie, tajemnicza i niezamężna. Intrygująca osoba, trzeba przyznać. W dodatku bardzo pewna siebie, oczytana, chociaż nie wykształcona. Interesowała się polityką, była feministką.
Nianią była podobno bardzo dobrą- dla Gensburgów, ale też kolejnej podopiecznej w latach 70- Inger Raymond. Jeździła z dzieciakami na rowerze, uczyła francuskiego, wybierała się z nimi na wycieczki, o których opowiem za chwilę. Na pewno kochała swoich podopiecznych, chociaż do bardzo wylewnych i czułych nie należała.
Ale, ale. Opisuję, jaką Vivian Maier była nianią, a przecież to nie o to chodzi. Ta kobieta z przedmieść Chicago, dziwaczka w męskich koszulach, nie bez powodu nosiła aparat fotograficzny na szyi. Jej wielką pasją było robienie zdjęć. Miała fotografie z Nowego Jorku, a także swoich podróży do min. Filipin, Malezji, Chin.  Zabierała dzieci, którymi się opiekowała, na nietypowe wycieczki- do najgorszych dzielnic, do sklepu jubilerskiego, na wysypisko śmieci. Tam pokazywała im różne rzeczy, uczyła ich, a przede wszystkim robiła zdjęcia. Fotografowała wszystko- głównie podopiecznych, ale też każdy szczegół życia codziennego w domach, w których pracowała, miastach. Uwielbiała dokumentować wizyty z Johnem, Lane i Matthew Gensburgami na plaży nad jeziorem Michigan- robiła zdjęcia zamkom z piasku, zabawom, ludziom, modzie plażowej. 
Każdy negatyw opisywała, tworzyła coś w rodzaju dziennika. Widać było, że jej powołaniem, marzeniem jest fotografia. Uwielbiała włóczyć się po ulicach z aparatem. Jej ulubione miejsce? Pani Gensburg nie miała pojęcia, gdzie jej pracownica się zapuszcza w weekendy. Dopiero wiele lat później okazało się, że chodziła na tanie targi, gdzie wszystko było tandetne albo do slumsów, gdzie nikt się nie zapuszczał. 
Maier nikomu nie pokazywała swoich fotografii. W laboratorium fotograficznym, gdzie wywoływała zdjęcia, nie rozmawiała z nikim. Gensburgowie urządzili jej ciemnię w łazience i nikt nie miał tam wstępu. Nikt nie wiedział, że Vivian to artystka, zgłębiająca tajniki i historię sztuki, fotografii. Jak już napisałam, była to osoba bardzo tajemnicza.
Jej pasja nieraz utrudniała jej życie. Szukała pracy przemieszczając się z całą swoją graciarnią, z mnóstwem zdjęć. Ciężko było jej się zatrudnić, bo pracodawcom niekoniecznie podobało się jej zamiłowanie do fotografii. Często zmieniała pracę. Brakowało jej pieniędzy na wywoływanie zdjęć.

A przez 40 lat zrobiła sto pięćdziesiąt tysięcy zdjęć. 
Jej fotografie zostały odkryte po jej śmierci, znalezione tak naprawdę przez przypadek. Zdjęcia zamieszczono w internecie. I co? Zachwycono się nimi. O Vivian Maier zrobiło się głośno. Wkrótce okrzykniętą ją "najbardziej intrygującą fotografką XX wieku", prekusorką fotografii ulicznej. Z powodu jej tajemniczej przeszłości jeszcze bardziej się nią zainteresowano. Stała się fotografką znaną na całym świecie.
I trzeba przyznać, że jej zdjęcia (przypominam, że była tak naprawdę amatorką!) są naprawdę niesamowite. Dobrze zrobione, czarno-białe, klimatyczne. Niesamowicie oddają lata 60 i 70. Tworzą taką trochę kronikę, ponieważ Vivian fotografowała życie codzienne ludzi na ulicach. W dodatku dodawała opisy.
Wklejam poniżej zdjęcia, które najbardziej mnie zaintrygowały. W internecie jest tego bardzo dużo, więc jeśli chcecie, to poszukajcie koniecznie:)
 
  
Vivian często brano za bezdomną z atrapą aparatu, więc mogła bez przeszkód robić zdjęcia.
  
Zapuszczała się w rozmaite slumsy i dzielnice o złej reputacji. 

 
 
  
 
  
I jak? Podobają Wam się? Bo mi bardzo.
W ogóle wydaje mi się, że Vivian Maier była niezwykle zdolną fotograficzką i inspirującą postacią. To niesamowite, że zwykła francuska niania, często uznawana za bezdomną, stała się później popularna na całym świecie, uznawana wręcz za wybitną. Wiele osób może powiedzieć, że szkoda, że jej talent nie został doceniony przed jej śmiercią. Ale w zasadzie... Przecież ona chyba nie pragnęła sławy. Nie lubiła, gdy ktoś oglądał jej zdjęcia. Fotografowała do szuflady. Więc właściwie... Prawdopodobnie nie czułaby się szczęśliwa, gdyby na jej zdjęcia patrzyły miliony. 
Ale mimo to, wydaje mi się, że to wspaniale, że jednak została odkryta i ludzkość może oglądać jej zdjęcia. Wielu ludzi zainspirowała. Kolekcjonerzy jej fotografii zainteresowali się sztuką, osiągnęli sukcesy. Powstał film dokumentalny "Szukając Vivian Maier" (chyba muszę go znaleźć i obejrzeć!), a w Warszawie odbywa się wystawa jej zdjęć.

Podobał Wam się post? Mam nadzieję, że Was zainteresował i że nie był dla Was nudny. Wprawdzie nie wszyscy pasjonują się fotografią, ale wydaje mi się, że postać Maier zaintryguje nie tylko fanów robienia zdjęć:)
Pozdrawiam ciepło!
Pola

piątek, 18 kwietnia 2014

Wielkanocny prezent

Hej!
Wielkanoc zbliża się wielkimi krokami, a ja ostatnio dziwnie się czuję. Jestem podziębiona, mam katar i kaszel, ale poza tym jestem strasznie słaba i nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje. Jakoś na nic nie mam ochoty. Pogoda niby ładna, ale zbyt upalna, przez to nic się człowiekowi nie chce. Znajduję ucieczkę w czytaniu i pisaniu (jak zwykle, zresztą).
U mnie ostatnio wszystko pod hasłem "gimnazjum". Dostałam się do wymarzonego, tuż przy mojej podstawówce, na dobrym poziomie. Idzie oczywiście mnóstwo osób z podstawówki, ale wiele też ludzi z "zewnątrz". Wiem, bo wywieszono listę z osobami, które się dostały. No i teraz wrze- jakie będą klasy, kto z kim będzie w pokoju na obozie integracyjnym... Mnóstwo plotek na temat podziału na klasy i tak dalej. Jeśli chodzi o mnie, to wiadomo, że jestem ciekawa wszystkiego, ale nie chcę wyobrażać sobie nie wiadomo czego. Już niedługo się dowiem, jak to jest w tym gimnazjum, tak naprawdę. Niektórzy mówią, że strasznie, inni, że fajnie. Wiele osób straszy. Ale jakoś się nie przejmuję. Będzie dobrze.
Tylko kurczę... Będę strasznie tęsknić za klasą. Lubię tak naprawdę wszystkich. Wprawdzie wielu idzie do tego gimnazjum, ale wymieszają nas ze sobą no i nie będzie już tak samo. Jednocześnie ciągnie mnie ku nowości, ku bycia "gimbusem" i przejścia na wyższy poziom nauki, ale także czuję sentyment do podstawówki i szkoda mi będzie opuścić szkołę, do której chodziłam tyle lat.
No dobra, koniec roztkliwiania się. Przecież zmiany są nieuniknione. Idę stale do przodu, przecież dorastam, zmieniam się, czyż nie? Przechodzę przez kolejne etapy życia. Niedługo zacznę nowy. Jest to nieodwracalne, ale to chyba w zasadzie dobrze.

A czym jest tytułowy "wielkanocny prezent"? Cóż, postanowiłam w końcu wstawić opowiadanie, które napisałam. Pewnie się rozczarujecie: "Eee, co to za prezent?!".
No doba, nie mam w zanadrzu lepszego. Poza tym, dawno nie mieliście próbek mojej twórczości.
Opowiadanie jest trochę... A zresztą, nie będę robiła recenzji, zanim nie przeczytacie. Życzę miłej lektury;)

 

***
Siedziałam wraz ze swoim siostrami na nagich, morskich skałach. Wiatr targał nasze długie włosy, a słona woda obmywała ogony.
Nie rozmawiałyśmy. Po co prowadzić rozmowę z kimś, kogo zna się od zawsze?
To był nasz codzienny rytuał- wypływałyśmy na powierzchnię, siadałyśmy na skałach i patrzyłyśmy się w horyzont, czasem coś nucąc. Liczyłyśmy też na jakąś rozrywkę- po jakimś czasie nawet rekiny stawały się nużące, a delfiny żałosne.
Na powierzchni można było znaleźć coś ciekawego.
Dookoła panowała cisza, przerywana od czasu do czasu wrzaskami tych białych, niezbyt urodziwych ptaków, które nazywano mewami. Gdy pierwszy raz opuściłyśmy wodę, przeraziły nas te dziwne stworzenia, ale potem przyzwyczaiłyśmy się.
Nagle tą „prawie ciszę” przerwał głos jednej z nas:
-Patrzcie, tam!
Wskazała swoją białą dłonią na prawo.
Na początku tak mnie zszokowało przerwanie milczenia, że nie spojrzałam w pokazanym kierunku. Po chwili oprzytomniałam i wychyliłam się w prawo.
Statek.
-Ludzie!- pisnęła najmłodsza i zaklaskała z radości. –Jak dawno ich tu nie było!
-W istocie- skinęłam głową w zamyśleniu. –Co robimy?
–Może skierujemy ich na skały?- zaproponowała ta, która jako pierwsza dostrzegła statek.
-No wiesz?- oburzyłam się. –Przecież jeszcze coś nam się stanie. Zawsze części tego statku lecą w powietrze.
-Ale woda przybiera taki ładny, czerwony kolor, kiedy oni do niej spadają…- powiedziała najmłodsza przymilnym tonem.  –Poza tym, tak mało było ostatnio ludzi… brakuje mi nowych okazów do mojej kolekcji.
-Kolekcjonujesz ludzi?- zdziwiła się jedna z nas. –To przecież obrzydliwe!
-Och, nie są tacy brzydcy- żachnęła się kolekcjonerka.
Reszta się nie odzywała, ale wyczułam milczącą aprobatę.
Prawda jest taka, że nudziłyśmy się, a żeglarze zawsze patrzyli się na nas z takim zachwytem... Później już nie, ale ta chwila satysfakcji była najlepsza. A potem tak rozkosznie krzyczeli…
Uśmiechnęłam się. Miałam zrezygnować z jedynej rozrywki? Nie ma mowy.
Wyprostowałam plecy i przejechałam palcami po moich długich, złotych włosach. Wiedziałam, ba, byłam pewna, że przyciągną ich uwagę. Oparłam się wygodniej o skałę, prezentując swój zielonobłękitny ogon w całej okazałości.
Reszta czyniła takie same przygotowania. Statek się zbliżał.
Najstarsza zaczęła śpiewać.
Zazwyczaj tylko ona to robiła, ponieważ jej  głos był najpiękniejszy- słodki, wdzięczny, głęboki. Myślę, że początkowo zazdrościłyśmy jej tego talentu,  ale później… Nie pamiętam. Chyba po prostu się przyzwyczaiłyśmy. To było tak dawno temu…
Najstarsza wyśpiewywała piękne melodie. Była to pieśń bez słów, ale wyraźnie przyzywająca. Nawet po moich plecach przeszły dreszcze.
Statek zmienił kurs. Wyraźnie płynął do nas.
Zaśmiałyśmy się. Ależ oni są zabawni!
Najstarsza nie przerywała śpiewu.
W końcu ludzie dopłynęli tak blisko, że mogłyśmy ich zobaczyć. Sami mężczyźni, oczywiście, zebrani na pokładzie, owinięci w jakieś szmaty, z nogami. Patrzyli się na nas maślanym wzrokiem, niemal się ślinili.
-Ależ one są piękne…- dosłyszałyśmy. –I zupełnie nagie!
Nie mogłyśmy powstrzymać chichotu.
-Weźcie szalupy i popłyńcie tu do nas- wyśpiewała najstarsza.
Niektórez nas zareagowały entuzjastycznym piskami.
Ja za to poczułam się dziwnie.
Sprowadzanie statków na skały i podtapianie ludzi to jedno,ale zabawianie się z nimi, jak to czasem czyniłyśmy, było dla mnie nadal nienaturalne. Dziwnie było poczuć brzydki smak czyichś warg na ustach i mieć tak fizyczny kontakt. Podobno wśród ludzi było to normalne, ale my niemal nigdy się nie dotykałyśmy, chyba, że zupełnym przypadkiem.
-Nie bądź taka sztywna- szepnęła do mnie najmłodsza. –Zapamiętasz to na długo.
Zerknęłam na nią. Chociaż miała najmniej lat, to była najpewniejsza siebie, najpiękniejsza i najodważniejsza. Nieraz zastanawiałam się, ile tak naprawdę razy wypływała na powierzchnię  i nawiązywała fizyczne kontakty z mężczyznami.
Uśmiechnęłam się lekko i skinęłam głową, chociaż nadal z duszą na ramieniu. Zerknęłam w stronę statku. Właśnie spuszczali szalupy.
Szczyciłyśmy się bardzo dobrym wzrokiem, więc ujrzałam, że żeglarze nie są specjalnie piękni- brudni, z zarostem, zapewne śmierdzący. Wzdrygnęłam się lekko.
Po chwili zbliżyli się. Najstarsza nadal śpiewała, aby urok nie minął. Jednak nie było to potrzebne- byli już tak oczarowani, że nic nie zdołałoby ich powstrzymać.
W końcu ześlizgnęłyśmy się ze skał do wody. Zanurkowałam pod wodę i podpłynęłam do szalup. Widziałam sylwetki moich sióstr po bokach. Ich długie włosy falowały pod wodą, a ogony zawzięcie machały.
Gdy zobaczyłam łódź bardzo blisko mnie, wynurzyłam się.
Moim oczom ukazała się grupa mężczyzn. Uśmiechnęłam się do nich, a oni odwzajemnili uśmiechy i wpatrywali się we mnie z nieskrywanym zachwytem.
-Ależ ty jesteś piękna…- westchnął jeden i podszedł bliżej.
Szalupa zakołysała się.
Mężczyzna, który wypowiedział te słowa, był naprawdę przystojny, co mnie zaskoczyło. Miał długie,czarne włosy, zarost po wielu dniach żeglugi, ciało okryte brudnym materiałem. Jego zielone oczy lśniły, gdy się we mnie wpatrywał.
„Jaki on jest piękny”- przemknęło mi przez myśl.
Mężczyźni zauważyli, że wpatruję się tylko w niego i nie spodobało im się to. Odepchnęli go, tak, że nie mogłam go ujrzeć.
Wszyscy zaczęli się przepychać, aby dotknąć mojego ciała, moich piersi, pewnie też ogona. Zwinnie umknęłam ich chciwym dłoniom i opłynęłam łódź, by znowu widzieć tego, który przyciągnął moją uwagę. Wpatrywał się we mnie gorąco, ale bez tej chciwości i wyraźnego pożądania.
Skinęłam na niego, aby nachylił się do mnie. Inni patrzyli na niego z nienawiścią, ale rozkazałam im, aby go nie dotykali. Posłusznie usiedli na swoich miejscach.
Mężczyzna przybliżał się do mnie. Ujęłam jego twarz w swoje dłonie i zrobiłam to, co zawsze wydawało mi się nienaturalne i dziwne. Pocałowałam go.
Wpiłam się w jego usta, nawet lekko go gryząc. Był zbyt oszołomiony, aby się ruszyć, więc  ani jeden mięsień mu nie drgnął.
Co dziwne, spodobało mi się to uczucie. Po raz pierwszy od dawien dawna mi się spodobało.
Jego wargi były ciepłe i nieco suche. Pachniał dziwną mieszanką potu, wody morskiej i czegoś, czego nie potrafiłam rozpoznać, czegoś, od czego czuło się pewną egzotykę.
Wyobraziłam sobie, że codziennie wącham ten zapach. Że codziennie mogę widzieć jego zielone oczy, ciemne włosy i wpijać się w jego usta. Że on należy do mnie, tylko do mnie.
Zachwyciła mnie ta myśl. Wręcz widziałam te zazdrosne spojrzenia sióstr, to pożądanie w ich oczach. Ale on będzie mój.
Chwyciłam go za koszulę i przyciągnęłam mocniej do siebie. Musiał na chwilę przerwać pocałunek, aby wziąć oddech. Gdy już to zrobił, znowu go pocałowałam i wciągnęłam do wody.
Zanurzyliśmy się w zielonych odmętach morza, nadal w namiętnym pocałunku. Nie puszczałam go, nie dawałam mu oddychać. Wiedziałam, że moje siostry przewracają szalupy, zabawiają się z ludźmi, wciągają ich pod wodę. Nie upierały się przy jednej osobie, przyjemność sprawiał im każdy.
Mnie nie.
Zaczął się dusić. Chyba czar minął, bo zaczął kopać, wierzgać i wyrywać się. Nie puszczałam, nie przerywałam pocałunku, trzymałam go żelaznym uściskiem. Próbował mnie uderzyć, ale nie udało mu się. Chciało mi się śmiać z rozkoszy. Widziałam jego oczy, szeroko otwarte, już nie pełne zachwytu i gorąca.
Pełne przerażenia.
Bał się. Wiedziałam, że się bał, że chciał wydostać się na powierzchnię. Ludzie, będąc pod wodą, panikowali, walczyli o oddech.
Po co ci oddech? Po co ci oddech, skoro możesz na zawsze zostać w morzu, nie musząc walczyć o łyk świeżego powietrza? Po co ci oddech, skoro będziesz trwał w wieczności przy moim boku?
Po co walczysz?
Po chwili przestał się opierać. Już nie chciał oddychać. Nic nie chciał. Jego ciało stało się bezwładne.
Był mój. Tylko i wyłącznie mój.
 





A jak jest prezent, to i życzonka muszą być:D
Życzę Wam, kochani czytelnicy, wiele zdrowia, radości, uśmiechu, prezentów, rodzinnego ciepła, jedzenia i miłości na święta! Wesołego jajka!
 
Pozdrawiam!
Pola 

wtorek, 15 kwietnia 2014

Najdziwniejsze owoce świata

Ciao!
Przyszedł czas na obiecanego posta o tytule, który macie powyżej. Dlatego też czynię właściwe przygotowania (biorę "National Geographic Traveler" i "Blondynkę na Bali", a także włączam nową kartę, aby jakby coś sprawdzić, czy wujek Google ma mi coś ciekawego do powiedzenia) i zaczynam!
Kolejność przypadkowa;)
  • Śmierdząca bomba, czyli durian
Nazywany przez niektórych "królem owoców", bardzo, bardzo znany. Uznawany za jeden z najlepszych owoców świata, chociaż... Zdecydowanie na takiego nie wygląda.
Ma twarde, ostre kolce. To jeszcze mały pikuś, bo wydziela z siebie straszny zapach, przez niektórych uznawany za najgorszy na świecie! Podobno cuchnie wybuchową mieszanką starych skarpet, potu, terpentyny, zgniłej cebuli, zgniłych jaj, zepsutego mięsa, starego, spleśniałego sera. Nie wolno go wnosić na pokłady samolotów, do autobusów czy hoteli, bo gdyby tak zrobiono, chyba wszyscy obecni by padli.
Pociekła Wam ślinka?
Jeśli nie, to błąd, bo jak pisałam, podobno durian jest naprawdę pyszny- słodki, delikatny, rozpływający się w ustach, ma smak śmietanowo-orzechowy.
Piszę "podobno", bo nigdy nie jadłam duriana. W Polsce kupić się ich raczej nie da. Można je za to znaleźć w Azji, według "Travelera" sezon trwa od czerwca do sierpnia.
Zjedlibyście duriana? Ja chyba bym się przemogła, ale nie mogę dać słowa- jestem wrażliwa na brzydkie zapachy i smród odchodów mojego kota przyprawia mnie o mdłości (nie będę Wam zresztą tego opisywać)...
Słyszałam też, że durian jest bardzo kaloryczny i nie należy łączyć go z alkoholem.
 
  • Królowa owoców, czyli mangostan właściwy (vel smaczelina, garcynia, żółtopla, żółciecz)
Jak był król owoców, to królowej zabraknąć nie może.
Mangostan również słynie ze swego cudownego smaku- podobno przypomina połączenie ananasa, pomarańczy, moreli i brzoskwini. Biały, delikatny miąższ. Skórka jest fioletowa i gruba, raczej niespożywana, bo jest cierpka, ale zawiera dużo zdrowotnych składników, więc używa się jej do robienia soku i stosuje się ją w postaci proszku na różne dolegliwości.
Przytoczę tu też legendę tego owocu, która jest naprawdę ciekawa (to raczej streszczenie legendy):
"Kiedy królowa Victoria po raz pierwszy skosztowała tego wspaniałego owocu, zaoferowała tytuł szlachecki każdemu, komu uda się przywieźć świeże sadzonki rośliny do Europy. Dlatego owoc mangostanu nazywany jest królową wszelkich owoców. Nazywany jest również owocem bogów, ponieważ, jak głosi legenda, kiedy Budda skosztował owocu mangostanu i poznał jego cudowne właściwości lecznicze, pobłogosławił go i przekazał ludziom jako dar od bogów."
(źródło)
Na stronie, do której linka podałam powyżej, znajdziecie dokładne informacje na temat właściwości zdrowotnej skórki mangostanu. Aż zadziwiające:)
Roślina smaczeliny jest bardzo wrażliwa na nawet małe zmiany klimatyczne. Uniemożliwia jej to hodowlę w innych rejonach świata, niż te, w których można ją spotkać (Azja Południowo-Wschodnia). Mało tego, nie nadaje się do przechowywania i transportu. Trzeba wybrać się w daleką podróż, aby spróbować mangostanu. Szkoda, prawda?
 
  • Owoc z drzewa bochenkowego, czyli dżakfrut
Dżakfrut to kolejny z pewnością nietypowy owoc. Może mieć rozmiary niemowlęcia i ważyć ponad 30 kg (wyobrażacie sobie?!). Szczypułka wyrasta z pnia, bo żadna gałąź nie utrzymałaby takiego ciężaru!
Drzewo nazywane drzewem bochenkowym, bo w istocie owoc dżakfruta nieco przypomina bochen chleba.
Po obraniu owocu do jedzenia wbrew pozorom nie ma jakoś bardzo wiele. Je się tylko mięsiste otoczki nasion. Są podobno bardzo, bardzo słodkie i wyraziste w smaku. Dżakfrut nie ma aż tylu wielbicieli co mangostan i durian, ponieważ smakuje specyficznie i niektórym przypomina lakier samochodowy.Nie jada się go tylko na surowo, jest też gotowany i wtedy smak przywodzi na myśl niektórym fasolę, czy chleb.
W Indiach podobno spożywano go już 6 tysięcy lat temu. 
Występuje w tropikach niemal przez cały rok.
 
  • Owoc jak lody, czyli czerymoja (vel cherymoja,flaszowiec peruwiański,jabłko budyniowe, ice-cream fruit)
Jak sama nazwa wskazuje, czerymoję można znaleźć w Ameryce Południowej, w górach Andach (w Hiszpanii, Maroko i Włoszech zresztą też).
Owoc ten, gdy jest niedojrzały, wygląda jak... No, taka niepozorna, zielona szyszka. Potem nabiera krągłości, ale nadal te krągłości zbyt apetyczne nie są. Jednak owoc podobno jest pyszny i jak jego angielska nazwa wskazuje ("ice cream fruit") przypomina nieco lody. Można po obraniu flaszowca wziąć łyżeczkę i wyjeść zawartość, która jest budyniowo-jogurtowa, o słodko-kwaśnym smaku (w internecie ktoś napisał, że przypomina połączenie ananasa, mango i truskawki). Tylko jeśli kiedyś taki owoc-lód wpadnie Wam w ręce, uważajcie na skórkę- jest niejadalna i na nasiona, bo są trujące.
Owoce źle znoszą transport, trzeba bardzo na nie uważać i przechowywać w chłodzie, ale w Polsce kupić je podobno można. Ciekawe, czy ice-cream fruit naprawdę smakuje jak lody?...
 
  
  • Owoc znany-nieznany, czyli marakuja (vel passiflora, męczennica, granadilla purpurowa)
Myślę, że ten owoc jest Wam znany, z opakowań po słodkich sokach czy gumach do żucia. Też znałam tą nazwę: "marakuja", ale szczerze mówiąc wiedziałam naprawdę mało o tym owocu. Nie miałam nawet pojęcia, że wygląda, jak wygląda, czyli dosyć nietypowo- fioletowy, z żółto-zielonym galaretowatym miąższem wyglądającym jak żabi skrzek.
Dojrzałe owoce podobno smakują naprawdę dobrze, są słodko-kwaśne, bardzo soczyste, bogate w witaminę C, wapń i żelazo... Czyli "smacznie i zdrowo" (nigdy nie lubiłam tego sloganu z tych plakatów o zdrowym odżywianiu- kojarzy mi się z taką sztucznością). 
Passiflora, zanim dojrzeje, rodzi przepiękne kwiaty. Ponieważ niektórym kojarzyły się z narzędziem męki Jezusa, nazwali to drzewo "męczennicą". Patrząc na te kwiaty, piękne, to trzeba przyznać, chyba rozumiem skojarzenie... Zresztą oceńcie sami:
  
 
  • Owoc smoka, czyli pitaja (vel huo, truskawkowa gruszka)
Pitaja to właściwie nie jeden owoc, ale owoce wielu gatunków kaktusów rosnących na kontynentach takich jak Ameryka Łacińska i Azja (precyzyjnie mówiąc, południowo- wschodnia, min. w Chinach, Wietnamie, na Filipinach, w Malezji). Smocze owoce mają skórkę w kolorze żółtym,różowym fioletowym lub czerwonym. Miąższ jest biały/czerwony, nakrapiany czarnymi pestkami. Podobno smakuje nieco jak kiwi, tylko ma bardziej aromatyczny smak, jest mniej kwaśny.
Bardzo łatwo się go uprawia.
Kwiaty pitaji są duże, piękne i kwitną tylko nocą, przez co nazywane są Królowymi Nocy albo  Księżycowymi Kwiatami (cóż za romantyczne nazwy, nieprawdaż?). Też nadają się do spożywania, zazwyczaj robi się je w formie naparu. Zdjęć kwiatów niestety nie udało mi się znaleźć:(
 
  
  • Kędziorzasty owoc, czyli jagodzian rambutan 
Rambutan to bardzo bliski krewny liczi- tak jak ten owoc ma białawy, prawie przezroczysty miąższ i dużą pestkę. Za to niepowtarzalne ma kędziory, czyli miękkie, rozczochrane wyrostki. 
Jagodzian występuje w tropikach, wywodzi się z Malezji, Filipin i Tajlandii. Z rambutanów robi się soki, kompoty, wina musujące.
  

Mam nadzieję, że post się podobał:D Jeśli niektóre informacje są nieprawdziwe, to zawiadomcie mnie o tym. Korzystałam z różnych źródeł, zmiksowałam fakty do krótkiego opisu. Mam nadzieję, że mimo to dobrze się bawiliście, poznając te dziwaczne owoce.
I jak? Spróbowalibyście któregoś?
Pozdrawiam!
Pola


środa, 9 kwietnia 2014

Te stare, dobre czasy!

Hej!
Dziś post o takim, a nie innym tytule, ponieważ Kolorowe stworzonko nominowała mnie do zabawy, którą sama wymyśliła. Oto i zasady (posłużę się cytatem z jej bloga):

"Nominujemy przynajmniej 3 blogi, które muszą napisać notkę o swoim dzieciństwie. Może to być post ze zdjęciami, opisami, zabawnymi historyjkami, czy z czym tylko chcecie!"

No to co? Zaczynamy!
Dawno, dawno temu, na świat przyszła dziewczynka. Jedyne dziecko w najbliższej rodzinie. Dzieciak na początku raczkujący do tyłu, nie lubiące spać w dzień, ale niezbyt kapryśne. Bało się oglądać Kubusia Puchatka, płakało gdy odkurzacz z "Teletubisiów" się zepsuł... Normalne dziecko, prawda?
Dziewczynka okazała się bardzo wrażliwym dzieckiem- początkowo bardzo ciężko radziła sobie z wrednymi dziewczynami. Tata opowiadał jej bajki, mama czytała. Nic dziwnego, że dziecko uwielbiało wszelkie opowieści. Miało taki zwyczaj, że zanim nauczyło się czytać, brało do ręki książkę i (na głos, bo po cichu nie umiało) udawało, że czyta. Dziewczynka wymyślała sobie po prostu historie, po obrazkach, korzystając z własnej wyobraźni.
Siadała na kanapie w Empiku, brała sobie książkę- np. jedną z serii o sympatycznym żółwiku Franklinie- zakładała nogę na nogę i jechała z koksem. Zaczynało się oczywiście od zdania, które znała na pamięć- "Franklin był już dużym chłopcem...". A potem wymyślała i głośno recytowała nieistniejące słowa. Ludzie wytrzeszczali oczy i dziwili się, że taka mała dziewczynka umie czytać.
 
Franklin to jedna z najlepszych bajek dla dzieci, jaką znam- niech te wszystkie Monster High się chowają!

Wychowała się w ciepłym, pełnym miłości domu. Spędzała mnóstwo czasu z rodzicami. Lubiła (ach, co za oryginalność!) bawić się- najpierw, jako zagorzała fanka Boba Budowniczego, plastikowymi ciężarówkami, betoniarkami, koparkami (och, te wyprawy do Praktikera i radosne okrzyki, gdy zobaczyło się wściekle pomarańczową betoniarkę!), potem lalkami Barbie i Polly Pocket, klockami i PLUSZAKAMI, które uwielbiała. Wierzyła nawet, że mają emocje, uczucia i życie jak ludzie. Dlatego też dawała każdej zabawce całuska na dobranoc i z większością spała (żeby pluszaczkom nie było smutno!). 
Później jej pasją stało się CZYTANIE.
Jako, że dziewczynka, o której tu mowa, mała Pola, typowa na pewno nie była, pierwszym napisem, jakim przeczytała, był ten na szyldzie sklepu "EURO AGD" (zresztą pierwszy wyraz został przeczytany "Ełuro", ale ćśśś, ważne, że w ogóle go przeczytała). Potem oddawała się lekturze bardzo, bardzo często.W jej główce pojawiały się marzenia o pisaniu własnych powieści- nie spisywała pomysłów, bo z pisaniem było ciężko. Dopiero później usiadła przy komputerze i zabrała się za pierwszą swoją książkę, o swoim kocie (która zapewne była tragiczna, ale ile radości z tego miała!).
Dzięki książkom (a może przez nie) stała się jeszcze bardziej wrażliwa. Wydawało jej się, że świat jest jak w powieściach- zawsze znajdziesz najlepszego przyjaciela i wszystko kończy się happy endem. Nie było tak, niestety. Dlatego dziewczynka często płakała w przedszkolu, później w szkole. Uchodziła za beksę. A ona po prostu chciała żyć życiem z książek- z rozczarowaniami, ale też takim, gdzie ma się wspaniałych przyjaciół i potem zawsze wszystko jest dobrze.
Niestety- życie raczej nie jest jak w powieściach. 
  
Chociaż zakończyłam nieco smutnym akcentem, to jednak moje dzieciństwo było wesołe, pełne miłości, ciepła, fascynujących zabaw... Nie miałam rodzeństwa (i nie mam), na podwórku raczej nie spotykałam fajnych ludzi, więc albo bawiłam się sama, albo z innymi dziećmi, które nie mieszkały zbyt blisko, albo z rodzinką. Dlatego też, mimo wrażliwości i nieśmiałości, nie byłam typem samotnika.
Z mojego dzieciństwa można wyciągnąć wiele ciekawych wspomnień, przeżyć, itd., ale nie chcę jakoś bardzo, bardzo się rozpisywać. To, co napisałam, chyba najlepiej obrazuje moje "stare, dobre czasy";)
Teraz jestem zupełnie inna. Z pewnością bardziej pewna siebie. Towarzyska. Odważniejsza. Mniej nieśmiała. Dojrzalsza. I tak dalej, i tak dalej...
A oto blogi, które nominuję:

piątek, 4 kwietnia 2014

Z życia leniwej blogerki

Hej!
Z przerażeniem odkryłam, że nie napisałam niczego od 12 dni i mało tego- w marcu mogliście przeczytać tylko 3 posty.
Nie miałam pomysłów.
Nie miałam kompletnie czasu.
Serio, wcale nie wymyślam sobie wymówek, to sama, szczera prawda.
Był sprawdzian szóstoklasisty... Którego nie pisałam, bo zostałam laureatką (co stali czytelnicy pewnie doskonale wiedzą) ale... stresowałam się za resztę!
Mojej kumpeli nic ostatnio się nie chce, zaraziła mnie!
Oczywiście to nie moja wina, tylko całego społeczeństwa, świata, galaktyki!
To nie moja wina, nie zabijajcie mnie!!!

Żadne z powyższych zdań nie jest prawdziwe:-P
Prawda jest taka, że żadnego wytłumaczenia dla mnie nie ma. Miałam pomysły, czas też miałam, chociaż rzeczywiście w moim życiu działo się sporo. Po prostu opanowało mnie LENISTWO. i gdy tylko wyświetlał mi się Blogger (a to moja strona startowa) to prawie od razu zamykałam tą kartę, mówiąc do siebie: przecież mogę napisać posta jutro! Możecie mnie spokojnie zabić przez internet Dobra, cofam, nie róbcie tego. Po prostu bardzo Was przepraszam.
Napiszę Wam może, co się ostatnio u mnie działo...

We wtorek, 1 kwietnia, jak wiecie było Prima Aprilis (nawet miałam taki bardzo błyskotliwy pomysł, aby zrobić posta z treścią typu "Usuwam bloga", ale sama nie lubię, gdy ktoś robi mi takie kawały, więc zrezygnowałam), ale wśród klas szóstych na żarty nikt ochoty nie miał. W końcu nadszedł ten przerażający dzień- dzień sprawdzianu szóstoklasisty.
Przed owym sprawdzianem trwały rozmaite przygotowania- co tydzień testy z matmy i prace klasowe z polskiego, masa kserówek... W zeszłym tygodniu na lekcjach matematyki, na których również trwały powtórki, ja i jeszcze jeden chłopak z mojej klasy, który również został zwolniony z pisania sprawdzianu, mieliśmy... Kompletną labę na lekcjach. Po prostu czytaliśmy sobie grzecznie książki, a kiedy, niestety, książek nie było, to... Po prostu się nudziliśmy. Ale, szczerze mówiąc, osobiście wolałam się nawet nieco nudzić, niż robić zadania z matmy... Taka jestem dziwna. Niby mam tą piątkę, niby pani się pytała, czy nie biorę korepetycji, bo dobrze mi idzie, niby podoba mi się to uczucie, gdy wszystko się układa w logiczną całość, niby liczenie nie jest takie złe, ale... Przyjemniej jest odpłynąć sobie w świat własnych myśli, niż robić miliony zadań. A zdecydowanie przyjemniej jest czytać;)
Podobno sprawdzian szóstoklasisty był banalny. Mam nadzieję, że moim kolegom i koleżankom dobrze pójdzie. Trzymam kciuki też za blogerów, którzy pisali ten test.


Po sprawdzianie wszyscy (ja też) poszliśmy do kina na film "Noe. Wybrany przez boga". Początkowo byłam załamana i zniesmaczona- słaby polski dubbing, efekty specjalne aż zmuszały do odwrócenia wzroku, wiało nudą.
Później jednak przekonałam się. Historia była bardzo kontrowersyjna, wiele było tam symboliki, przekazów. Przedstawiono tą biblijną opowieść w zupełnie inny sposób. Film był nieco brutalny i psychologiczne. Niektóre sceny nazwałabym mistrzostwem. Niesamowicie poruszające.
Musze pochwalić też obsadę. Russel Crow jako Noe spisał się świetnie i trzeba po prostu powiedzieć, że to genialny aktor. Anthony Hopkins również zasługuje na pochwałę, chociaż jego rola nie była jakoś specjalnie ważna. Młodsi aktorzy również bardzo dobrze sobie poradzili- Logan Lerman całkiem nieźle, chociaż wydaje mi się, że on w każdym filmie gra tak samo. Za to Emma Watson naprawdę odwaliła kawał dobrej roboty. Gdy była scena, jak bohaterka grana przez nią rodziła, miałam ochotę zacząć bić brawo. Bardzo dobrze zagrane.
Niektórzy mogą unieść brwi i zapytać: "Ale skoro był dubbing, to jak oceniłaś grę aktorów?". Po grymasach. Po sposobie poruszania się, stylu bycia, jak wczuli się w swoje postacie... Żałuję tylko, że nie słyszałam ich oryginalnych głosów.
Ogólnie film mi się podobał, tylko... Mógł być krótszy. No i szału też specjalnie nie było, poza niektórymi scenami. A efekty specjalne... Jak dla mnie dramat. Poza ulewą i potopem.
 

Wczoraj w naszej szkole był konkurs dla klas. Teatralny. Mieliśmy różne zadania związane z teatrem, np. musieliśmy układać ze swoich ciał litery i wyrazy, a potem trwać w stopklatce. Albo musieliśmy zrobić, również ze swoich ciał, maszynę szczęścia czy automat do kawy. Było bardzo wesoło:-D Na razie czekamy na wyniki. Oczywiście mam dużą nadzieję, że moja klasa wygra.
  

Z takich ważniejszych wydarzeń to by było na tyle;)
Ach i jeszcze jedna informacja- nie zrobię posta o hitach marca, ponieważ zbyt wiele ich nie było, no i trzy posty temu napisałam o hitach lutego. Na razie starczy. O hitach kwietnia napiszę na pewno. Ale wspomnę, że najlepsze książki, jakie przeczytałam, to: "Niezgodna" (jutro idę na film do kina!), "Maximum Ride. Żegnaj szkoło-na zawsze", "Maximum Ride. Ratowanie świata i inne sporty ekstremalne" (mimo mnóstwa wad i tak mi się podobało, nieźle się uśmiałam), "Śluby panieńskie" (niesamowite i bardzo, bardzo zabawne!). A filmy tylko 2- "Poradnik pozytywnego myślenia" (absolutnie genialny) i "Street dance" (pozytywny i z pięknymi układami choreograficznymi).
To by było na tyle;)
Pozdrawiam ciepło!
Pola