Jako że dosłownie za chwilę na bloga wskoczy kolejne opowiadanie z Cyklu Słowiańskiego, postanowiłam opublikować posta ze wszystkimi częściami ,,Sabinki" (pierwszą, drugą i trzecią – linkuję, jakby ktoś chciał na przykład poczytać komentarze, czy coś) – ot, żeby nie musieć skakać między postami.
Wszystkie ,,Sabinki" powstały w ramach Kreatywnego spojrzenia na kolejno: kwiecień, czerwiec, lipiec.
Poprzednia część: Kruchy lód

Sabinka
I.
– To na pewno jest dobra
decyzja?
Już zadając to pytanie,
wiedziałam, że nie, ani trochę. Ale oczywiście odpowiedź była inna.
– Psze się nie bać, pani
Aniu. – Pan Włodek, dostawca z Instytutu Badań Nad Istotami Nadprzyrodzonymi, z
uczuciem walnął mnie w ramię, co chyba miało być klepnięciem wsparcia. –
Zupełnie oswojony okaz, kategoria E. Prawie jak zwierzątko domowe.
Z powątpiewaniem
zerknęłam na „zwierzątko domowe” stojące na środku kuchni i oczywiście otoczone
przez Hejdasza, wielkodusznego diabła z kwiatami wplecionymi w rogi oraz Witusia,
wybitnie leniwego i wrednego krasnoludka. „Zwierzątko domowe” wyglądające jak
monstrualna hybryda koguta, jaszczurki i węża. „Zwierzątko domowe” o pazurach
wielkości moich palców i ostro zakrzywionym dziobie. „Zwierzątko domowe” z
gadzim ogonem i krwistoczerwonym upierzeniem. Złowrogi efekt psuły jedynie
narciarskie, różowe gogle na oczach. Wiedziałam jednak, co zasłaniają i jakoś nie
bardzo było mi do śmiechu.
Przed sobą miałam rzekomo
udomowiony okaz bazyliszka.
W klasyfikacji obiektów
badań Instytutu istniało pięć kategorii, od A do E. Pierwsza oznaczała istotę
zupełnie dziką, do której najlepiej się nie zbliżać. Śmiertelnie niebezpieczna.
Niższe stopnie oznaczały istoty wciąż dzikie, ale niestanowiące aż takiego
zagrożenia dla człowieka. Kategorie zamykało E- czyli istoty niemal zupełnie
ucywilizowane, udomowione, prawie jak pieski. No, pozostawały jeszcze
stworzenia takie jak Hejdasz i Wituś. Właściwie jak ludzie, poza paroma mniej lub
bardziej istotnymi szczegółami. Oni jednak nie wchodzili już raczej w grupę „obiekty obserwacji”, tylko „upierdliwi
lokatorzy”.
No i oto stało przede mną
monstrum, które patrząc optymistycznie, wcieliłabym co najmniej do kategorii B.
– Nie wiedziałam, że
bazyliszki mogą być… hm, udomowione – powiedziałam, kątem oka obserwując, jak
Hejdasz pakuje w potworka ciasteczka. Z sukcesem.
– Pierwszy przypadek
chyba – rzekł z patosem pan Włodek, po czym podzielił się ze mną rozdzierającą
serce opowieścią.
Otóż niedługo po wykluciu
się z koguciego jaja (umieszczonego na stercie gnoju i wysiadywanego przez
dziewięć lat przez ropuchę, jeśli chcemy być dokładni), to, hm, zwierzę,
zostało przygarnięte przez niewidomą staruszkę o wielkim sercu do wszelkiej
fauny. Najwidoczniej łuski w połączeniu z piórami nie wzbudziły niepokoju, za
to natychmiastowy zgon kota i wszystkich chomików po spojrzeniu w oczy nowemu
lokatorowi już tak. W ten sposób bazyliszek trafił pod skrzydła Instytutu, gdzie
też otrzymał twarzowe gogle. Szybko okazało się, że zaledwie kilkumiesięczny
(za to prawie mojej wielkości) potworek zdążył pokochać swoją właścicielkę.
Skrzeczał po nocach z rozpaczy, tęsknił i w ogóle cierpiał.
Zawyrokowano więc:
zwierzę pragnie miłości!
Nie wiedzieć czemu
uznano, że to właśnie ja, od jakiegoś czasu zamieszkała na odludziu w celach
badawczych (zakładających głównie obserwację stworzeń nadprzyrodzonych w
naturalnym środowisku, tudzież w domu), mogę go zaadoptować i dać pożądane
ciepło, czy coś w tym stylu.
Nie wiem, kto to
wymyślił, ale z całą pewnością mnie nie znał.
– Czy on ma jakieś imię?
– zapytał Hejdasz, z zachwytem patrząc, jak bazyliszek je mu z łapy.
– Nie on, tylko ona –
poprawił pan Włodek. – Mówili na nią Sabinka.
Nie skomentowałam.
– Chyba cisną ją te gogle
– stwierdził diabeł. – To może je zde…
– NIE! – ryknęliśmy z
panem Włodkiem równocześnie, a Wituś rzucił się na twarzą do ziemi.
Łapa Hejdasza zawisła w
powietrzu.
– Ale dlaczego?
Następne piętnaście minut
tłumaczyłam mu konieczność gogli, podczas gdy pan Włodek pospiesznie ewakuował
się do toalety, najwidoczniej chcąc
uniknąć kolejnego ataku miłosierdzia.
– Ale że tak na śmierć
zabija? – zapytał sceptycznie Hejdasz.
– Że na śmierć.
Diabeł zerknął na
bazyliszka, który właśnie zjadał opakowanie po ciastkach.
– Anka…
– No co?
– Ale Sabinka jest miła.
– Nieważne. To nie zależy
od niej – wyjaśniłam. – Rozumiesz? Nie zdejmujemy gogli.
– Ale tak nigdy?
– Ale tak nigdy.
Hejdasz poklepał Sabinkę
po głowie. Ku mojemu zdziwieniu, bazyliszek wydał z siebie dziwne gdakanie
ekstazy.
– To ona wszystko widzi
na różowo!
– Pewnie tak.
– A jak nie lubi
różowego?
– No to… – Umilkłam w
obliczu tak rozbrajającego pytania. – No to… no to jakoś przeżyje.
Oczywiście dowiedziałam
się, że jestem bez serca. Normalne.
Pan Włodek, który
najwyraźniej poczuł się wystarczająco bezpieczny, w końcu wyszedł z toalety,
aby dopełnić wszelkich formalności. Podpisałam parę dokumentów, ustaliłam, że
Sabinka zamieszka w piwnicy (lochy i podziemia to dla bazyliszków środowiska
naturalne), dla przyzwoitości jeszcze trochę ponarzekałam i oto oficjalnie moje
skromne domostwo przyjęło nowego lokatora.
***
Równo o piątej obudziło
mnie pianie koguta.
A raczej jakiegoś makabrycznego
koguta z horroru. Koguta-potwora ziejącego ogniem.
Koguta godzilli. Pianie połączone z ze
skrzekiem i jakimś przedwiecznym rykiem.
Poderwałam się, przy
okazji prawie spadając z łóżka. Przeraźliwy dźwięk wwiercał mi się w uszy,
przeszywał boleśnie, trząsł domem i odbijał się od każdego napotkanego
przedmiotu.
Jęknęłam, nie mogąc
znieść tak nieludzkiego odgłosu, a potem jęknęłam raz jeszcze przypominając
sobie, kto, a raczej co, mogło wydać z siebie coś takiego.
Zerwałam się na równe
nogi i popędziłam skrzypiącymi schodami na dół, pełna złych przeczuć. Wpadłam
do kuchni, tam jednak nie było żywej duszy. Na podłodze walały się ziarna dla
kur, które zakupiłam wczoraj w wiejskim sklepie. Drzwi od piwnicy stały
otworem.
Wybiegłam na dwór i aż
zatrzymałam się w drzwiach z wrażenia.
Na krzywo wykoszonym
(Hejdasz ostatnio odkrył w sobie pasję ogrodnictwa, co poskutkowało ofiarami w postaci zepsutej kosiarki, zrujnowanego ogrodu i moich zszarganych nerwów) trawniku
stała Sabinka. Jej pióra zalśniły w złotym blasku wschodzącego słońca, gdy
majestatycznie uniosła łeb do góry. Zaczerpnęła oddechu i wydobyła z siebie
kolejne, jeszcze bardziej przeszywające pianie.
Wzdrygnęłam się,
przytomniejąc.
– Hej! – wrzasnęłam.
Sabinka z godnością mnie
zignorowała i kontynuowała rytuał budzenia. Udany, bowiem po chwili obok mnie
zjawił się Wituś z miną małego mordercy. Nawet Hejdasz, którego snu zazwyczaj
nie mogły przerwać nawet przejeżdżające czołgi, wystawił łeb zza drzwi.
– Zamknij się! – pisnął
gniewnie Wituś, co niestety nie wywołało spodziewanego skutku. Trzydzieści centymetrów
bez czapki nie budziło szczególnego szacunku.
Już miałam przejść do
kolejnych, zapewne bardziej stanowczych działań, gdy pianie gwałtownie się
urwało. Sabinka przeciągnęła się, skrzeknęła i najzwyczajniej w świecie
pomaszerowała do domu.
Odprowadziliśmy ją
oszołomionym wzrokiem.
– To… tak już zawsze
będzie? – nieśmiało odważył się zapytać Hejdasz.
– Na pewno nie –
powiedziałam gwałtownie, odpędzając nasuwającą się wizję wstawania o tak
nieludzkiej porze.
Poza tym w okolicy, mimo
że jak na miejsce, w którym ostali się nieliczni przedstawiciele stworzeń
nadprzyrodzonych przystało, dość opustoszałej, było jednak kilka (trzy) domy.
Daleko, bo daleko, ale podejrzewałam, że ten dźwięk mógł dojść nawet do wioski.
Odsunęłam natrętną myśl o reakcji sąsiadów. Nasze stosunki były, hm… napięte.
Nie wspominając już o sarnach i demonach w pobliskich lasach, które pewnie już
teraz nieźle się spłoszyły. Albo w drugim przypadku, wkurzyły.
Pokręciłam głową i weszłam
do domu. Sabinka najspokojniej w świecie stała na środku podłogi i ze stoickim
spokojem patrzyła, jak biorę bardzo głęboki oddech, próbując się uspokoić.
– Słuchaj no – zaczęłam
raczej nieprzyjaźnie. – Nie wiem, co to było…
– Pianie – podsunął
uprzejmie Hejdasz.
Zignorowałam go i
skupiłam na Sabince. Fakt, że widziałam swoje odbicie w różowych szkłach,
wystarczająco wytrącał mnie z równowagi.
– … ale nie będę tego
tolerować. Rozumiesz? Nie ma budzenia o piątej! Ani o szóstej. Ani w ogóle o
żadnej innej godzinie, dobra? Nie piejemy. Ani rano, ani w ogóle nigdy!
Sabinka wysłuchała mnie z
umiarkowanym zainteresowaniem, po czym zapiała mi do ucha.
I tego właśnie dnia
rozpoczęła się wojna.
II.
– …i przyszli, te instytuty te, i
powyciągali te diabły kosmate z lasów, o! Wcześniej dobrze było, a teraz te
potwory jak święte krowy!
Dyskretnie zerknęłam na zegarek.
Pani Kisielowa, pokaźna i dość nerwowa matrona, wylewała żale już od sześciu
minut. Byłam doprawdy pełna podziwu.
Poprawiłam się na fotelu. Od rana
przyjmowałam wszystkich skarżących się na Sabinkę, tego wrednego, kogutopodobnego
stwora, który z sobie tylko znanych powodów uznał, że potworne ryki o piątej
rano to znakomity pomysł.
Cóż, powiedzmy, że moi sąsiedzi nie byli
szczególnie zachwyceni.
Zaczęło się od kulturalnych
napomnień. Później przerodziły się w pełne irytacji uwagi i oskarżenia.
Aż w końcu stałam się obiektem
nienawiści całego sąsiedztwa.
W skargach przodowała pani
Kisielowa, która była już u mnie szósty raz w ciągu pięciu dni. O ile początki
rozmów przebiegały jeszcze w miarę cywilizowany sposób, później moja sąsiadka
swobodnie pozbywała się wszelkich pozorów grzeczności i wygarniała mi wszystko,
co myśli. O bazyliszku, o mnie, moich badaniach, Instytucie, lokatorach i w
ogóle niesprawiedliwości życia.
– … naukowcy cholerni, panoszą się,
jak u siebie! Stworzenia nadprzyrodzone! Ha! Żeby spokojnych ludzi tak po nocy
budzić! Zwierzęta straszyć! I jeszcze paskuda pod ochroną jest! Jak te
wszystkie demony, zaraza! Przyjechali, zajęli i jeszcze wysłali tych, pożal się
Boże, badaczy!
No tak.
Badania nad istotami
nadprzyrodzonymi były stosunkowo nową dziedziną nauki, która narodziła się parę
lat temu. To wtedy światem wstrząsnęły sensacyjne odkrycia w pewnym odludnym
lesie- odnaleziono stworzenia, w których istnienie dotąd nawet nie wierzono i
kojarzono tylko ze starymi legendami. Okazało się, że ostali się nieliczni,
ukrywający się przez wieki przedstawiciele gatunków, dosłownie na skraju
wyginięcia przez ludzkość i rozwój cywilizacji. I wtedy właśnie powstał tak
potępiany przez panią Kisielową Instytut Badań Nad Istotami Nadprzyrodzonymi (w
skrócie IBNIN), który otoczył stworzenia ochroną i kategorycznie zabronił ich
zabijania. Regularnie wysyłał również
„pożal się Boże, badaczy”, w tym niedawno moją skromną osobę, w celach
obserwacji tych świeżo odkrytych gatunków.
Moi sąsiedzi nigdy do końca nie
zaakceptowali mojej obecności, ale teraz, gdy przyjęłam bazyliszka… no cóż,
nasze stosunki, o ile to w ogóle możliwe, pogorszyły się jeszcze bardziej.
Sabinka rozsądnie mnie unikała i
wraz z przyjściem pani Kisielowej oczywiście ulotniła się do kuchni, gdzie
Hejdasz smażył naleśniki z dżemem.
Wnioskując po odgłosach, właśnie próbowała zjeść patelnię.
Przejechałam dłonią po twarzy.
– Co, nudzę panią?! – wrzasnęła pani
Kisielowa, ostatecznie tracąc panowanie nad sobą.
Nie wytrzymałam.
– Owszem – wycedziłam chłodno. –
Proszę mi uwierzyć, słuchanie tego samego pięć dni z rzędu nie jest szczególnie
fascynujące.
Panią Kisielową na chwilę zatkało.
Otworzyła usta i je zamknęła.
Po czym wolno pokiwała głową.
– A więc tak – powiedziała z
mrocznym spokojem. – W takim razie ja już sobie pójdę.
Z cichym stęknięciem podniosła się z
fotela i wyszła. Odprowadziłam ją oszołomionym wzrokiem. Ten brak reakcji był
co najmniej niepokojący.
Przełknęłam ślinę, czując
narastającą grozę. Jak to było? „Zemsta najlepiej smakuje na zimno”?
Odepchnęłam od siebie napływające
czarne myśli.
Z niejakim trudem podniosłam się z
fotela i poszłam do kuchni. Hejdasz właśnie próbował odkleić naleśnika od
podejrzanie obgryzionej patelni, a Sabinka dobrała się do słoika z dżemem.
Diabeł rozsądnie zasłonił bazyliszka
własnym ciałem. Rzuciłam im zmęczone spojrzenie i nastawiłam wodę na kawę.
Od kilku dni między mną a Sabinką
trwał konflikt. Najczęściej polegał na tym, że ja na nią krzyczałam, a ona w
odpowiedzi piała mi do ucha. Poczwara jednak nie przestawała na tym- regularnie
znajdywałam swoje poduszki i prześcieradła w malowniczych strzępach, nie
wspominając już o skłonności bazyliszka do pożerania wszystkiego. W tym moich
notatek.
Uściślijmy: bardzo ważnych notatek.
Kiedyś autentycznie chciałam zakleić
dziób bazyliszka taśmą klejącą, ale gdy zobaczyłam, jak samym jego czubkiem
przebił metalową puszkę, uznałam, że chyba nie warto. Nie wspominając o
ewentualnym pozwaniu za znęcanie się nad zwierzętami.
O to, że zwierzę znęca się nade mną,
nikt już nie dbał.
– Czemu ta pani była taka zła? –
zapytał Hejdasz, zeskrobując szczątki naleśnika z patelni.
Łypnęłam na niego nieprzychylnie.
Brak snu sprawiał, że byłam jeszcze
bardziej drażliwa niż zwykle.
– A jak sądzisz?
Diabeł zerknął na Sabinkę, której
różowe gogle były już niemal w całości pokryte dżemem i gładko zmienił temat.
– Chcesz naleśnika?
Spojrzałam na poczerniałe szczątki.
Moje usta już układały się w pełne
jadu „nie, dzięki”, gdy nagle rozległ się grzmot. Poczułam, jak trzęsie się
podłoga.
Na chwilę zapadła martwa cisza.
Wyjrzałam za okno. Na dotąd
krystalicznym, letnim niebie znikąd pojawiły się chmury.
– Anka? – W głosie Hejdasza dało się
wyczuć nutki paniki.
I znowu nie dane było mi się
odezwać, bo drzwi otworzyły się gwałtownie, prawie wypadając z zawiasów. Zawiał
zimny wiatr, niemal zbijając mnie z nóg.
W progu stała czarownica.
Miała rzadkie, siwe włosy i czarne
jak węgle oczy, a twarz z haczykowatym nosem pokrywała siatka zmarszczek.
Długa, połatana spódnica zamiatała ziemię. Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości
co do jej tożsamości, w ręku ściskała wielką miotłę.
Wiedźma potoczyła po nas wzrokiem.
Najwidoczniej usatysfakcjonowało ją wrażenie, jakie wywarło na nas jej
efektowne wejście, bo rozchyliła usta w upiornym uśmiechu.
Wszystkie zęby były żelazne.
Sabinka wydała z siebie dziwny
skrzek i schowała się za Hejdasza.
Wzdrygnęłam się.
Czarownica, wiedźma, Baba Jaga-
jakkolwiek by się jej nie nazwało, zawsze wywoływała przerażenie. Nawet w
IBNINie. Przeszkodą w badaniach nie byli nawet tyle niezadowoleni mieszkańcy wiosek,
ile właśnie wiedźmy, do odkrycia istnienia drugiego świata niemal władczynie
lasów i wszystkich zamieszkujących je stworzeń. Nawet teraz, mimo kruchej ugody
między naukowcami a czarownicami (omijać szerokim łukiem, nie ingerować we
wzajemne sprawy), każdy rozsądny starał się trzymać od nich z daleka.
Ponoć mieszkały w chatach na kurzych
łapach, otoczonych płotem z ludzkich kości. Latały na miotłach i w
moździerzach. Porywały i zjadały dzieci. Zsyłały choroby samym spojrzeniem i
przywoływała chmury.
Przede wszystkim jednak władały
magią, której nawet naukowcy jeszcze nie zgłębili.
Magią i bardzo potężną wiedzą.
Baba Jaga, wciąż nie przestając się
uśmiechać, wychrypiała efektownie:
– Chyba musimy porozmawiać.
III.
Mocne wejście się udało.
Przez dobrą chwilę
wszyscy obecni w osłupieniu kontemplowali nowo przybyłą, która najwyraźniej
uznała nasz brak oporów za zgodę i weszła do środka. Już i tak sfatygowane
drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Wiedźma stanęła na środku
kuchni i zerknęła na mnie spod uniesionych brwi.
– Dzień dobry?
– Dzień dobry –
powtórzyłam niepewnie, odzyskując głos. – Przepraszam, o czym chce pani ze mną
porozmawiać? I tak właściwie to kim pani jest?
Kobieta radośnie
zignorowała moje pytania i nie dość, że się nie przedstawiła, to jeszcze
powiedziała bezczelnie:
– Może mi pani zrobić
herbaty, pani Aniu. Czarna, z cytryną, półtorej łyżki cukru.
Nie wiem, czy bardziej
wstrząsnął mną fakt, że czarownica zna moje imię, czy że właśnie potraktowała
mnie jak służącą w moim własnym domu.
Normalnie rzuciłabym
jakimś jadowitym komentarzem, ale nagła błyskawica za oknem skutecznie mnie do
tego zniechęciła. Niebo niemal zupełnie przykryło się chmurami.
Wstawiłam wodę na
herbatę, dziękując niebiosom, że Wituś poszedł głosić rebelię wśród krasnoludzkich
pobratymców, bo pewnie zaraz dość wyraźnie dałby do zrozumienia, co sądzi o tej
sytuacji.
Wolałam jednak dożyć
wieczora.
Rozpaczliwie próbowałam
przypomnieć sobie wszystkie informacje o wiedźmach, jakie przyswoiłam na
studiach i szkoleniu w Instytucie. Jakoś nigdy nie miałam zajęć z cyklu „jak dyplomatycznie
rozmawiać z czarownicami”. Jeśli chodzi o formy kontaktu z wiedźmami,
przekazano nam tylko, że najlepiej ich unikać.
Tak, bardzo mi się to
teraz przyda.
– A pani w jakiej
sprawie? – zapytałam ostrożnie.
Gość zdążył się już
rozsiąść na drewnianym krześle i wyciągnąć przed siebie obute w zniszczone
trzewiki nogi.
– A jak pani myśli? –
spytała wiedźma jadowicie.
– Myślę, że może trochę
grzeczniej – wypaliłam, zanim zdążyłam pomyśleć.
Aha, dożyć wieczora.
Niemal słyszałam, jak
Hejdasz i Sabinka wstrzymują oddech z wyczekiwaniem.
Mimowolnie zrobiłam to samo.
Kobieta parsknęła iście
szatańskim śmiechem. Zamrugałam.
– Niezły z pani numer –
wykrztusiła, ocierając łzy. – Tak jak zresztą sądziłam. Jestem tu w sprawie
tego. – Sękaty palec wycelował w Sabinkę ukrytą za dygoczącym Hejdaszem.
Bazyliszek zagdakał.
Wciąż wyciągnięta ręka
czarownicy zrobiła niecierpliwy gest w jego stronę. Potwór gwałtownie zamilkł.
– Co pani zrobiła mojemu
bazyliszkowi? – przeraziłam się.
– Uciszyłam go. Niestety
tylko na parę minut. Woda się zagotowała, pani Aniu.
Przez chwilę szczerze
rozważałam, czy nie chlusnąć wrzątkiem na pod nogi gościa. W końcu jednak
zalałam herbatę.
Postawiłam kubek na
stole.
– Z cytryną i cukrem –
przypomniała wiedźma.
Zacisnęłam zęby. Poszłam po
wyżej wymienione składniki, czując na sobie ironiczne spojrzenie czarownicy.
– Nie jest pani zbyt
gościnna, prawda?
W stosunku do
nieproszonych gości? Nie bardzo.
Tę uwagę jednak
zachowałam dla siebie. Wystarczająco wiele nasłuchałam się na studiach o
zsyłaniu malarii samym spojrzeniem.
Gdy w końcu herbata była
gotowa, czarownica łaskawym gestem pokazała mi, że mam usiąść. Nie udało mi się
do końca ukryć swoich uczuć, bo kobieta powiedziała pokojowo:
– Chcę porozmawiać
kulturalnie, pani Aniu, proszę się nie bać. Z tego co wiem, otrzymywała już
pani skargi na… to coś – palec znowu wycelował w Sabinkę. – A jednak nic to nie
dało. Od kilku dni burzy spokój całej okolicy.
Westchnęłam ciężko.
– Wiem, ale nie mam na to
wpływu.
– Naprawdę? W końcu to pani bazyliszek.
– Jeśli zna pani metodę,
żeby go powstrzymać, to proszę się nią podzielić. Ja nie mam już pomysłu –
powiedziałam szczerze.
– W takim razie ujmę to
jaśniej: potwór ma przestać piać, inaczej źle się to dla niego skończy.
Sabinka skuliła się
jeszcze bardziej. I chociaż miałam bardzo podobne odczucia co do jej porannych
koncertów, niespodziewanie wstąpił we mnie duch bojowy.
Uniosłam brwi.
– Grozi mi pani?
Znikąd powiał zimny
wiatr, targając mi włosy.
Wiedźma ponownie się
uśmiechnęła, dzięki czemu mogłam oglądać żelazne uzębienie w całej okazałości.
– Po prostu przedstawiam
fakty. Ale to nie wszystko – oświadczyła, pociągając łyk herbaty.
No super.
– Nie?
– Stanowczo nie. – Kubek
z nieco zbyt głośnym trzaskiem wylądował na blacie stołu. – Jak pani pewnie
wie, mnie i temu pani… Instytutowi niezbyt po drodze.
Zapadła cisza, więc najwidoczniej
oczekiwano ode mnie odpowiedzi. Nigdy nie byłam dobra w „kulturalnych”
rozmowach, ale postanowiłam dać z siebie wszystko.
– Eee… – zaczęłam
ambitnie. – Znaczy, cóż… między Instytutem a czarownicami pojawiały się kiedyś
konflikty, ale przecież zawarto porozumienie, prawda? Staramy się nie wchodzić
sobie w pole i…
– Staramy się – przerwała
mi niedyplomatycznie czarownica. – Tak, doskonale to pani ujęła. Staramy się. Jaka szkoda, że nasze
starania nie zawsze idą w parze z rzeczywistością, prawda?
Miałam dosyć.
– Czego pani ode mnie
chce?
– Chcę, żeby się pani
stąd wyprowadziła.
Parsknęłam nieco nerwowym
śmiechem.
– Słucham?
– Bardzo dobrze, proszę
słuchać. Wystarczająco długo wytrzymywałam pani obecność. Ile to już? Teraz
mamy lipiec, prawda? Jakieś… osiem
miesięcy. Zbyt długo.
Czułam na sobie
zalęknione spojrzenia Hejdasza i Sabinki.
– Nie rozumiem –
powiedziałam chłodno, pełna podziwu dla samej siebie. – Moja obecność tutaj
jest dosyć dyskretna…
– Dyskretna? – zapytała
jadowicie czarownica. – Czyli nawet nie wie pani, podobnie jak inni pani
pokroju, ile zamieszania wprowadza pani swoją obecnością. Te pani badania,
obserwacje, wędrówki po lesie, ingerowanie w życie jego mieszkańców…
– Ja nie ingeruję –
zaprzeczyłam słabo.
Tak nawet brzmiała jedna
z zasad moich badań: „obserwować, nie ingerować”. I hej, starałam się. Wprawdzie
miałam parę incydentów, typu bardzo efektowna ucieczka przed rozjuszonymi
strzygami, ale ogólnie wydawało mi się, że raczej wtapiam się w otoczenie.
– Tak? Przypomnę pani
chociażby incydent z ostatniej zimy. Rozbijając lód na jeziorze obudziła pani
wszystkich jego mieszkańców ze snu zimowego…
O Boże.
Zerknęłam kątem oka na
Hejdasza. Wyszczerzył zęby w głupkowatym uśmiechu.
– … a skargi oczywiście
szły do mnie. Ale dałam pani szansę. Kolejne incydenty, kolejne wtykanie nosa w
nie swoje sprawy, kolejne wkraczanie na nasze terytorium udowodniły nam, że nie
możemy pani dłużej tolerować.
– Tolerować? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Nasze terytorium?
Terytorium, jako wielki
rezerwat, należało oczywiście do Instytutu, ale dla własnego bezpieczeństwa
wolałam tego nie mówić.
Za oknem strzelił piorun.
Czarownica znowu się do
mnie nachyliła. Odruchowo się cofnęłam.
– Pani Aniu, wydaje się
pani rozsądną osobą, dlatego wzbudziła pani moją sympatię.
Prawie zakrztusiłam się z
wrażenia. W takim razie chyba wolałam nie wiedzieć, jak wygląda brak sympatii.
– Tak więc to dopiero
pierwsze ostrzeżenie. Ma pani tydzień. A później… zobaczymy. Dziękuję za
herbatę.
Czarownica wstała. Ja również.
– Do zobaczenia, pani
Aniu – powiedziała, po czym rozpadła się w chmurę srebrzystego pyłu.
Efekciarstwo.
Za oknem zaczęło padać.
– I co teraz? – odważył
się zapytać Hejdasz.
Zamknęłam oczy i odetchnęłam
powoli, czując, jak schodzi ze mnie napięcie.
– Teraz trzeba napisać do
Instytutu – oznajmiłam stanowczo.
Łypnęłam na wystraszoną Sabinkę. Chciałam
rzucić jakimś komentarzem z cyklu „szczęśliwa?”, ale ku własnemu zdumieniu
stwierdziłam, że jakoś dziwnie mi jej szkoda.
Machnęłam na nią ręką i
poszłam po laptopa z zamiarem napisania maila do Instytutu.
Moje plany legły w
gruzach zaraz po tym, jak włączyłam komputer.
Nie było Internetu.
Domowa sieć jakby magicznie wyparowała, podobnie jak wszystkie pozostałe, z
którymi mogłabym się połączyć.
– Nie wierzę –
wymamrotałam, wyłączając i włączając router. – Po prostu nie wierzę.
A
jednak.
Coś
mnie tknęło i wyjęłam telefon. Zero zasięgu.
Byłam zupełnie odcięta od świata.
– No to… co teraz? –
ponowił pytanie Hejdasz.
Uznałam, że milczenie
będzie najlepszą odpowiedzią.
***
Ktoś mi się przypatrywał.
Do tego spojrzeniem tak
intensywnym, że właściwie niemal od razu się obudziłam.
Otworzyłam oczy, żeby
ujrzeć światło księżyca odbijające się w różowych goglach.
Wzdrygnęłam się
gwałtownie.
Sabinka stała na podłodze
i przyglądała mi się uważnie. Zerknęłam na zegarek. Druga dwadzieścia sześć.
Wszyscy już spali, nawet Wituś, który z rewolucji wrócił o północy, przez dobre
pół godziny skarżąc się na zatwardziałych konserwatystów tkwiących w skostniałym
systemie bezsensownej pomocy ludziom.
Z tego, co zrozumiałam,
rebeliant został zmuszony do wycofania się poprzez obrzucanie kamieniami i cegłami.
Przeniosłam uwagę na
bazyliszka, który uparcie stał przy moim łóżku.
– Co? – warknęłam.
Sabinka nawet nie
drgnęła.
Leżałam bez ruchu, bojąc
się odwrócić na drugi bok – wtedy znalazłabym się tyłem do potworka, a jakoś
się do tego nie kwapiłam.
Nagle bazyliszek napiął
się i całym ciężarem wskoczył na moje łóżko.
Wydałam z siebie
zdławiony okrzyk, a mebel zatrzeszczał niebezpiecznie.
Sabinka zagdakała smutno
i położyła się na wpół obok, na wpół na mnie.
Przez
chwilę nie bardzo wiedziałam, jak zareagować na to bezczelne wtargnięcie na
moją przestrzeń osobistą. Jednak jakiś bijący od bazyliszka smutek nie pozwolił
mi go zrzucić.
„Zwierzę
pragnie miłości…”.
Chyba trochę mi nie
wyszło.
Oparłam głowę na
poduszce.
Westchnęłam.
Sabinka westchnęła
również.
Po jakichś pięciu
minutach leżenia w ciszy i bezruchu, odważyłam się wyciągnąć rękę i niezgrabnie
pogłaskać potworka po upierzonej głowie.
Cichy skrzek wyrażał
więcej niż słowa.
Zdjęcie: Unsplash
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz