piątek, 18 listopada 2016

Sabinka (Cykl Słowiański #2)

...
Jako że dosłownie za chwilę na bloga wskoczy kolejne opowiadanie z Cyklu Słowiańskiego, postanowiłam opublikować posta ze wszystkimi częściami ,,Sabinki" (pierwszą, drugą i trzecią – linkuję, jakby ktoś chciał na przykład poczytać komentarze, czy coś) – ot, żeby nie musieć skakać między postami. 

Wszystkie ,,Sabinki" powstały w ramach Kreatywnego spojrzenia na kolejno: kwiecień, czerwiec, lipiec.

Poprzednia część: Kruchy lód 


Sabinka


I.


– To na pewno jest dobra decyzja?
Już zadając to pytanie, wiedziałam, że nie, ani trochę. Ale oczywiście odpowiedź była inna.
– Psze się nie bać, pani Aniu. – Pan Włodek, dostawca z Instytutu Badań Nad Istotami Nadprzyrodzonymi, z uczuciem walnął mnie w ramię, co chyba miało być klepnięciem wsparcia. – Zupełnie oswojony okaz, kategoria E. Prawie jak zwierzątko domowe.
Z powątpiewaniem zerknęłam na „zwierzątko domowe” stojące na środku kuchni i oczywiście otoczone przez Hejdasza, wielkodusznego diabła z kwiatami wplecionymi w rogi oraz Witusia, wybitnie leniwego i wrednego krasnoludka. „Zwierzątko domowe” wyglądające jak monstrualna hybryda koguta, jaszczurki i węża. „Zwierzątko domowe” o pazurach wielkości moich palców i ostro zakrzywionym dziobie. „Zwierzątko domowe” z gadzim ogonem i krwistoczerwonym upierzeniem. Złowrogi efekt psuły jedynie narciarskie, różowe gogle na oczach. Wiedziałam jednak, co zasłaniają i jakoś nie bardzo było mi do śmiechu.
Przed sobą miałam rzekomo udomowiony okaz bazyliszka.
W klasyfikacji obiektów badań Instytutu istniało pięć kategorii, od A do E. Pierwsza oznaczała istotę zupełnie dziką, do której najlepiej się nie zbliżać. Śmiertelnie niebezpieczna. Niższe stopnie oznaczały istoty wciąż dzikie, ale niestanowiące aż takiego zagrożenia dla człowieka. Kategorie zamykało E- czyli istoty niemal zupełnie ucywilizowane, udomowione, prawie jak pieski. No, pozostawały jeszcze stworzenia takie jak Hejdasz i Wituś. Właściwie jak ludzie, poza paroma mniej lub bardziej istotnymi szczegółami. Oni jednak nie wchodzili już raczej w grupę  „obiekty obserwacji”, tylko „upierdliwi lokatorzy”.
No i oto stało przede mną monstrum, które patrząc optymistycznie, wcieliłabym co najmniej do kategorii B.  
– Nie wiedziałam, że bazyliszki mogą być… hm, udomowione – powiedziałam, kątem oka obserwując, jak Hejdasz pakuje w potworka ciasteczka. Z sukcesem.
– Pierwszy przypadek chyba – rzekł z patosem pan Włodek, po czym podzielił się ze mną rozdzierającą serce opowieścią.
Otóż niedługo po wykluciu się z koguciego jaja (umieszczonego na stercie gnoju i wysiadywanego przez dziewięć lat przez ropuchę, jeśli chcemy być dokładni), to, hm, zwierzę, zostało przygarnięte przez niewidomą staruszkę o wielkim sercu do wszelkiej fauny. Najwidoczniej łuski w połączeniu z piórami nie wzbudziły niepokoju, za to natychmiastowy zgon kota i wszystkich chomików po spojrzeniu w oczy nowemu lokatorowi już tak. W ten sposób bazyliszek trafił pod skrzydła Instytutu, gdzie też otrzymał twarzowe gogle. Szybko okazało się, że zaledwie kilkumiesięczny (za to prawie mojej wielkości) potworek zdążył pokochać swoją właścicielkę. Skrzeczał po nocach z rozpaczy, tęsknił i w ogóle cierpiał.
Zawyrokowano więc: zwierzę pragnie miłości!
Nie wiedzieć czemu uznano, że to właśnie ja, od jakiegoś czasu zamieszkała na odludziu w celach badawczych (zakładających głównie obserwację stworzeń nadprzyrodzonych w naturalnym środowisku, tudzież w domu), mogę go zaadoptować i dać pożądane ciepło, czy coś w tym stylu.
Nie wiem, kto to wymyślił, ale z całą pewnością mnie nie znał.
– Czy on ma jakieś imię? – zapytał Hejdasz, z zachwytem patrząc, jak bazyliszek je mu z łapy.
– Nie on, tylko ona – poprawił pan Włodek. – Mówili na nią Sabinka.
Nie skomentowałam.
– Chyba cisną ją te gogle – stwierdził diabeł.  – To może je zde…
– NIE! – ryknęliśmy z panem Włodkiem równocześnie, a Wituś rzucił się na twarzą do ziemi.
Łapa Hejdasza zawisła w powietrzu.
– Ale dlaczego?
Następne piętnaście minut tłumaczyłam mu konieczność gogli, podczas gdy pan Włodek pospiesznie ewakuował się do toalety, najwidoczniej chcąc uniknąć kolejnego ataku miłosierdzia.
– Ale że tak na śmierć zabija? – zapytał sceptycznie Hejdasz.
– Że na śmierć.
Diabeł zerknął na bazyliszka, który właśnie zjadał opakowanie po ciastkach.
– Anka…
– No co?
– Ale Sabinka jest miła.
– Nieważne. To nie zależy od niej – wyjaśniłam. – Rozumiesz? Nie zdejmujemy gogli.
– Ale tak nigdy?
– Ale tak nigdy.
Hejdasz poklepał Sabinkę po głowie. Ku mojemu zdziwieniu, bazyliszek wydał z siebie dziwne gdakanie ekstazy.
– To ona wszystko widzi na różowo!
– Pewnie tak.
– A jak nie lubi różowego?
– No to… – Umilkłam w obliczu tak rozbrajającego pytania. – No to… no to jakoś przeżyje.
Oczywiście dowiedziałam się, że jestem bez serca. Normalne.
Pan Włodek, który najwyraźniej poczuł się wystarczająco bezpieczny, w końcu wyszedł z toalety, aby dopełnić wszelkich formalności. Podpisałam parę dokumentów, ustaliłam, że Sabinka zamieszka w piwnicy (lochy i podziemia to dla bazyliszków środowiska naturalne), dla przyzwoitości jeszcze trochę ponarzekałam i oto oficjalnie moje skromne domostwo przyjęło nowego lokatora.
***
Równo o piątej obudziło mnie pianie koguta.
A raczej jakiegoś makabrycznego koguta z horroru. Koguta-potwora ziejącego ogniem.  Koguta godzilli. Pianie połączone z ze skrzekiem i jakimś przedwiecznym rykiem.
Poderwałam się, przy okazji prawie spadając z łóżka. Przeraźliwy dźwięk wwiercał mi się w uszy, przeszywał boleśnie, trząsł domem i odbijał się od każdego napotkanego przedmiotu.
Jęknęłam, nie mogąc znieść tak nieludzkiego odgłosu, a potem jęknęłam raz jeszcze przypominając sobie, kto, a raczej co, mogło wydać z siebie coś takiego.
Zerwałam się na równe nogi i popędziłam skrzypiącymi schodami na dół, pełna złych przeczuć. Wpadłam do kuchni, tam jednak nie było żywej duszy. Na podłodze walały się ziarna dla kur, które zakupiłam wczoraj w wiejskim sklepie. Drzwi od piwnicy stały otworem.
Wybiegłam na dwór i aż zatrzymałam się w drzwiach z wrażenia.
Na krzywo wykoszonym (Hejdasz ostatnio odkrył w sobie pasję ogrodnictwa, co poskutkowało ofiarami w postaci zepsutej kosiarki, zrujnowanego ogrodu i moich zszarganych nerwów) trawniku stała Sabinka. Jej pióra zalśniły w złotym blasku wschodzącego słońca, gdy majestatycznie uniosła łeb do góry. Zaczerpnęła oddechu i wydobyła z siebie kolejne, jeszcze bardziej przeszywające pianie.
Wzdrygnęłam się, przytomniejąc.
– Hej! – wrzasnęłam.
Sabinka z godnością mnie zignorowała i kontynuowała rytuał budzenia. Udany, bowiem po chwili obok mnie zjawił się Wituś z miną małego mordercy. Nawet Hejdasz, którego snu zazwyczaj nie mogły przerwać nawet przejeżdżające czołgi, wystawił łeb zza drzwi.
– Zamknij się! – pisnął gniewnie Wituś, co niestety nie wywołało spodziewanego skutku. Trzydzieści centymetrów bez czapki nie budziło szczególnego szacunku.
Już miałam przejść do kolejnych, zapewne bardziej stanowczych działań, gdy pianie gwałtownie się urwało. Sabinka przeciągnęła się, skrzeknęła i najzwyczajniej w świecie pomaszerowała do domu.
Odprowadziliśmy ją oszołomionym wzrokiem.
– To… tak już zawsze będzie? – nieśmiało odważył się zapytać Hejdasz.
– Na pewno nie – powiedziałam gwałtownie, odpędzając nasuwającą się wizję wstawania o tak nieludzkiej porze.
Poza tym w okolicy, mimo że jak na miejsce, w którym ostali się nieliczni przedstawiciele stworzeń nadprzyrodzonych przystało, dość opustoszałej, było jednak kilka (trzy) domy. Daleko, bo daleko, ale podejrzewałam, że ten dźwięk mógł dojść nawet do wioski. Odsunęłam natrętną myśl o reakcji sąsiadów. Nasze stosunki były, hm… napięte. Nie wspominając już o sarnach i demonach w pobliskich lasach, które pewnie już teraz nieźle się spłoszyły. Albo w drugim przypadku, wkurzyły.  
Pokręciłam głową i weszłam do domu. Sabinka najspokojniej w świecie stała na środku podłogi i ze stoickim spokojem patrzyła, jak biorę bardzo głęboki oddech, próbując się uspokoić.
– Słuchaj no – zaczęłam raczej nieprzyjaźnie. – Nie wiem, co to było…
– Pianie – podsunął uprzejmie Hejdasz.
Zignorowałam go i skupiłam na Sabince. Fakt, że widziałam swoje odbicie w różowych szkłach, wystarczająco wytrącał mnie z równowagi.
– … ale nie będę tego tolerować. Rozumiesz? Nie ma budzenia o piątej! Ani o szóstej. Ani w ogóle o żadnej innej godzinie, dobra? Nie piejemy. Ani rano, ani w ogóle nigdy!
Sabinka wysłuchała mnie z umiarkowanym zainteresowaniem, po czym zapiała mi do ucha.
I tego właśnie dnia rozpoczęła się wojna.




II.

– …i przyszli, te instytuty te, i powyciągali te diabły kosmate z lasów, o! Wcześniej dobrze było, a teraz te potwory jak święte krowy! 
Dyskretnie zerknęłam na zegarek. Pani Kisielowa, pokaźna i dość nerwowa matrona, wylewała żale już od sześciu minut. Byłam doprawdy pełna podziwu.
Poprawiłam się na fotelu. Od rana przyjmowałam wszystkich skarżących się na Sabinkę, tego wrednego, kogutopodobnego stwora, który z sobie tylko znanych powodów uznał, że potworne ryki o piątej rano to znakomity pomysł.
 Cóż, powiedzmy, że moi sąsiedzi nie byli szczególnie zachwyceni.
Zaczęło się od kulturalnych napomnień. Później przerodziły się w pełne irytacji uwagi i oskarżenia.
Aż w końcu stałam się obiektem nienawiści całego sąsiedztwa.
W skargach przodowała pani Kisielowa, która była już u mnie szósty raz w ciągu pięciu dni. O ile początki rozmów przebiegały jeszcze w miarę cywilizowany sposób, później moja sąsiadka swobodnie pozbywała się wszelkich pozorów grzeczności i wygarniała mi wszystko, co myśli. O bazyliszku, o mnie, moich badaniach, Instytucie, lokatorach i w ogóle niesprawiedliwości życia.
– … naukowcy cholerni, panoszą się, jak u siebie! Stworzenia nadprzyrodzone! Ha! Żeby spokojnych ludzi tak po nocy budzić! Zwierzęta straszyć! I jeszcze paskuda pod ochroną jest! Jak te wszystkie demony, zaraza! Przyjechali, zajęli i jeszcze wysłali tych, pożal się Boże, badaczy! 
No tak.
Badania nad istotami nadprzyrodzonymi były stosunkowo nową dziedziną nauki, która narodziła się parę lat temu. To wtedy światem wstrząsnęły sensacyjne odkrycia w pewnym odludnym lesie- odnaleziono stworzenia, w których istnienie dotąd nawet nie wierzono i kojarzono tylko ze starymi legendami. Okazało się, że ostali się nieliczni, ukrywający się przez wieki przedstawiciele gatunków, dosłownie na skraju wyginięcia przez ludzkość i rozwój cywilizacji. I wtedy właśnie powstał tak potępiany przez panią Kisielową Instytut Badań Nad Istotami Nadprzyrodzonymi (w skrócie IBNIN), który otoczył stworzenia ochroną i kategorycznie zabronił ich zabijania. Regularnie wysyłał również  „pożal się Boże, badaczy”, w tym niedawno moją skromną osobę, w celach obserwacji tych świeżo odkrytych gatunków.
Moi sąsiedzi nigdy do końca nie zaakceptowali mojej obecności, ale teraz, gdy przyjęłam bazyliszka… no cóż, nasze stosunki, o ile to w ogóle możliwe, pogorszyły się jeszcze bardziej.
Sabinka rozsądnie mnie unikała i wraz z przyjściem pani Kisielowej oczywiście ulotniła się do kuchni, gdzie Hejdasz smażył naleśniki z dżemem. Wnioskując po odgłosach, właśnie próbowała zjeść patelnię.
Przejechałam dłonią po twarzy.
– Co, nudzę panią?! – wrzasnęła pani Kisielowa, ostatecznie tracąc panowanie nad sobą.
Nie wytrzymałam.
– Owszem – wycedziłam chłodno. – Proszę mi uwierzyć, słuchanie tego samego pięć dni z rzędu nie jest szczególnie fascynujące.
Panią Kisielową na chwilę zatkało. Otworzyła usta i je zamknęła.
Po czym wolno pokiwała głową.
– A więc tak – powiedziała z mrocznym spokojem. – W takim razie ja już sobie pójdę.
Z cichym stęknięciem podniosła się z fotela i wyszła. Odprowadziłam ją oszołomionym wzrokiem. Ten brak reakcji był co najmniej niepokojący.
Przełknęłam ślinę, czując narastającą grozę. Jak to było? „Zemsta najlepiej smakuje na zimno”?
Odepchnęłam od siebie napływające czarne myśli.
Z niejakim trudem podniosłam się z fotela i poszłam do kuchni. Hejdasz właśnie próbował odkleić naleśnika od podejrzanie obgryzionej patelni, a Sabinka dobrała się do słoika z dżemem.
Diabeł rozsądnie zasłonił bazyliszka własnym ciałem. Rzuciłam im zmęczone spojrzenie i nastawiłam wodę na kawę.
Od kilku dni między mną a Sabinką trwał konflikt. Najczęściej polegał na tym, że ja na nią krzyczałam, a ona w odpowiedzi piała mi do ucha. Poczwara jednak nie przestawała na tym- regularnie znajdywałam swoje poduszki i prześcieradła w malowniczych strzępach, nie wspominając już o skłonności bazyliszka do pożerania wszystkiego. W tym moich notatek.
Uściślijmy: bardzo ważnych notatek.
Kiedyś autentycznie chciałam zakleić dziób bazyliszka taśmą klejącą, ale gdy zobaczyłam, jak samym jego czubkiem przebił metalową puszkę, uznałam, że chyba nie warto. Nie wspominając o ewentualnym pozwaniu za znęcanie się nad zwierzętami.
O to, że zwierzę znęca się nade mną, nikt już nie dbał.
– Czemu ta pani była taka zła? – zapytał Hejdasz, zeskrobując szczątki naleśnika z patelni.
Łypnęłam na niego nieprzychylnie. Brak snu sprawiał, że byłam jeszcze bardziej drażliwa  niż zwykle.
– A jak sądzisz?
Diabeł zerknął na Sabinkę, której różowe gogle były już niemal w całości pokryte dżemem i gładko zmienił temat.
– Chcesz naleśnika?
Spojrzałam na poczerniałe szczątki.
Moje usta już układały się w pełne jadu „nie, dzięki”, gdy nagle rozległ się grzmot. Poczułam, jak trzęsie się podłoga. 
Na chwilę zapadła martwa cisza.
Wyjrzałam za okno. Na dotąd krystalicznym, letnim niebie znikąd pojawiły się chmury. 
– Anka? – W głosie Hejdasza dało się wyczuć nutki paniki.
I znowu nie dane było mi się odezwać, bo drzwi otworzyły się gwałtownie, prawie wypadając z zawiasów. Zawiał zimny wiatr, niemal zbijając mnie z nóg.
W progu stała czarownica.
Miała rzadkie, siwe włosy i czarne jak węgle oczy, a twarz z haczykowatym nosem pokrywała siatka zmarszczek. Długa, połatana spódnica zamiatała ziemię. Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości co do jej tożsamości, w ręku ściskała wielką miotłę.
Wiedźma potoczyła po nas wzrokiem. Najwidoczniej usatysfakcjonowało ją wrażenie, jakie wywarło na nas jej efektowne wejście, bo rozchyliła usta w upiornym uśmiechu.
Wszystkie zęby były żelazne.
Sabinka wydała z siebie dziwny skrzek i schowała się za Hejdasza.
Wzdrygnęłam się. 
Czarownica, wiedźma, Baba Jaga- jakkolwiek by się jej nie nazwało, zawsze wywoływała przerażenie. Nawet w IBNINie. Przeszkodą w badaniach nie byli nawet tyle niezadowoleni mieszkańcy wiosek, ile właśnie wiedźmy, do odkrycia istnienia drugiego świata niemal władczynie lasów i wszystkich zamieszkujących je stworzeń. Nawet teraz, mimo kruchej ugody między naukowcami a czarownicami (omijać szerokim łukiem, nie ingerować we wzajemne sprawy), każdy rozsądny starał się trzymać od nich z daleka. 
Ponoć mieszkały w chatach na kurzych łapach, otoczonych płotem z ludzkich kości. Latały na miotłach i w moździerzach. Porywały i zjadały dzieci. Zsyłały choroby samym spojrzeniem i przywoływała chmury.
Przede wszystkim jednak władały magią, której nawet naukowcy jeszcze nie zgłębili.
Magią i bardzo potężną wiedzą.
Baba Jaga, wciąż nie przestając się uśmiechać, wychrypiała efektownie:
– Chyba musimy porozmawiać.   
     

III.

Mocne wejście się udało.
Przez dobrą chwilę wszyscy obecni w osłupieniu kontemplowali nowo przybyłą, która najwyraźniej uznała nasz brak oporów za zgodę i weszła do środka. Już i tak sfatygowane drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Wiedźma stanęła na środku kuchni i zerknęła na mnie spod uniesionych brwi.
– Dzień dobry?
– Dzień dobry – powtórzyłam niepewnie, odzyskując głos. – Przepraszam, o czym chce pani ze mną porozmawiać? I tak właściwie to kim pani jest?
Kobieta radośnie zignorowała moje pytania i nie dość, że się nie przedstawiła, to jeszcze powiedziała bezczelnie:
– Może mi pani zrobić herbaty, pani Aniu. Czarna, z cytryną, półtorej łyżki cukru.
Nie wiem, czy bardziej wstrząsnął mną fakt, że czarownica zna moje imię, czy że właśnie potraktowała mnie jak służącą w moim własnym domu.
Normalnie rzuciłabym jakimś jadowitym komentarzem, ale nagła błyskawica za oknem skutecznie mnie do tego zniechęciła. Niebo niemal zupełnie przykryło się chmurami.
Wstawiłam wodę na herbatę, dziękując niebiosom, że Wituś poszedł głosić rebelię wśród krasnoludzkich pobratymców, bo pewnie zaraz dość wyraźnie dałby do zrozumienia, co sądzi o tej sytuacji.
Wolałam jednak dożyć wieczora.
Rozpaczliwie próbowałam przypomnieć sobie wszystkie informacje o wiedźmach, jakie przyswoiłam na studiach i szkoleniu w Instytucie. Jakoś nigdy nie miałam zajęć z cyklu „jak dyplomatycznie rozmawiać z czarownicami”. Jeśli chodzi o formy kontaktu z wiedźmami, przekazano nam tylko, że najlepiej ich unikać.
Tak, bardzo mi się to teraz przyda.
– A pani w jakiej sprawie? – zapytałam ostrożnie.
Gość zdążył się już rozsiąść na drewnianym krześle i wyciągnąć przed siebie obute w zniszczone trzewiki nogi.    
– A jak pani myśli? – spytała wiedźma jadowicie.
– Myślę, że może trochę grzeczniej – wypaliłam, zanim zdążyłam pomyśleć.
Aha, dożyć wieczora.
Niemal słyszałam, jak Hejdasz i Sabinka wstrzymują oddech z wyczekiwaniem. Mimowolnie zrobiłam to samo.
Kobieta parsknęła iście szatańskim śmiechem. Zamrugałam.
– Niezły z pani numer – wykrztusiła, ocierając łzy. – Tak jak zresztą sądziłam. Jestem tu w sprawie tego. – Sękaty palec wycelował w Sabinkę ukrytą za dygoczącym Hejdaszem.
Bazyliszek zagdakał.
Wciąż wyciągnięta ręka czarownicy zrobiła niecierpliwy gest w jego stronę. Potwór gwałtownie zamilkł.
– Co pani zrobiła mojemu bazyliszkowi? – przeraziłam się.
– Uciszyłam go. Niestety tylko na parę minut. Woda się zagotowała, pani Aniu.
Przez chwilę szczerze rozważałam, czy nie chlusnąć wrzątkiem na pod nogi gościa. W końcu jednak zalałam herbatę.
Postawiłam kubek na stole.
– Z cytryną i cukrem – przypomniała wiedźma.
Zacisnęłam zęby. Poszłam po wyżej wymienione składniki, czując na sobie ironiczne spojrzenie czarownicy.
– Nie jest pani zbyt gościnna, prawda?
W stosunku do nieproszonych gości? Nie bardzo.
Tę uwagę jednak zachowałam dla siebie. Wystarczająco wiele nasłuchałam się na studiach o zsyłaniu malarii samym spojrzeniem.
Gdy w końcu herbata była gotowa, czarownica łaskawym gestem pokazała mi, że mam usiąść. Nie udało mi się do końca ukryć swoich uczuć, bo kobieta powiedziała pokojowo:
– Chcę porozmawiać kulturalnie, pani Aniu, proszę się nie bać. Z tego co wiem, otrzymywała już pani skargi na… to coś – palec znowu wycelował w Sabinkę. – A jednak nic to nie dało. Od kilku dni burzy spokój całej okolicy.
Westchnęłam ciężko.
– Wiem, ale nie mam na to wpływu.
– Naprawdę? W końcu to pani bazyliszek.
– Jeśli zna pani metodę, żeby go powstrzymać, to proszę się nią podzielić. Ja nie mam już pomysłu – powiedziałam szczerze.
– W takim razie ujmę to jaśniej: potwór ma przestać piać, inaczej źle się to dla niego skończy.
Sabinka skuliła się jeszcze bardziej. I chociaż miałam bardzo podobne odczucia co do jej porannych koncertów, niespodziewanie wstąpił we mnie duch bojowy.
Uniosłam brwi.
– Grozi mi pani?
Znikąd powiał zimny wiatr, targając mi włosy.
Wiedźma ponownie się uśmiechnęła, dzięki czemu mogłam oglądać żelazne uzębienie w całej okazałości.
– Po prostu przedstawiam fakty. Ale to nie wszystko – oświadczyła, pociągając łyk herbaty.
No super.
– Nie?
– Stanowczo nie. – Kubek z nieco zbyt głośnym trzaskiem wylądował na blacie stołu. – Jak pani pewnie wie, mnie i temu pani… Instytutowi  niezbyt po drodze.
Zapadła cisza, więc najwidoczniej oczekiwano ode mnie odpowiedzi. Nigdy nie byłam dobra w „kulturalnych” rozmowach, ale postanowiłam dać z siebie wszystko.
– Eee… – zaczęłam ambitnie. – Znaczy, cóż… między Instytutem a czarownicami pojawiały się kiedyś konflikty, ale przecież zawarto porozumienie, prawda? Staramy się nie wchodzić sobie w pole i…
– Staramy się – przerwała mi niedyplomatycznie czarownica. – Tak, doskonale to pani ujęła. Staramy się. Jaka szkoda, że nasze starania nie zawsze idą w parze z rzeczywistością, prawda?
Miałam dosyć.
– Czego pani ode mnie chce?
– Chcę, żeby się pani stąd wyprowadziła.
Parsknęłam nieco nerwowym śmiechem.
– Słucham?
– Bardzo dobrze, proszę słuchać. Wystarczająco długo wytrzymywałam pani obecność. Ile to już? Teraz mamy lipiec, prawda? Jakieś… osiem miesięcy. Zbyt długo.
Czułam na sobie zalęknione spojrzenia Hejdasza i Sabinki.
– Nie rozumiem – powiedziałam chłodno, pełna podziwu dla samej siebie. – Moja obecność tutaj jest dosyć dyskretna…
– Dyskretna? – zapytała jadowicie czarownica. – Czyli nawet nie wie pani, podobnie jak inni pani pokroju, ile zamieszania wprowadza pani swoją obecnością. Te pani badania, obserwacje, wędrówki po lesie, ingerowanie w życie jego mieszkańców…
– Ja nie ingeruję – zaprzeczyłam słabo.
Tak nawet brzmiała jedna z zasad moich badań: „obserwować, nie ingerować”. I hej, starałam się. Wprawdzie miałam parę incydentów, typu bardzo efektowna ucieczka przed rozjuszonymi strzygami, ale ogólnie wydawało mi się, że raczej wtapiam się w otoczenie.
– Tak? Przypomnę pani chociażby incydent z ostatniej zimy. Rozbijając lód na jeziorze obudziła pani wszystkich jego mieszkańców ze snu zimowego…
O Boże.
Zerknęłam kątem oka na Hejdasza. Wyszczerzył zęby w głupkowatym uśmiechu.
– … a skargi oczywiście szły do mnie. Ale dałam pani szansę. Kolejne incydenty, kolejne wtykanie nosa w nie swoje sprawy, kolejne wkraczanie na nasze terytorium udowodniły nam, że nie możemy pani dłużej tolerować.
Tolerować? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Nasze terytorium?
Terytorium, jako wielki rezerwat, należało oczywiście do Instytutu, ale dla własnego bezpieczeństwa wolałam tego nie mówić.
Za oknem strzelił piorun.
Czarownica znowu się do mnie nachyliła. Odruchowo się cofnęłam.
– Pani Aniu, wydaje się pani rozsądną osobą, dlatego wzbudziła pani moją sympatię.
Prawie zakrztusiłam się z wrażenia. W takim razie chyba wolałam nie wiedzieć, jak wygląda brak sympatii.  
– Tak więc to dopiero pierwsze ostrzeżenie. Ma pani tydzień. A później… zobaczymy. Dziękuję za herbatę.
Czarownica wstała. Ja również.
– Do zobaczenia, pani Aniu – powiedziała, po czym rozpadła się w chmurę srebrzystego pyłu.
Efekciarstwo.
Za oknem zaczęło padać.
– I co teraz? – odważył się zapytać Hejdasz.
Zamknęłam oczy i odetchnęłam powoli, czując, jak schodzi ze mnie napięcie.
– Teraz trzeba napisać do Instytutu – oznajmiłam stanowczo.
 Łypnęłam na wystraszoną Sabinkę. Chciałam rzucić jakimś komentarzem z cyklu „szczęśliwa?”, ale ku własnemu zdumieniu stwierdziłam, że jakoś dziwnie mi jej szkoda.
Machnęłam na nią ręką i poszłam po laptopa z zamiarem napisania maila do Instytutu.
Moje plany legły w gruzach zaraz po tym, jak włączyłam komputer.
Nie było Internetu. Domowa sieć jakby magicznie wyparowała, podobnie jak wszystkie pozostałe, z którymi mogłabym się połączyć.
– Nie wierzę – wymamrotałam, wyłączając i włączając router. – Po prostu nie wierzę.
A jednak.
Coś mnie tknęło i wyjęłam telefon. Zero zasięgu.
 Byłam zupełnie odcięta od świata.
– No to… co teraz? – ponowił pytanie Hejdasz.
Uznałam, że milczenie będzie najlepszą odpowiedzią.

***

Ktoś mi się przypatrywał.
Do tego spojrzeniem tak intensywnym, że właściwie niemal od razu się obudziłam. 
Otworzyłam oczy, żeby ujrzeć światło księżyca odbijające się w różowych goglach.
Wzdrygnęłam się gwałtownie.
Sabinka stała na podłodze i przyglądała mi się uważnie. Zerknęłam na zegarek. Druga dwadzieścia sześć. Wszyscy już spali, nawet Wituś, który z rewolucji wrócił o północy, przez dobre pół godziny skarżąc się na zatwardziałych konserwatystów tkwiących w skostniałym systemie bezsensownej pomocy ludziom.
Z tego, co zrozumiałam, rebeliant został zmuszony do wycofania się poprzez obrzucanie kamieniami i cegłami.
Przeniosłam uwagę na bazyliszka, który uparcie stał przy moim łóżku.
– Co? – warknęłam.
Sabinka nawet nie drgnęła.
Leżałam bez ruchu, bojąc się odwrócić na drugi bok – wtedy znalazłabym się tyłem do potworka, a jakoś się do tego nie kwapiłam.
Nagle bazyliszek napiął się i całym ciężarem wskoczył na moje łóżko.
Wydałam z siebie zdławiony okrzyk, a mebel zatrzeszczał niebezpiecznie.
Sabinka zagdakała smutno i położyła się na wpół obok, na wpół na mnie.
Przez chwilę nie bardzo wiedziałam, jak zareagować na to bezczelne wtargnięcie na moją przestrzeń osobistą. Jednak jakiś bijący od bazyliszka smutek nie pozwolił mi go zrzucić.
„Zwierzę pragnie miłości…”.
Chyba trochę mi nie wyszło.  
Oparłam głowę na poduszce.
Westchnęłam.
Sabinka westchnęła również.
Po jakichś pięciu minutach leżenia w ciszy i bezruchu, odważyłam się wyciągnąć rękę i niezgrabnie pogłaskać potworka po upierzonej głowie.
Cichy skrzek wyrażał więcej niż słowa.



Zdjęcie: Unsplash

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz