piątek, 29 kwietnia 2016

Sabinka cz.1 (Cykl Słowiański)

...
Nadszedł ten dzień. Nareszcie nadszedł ten dzień.
Niektórzy z Was być może pamiętają, że w styczniu pojawiło się opowiadanie (które przeczytacie TUTAJ) o pewnej badaczce stworzeń nadprzyrodzonych ze słowiańskich wierzeń. Występowali: dobroduszny diabeł Hejdasz z kwiatami/świąteczną jemiołą i lampami w rogach (mały edit: jego postać zaczerpnęłam z ,,Bestiariusza słowiańskiego"), wredny krasnoludek Wituś, który odmówił pomocy ludziom i swój żywot spędza na wygodnym obijaniu się; wodnik Władziu z pobliskiego jeziora oraz wyżej wspomniana badaczka o imieniu Anka.
No tak, to wyjaśnienie vel przypomnienie już pewnie mówi samo za siebie.
Otóż... napisałam kontynuację!
(fanfary!)
Już po publikacji poprzedniego tekstu planowałam stworzenie ciągu dalszego, jednak długo nie mogłam się za to zabrać. Na szczęście w końcu wzięłam się do roboty i oto mam zaszczyt przedstawić państwu pierwszą część ,,Sabinki"!
Opowiadanko, tak jak poprzednie, to twór krótki i dosyć luźny. Sporo absurdu i zabawy motywami z wierzeń słowiańskich. Powstało w ramach wyzwania Kreatywne Spojrzenie, a hasła na ten miesiąc to: toaleta, kosiarka, ogień. 


 Sabinka (cz.1)


– To na pewno jest dobra decyzja?
Już zadając to pytanie, wiedziałam, że nie, ani trochę. Ale oczywiście odpowiedź była inna.
– Psze się nie bać, pani Aniu. – Pan Włodek, dostawca z Instytutu Badań Nad Istotami Nadprzyrodzonymi, z uczuciem walnął mnie w ramię, co chyba miało być klepnięciem wsparcia. – Zupełnie oswojony okaz, kategoria E. Prawie jak zwierzątko domowe.
Z powątpiewaniem zerknęłam na „zwierzątko domowe” stojące na środku kuchni i oczywiście otoczone przez Hejdasza, wielkodusznego diabła z kwiatami wplecionymi w rogi oraz Witusia, wybitnie leniwego i wrednego krasnoludka. „Zwierzątko domowe” wyglądające jak monstrualna hybryda koguta, jaszczurki i węża. „Zwierzątko domowe” o pazurach wielkości moich palców i ostro zakrzywionym dziobie. „Zwierzątko domowe” z gadzim ogonem i krwistoczerwonym upierzeniem. Złowrogi efekt psuły jedynie narciarskie, różowe gogle na oczach. Wiedziałam jednak, co zasłaniają i jakoś nie bardzo było mi do śmiechu.
Przed sobą miałam rzekomo udomowiony okaz bazyliszka.
W klasyfikacji obiektów badań Instytutu istniało pięć kategorii, od A do E. Pierwsza oznaczała istotę zupełnie dziką, do której najlepiej się nie zbliżać. Śmiertelnie niebezpieczna. Niższe stopnie oznaczały istoty wciąż dzikie, ale niestanowiące aż takiego zagrożenia dla człowieka. Kategorie zamykało E- czyli istoty niemal zupełnie ucywilizowane, udomowione, prawie jak pieski. No, pozostawały jeszcze stworzenia takie jak Hejdasz i Wituś. Właściwie jak ludzie, poza paroma mniej lub bardziej istotnymi szczegółami. Oni jednak nie wchodzili już raczej w grupę  „obiekty obserwacji”, tylko „upierdliwi lokatorzy”.
No i oto stało przede mną monstrum, które patrząc optymistycznie, wcieliłabym co najmniej do kategorii B.  
– Nie wiedziałam, że bazyliszki mogą być… hm, udomowione – powiedziałam, kątem oka obserwując, jak Hejdasz pakuje w potworka ciasteczka. Z sukcesem.
– Pierwszy przypadek chyba – rzekł z patosem pan Włodek, po czym podzielił się ze mną rozdzierającą serce opowieścią.
Otóż niedługo po wykluciu się z koguciego jaja (umieszczonego na stercie gnoju i wysiadywanego przez dziewięć lat przez ropuchę, jeśli chcemy być dokładni), to, hm, zwierzę, zostało przygarnięte przez niewidomą staruszkę o wielkim sercu do wszelkiej fauny. Najwidoczniej łuski w połączeniu z piórami nie wzbudziły niepokoju, za to natychmiastowy zgon kota i wszystkich chomików po spojrzeniu w oczy nowemu lokatorowi już tak. W ten sposób bazyliszek trafił pod skrzydła Instytutu, gdzie też otrzymał twarzowe gogle. Szybko okazało się, że zaledwie kilkumiesięczny (za to prawie mojej wielkości) potworek zdążył pokochać swoją właścicielkę. Skrzeczał po nocach z rozpaczy, tęsknił i w ogóle cierpiał.
Zawyrokowano więc: zwierzę pragnie miłości!
Nie wiedzieć czemu uznano, że to właśnie ja, od jakiegoś czasu zamieszkała na odludziu w celach badawczych (zakładających głównie obserwację stworzeń nadprzyrodzonych w naturalnym środowisku, tudzież w domu), mogę go zaadoptować i dać pożądane ciepło, czy coś w tym stylu.
Nie wiem, kto to wymyślił, ale z całą pewnością mnie nie znał.
– Czy on ma jakieś imię? – zapytał Hejdasz, z zachwytem patrząc, jak bazyliszek je mu z łapy.
– Nie on, tylko ona – poprawił pan Włodek. – Mówili na nią Sabinka.
Nie skomentowałam.
– Chyba cisną ją te gogle – stwierdził diabeł.  – To może je zde…
– NIE! – ryknęliśmy z panem Włodkiem równocześnie, a Wituś rzucił się na twarzą do ziemi.
Łapa Hejdasza zawisła w powietrzu.
– Ale dlaczego?
Następne piętnaście minut tłumaczyłam mu konieczność gogli, podczas gdy pan Włodek pospiesznie ewakuował się do toalety, najwidoczniej chcąc uniknąć kolejnego ataku miłosierdzia.
– Ale że tak na śmierć zabija? – zapytał sceptycznie Hejdasz.
– Że na śmierć.
Diabeł zerknął na bazyliszka, który właśnie zjadał opakowanie po ciastkach.
– Anka…
– No co?
– Ale Sabinka jest miła.
– Nieważne. To nie zależy od niej – wyjaśniłam. – Rozumiesz? Nie zdejmujemy gogli.
– Ale tak nigdy?
– Ale tak nigdy.
Hejdasz poklepał Sabinkę po głowie. Ku mojemu zdziwieniu, bazyliszek wydał z siebie dziwne gdakanie ekstazy.
– To ona wszystko widzi na różowo!
– Pewnie tak.
– A jak nie lubi różowego?
– No to… – Umilkłam w obliczu tak rozbrajającego pytania. – No to… no to jakoś przeżyje.
Oczywiście dowiedziałam się, że jestem bez serca. Normalne.
Pan Włodek, który najwyraźniej poczuł się wystarczająco bezpieczny, w końcu wyszedł z toalety, aby dopełnić wszelkich formalności. Podpisałam parę dokumentów, ustaliłam, że Sabinka zamieszka w piwnicy (lochy i podziemia to dla bazyliszków środowiska naturalne), dla przyzwoitości jeszcze trochę ponarzekałam i oto oficjalnie moje skromne domostwo przyjęło nowego lokatora.
***
Równo o piątej obudziło mnie pianie koguta.
A raczej jakiegoś makabrycznego koguta z horroru. Koguta-potwora ziejącego ogniem.  Koguta godzilli. Pianie połączone z ze skrzekiem i jakimś przedwiecznym rykiem.
Poderwałam się, przy okazji prawie spadając z łóżka. Przeraźliwy dźwięk wwiercał mi się w uszy, przeszywał boleśnie, trząsł domem i odbijał się od każdego napotkanego przedmiotu.
Jęknęłam, nie mogąc znieść tak nieludzkiego odgłosu, a potem jęknęłam raz jeszcze przypominając sobie, kto, a raczej co, mogło wydać z siebie coś takiego.
Zerwałam się na równe nogi i popędziłam skrzypiącymi schodami na dół, pełna złych przeczuć. Wpadłam do kuchni, tam jednak nie było żywej duszy. Na podłodze walały się ziarna dla kur, które zakupiłam wczoraj w wiejskim sklepie. Drzwi od piwnicy stały otworem.
Wybiegłam na dwór i aż zatrzymałam się w drzwiach z wrażenia.
Na krzywo wykoszonym (Hejdasz ostatnio odkrył w sobie pasję ogrodnictwa, co poskutkowało ofiarami w postaci zepsutej kosiarki, zrujnowanego ogrodu i moich zszarganych nerwów) trawniku stała Sabinka. Jej pióra zalśniły w złotym blasku wschodzącego słońca, gdy majestatycznie uniosła łeb do góry. Zaczerpnęła oddechu i wydobyła z siebie kolejne, jeszcze bardziej przeszywające pianie.
Wzdrygnęłam się, przytomniejąc.
– Hej! – wrzasnęłam.
Sabinka z godnością mnie zignorowała i kontynuowała rytuał budzenia. Udany, bowiem po chwili obok mnie zjawił się Wituś z miną małego mordercy. Nawet Hejdasz, którego snu zazwyczaj nie mogły przerwać nawet przejeżdżające czołgi, wystawił łeb zza drzwi.
– Zamknij się! – pisnął gniewnie Wituś, co niestety nie wywołało spodziewanego skutku. Trzydzieści centymetrów bez czapki nie budziło szczególnego szacunku.
Już miałam przejść do kolejnych, zapewne bardziej stanowczych działań, gdy pianie gwałtownie się urwało. Sabinka przeciągnęła się, skrzeknęła i najzwyczajniej w świecie pomaszerowała do domu.
Odprowadziliśmy ją oszołomionym wzrokiem.
– To… tak już zawsze będzie? – nieśmiało odważył się zapytać Hejdasz.
– Na pewno nie – powiedziałam gwałtownie, odpędzając nasuwającą się wizję wstawania o tak nieludzkiej porze.
Poza tym w okolicy, mimo że jak na miejsce, w którym ostali się nieliczni przedstawiciele stworzeń nadprzyrodzonych przystało, dość opustoszałej, było jednak kilka (trzy) domy. Daleko, bo daleko, ale podejrzewałam, że ten dźwięk mógł dojść nawet do wioski. Odsunęłam natrętną myśl o reakcji sąsiadów. Nasze stosunki były, hm… napięte. Nie wspominając już o sarnach i demonach w pobliskich lasach, które pewnie już teraz nieźle się spłoszyły. Albo w drugim przypadku, wkurzyły.  
Pokręciłam głową i weszłam do domu. Sabinka najspokojniej w świecie stała na środku podłogi i ze stoickim spokojem patrzyła, jak biorę bardzo głęboki oddech, próbując się uspokoić.
– Słuchaj no – zaczęłam raczej nieprzyjaźnie. – Nie wiem, co to było…
– Pianie – podsunął uprzejmie Hejdasz.
Zignorowałam go i skupiłam na Sabince. Fakt, że widziałam swoje odbicie w różowych szkłach, wystarczająco wytrącał mnie z równowagi.
– … ale nie będę tego tolerować. Rozumiesz? Nie ma budzenia o piątej! Ani o szóstej. Ani w ogóle o żadnej innej godzinie, dobra? Nie piejemy. Ani rano, ani w ogóle nigdy!
Sabinka wysłuchała mnie z umiarkowanym zainteresowaniem, po czym zapiała mi do ucha.
I tego właśnie dnia rozpoczęła się wojna.




 ***
No i na koniec jeszcze- chciałabym Was zaprosić na powstałego w ramach projektu edukacyjnego bloga z recenzjami książek, w którego prowadzeniu uczestniczę. Właśnie ruszył i pojawiły się pierwsze wpisy, więc... no, zapraszam:)


Udanej majówki!
P. 


Edit: wprowadziłam parę poprawek technicznych. Tak gwoli ścisłości.

24 komentarze:

  1. O matko, to jest cudowne! Przegenialne! Wspaniałe!
    Pisz tego więcej i to jak najszybciej, bo inaczej *zastanawia się nad jakąś stosowną groźbą* odwiedzę Cię razem z moimi przyjaciółmi: kataną i kijem Bo! *trochę nie wyszła ta groźba* *trochę bardzo* *trochę nawet bardzo bardzo nie wyszła*
    W każdym razie sens tego nieładu i nieudanej groźby jest taki, że się w tym zakochałam i masz mi jak najszybciej dać tego więcej. Dziękuję za uwagę.
    A tak na deser to nominowałam Cię do LBA na moim blogu, więc zapraszam serdecznie.
    No. To ja już idę, bo zaczyna się robić coraz dziwniej.
    (czemu jak pisałam 'deser' pomyślałam o lodach śmietankowych z polewą czekoladową? *uświadomiła sobie że miała iść, by nie wyjść na jeszcze dziwniejszą* Emmmm... Never mind. Bye)
    Mam nadzieję, że nie straciłaś jeszcze całkowicie wiary we mnie i wpadniesz na bloga. ^^
    Pozdrawiam gorąco! ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem z Ciebie dumna! Nareszcie, nareszcie jakieś opowiadanko ^^ jeeej! Lud się cieszy, lud wiwatuje, lud wykrzykuje imię Poli! I to jak zacne opowiadanko, no no. Radość i euforia!
    Jesteś jedynym gryzipiórkiem, który wpadłby na pomysł uzbrojenia bazyliszka w różowe okulary, hoho. I nadania mu tak słodkiego imienia. Sabinka. Chylę czółka! W ogóle tyle tu absurdalnych, dziwacznych pomysłów, iż moje serce nie posiada się z radości. Mój człowiek, mój człowiek. Nie. Powiem więcej - nad człowiek. Nigdy bym na to nie wpadła! To jest genialne xD Cały ten świat i pomysł, by zwykłego homosapiensa wsadzić do chatki w magicznym lesie! Żeby z legendarnych stworzeń zrobić upierdliwych współlokatorów i żeby napisać tak cudną biografię Sabinki! Najbardziej podobała mi się współczująca ślepa staruszka ^^ W ogóle to jest materiał na kilkadziesiąt opowiadań! (jestem za, żeby tak się stało!). Nie no, Pola, jesteś moim mistrzem.
    To jest świetne!
    W ogóle dialogi były wspaniałe (zwłaszcza wtrącenia Hejdasza!) i główna bohaterka rozbrajająca.
    Ja chcę więcej Sabinek ^^
    Cóż Ci mogę jeszcze powiedzieć? Ten świat ma szansę przebić Hogwart, serio. Tym bardziej iż na pewno wyrośniesz na autorkę większych lotów niż Rowling ^^
    Ostatnio w bibliotece szkolnej wyczaiłam bestiariusz słowiańskich stworów (pewno by Ci się przydał ^^)

    Pozdrawiam ciepluchno:
    Bardzo zadowolona Stanisława

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, wybacz za przesyt wykrzykników i podejrzanych uszek: ^^

      Usuń
  3. Nooo, pocieszne postacie wracają! Świetnie, bo to dobre uniwersum było! ;)

    "Wcieliłabym maksymalnie do kategorii B", chyba co najmniej ;D Ładnie wprowadzono to wytłumaczenie, plusik na wstępie.

    Co się stało z tą starszą babeczką? To było jeszcze w okresie "życia bez gogli" u Sabinki?

    "Czterdzieści centymetrów bez czapki nie budziło szczególnego szacunku." hehe, podśmiane!

    Demony w lesie? O kurcze, nie wiem czy konwencja jest bardziej słodka czy okultystyczna! ;]

    Gratuluję powrotu do pisania. Będę zerkał na serię, 5! :)

    KULTURA & FETYSZE BLOG (CHAMSKA REKLAMA, KLIK!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już poprawiam błąd:)
      Była właścicielka Sabinki po prostu poinformowała Instytut o tym, że natrafiła na nie do końca normalne zwierzę. I tak, był to okres ,,życia bez gogli":)
      Dziękuję pięknie, cieszę się, że przypadło do gustu!

      Usuń
  4. Poprzedniej części opowiadania nie czytałam, ale może za to się wezmę. Co prawda, nie przepadam za ich czy książek czytaniem, ale dobra historia nie jest zła.
    Podejrzewam, że to zwierzątko na oczy bazyliszka. Ha, zgadłam! Przeczucie? Akcja z goglami mnie rozwaliła, dobrze piszesz.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapowiada się ciekawie! Muszę koniecznie zapoznać się z Twoją blogową historią! Gratuluję dobrego tekstu i pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zapowiada się ciekawie! Muszę koniecznie zapoznać się z Twoją blogową historią! Gratuluję dobrego tekstu i pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciekawe, ciekawe opowiadanko. Zabawne. Podoba mi się i nic więcej nie potrafię napisać, bo jakoś dzisiaj nie mam weny (i czasu) na zbytnie rozpisywanie się.
    Ooo, wejdę na ten blog pisany w ramach projektu edukacyjnego. Sama robię coś podobnego, tylko że na zajęcia artystyczne ;)
    Pozdrawiam serdecznie!
    Tutti
    MÓJ BLOG

    OdpowiedzUsuń
  8. Uch, jestem wreszcie.
    Ale super, że powróciłaś o tego opowiadania! :D Zresztą postacie są takie świetne, że aż żal byłoby czegoś z nimi nie zrobić! Świat przedstawiony też niczego sobie...
    Sabinka mnie rozwaliła :D Tak poza tym: skoro to ona, to nie powinna być półkurą, a nie półkogutem...? Nieważne, nie znam się na bazyliszkach! W każdym razie, na pewno długo bym z nią nie wytrzymała. Zobaczymy, jak się potoczy ta historia!
    Hej, Hejdasz podbił moje serce :D W sumie cała ta gromada jest cudowna! Ale ten diabełek to chyba największa sprzeczność, on mnie tak bawi! :D
    O, na blog w ramach projektu jeszcze na pewno wpadnę! ^^
    Dzisiaj tak krótko trochę...
    Pozdrawiam i życzę weny! kotołaczka02

    OdpowiedzUsuń
  9. Pamiętam tamto opowiadanie! Było genialne i aż nie mogę wprost uwierzyć, że napisałaś część dalszą :) Och Pola, Ty wiesz czego Twoim czytelnikom potrzeba :) Zabieram się za czytanie, bo z komentarzem wystrzeliłam, jak tylko dowiedziałam się, do którego opowiadanka, ta część nawiązuje :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Czy już Ci kiedyś mówiłam, że Cię uwielbiam? Nie? No to teraz Ci to mówię. DZIEWCZYNO NAPRAWDĘ CIĘ UWIELBIAM! To opowiadanie jest przecudowne. Mam słabość do takich "potworków" więc chętnie przeczytałabym coś jeszcze o Sabince - no urocza ona jest i tyle. Hejdasz też jest super. I Wituś też. I pan Włodek również. Nie wiem co jeszcze mogę napisać, oprócz tego, że czekam z niecierpliwością na kolejną część.
    Trzymaj się cieplutko.
    Buziaki,
    Luna

    OdpowiedzUsuń
  11. Chwilowo cierpię na ogólny niedobór słów (przykra i przewlekła przypadłość), ale chciałam stwierdzić rzeczy dwie:
    1. To opowiadanie jest boskie!
    2. Wituś absolutnie podbił moje serce! Kocham go! Chwała Witusiowi! Jego postać tak bardzo mnie rozwala. Nawet (zwłaszcza) "z miną małego mordercy". <3
    B.

    OdpowiedzUsuń
  12. W pisaniu najważniejsze jest właśnie to, by się dobrze bawić :D
    Hahahhahaha a mi po tych ,,zwierzątkach domowych" było bardzo do śmiechu!
    ,,Oni jednak nie wchodzili już raczej w grupę „obiekty obserwacji”, tylko „upierdliwi lokatorzy”." - hahah mój jak na razie lubiony cytat XD
    Wzruszająca historia wyklucia bazyliszka :,)
    Hejdasz podbił moje serce tą swoją prostotą i dobrodusznością.
    Bawi mnie, że potwór został nazwany Sabinką, bo znam jedną dziewczynę o tym imieniu i jest to najbardziej kochana, dobra i słodka osoba na świecie XD
    A myślałam, że mój dzwoniący rano budzik jest najgorszą pobudką na świcie XD
    Hahaha dawno się tak nie uśmiałam! Opowiadanie napisane z humorem i naprawdę przyjemnym stylem. Chcę więcej! :D
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie na 1 rozdział ;)
    academie-mirandel.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  13. O! Muszę przeczytać jeszcze poprzednie :)
    www.wkrotkichzdaniach.pl

    OdpowiedzUsuń
  14. Fajne opowiadanie. Niby nic ciekawego, a jednak! Na początku (po tytule) myślałam, że to będzie coś nudnego i dziecinnego. Na szczęście się pomyliłam i wróciłam do tego postu jeszcze raz. :D Przepraszam za to uprzedzenie. Już więcej tak nie będę.
    Jesteś nominowana do pewnego tagu na moim blogu. ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Dzień dobry!
    Powiedziałam, że przyjdę z komentarzem, to przychodzę :)
    Nie przeczytałam jeszcze wszystkich postów, na razie tylko te z tego roku, co nie zmienia faktu, że zamierzam zrobić to w najbliższym czasie :)Może nawet dzisiaj?
    Ale przejdźmy do Sabinki części pierwszej (niezwykle się cieszę, że będą kolejne).
    Po pierwsze - uwielbiam Ankę :)))) W sumie lubię każdego bohatera tutaj xd I Wituś i Hejdasz są naprawdę świetni. I ciekawi xd Zdecydowanie ciekawi.
    Już ta wcześniejsza część bardzo mi się spodobała, ta także jest po prostu świetna. Tutaj wszystko jest świetne. I wspaniałe xd
    Naprawdę fragment o 40 cm bez czapki rozwalił mnie całkowicie :)
    Także no czekan na kolejną część i biorę się za wcześniejsze posty :)
    Pozdrowionka,
    Bianka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak jeszcze patrzę, że rzadko odpisujesz na komentarze. A myślę, że w sumie warto odpisywać, żeby swoich czytelników lepiej poznać :) Taka sugestia. Wtedy taki fajny kontakt jest :)

      Usuń
    2. Pięknie dziękuję, bardzo mi miło, że Ci się podobało i że bohaterowie przypadli do gustu:D Przyznaję, że ja również polubiłam Ankę i spółkę, przyjemnie się o nich pisze;)
      Co do odpisywania, to być może warto;) Jestem przyzwyczajona do tego, że często odnoszę się do komentarzy na blogach osób komentujących, ale myślałam w sumie, czy nie odpisywać u siebie. Nie wiem, czy dałabym radę odpowiadać na wszystkie, ale może warto spróbować? Zobaczymy;)
      Pozdrawiam również!
      P.

      Usuń
  16. Trzecia zupka - ostatni post na dziś. Dobra, lecimy.

    Więc tak, na początek wypomnę literówkę - "Koguta godzili" - zjadłaś jedno l.

    Teraz tak, większość opowiadania/rozdziału(niepotrzebne skreśl) było dość nudne. Jakby nie fragment z pianiem(ah, już kocham tą maćkarę), zasnąłbym.

    Wgl muszę pogratulować pomysłu ze stworami pogańskimi. Może to być interesujące.

    Ogólnie do stylu się nie ma jak przyczepić. No może poza tym, że w rozmowach by mógł on być lżejszy. Nawet nie umiem tego dokładnie nazwać. Po prostu sama rozmowa o bazyliszce(ot taka sobie moja wersja samicy bazyliszka) była taka... nienaturalnie monotonna.

    Diabełek fajny ziomek :D

    7/10

    Psychologia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za opinię i wskazówki:) Ogólnie mam problemy z akcją w swoich tekstach i tym, żeby coś się działo, więc muszę na tym popracować, tak jak nad monotonią. Literówkę oczywiście poprawię:)
      Raz jeszcze dzięki i pozdrawiam,
      P.

      Usuń
    2. Tylko nie rób akcji typu rozmowa o kawie a tu nagle ostrzał ISIS ;)

      Usuń
    3. Nie zrobię, chociaż byłby niezły element zaskoczenia:D

      Usuń
  17. Rany Julek, jestem fanką Sabinki! W ogóle całego towarzystwa jestem fanką :)

    OdpowiedzUsuń