piątek, 18 listopada 2016

W samo południe (Cykl Słowiański #3)

...
Uf. W końcu.

Szanowni państwo: z radością prezentuję opowiadanie ,,W samo południe", czyli kolejną część Cyklu Słowiańskiego!
Juhu czy coś.

W ogóle, jakieś, kurde, długie wyszło. W porównaniu do poprzednich opowiadań z serii. Tutaj pytanie do Was: wolicie takie dłuższe części, czy pocięte na krótsze? 
Aha. I wyjątkowo nie ma ani Hejdasza, ani Witusia, ani Sabinki. Ale spokojnie, w ciągu dalszym będą, oczywiście. 
Ach i jeszcze, mały edit. Opisane w opowiadaniu stworzenie oczywiście zaczerpnęłam ze słowiańskiej mitologii i znaczna większość jego cech z wierzeń tych pochodzi, jednak w niektórych drobnych elementach pozwoliłam sobie popuścić wodze fantazji. 

Poprzednie części znajdziecie tu: 


Żeby zrozumieć to opowiadanie, trzeba przeczytać poprzednie części, zwłaszcza ,,Sabinkę", bo ,,W samo południe" jest jej bezpośrednią kontynuacją (,,Kruchy lód" nie jest aż tak istotny, stanowi raczej wprowadzenie i dzieje się kilka miesięcy przed akcją rozegraną w ,,Sabince" i poniższym opowiadaniu; jednak też polecam przeczytać, bo pojawiają się powiązania, które warto znać).

Enjoy!



W samo południe


Piękne, soczyste przekleństwo rozbrzmiało w całej bibliotece, odbijając się od archaicznych komputerów, zgniłozielonych ścian, rykoszetem od odrapanych regałów i wreszcie docierając do czujnych uszu bibliotekarki.
– Ciiicho – wysyczała, świdrując mnie zabójczym wzrokiem zza turkusowych oprawek.
Miałam na końcu języka, że przecież, do cholery, jesteśmy tu tylko my, nie licząc upierdliwie brzęczącej muchy. Wiejska biblioteka latem przypominała pustelnię. W końcu jednak zrezygnowałam i wbiłam wzrok w komputer. Być może podświadomie liczyłam, że jeśli będę wpatrywać się w niego wystarczająco długo, zmienię treść właśnie wyświetlonego na ekranie maila.
Odkąd tajemnicza wiedźma o imieniu wciąż mi nieznanym (pośród tych wszystkich gróźb i żądań herbaty jakoś zapomniała się przedstawić) pozbawiła mnie Internetu i zasięgu, minął zaledwie jeden dzień. Próbowałam jeszcze wspiąć się na stary dąb w ogrodzie (nie polecam), a potem na pobliskie drzewa w lesie (nie polecam jeszcze bardziej) w poszukiwaniu choćby jednej kreski. Nie dało to żadnego efektu poza wypłoszeniem ptaków oraz dostarczenia rozrywki Sabince i Witusiowi, którzy z dołu oglądali moje popisy.
Skoro więc przyroda była przeciwko mnie, nie zwlekając, wsiadłam w zdezelowany, służbowy samochód i ruszyłam do pobliskiego miasteczka.
Lipki Mniejsze znajdowały się jakieś dwadzieścia minut autem od mojej stacji badawczej vel domu. Miejscowość tak mała, że znajdowała się tylko na najbardziej szczegółowych mapach. Składała się właściwie jedynie z domów, kościoła, cmentarza, sklepu oraz niewielkiej szkoły z biblioteką otwartą również latem.
Pojechałam do ostatniej lokalizacji, mając zamiar wysłać maila do Instytutu z wymienieniem gróźb wiedźmy i żądaniem natychmiastowej pomocy. Zanim jednak zdążyłam choćby zacząć, mym oczom ukazała się wiadomość od pracodawców. 
Wiadomość, która bynajmniej nie poprawiła mi samopoczucia.
… Z powodu tejże skargi anonimowego sąsiada, zmuszeni jesteśmy udzielić pani napomnienia…
Mail szczegółowo opisywał zarzuty zawarte w donosie „anonimowego sąsiada” – burzenie porządku, karygodny stosunek do mieszkańców pobliskich domów, brak kontroli nad niebezpiecznymi demonami i niewypełnianie obowiązków. Pod koniec Kisielowa (ani przez chwilę bowiem nie wątpiłam, kto za tym stoi) popuściła wodze fantazji, zarzucając mi jeszcze bestialskie niszczenie przyrody. Może widziała, jak wspinam się po drzewach w poszukiwaniu zasięgu. Wprawdzie musiałaby mnie obserwować przez wojskową lornetkę, ale na tym etapie już nic by mnie nie zdziwiło.
Mój szef drobiazgowo wyłożył wszystkie zarzuty, dokonał surowego napomnienia, a na koniec jeszcze przypomniał, że do tej pory nie wysłałam notatek z obserwacji życia codziennego bazyliszka.
Wpatrywałam się w ekran bezsilnie.
Niemal słyszałam, jak moja premia odjeżdża z piskiem opon.
Otrząsnęłam się i rozprostowałam z trzaskiem palce. Nieważne, co powypisywała Kisielowa, nie miałam zamiaru czekać bezczynnie, aż wyląduję z walizkami na progu.
Wysmarowałam wybitnie długiego maila, barwnie opisującego moją dramatyczną sytuację, dementującego pogłoski „anonimowych sąsiadów” i wreszcie żądającego natychmiastowego wsparcia w konflikcie z czarownicą.
Słowo „wiedźma” zwykle wywoływało w Instytucie panikę, więc liczyłam na aktywny odzew.
Gdy już uznałam, że mój mail w pełni oddaje grozę sytuacji, pełna samozadowolenia kliknęłam „wyślij”.
Pożegnałam się z przerażającą bibliotekarką, która rzuciła mi ostatnie złowrogie spojrzenie i położyła palec na karminowych ustach. Intensywna czerwień osobliwie kontrastowała z turkusowymi okularami.
Westchnęłam i wyszłam z biblioteki, prosto w duszne powietrze, jak przed burzą. W oddali kościelne dzwony wybiły dwunastą.
Wsiadłam do służbowego samochodu i z uczuciem zatrzasnęłam za sobą drzwi. Wdech-wydech. Próbowałam powtarzać sobie, że będzie dobrze, ale jakoś nie wierzyłam sama sobie.
Pokręciłam głową i przekręciłam kluczyk w stacyjce.
Zdążyłam przejechałam jakieś dziesięć minut, gdy z lasu wyskoczył człowiek i niemal wpadł mi pod koła.
Zahamowałam gwałtownie, mląc przekleństwo.
Mężczyzna, niczym niezrażony, podbiegł do drzwi od strony kierowcy.
Otworzyłam okno.
– Co pan wyprawia? – wypaliłam na dzień dobry.
Jakby na chwilę się zmieszał, ale po chwili odzyskał rezon.
– Pani jest z Instytutu? – zapytał, oddychając ciężko, jakby przed chwilą biegł.
Przyjrzałam mu się uważniej. Był na oko po pięćdziesiątce. Twarz pokrywały pierwsze zmarszczki, a włosy wystające spod czapki siwizna. Wymięta koszulka najwidoczniej pamiętała lepsze czasy.
– Tak – powiedziałam po chwili wahania. – O co chodzi?
– Potwora mam na polu! – rzekł z odpowiednią dawką dramatyzmu.
– Jakiego potwora? – zapytałam trzeźwo.
Znowu wyglądał na zakłopotanego.
– No… potwora!
– Jak wygląda potwór? – Zmieniłam taktykę.
– Taki stary, brzydki i pomarszczony – wysilił się mój rozmówca.  
Przez głowę przemknęło mi jakieś kilkadziesiąt gatunków spełniających te kryteria.
Rolnik chyba zobaczył moje wahanie, bo wykrzywił się dramatycznie. Miał rozszalały, a przy tym dziwnie nieobecny wzrok.
– Nie ma czasu, proszę pani – powiedział z odcieniem desperacji w głosie. – Już jednemu z chłopaków rękę złamała i prawie go udusiła, ale się wyrwał. Pojedzie pani ze mną?
Duszenie, łamanie kończyn…
Już chyba wiedziałam, kto dostał się na pole.
Przeszedł mnie dreszcz niezdrowej, zawodowej ekscytacji.
Skinęłam głową.
– Proszę wsiadać.
Mężczyzna odetchnął z ulgą i popędził na miejsce pasażera.
Ze słowotoku, który później nastąpił, z trudem zdołałam wydobyć wskazówki, jak dojechać do gospodarstwa, przewidywany czas drogi („tak z minutkę”) oraz nazwisko rolnika, który przedstawił się jako Antoni Karczewski. Resztę stanowiły rozpaczliwe żale na potwory, urzędników, polityków, naukowców i dzisiejsze okropne czasy, w których diabelstwa się lęgną po lasach i nawet nie można utłuc, bo od razu dziesięć lat więzienia za mordowanie ginących gatunków…
– Ja to nigdy, proszę pani, nie rozumiałem, co komu szkodzi. To nawet lepiej, jak strzyga zdechnie, nie będzie ludzi zabijać i straszyć… znaczy, ja rozumiem, przyrody nie można niszczyć – zmitygował się nagle, chyba przypominając sobie, z kim rozmawia. – Ale no wie pani. Czasem to aż się człowiek boi z domu wychodzić.
– Hm – mruknęłam, wciąż mając myśli zajęte istotą na polu. – A mógłby pan dokładniej opisać tego potwora? I jak w ogóle doszło do tego, że złamał jednemu z was… nogę?
– Rękę – uściślił pan Antoni. – No bo wie pani, my sobie pracowaliśmy na polu, jak co dzień. A tu nagle jeden z chłopaków wrzeszczy jak opętany. Więc biegniemy do niego i patrzymy, a tam potwór go bierze i chce dusić. Taki okropny, pomarszczony, jak stara baba, włosy potargane, tylko, że z zębami i pazurami. U boku taki straszny sierp miała i widziałem, przysięgam, że widziałem, jak sięgała, może głowę chciała uciąć, kto ją tam wie. No my w panikę, wie pani, jak człowiek widzi coś takiego, to aż skamieniały. Ale wtedy Miecio, to jest, proszę pani, mój syn, rzucił w niego, w sensie w potwora, nie chłopaka, tym co miał, znaczy się, telefonem. Trafił w głowę, bo wie pani, ma cela, ten mój syn. Potwora na chwilę oszołomiło i wtedy chłopaka puścił…
Rolnik zamilkł. Wjechaliśmy na leśną, pokrytą wybojami drogę i samochód podskakiwał radośnie na każdym pagórku.
– No i co dalej? – zapytałam zachęcająco.
– No jak to co dalej? – Mężczyzna był najwidoczniej zniesmaczony moim brakiem domyślności. - Zwialiśmy z pola. A potwór został. I telefon zresztą też. Żona kazała mi lecieć po panią, bo wszyscy wiedzą, że pani tu od rzeczy nadprzyrodzonych jest i ma licencję na zabijanie.
Z wrażenia prawie wjechałam w drzewo.
– Jaką licencję na zabijanie? – wykrztusiłam, w ostatniej chwili skręcając.
– No jak to – zdziwił się pan Antoni. – Przecież wszyscy mówią, że ma pani papiery, żeby jakby co ubić potwora, gdy zagraża okolicy. Prawda? – dodał na koniec, już z mniejszą pewnością.
Westchnęłam.
No tak. Znowu.
– Ktoś pana źle poinformował. Nie zabijam istot nadprzyrodzonych. Żadnych. Mogę ewentualnie wezwać służby specjalne z Instytutu, jeśli sytuacja jest szczególnie niebezpieczna.
– Jest – rzekł z przekonaniem pan Antoni.
– Zobaczymy – mruknęłam.
Zapadła bardzo niezręczna cisza. Pan Karczewski zerkał na mnie z mieszaniną podejrzliwości i rozczarowania.
Z jakiegoś powodu niektóre osoby uważały, że „specjalista od stworzeń nadprzyrodzonych” oznacza również jakiegoś pogromcę potworów, który broni przed nimi okolicę, a naukowcy z Instytutu strzegą ludzi przed demonami, duszkami, strzygami i rusałkami, trzymając je w ryzach.
Badacze nie chronili ludzi przed niebezpiecznymi gatunkami.
Badacze chronili istoty nadprzyrodzone przed morderczymi zapędami homo sapiens, zdobywając o nich jak najwięcej informacji oraz chroniąc przed wyginięciem i zapomnieniem.
Gdyby człowieka wcielano do kategorii niebezpieczeństwa, którymi posługiwano się w Instytucie, otrzymałby najwyższe A. 
No i na litość boską. Byłam naukowcem, a nie jakimś wiedźminem. Mogłabym co najwyżej wbić w gardło potwora długopis.
Ale cóż, opinia „tej od nadprzyrodzonego syfu” zawierała silne przekonanie, że zaradzę na każdy problem, z ramienia Instytutu pilnując pochowanych po lasach diabelstw. I tak, po części rzeczywiście moje obowiązki zawierały kontrolę sytuacji i utrzymanie pokoju między, jak to mawiał patetycznie mój szef, „dwoma światami”. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie miałam żadnej „licencji na zabijanie”, a istoty nadprzyrodzone, słysząc, że je „kontroluję”, zabiłyby mnie śmiechem.
Albo po prostu zabiły.
Moje ponure myśli brutalnie przerwała ręka pana Antoniego, która energicznie machała mi przed twarzą.
Wzdrygnęłam się gwałtownie i znowu z trudem uniknęłam bliskiego kontaktu z drzewem.
– To tu – oznajmił rolnik.
Dom, dosyć niewielki, stał na niewielkim wzniesieniu, otoczony trochę zapuszczonym ogrodem i swojskim, drewnianym płotem. Białe ściany obrastał bluszcz. Obok do granicy z lasem rozciągały się średniej wielkości pola, a gdzieś w oddali dostrzegałam zdezelowany traktor.
Zaparkowałam przy jakichś dziesięciu innych samochodach i paru rowerach. O płot opierały się dwa skutery.
– Czemu tyle tu ludzi? – zdziwiłam się.
Pan Antoni nie raczył odpowiedzieć.
Wysiedliśmy z auta. Dałam się zaprowadzić w kierunku pola. Powietrze wciąż było nieznośnie duszne i nieruchome.
Przy kłosach zboża dość szybko dostrzegliśmy właścicieli pojazdów.
Stało tam co najmniej dwadzieścioro ludzi, którzy z przejęciem gadali, wpatrując się w pole. Niektórzy pociągali wodę z butelki albo zimne piwo z puszek. Większość starszych albo w średnim wieku, ale dostrzegałam kilku młodych, umięśnionych chłopaków (pewnie tych, którzy pracowali na polu), a nawet trójkę dzieci. Wyglądało to bardziej jak piknik, niż zbiegowisko z powodu potwora.
– Przyjechałem – oznajmił wszem i wobec pan Antoni.
Grupa, pokaźna matrona odwróciła się w jego stronę i łypnęła znad postrzępionych, blond kosmyków. Jej wzrok mógł kruszyć skały. Zresztą podejrzewałam, że pięści też.
– Co tak długo? – warknęła.
Mąż aż skulił się w sobie.
– Przywiozłem panią z Instytutu, Marysiu.  
Zapadła cisza. Wszyscy wpatrywali się prosto we mnie.
– Dzień dobry – zaryzykowałam.
Marysia przejęła inicjatywę i podeszła, wyciągając do mnie rękę.
– Karczewska Maria – oznajmiła takim tonem, jakby ta informacja miała odmienić moje szare, nędzne życie.
– Wilk Anna – odpowiedziałam, czując się co najmniej idiotycznie.
Mogłabym przysiąc, że w moich biednych, zgniatanych w żelaznym uścisku Karczewskiej palcach, coś złowrogo chrupnęło.
– Potwora mamy na polu – oświadczyła przerażająca kobieta.
Dyskretnie obejrzałam zmiażdżoną dłoń.
– To już wiem. Pani mąż przekazał mi informacje.
– No i co pani myśli? – wyrwał się jakiś młokos.
Zerknęłam na niego z niezrozumieniem.
– Jaki to potwór, pani profesor? – doprecyzował.
Pani profesor!
Potarłam dłonią kark, próbując powstrzymać gwałtownie rosnące ego.
– Podejrzewam, a właściwie jestem pewna, że południca – powiedziałam, czując na sobie wzrok wszystkich zebranych. – Demon, który pojawia się na polach, w samo południe – doprecyzowałam, widząc niezrozumienie na niektórych twarzach. – Powstaje z kobiet zmarłych zaraz przed lub po ślubie. Dusi swoje ofiary, łamie kończyny, czego ponoć któryś z państwa doświadczył. Krąży po polach i zwykle szuka ofiar, ale poza swoim środowiskiem nie występuje.
Odetchnęłam głęboko, nie mogąc powstrzymać naukowego podniecenia. Południca na moim terenie! Praktycznie wymarły gatunek! Cholera, ale będzie raport! Dziwiło mnie tylko, że do tej pory nie została wykryta i zarejestrowana przez Instytut.
– No i zabija narzędziami rolniczymi – kontynuowałam w roztargnieniu. - Bywa, że zadaje zagadki. Taki nasz Sfinks trochę, tyle tylko, że w bardziej upiornej wersji. Czasem porywa dzieci do wora. – Urwałam gwałtownie, widząc, że moja naukowa wyliczanka nie spotyka się ze zbyt ciepłym przyjęciem ze strony publiczności.
– A co z tymi dziećmi potem robi? – zapytała z żywym zainteresowaniem dziewczynka z długimi kitkami.
Odchrząknęłam.
– No... przeważnie… przeważnie to grzebie żywcem.
Dziewczynka zastanowiła się, po czym podjęła decyzję i wybuchła płaczem.
Jakaś kobieta przytuliła ją i posłała mi spojrzenie ewidentnie mające na celu wywiercenie mi dziury w czaszce.
Cóż, takt i kontakty międzyludzkie nigdy nie należały do moich najmocniejszych stron.
Nastroje drastycznie się zmieniły. Jeśli ludzie oczekiwali po prostu fajerwerków i taniej sensacji, to chyba właśnie się przeliczyli.
Karczewska Maria przejęła inicjatywę.
– Nieważne co to, ważne, że jest – huknęła stanowczo. - A my nie chcemy, żeby było. Może pani to wygonić?
– A gdzie to w ogóle jest? – zapytałam przytomnie.
– Gdzieś tam – kobieta machnęła na pole. – Raz się wynurzyła, poza tym to się chowa, może gdzieś znika, nie wiem. Ale gdzieś tam jest, nie wychodziła przecież. Tu wszyscy stoją i patrzą.
– Sposób przemieszczania się południcy nie jest aż tak prosty – mruknęłam.
Pani Karczewska rzuciła mi takie spojrzenie, że zamilkłam.
– Jest na polu – powtórzyła z naciskiem.
– Dobrze – zgodziłam się szybko.  
Zerknęłam na wspomniane pole. Kłosy były nieruchome. Ludzie wpatrywali się we mnie w ciszy i napięciu. Gdzieś w oddali zaskrzeczał ptak.
– No i co? – zniecierpliwiła się Marysia. – Będzie tu tak pani stać?
Spojrzałam na nią ze zdumieniem.
– A co mam zrobić?
– Wejść tam i zrobić porządek! – huknęła przerażająca matrona bojowo, jednoznacznym ruchem demonstrując, co według niej powinnam uczynić.
Z tłumu rozległy się głosy poparcia.
Uniosłam jedną dłoń, żeby ich uciszyć.
– Jeśli liczą państwo – odezwałam się, nieznacznie podnosząc głos, żeby przebić się przez powstały szum – że wejdę tam i zabiję południcę, to niestety muszę państwa rozczarować. Nie mam ani środków, ani pozwolenia na zabijanie stworzeń bez przyczyny.
No i na litość boską! Południca! Zagrożony gatunek! Jakieś kilkanaście egzemplarzy na całej słowiańszczyźnie! Sama myśl o choćby draśnięciu przedstawicielki wymierającego gatunku napawała mnie zgrozą. Po moim trupie.
Miałam tylko nadzieję, że nie dosłownie.
Wbrew moim zamiarom wywołało to jeszcze większą burzę.
– Bez przyczyny? – wykrztusił jakiś chłopak z niedowierzaniem. – Po Darusia lekarz przyjechał! To… to coś złamało mu rękę!
– Broniła swojego terytorium, poza nim nie atakuje. Nie ma ofiar śmierte… - zaczęłam.  
– Zaraz będą, jak nikt nic nie zrobi! – zawołał ktoś, od razu otrzymując okrzyki wsparcia.
Wszyscy zaczęli mówić jeden przez drugiego, gestykulując zamaszyście i niwelując moje szanse na przebicie się do zera.
– Południca nie atakuje poza polem… – spróbowałam po raz ostatni, rozsądnie postanawiając nie wspominać o tym, że najsilniejsze w postaci wiru powietrznego mogą przemieścić się na inne pole. – Jeśli nikt nie wejdzie na jej terytorium, sama nic nie zrobi, bo nie atakuje niesprowo…
Zostałam jednak zakrzyczana przez jakąś kobietę w jaskrawej, różowej bluzce, która piskliwym głosem zaczęła mi wyrzucać, co o mnie myśli. Dość szybko przestałam słuchać, co bynajmniej jej nie zniechęciło.
Przejechałam dłonią po włosach, targając je jeszcze bardziej. Przepisy były dość bezwzględne – istotę nadprzyrodzoną mogłam ewentualnie zabić jedynie w wypadku bezpośredniego zagrożenia życia, gdy bez wątpienia zaatakuje pierwsza, a i wtedy nakazywano inne rozwiązania. Mogłam też wezwać instytutowe komando, które jednak uznawano za środek wybitnie ostateczny i szczerze mówiąc, robili więcej zamieszania, niż naprawdę pomagali. Poza tym, byłam pewna, że południca nie atakuje niesprowokowana. Nie zamierzałam robić jej krzywdy.
Spojrzałam bezradnie w stronę pola i zamarłam.
Kłosy zaczęły delikatnie, miarowo falować.
– Eee… – odezwałam się niepewnie. – Proszę państwa?
„Państwo” jednak na dobre pogrążyło się w płomiennych dyskusjach. Gdzieś po lewej wybuchła kłótnia, a pan po prawej z nieco błędnym wzrokiem opróżniał piątą puszkę piwa.
Zboże kołysało się coraz szybciej, coraz gwałtowniej, szeleszcząc nieprzyjemnie. Powietrze stało nieruchomo.
Szum narastał stopniowo, aż w końcu był tak głośny, jakbyśmy stali nad morzem. Intensywny dźwięk nareszcie zwrócił uwagę zebranych, bo odwrócili się w stronę pola.
– O – zdążył ktoś wybąkać głupio.  
Na więcej słów zabrakło czasu, bowiem oto południca wyłoniła się ze zboża.
Ściślej mówiąc, wyłoniła się prosto przede mną.
Koścista, pokryta śniadą, pomarszczoną skórą postać wyszczerzyła zęby. A stanowczo miała co wyszczerzać. Jeden kieł mógłby z powodzeniem rywalizować o wielkość z moją dłonią. Jakby jeszcze było mało, efektu dopełniały pazury i przypasane do białej sukni jakby losowo wybrane narzędzia rolnicze i ogrodnicze.
Jeszcze nigdy sekator nie wydał mi się tak upiorny.
Wszyscy za moimi plecami zgodnie zrobili krok w tył.
Demony nigdy nie wychodziły, ani nie atakowały same z siebie – dopiero wtedy, kiedy ktoś wkroczył na ich terytorium, czyli w tym wypadku pole.
Ta południca chyba jednak o tym nie wiedziała.
Wpatrywała się we mnie żółtymi oczami znad splątanych, tłustych włosów. Jej wzrok był dziwnie zamglony, błędny. Hipnotyzujący. Stałam w bezruchu, na niebezpiecznie drżących kolanach. Przez głowę przelatywały mi wszystkie zdobyte o demonach informacje.
Nie ruszać się. Nie prowokować.
W tym momencie ktoś wrzasnął.
Południca jakby ocknęła się z transu i rzuciła się na mnie z zębami.
Na szczęście nagminnie opuszczane w szkole lekcje wuefu zrekompensowało krótkie szkolenie samoobrony w Instytucie. Zrobiłam gwałtowny unik, cudem unikając machnięcia pazurzastej łapy. Południca jednak ruszyła do dalszego natarcia, sięgając po złowieszczy sekator.
Nagle jednak zamarła w bezruchu, jakby zatrzymana czyjąś ręką. Jej wzrok ponownie się zamglił. Wydała z siebie zdławiony odgłos protestu i zmieniła się w powietrzny wir, który pognał w stronę lasu.
W stronę innego pola.
Odwróciłam się w stronę ludzi, jednak znakomita większość zdążyła rozsądnie ratować się ewakuacją. Tylko Antoni Karczewski stał nieruchomo i mierzył mnie spokojnym wzrokiem. Coś mnie tknęło.
Rolnik wybiegł z lasu. Jakby dokładnie znał miejsce, w którym pojawi się mój samochód.
Poczułam, jak ściska mnie w gardle.
– Skąd pan wiedział, gdzie mnie szukać? – odezwałam się powoli.
Mężczyzna odruchowo strzelił oczami w stronę jakiejś kobiety.
Młoda, ładna brunetka w długiej spódnicy, do tej pory stojąca na uboczu, westchnęła na poły ze zirytowaniem, na poły z rozbawieniem. Podeszła do nas wolnym krokiem, najwidoczniej napawając się napięciem. Wbiła we mnie intensywne spojrzenie niebieskich oczu i uśmiechnęła się powoli.  
– Dzień dobry, pani Aniu.
Poczułam, jak robi mi się zimno.
Wiedźma.
A jakże.
– Co… – zaczęłam, ale czarownica swoim zwyczajem przerwała mi wpół słowa.
– Pani Aniu, proszę się nie gniewać za to małe… przedstawienie. Nie pozostawiła mi pani wyboru.
– Słucham?
– Do tej pory wierzyłam w pani rozsądek. Jednak pani śmieszny upór sprawił, że byłam zmuszona poszukać innych metod. A ta urocza, infantylna wiadomość do Instytutu… – Wiedźma pokręciła głową z pobłażaniem, jakbym była nieznośnym, małym dzieckiem. – Rozczarowała mnie pani. Jednak jak już wspominałam, czuję do pani pewną sympatię, więc postanowiłam potraktować sprawę łagodnie. I skorzystać z drobnej pomocy.
Skinęła w stronę pana Karczewskiego, który wpatrywał się w nią spokojnym, trochę nieprzytomnym wzrokiem, jakby był pod wpływem zaklęcia.  Poczułam, jak przechodzi mnie dreszcz.
Południca wyglądała tak, jakby ktoś zmuszał ją do każdego kroku. Jakby ktoś cały czas ją kontrolował.
– Zaczarowała pani rolnika i demona? – wykrztusiłam.
Wiedźma wykonała nieokreślony gest.
– Nie lubi pani takich małych scenek? Odpowiednia dawka dramatyzmu, stale rosnące napięcie… a jaki efekt!
Westchnęła melancholijnie. 
– Badacz z Instytutu dopuścił, żeby demon zaatakował niewinnych ludzi? Pozwolił, aby ten przeniósł się na inne pola i dalej siał zamęt? Nie zarejestrował południcy na swoim terenie i nie zareagował w obliczu zagrożenia? – Czarownica z uśmiechem pokręciła głową. – Och, pani Aniu. Nie chciała pani stąd wyjechać? W takim razie oni sami panią wyrzucą.  
Żeby jeszcze wzmocnić efekt tych słów i zrobić na mnie jeszcze większe wrażenie, wiedźma roześmiała się cicho i wykorzystując swoją najwyraźniej ulubioną sztuczkę, rozpadła się w pył.
I cholera. Zadziałało.
 



Zdjęcie: Magdeleine

10 komentarzy:

  1. PIERWSZYYYYY!

    Okej, miejsce zarezerwowane, w najbliższym czasie tu wrócę, żeby się "wyczilować" przy dobrym, internetowym opowiadanku! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pięknie urwałaś, nie wiemy czy możemy się spodziewać odwołania Wilk, czy Instytut nie da się zwieść knowaniom wiedźmy! ;D

      Nie będę Ci bardzo dużo chwalił, żebyś się nie zepsuła, ograniczę się do dwóch pochwał i dwóch nagan! ;>

      1) Świetny opis biblioteki, a przede wszystkim bibliotekarki. Oczyma wyobraźni widziałem jej brzydki sweterek, źle pomalowane usta i szare, lokowane włosy!

      2) Niezmiennie fajnie wplatasz refleksje między dialogi. Na przykład w tam gdzie mowa o licencji na zabijanie. W samochodzie z Antonim. Nawiasem, szkoda że rolnik nie mówił "psze pani" ;D

      3) Czuję niedosyt przy opisie Instytutu. Właściwie mowa tam tylko o szefie. To dość enigmatyczne. Można by rzucić trochę światła na tą strukturę, opisać jej biurokratyczne absurdy, cokolwiek. No i co to za szef na uczelni? Szef może być zakładu, Instytut ma raczej dyrektora, fajnie by było wprowadzić postać dziekana itd.

      4) W inwokacji na temat południk zauważyłem wybijającą z rytmu powtórkę słowa "zwykle" ;> Widzisz do czego to doszło, że takich rzeczy muszę się czepiać...!

      Pozdrawiam, nie mam nic przeciwko takiej długości opowiadań.
      A, nawet zostawię linka do siebie, bo kiedyś ludzie będę często odwiedzać tego blogaska dla opowiadań! ;)

      Kultura & Fetysze BLOG

      Usuń
    2. Dziękuję ślicznie za tak rozbudowany komentarz i zarówno za pochwały, jak i nagany :D
      Instytut to nie uczelnia, ale taka instytucja badawcza, a Anka nazywa swojego przełożonego po prostu ,,szefem":)
      O, powtórki nie zauważyłam. Zaraz spróbuję znaleźć.
      No i cieszę się, że długość pasuje, bo właśnie myślałam pisać dłuższe odcinki, a nie tak ciachać.
      Pozdrawiam również!

      Usuń
  2. Nim powiem więcej, chcę tylko podkreślić, że odświeżenie sobie poprzednich części Chwalebnego Cyklu Chwały (I Chwały) doprowadziło mnie do jednego bardzo poważnego, dosadnego i najprawdopodobniej ostatecznego wniosku.
    Wituś rządzi.
    Ach, zawładnął mym sercem doszczętnie, choć sam serca mieć się nie zdaje! Lecz jakże oddany jest sprawie rebelii przeciw ludzkiemu uciskowi! Nieugięty, jedyny racjonalnie myślący wśród bandy dobrotliwych plastusiów i półgłówków. Ach!
    Ale serio, kocham tę postać :D Choć i Hejdaszowi oczywiście trudno się oprzeć. Jak i zniewalającym z pewnością rykom Sabinki.
    A przechodząc już do dzisiejszej opowieści, oczywiście jestem w zachwycie. Uwielbiam te opowiadania, serio, teraz przeczytane wszystkie naraz dały świetną całość. Jest żywo i zabawnie, i z iskrą, no i bardzo ciekawie wykorzystujesz motywy słowiańskie (o południcy na przykład dotąd nie słyszałam, a całkiem interesujący to stwór... Złowrogie sekatory te sprawy :'D). Nic więc nie pozostaje, niż czekać dalej - a zapowiada się mrocznie, bowiem tam wiedźma (niecna! Zacności w niej szukać ze świecą!), a tam rozeźlony IBNIN, plus Kisielowa i Marysia, no i Sabinka... zewsząd tylko same tarapaty, toteż czekam, czekam na dalszy rozwój akcji!
    Co do Twego komentarza pod moim ostatnim (jakże zresztą głębokim postem) - o ja, myślałam, że jestem takim frajerem z tym połykaniem tabletek, a tu proszę :D Pocieszyłaś mnie w niedoli! Łykający Tabletki Inaczej, łączmy się! No i w ogóle wielki PJONS za wszystkie wspólne cechy. Fajne to. :P
    No, życzę dalszych sukcesów i miłego dnia/wieczoru/ranka,
    B.
    #teamwituś
    (Ej, serio. Ludzie będą się kłócić o wyższość Hejdasza nad Witusiem i odwrotnie kiedyś, mówię Ci, tak powszechnie na tych wszystkich forach. I na literackich wieczorkach! Ale ja murem będę stać za Witusiem. Murem.).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tamten nawias powinien się skończyć po "głębokim", oczywiście.
      B.

      Usuń
    2. Aaaach, dziękuję! ♥
      Cieszę się, że Wituś został doceniony i nawet zawładnął czyimś sercem! Mimo podłego charakterku też zasługuje na trochę uwagi ;)
      Dzięki i nawzajem!

      Usuń
  3. Wiedziałam, że to będzie południca, ha! Uwielbiam cykl słowiański. Nie jestem pewna, czy już gdzieś kiedyś o tym nie wspominałam, ale podoba mi się strasznie, że piszesz właśnie o "naszych" potworach.
    Myślałaś może o publikowaniu swoich opowiadań na Wattpadzie? Dużo łatwiej się tam zapisuje cytaty (na bloggerze pozostają tylko screeny z zaznaczonymi najlepszymi tekstami... a jest tego trochę XD)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze wydawało mi się, że mitologia słowiańska ma w sobie ogromny potencjał, jest fascynująca, a tak niewiele jest książek z tego typu motywami.
      Właściwie nigdy o tym nie myślałam... Wattpadd znam i nawet mam konto, ale to wciąż dla mnie terra incognita. Hm. Może kiedyś? :)
      Dziękuję ślicznie ♥

      Usuń
  4. Huhuhuh!
    Bardzo dawno nie czytałam żadnego blogowego opowiadania, bowiem nie mam na nie cierpliwości (zbyt często trafiałam na super historie o one direction czy kopie popularnych bestsellerów), ale jako, że lubię Twój styl pisania postów postanowiłam się skusić. I nie żałuję! Pochłonęłam historię o Sabince jednym tchem (wielkie dzięki za zebranie wszystkiego w jednym poście) i jestem zachwycona. Uwielbiam elementy fantastyki, a nawiązanie do mitologi słowiańskiej bardzo, bardzo przypadło mi do gustu. Ciężko napisać mi coś konkretnego od strony technicznej, bowiem znam się tyle co nic, dlatego zatrzymam się tylko na pochwałach i słowach zachwytu. :) Uwielbiam to, jak piszesz, bardzo lekko czyta mi się Twoje teksty. Nie przynudzasz i potrafisz wprawić w zaciekawienie, co bardzo sobie cenię. Jestem niezwykle ciekawa dalszego przebiegu wydarzeń, także czekam z utęsknieniem na kolejne przygody głównej bohaterki. Ta historia (choć jeszcze krótka) to naprawdę kawał dobrej roboty, gratuluję! <3

    OdpowiedzUsuń
  5. YEEEEEEEAAAAAAAAAAH
    ^ taka była moja reakcja te 2 tygodnie temu, jak zobaczyłam, że wstawiłaś kolejną część! ^^
    Mmmm, szczwana ta wiedźma. Tylko o co jej chodzi? Żeby Anka się wyniosła, to oczywiste... ale czemu? Co jej przeszkadza? I dlaczego Instytut tak mało wiedzy o czarownicach przekazuje swoim studentom? Nie znają ich zagrywek, czy ta jest jakaś speszial? Tyle pytań! Pewnie znajdę odpowiedzi w kolejnych częściach, tylko, eeech, one przychodzą tak rzadkoooo *sugestywnie porusza brwiami w stronę zacnej Poli*
    Ach, czekam na więcej Hejdasza i Witusia. Do Sabinki aż tak mi nie tęskno, ale teraz ta historia bez niej nie będzie tym samym. (To zabrzmiało, jakby gdzieś odchodziła, nie to miałam na myśli; nieważne).
    Uwielbiam twój humor, powtórzę (chyba) raz jeszcze!
    Pozdrawiam i życzę jeszcze więcej takich dobrych tekstów! kotołaczka02

    OdpowiedzUsuń