sobota, 2 sierpnia 2014

Pola company, jakże artystyczne torby oraz "Ostateczny krach systemu rady uczniowskiej" czyli jestę artystom!

Hey, hi, hello!
Na samym początku chciałabym odwołać się do poprzedniego posta. Dziękuję za tyle pozytywnych, sympatycznych komentarzy, to zawsze jest bardzo, bardzo miłe:) Dla zainteresowanych (a wiem, że znajdą się tacy)- obóz organizowała firma "Poszukiwacze przygód" (link). Gorąco polecam, jak już pewnie wiecie:D
Większość komentujących naprawdę zdziwiła się, że uważam dwudziestoosobową (mówiąc ściślej: osób było dwadzieścia trzy) grupę za dużą. Trochę źle się wyraziłam... bo o ile obozów tematycznych było mnóstwo, to były one raczej kameralne. Na kilku zdarzało się po pięciu uczestników... największa grupa to chyba ok. trzydziestoosobowa (ale w dużym zaokrągleniu). Więc na tym tle literacki wypada nieźle, prawda?

A teraz krótka przerwa na... reklamę! Tak, dokładnie. Otóż moja przyjaciółka, Kaja, znana teraz jako Kajax, założyła bloga (nieskromnie mówiąc, przy mojej skromnej pomocy;)). Wstawiła na razie jedną recenzję, blog dopiero się rozkręca, ale już jest fajnie, zapowiada się świetnie, bo recenzja bardzo dobrze napisana. Więc zapraszam gorąco, proszę wchodzić i komentować:D

Właśnie wróciłam z Bukowiny Tatrzańskiej. Byłam tam na kilkudniowym wyjeździe z rodzicami. Czy zdobywaliśmy szczyty? Nie, w ogóle nie chodziliśmy po górach. Po prostu ośrodek dawał nam tyle atrakcji, że nie potrzebowaliśmy. Spędzaliśmy większość czasu w basenach z wodą termalną. Było ich mnóstwo, a w nich masaże, wodospady, czasem strasznie gorąca woda, zjeżdżalnie... wypływałam się, wymasowałam i wygrzałam za wszystkie czasy! Poza tym uczyłam się grania w bilard, obżerałam pysznymi posiłkami w hotelu, ćwiczyłam na siłowni... naprawdę fajny wyjazd, takie byczenie się było mnie i rodzicom naprawdę potrzebne. Podczas wyjazdu porobiłam kilka dobrych ujęć krajobrazów, w tym niezwykle efektownych zachodów słońca.
W ogóle, wakacje to ostatnio dla mnie okazja do wyżycia twórczego na różne sposoby. Dużo fotografuję, piszę, rysuję po chodnikach z Kajaxem (może wstawię kiedyś zdjęcia naszych złotych myśli zrobionych na chodniku przed domkiem letniskowym moich dziadków, warto w sumie zobaczyć!) i... param się rękodziełem.
No dobra, dobra, to był żart (ha, ha, śmiech na sali, puste krzesła...). Wcale się nie param rękodziełem, miesiąc temu tylko pomalowałam dwie torby i zrobiłam dwa mydełka na festynie. Ale jestem z tego niezwykle dumna, nie ukrywam, bo w czynnościach manualnych zwykle leżę, a tu proszę, nie wyszło tak źle! Wklejam poniżej zdjęcia efektów, proszę patrzeć i podziwiać, drodzy państwo!
 Na początek- moje mydełka, moja duma po prostu! Wprawdzie to skomplikowane nie było (wymieszać składniki, poczekać aż zastygnie i gotowe...), ale mimo wszystko jestem szczęśliwa, że się udały! Mydło czerwone ma zapach czekolady, a żółte pomarańczy. Pachną przepięknie, szkoda, że nie możecie powąchać przez ekrany, ale chociaż sobie wyobraźcie...
I... tak, na pudełeczkach są naklejki z napisami "Pola company". Tak mnie naszło, żeby podpisać akurat w ten sposób. Mogłam przez chwilę poczuć się,  jak rasowy producent mydła:D

 Ręcznie pomalowana torba numer jeden. Chyba zielona... a może czerwona? W każdym razie któraś farba była na wykończeniu, ale udało się, szczęśliwie dokończyłam. Napis ("Life is like a book. Make yours a bestseller!") wzięłam z okładki jeszcze czystego, ładnego zeszytu z uroczym, różowym rowerem. No, tam było zamiast "book", "story", ale lekko to przekształciłam. A dokładniej przekształciła to wyżej wspomniana Kaja, która uznała, że "book" brzmi o wiele lepiej. No i chyba ma trochę racji.

Torba numer dwa. Tu już na stoisku z farbami zostało farb naprawdę niewiele, marne resztki tak naprawdę, więc wiele było paćkania, zanim udało mi się osiągnąć znośny efekt. Jednak znowu się powiodło! Hurrraaa!!! Zwłaszcza, że na tej torbie zwłaszcza mi zależało. Na środku widać wielki napis "60's", a dotyczy to oczywiście moich ulubionych lat sześćdziesiątych. Wokoło mamy ikony tego czasu (przynajmniej moim zdaniem ikony): czarnoskórego geniusza gitary Jimiego Hendrixa, lidera zespołu "The Doors" Jima Morrisona, Janis Joplin (pamiętacie pewnie tego posta;)), polską aktorkę i sex bombę Kalinę Jędrusik (jako, że jestem patriotką, Polka musiała być!), słynną Marylin Monroe, artystę Andy'ego Warhola (kojarzycie jego słynne grafiki, min. właśnie z Monroe i sławną puszką zupy pomidorowej?), Audrey Hepburn (też o niej pisałam- tutaj) i piękną, francuską aktorkę Brigitte Bardot.


A teraz czas na coś, co obiecałam w poprzednim poście- short (odpowiadając na pytanie Stasi- to po prostu krótkie opowiadanie o wydumanej, anglojęzycznej nazwie:)), który zajął trzecie miejsce na obozie. Dobra. Trzy, dwa, jeden... wklejam.
A nie, pardon, jeszcze nie wklejam. Jedna uwaga- wydaje mi się, że trochę za szybko pobiegłam do finiszu, ale miałam ograniczenie co do ilości znaków. I to tyle. Dobra. TERAZ wklejam. Życzę miłej lektury i proszę o komentarze co do mojego tekstu. Korzystałam trochę z moich doświadczeń z radą uczniów, chociaż mocno podkolorowałam rzeczywistość, a postacie są wymyślone. Okej, okej, teraz już naprawdę zamieszczam!


"Ostateczny krach systemu rady uczniowskiej"

Stanęłam przed drzwiami sali numer  dwadzieścia siedem. Tak, to tu miała odbyć się tzw. comiesięczna rada uczniów, czyli najgorsze zło świata. Nie wiedzieć czemu, na kartce przyczepionej do drzwi, przy napisie  o zgromadzeniu dorysowano krzywą, brzydką, ale szeroko uśmiechniętą gębę. Moja twarz, chociaż też niezbyt urodziwa, do wesołych nie należała. Westchnęłam ciężko. Sama się prosiłam. Trzeba było się nie zgłaszać na cholernego zastępcę gospodarza klasy…
Przez niemal cały rok szkolny udawało mi się z wdziękiem omijać tego typu zgromadzenia. Nie tym razem. Gospodarz klasowy złamał nogę i to na mnie spadł przykry obowiązek reprezentowania naszej grupy.
Otworzyłam gwałtownie drzwi, chcąc mieć to już za sobą,
Widok, który ujrzałam, po prostu mnie dobił.
W sali polonistycznej, trochę tylko większej od szafy, siedziało kilku osobników różnej płci, każdy sam w dwuosobowej ławce, w składzie następującym:
- dziewczyna ubrana na czarno, wpatrzona natchnionym wzrokiem w przestrzeń, z położoną ostentacyjnie na ławce książką „W otchłanie mroku”
- chłopak o wyglądzie typowej szkolnej gwiazdy, czyli w markowych ciuchach, rurkach bardziej obcisłych niż moje, z potwornie przylizaną fryzurą, miną typu „jestem boski” i komórką w dłoni
- dwóch niespecjalnie wyróżniających się przeciętniaków, jeden z miną wyraźnie tęskniącą za rozumem, a drugi  z twarzą kompletnie wyzutą z emocji.
Postanowiłam usiąść za przeciętniakiem numer dwa i właśnie w tym momencie do klasy wpadła opiekunka nieszczęsnej rady uczniów, pani Zygzuła (tak, to jej prawdziwe nazwisko), wypalając na wstępie:
- Czy jest ktoś, kogo nie ma?
Wywołało to kilka drwiących chichotów. Tylko przeciętniak numer jeden, siedzący po mojej lewej, wpatrywał się w nauczycielkę ogłupiałym wzrokiem.
- Zaczniemy od razu, bo jesteśmy spóźnieni - zaczęła Zygzuła, rzucając torbę na krzesło  i niemal od razu zaczynając zawzięcie gestykulować.
Zawsze wypluwała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, machając przy tym energicznie rękoma, przez co kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z gadającym wiatrakiem.
Znowu nostalgicznie westchnęłam, obserwując, jak nauczycielka nawija, tak szybko, że nic nie rozumiałam i po chwili zupełnie się wyłączyłam, podobnie jak cała reszta poza właścicielką książki o tym mrocznym tytule, która kiwała ciągle głową z miną wyrażającą absolutne zaangażowanie. Zaczynałam się naprawdę nudzić i nawet rozważałam pożyczenie od niej powieści o mroku i jego otchłaniach, bo nie wytrzymywałam.
Nagle belferka urwała i zapytała urażonym tonem:
- Słuchacie mnie?
Rozległy się potakujące pomruki. Uspokojona nauczycielka  mówiła dalej, by po chwili jednak ponownie przerwać i spojrzeć się prosto na przeciętniaka numer jeden.
- Ty! - prawie krzyknęła. –Zgadzasz się z tym, co mówiłam?
- Noo - mruknął zapytany inteligentnie.
- Na pewno?
- Noo.
Tym razem to pani Zygzuła westchnęła i przetoczyła wzrokiem po klasie, zastanawiając się pewnie, jak by tu niecnie zmusić nas do aktywności. W końcu dostała objawienia.
- Hmm… ma ktoś może jakieś, no nie wiem, pomysły, nie wiem, uwagi? - zdołałam to zrozumieć, z czego byłam naprawdę dumna.
Zapadła cisza.
- A może ty? - palec wskazujący kobiety pokazywał niewątpliwie moją osobę. – Jak masz na imię?
- Kamila - wydukałam, rozglądając się gorączkowo po klasie w poszukiwaniu ratunku. – Eee… nie mam pomysłów.
- Na pewno nie? - naciskała.
- Nie? - raczej zapytałam niż stwierdziłam.
- A może dyskoteka? Wi-fi dla uczniów? Akcja charytatywna? Więcej kółek?
- Wi-fi  w szkole? - zaryzykowałam.
- Wiem, że bardzo tego chcecie i prosicie o to od dawna - zaczęła z satysfakcją Zygzuła. – Ale to nie takie proste, uwierzcie. Wręcz niemożliwe, ze względów technicznych i finansowych, więc wybacz, ale tę prośbę odrzucam, przykro mi.
Zatkało mnie na moment. Czy to jest jakiś żart?
- Ale…- zaczęłam niepewnie. – To przecież był pani pomysł.
- Noo - mruknął przygłup w niebieskiej koszulce.
- Przecież ty go powiedziałaś - pani Zygzuła uniosła brwi.
Załamałam się.
Przeciętniak numer dwa podniósł rękę.
- Tak?! - wrzasnęła radośnie nauczycielka, która tak się ucieszyła, że aż się przeraziłam.
- Mogę pójść do toalety? - zapytał beznamiętnie chłopak.
Belferka wyraźnie oklapła i tak smutno, że aż zrobiło mi się jej żal, wydała pozwolenie. A gdy przeciętniak numer dwa wyszedł, zgłosiła się dziewczyna w czerni.
- Też do toalety? - zapytała zrezygnowanym głosem nauczycielka.
Zgłaszająca się chyba też jej pożałowała, bo nawet jeśli chciała udać się za potrzebą, to dzielnie zaproponowała jakąś wycieczkę. Zyguła widocznie się ucieszyła.
- Chcecie wycieczkę? - zapytała energicznie.
- Noo - odpowiedział zwyczajowo przygłup.
- Świetnie - zareagowała żywo. – Jest to raczej niemożliwe, ale i tak się zapytam.
Po chwili zaczęła coś mówić, o jakichś świetnych pomysłach, aktywnych uczniach, itd. Tak się tym podnieciła, że przestała na nas zwracać uwagę. Pozostało mi tylko obserwować z zadziwieniem niesamowity taniec jej rąk.
Nagle koleś w rurkach przerwał czynność polegającą na wpatrywaniu się w ekran komórki i podniósł dłoń.  Nawet pani Zygzuła wydawała się zaskoczona, ale pozwoliła mu mówić.
- Dłuższa przerwa obiadowa - zaproponował chłopak, takim tonem, jakby robił wielką łaskę.
- Macie tyle pomysłów! - zapiała radośnie nauczycielka. – Ale nie możemy tego zrobić, bo trzeba by było zmienić cały plan lekcji. Ktoś jeszcze?
Nagle rozległ się odgłos, na który wszyscy prawie że zerwali się z ławek.
Alarm przeciwpożarowy.
- Próbne ćwiczenia - westchnęła ze smutkiem belferka. - Musimy przerwać i ewakuować się. Ej, ty, poleć po tego chłopca, który jest w toalecie - wskazała na przygłupa, który odpowiedział swoim „noo” i powlókł się do wyjścia.
Czułam wręcz nieopisaną radość. Nareszcie! Nareszcie koniec tej komedii, tej męczarni!
Wtem usłyszałam słowa nauczycielki:
- … radę dokończymy oczywiście jutro, musimy jeszcze coś przedyskutować…
Chyba muszę złamać nogę. 


Nie mogę znaleźć żadnej ładnej grafiki do tego opowiadania... dziś w poście mało zdjęć, dużo tekstu. 
W następnej notce prawdopodobnie zaprezentuję kolejne próbki mojej radosnej twórczości, tym razem fotograficznej. Bo tego lata zrobiłam sporo fotek i niektóre opublikuję. 
Napiszcie koniecznie co sądzicie o moich rękodziełach i tekście. Czekam z niecierpliwością:D
Pozdrawiam ciepło!
Pola

11 komentarzy:

  1. Super pooost... w sumie jak każdy!!! xDDDD

    OdpowiedzUsuń
  2. Ładny wygląd bloga i ciekawa notka ;)
    Zajrzysz do mnie ? Możesz zaobserwować ;) ( ja się odwdzięczę )
    key-tina.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Mydło o zapachu czekolady musi pachnieć przepysznie. W opowiadaniu najbardziej podobało mi się określenie "gadający wiatrak", przyznam, że gdy to przeczytałam to uśmiechnęłam się.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mydło pomarańczowe musi pieknie pachnieć! Lubię owocowe zapachy, szczególnie jakoś tak latem. Robienie swojej własnej torby też musiało być ciekawe, na pewno taka torba jest oryginalna. Chętnie bym sobie jakąś zrobiła. Już raz widziałam u pewnej dziewczyny, taką ze własnoręcznym wzorem - menorą.
    A ten short (nawet nie wiedziałam,że istnieje taka nazwa opowiadania) spodobał mi się. Tak swoją drogą zapytam. Jaka może być maksymalna ilość znaków w tego rodzaju opowiadaniu?

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny pomysł na torby! U mnie w szkole robiliśmy kiedyś podobne na szkolny festyn. Najfajniejsze było wymyślanie i odnajdywanie zabawnych tekstów. Strasznie podoba mi się cytat z pierwszej torby.
    A co do opowiadania - bardzo zabawne. jak zawsze świetnie czyta się twoje dzieła. :)

    http://waysaboutme.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetny tekst, aż chciało się czytać! Z każdym zdaniem było coraz ciekawiej :)
    Czas w górach też spędzony ciekawie :)) Moim rodzicom przydałby się taki relaks bo chodzą spięci i tylko krzyczą na mnie :3

    OdpowiedzUsuń
  7. Też chcę tak pisać. Masz talent.

    OdpowiedzUsuń
  8. Torby, czyli jak zrobić coś fajnego, z niczego :D
    Jestem z bloga mallame :) Postanowiłam zaczać od nowa i teraz możesz mnie znaleźć na alohame.bloog.pl zapraszam ! :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Sama robiłaś sobie torbę? ^^ Ale fajno! ^^ Ja uwielbiam te lniane materiałowce zwisające z ramion, mam tylko jakieś 3, ale i tak je uwielbiam! To było robione jakimiś farbami do ubrań, tak?
    Mydło pomarańczowe! *o* Na obozie była taka dziewczyna, która miała ze sobą tak przepięknie pachnący pomarańczowy szampon do włosów i wszyscy chcieli od niej ten szampon pożyczać. :D A ja bym chętnie powąchała Twoje mydełko! ^^
    No wiesz co! Być w Bukowinie Tatrzańskiej i nie łazić po górach?! Nie no, żartuję, ja bym przez cały taki wyjazd błagała rodziców o zaliczenie chociażby jednego, malutkiego szczytu! Ale nie wszyscy mają taką naturę jak ja. Muszę się z tym w końcu pogodzić!
    Bardzo fajne opowiadanko! ^^ Pani Zygzuła przypomina mi pewną matematyczkę z mojej starej podstawówki. :) Alarm przeciwpożarowy powiadasz! :D Serio, 'short' wyszedł Ci świetny! :D
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  10. Witaj Polu!
    No dobra, jestem! A nie było mnie u ciebie szmat czasu i zapowiada się dłuższa nieobecność.., Ale to zostawiam na koniec, co będę tylko o sobie paplać, nie. To jest blog genialnej Poli, a nie mój :D
    Te mydełka, no. Wierzę, że zapach mają cudowny, ale w plastikowej obudowie przypominają mi małe dżemiki. Ale i tak. Czy Ty zamierzasz takimi mydełkami ręce myć czy może, wąchać z natchnieniem, przy każdej nadarzającej się okazji? Też bym takie chciała. I proszę mi tu nie być taką skromną! Zrobiłaś mydełka? Zrobiłaś. Zrobiłaś torby. Zrobiłaś! A co to znaczy? Masz zdolności manualne. Szkoda tylko,że torby po ichniemu :c Z angielskiego leżę. Ale hihi. Pola nie byłaby Polą gdyby nie napisała "book", prawda? Fajny miałaś w ogóle pomysł. I żeby zrobić dwie torby ze znikomą ilością farbek, trzeba mieć talent!
    No, wstawiłaś to opowiadanie, wiedziałam! Dzięki, dzięki, dzięki! ^^
    Jest super, choć jak dla mnie stanowczo za krótkie! miało być rozwinięcie akcji, ten chłopak miał być uratowany przez Kamilę w płonącej toalecie. Ten przeklęty limit liter! Ale jestem pełna podziwu. Napisałaś to z takim smakiem, z taką super ironią. w ogóle świetny język, słownictwo. Ekstra! Nie dziwię się, że 3 miejsce. nie. jednak się dziwę! Dlaczego nie 2? Albo 1? ^^Powinnaś obyczajówki pisać! Powaliło mnie porównanie rąk do wiatraka!
    A teraz gorsza część programu:
    Pola. Dziękuję Ci za przesympatycznego komentarza. No, nie martw się. Przeczuwam, że wrócę za pół roku, bo to lubię. Ale mam dość. Odsapnę sobie i wrócę. Chyba. Trzymaj kciuki!
    Ach, za bardzo wychwaliłaś mego bloga. Dziękuję za te miłe słowa. No, to jednak nie żart! :) Twojego bloga będzie mi brakowało i tych twoich ogromnych komentarzy!

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  11. "Ostateczny krach systemu rady uczniowskiej" jest super! Bardzo lubię twoje teksty, naprawdę masz talent! Piszesz ciekawie, z humorem i odrobiną ironii, a każde opowiadanie jest inne od poprzedniego i jeszcze genialniejsze! Szczerze podziwiam! :)

    Pozdrowienia z Krakowa :)

    OdpowiedzUsuń