To był trudny rok.
2017 to rok koncertów - dwudziestego czwartego lutego miałam okazję być na Lindsey Stirling, a tej samej daty w marcu na Domowych Melodiach (pisałam o tym o tutaj). Latem odkryłam magię darmowych koncertów i dzięki temu zobaczyłam na żywo (i za darmo!) dwie trzecie moich ukochanych polskich zespołów - Lor i SALK - w Gdyni, również uwielbianą Julię Pietruchę na Jarmarku Dominikańskim i zespół dla mnie zupełnie nowy, czyli Breabach - grupę wykonującą muzykę celtycką, a występującą w ramach Mozartiany (koncert ,,Mozart na folkowo").

Stary rok umarł. Niech żyje nowy rok!
Przełom grudnia i stycznia to dobry moment na podsumowania, z czego skwapliwie korzysta wielu blogerów, zbierając w jednym miejscu swoje dokonania (tudzież porażki), odkrycia, zdobycze książkowe i wspomnienia. Nie będę tu wyjątkiem i skorzystam z okazji, aby zrobić szybki jak montaż Guya Ritchiego (omg) (błyskotliwe porównanie) (udało się) przegląd ostatnich dwunastu miesięcy.
Tak, to był trudny rok. Bardzo... nazwijmy to... burzliwy. Pod wieloma względami. Nie udało mi się osiągnąć wielu rzeczy z tego, co ambitnie planowałam na początku roku, nie zrealizowałam części planów. Miałam czas literackiego nieurodzaju, zarówno na blogu, jak i pod względem radosnej twórczości własnej. Moment sporego artystycznego kryzysu, zwątpienia we własne umiejętności, zagubienia w pętli ,,to nie jest wystarczająco dobre" i poddawania się na etapie pomysłu. Mnóstwo zmarnowanego czasu i frustracji, i kryzysów, i dołków, błędów i łez, emocjonalnych huśtawek, zmian, nie zawsze łatwych i miłych. Chociaż zaczęłam dwa dość duże teksty, to powstało stosunkowo niewiele utworów ukończonych. Dwa konkursy zakończyły się dla mnie klapą. Przeczytałam o połowę mniej książek niż w ubiegłym roku. Było dużo wyzwań, dużo trudności, dużo huśtawek nastrojów i dylematów natury, nazwijmy to, egzystencjalnej.
ALE.
To był też pod wieloma względami dobry rok. Owocny w nowe doświadczenia i znajomości. Pełen niesamowitych odkryć, widoków i przeżyć. Trudny i piękny.
Co dobrego zostawił rok dwa tysiące siedemnasty?
Kultura
Generalnie ostatnie miesiące były dla mnie czasem niezwykle intensywnym i odkryłam, że prowadzę całkiem bujne życie kulturalne. Gorliwie korzystam ze szkolnych wyjść do teatru i tańszych biletów grupowych, z klasą co miesiąc chodzę do kina, zapisuję się na różne akcje i wydarzenia. Marzłam na festiwalu Narracje w Brzeźnie. Wolontariuszowałam na festiwalu architektury oraz balu świątecznym dla dzieci, podopiecznych Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. Miałam przyjemność uczestniczyć w Forum Młodych 2017 w Europejskim Centrum Solidarności, w panelu ,,Róbmy sztukę, róbmy społeczeństwo", z którego wyszłam zainspirowana, natchniona i gotowa ruszać kreować, tworzyć, zmieniać świat! (po czym wróciłam do domu i robiłam angielski. Ot, przygniatająca proza życia, moi drodzy). Latem byłam na moim pierwszym Festiwalu Kolorów. Zobaczyłam wystawę Fridy Kahlo i Diega Rivery w Poznaniu. Chodziłam do kina, obejrzałam dużo filmów, słuchałam dużo muzyki. Czytałam też. Mniej niż rok temu, ale za to jakie książki! W zestawieniu przeczytanych pozycji nie ma może wielu pozycji w ogóle, jednak zadziwiająco mało jest przeciętnych i takich sobie, a spektakularnie złych nie było wcale. I choć lista wygląda skromniej niż rok temu, to udało mi się przeczytać fantastyczne rzeczy - od klimatycznych, przyjemnych młodzieżówek (kryminału retro i osadzonej w świecie Griszów opowieści o typach spod ciemnej gwiazdy) i samych korzeni współczesnej fantastyki (czyli ,,Frankensteina" Mary Shelley i opowiadań Edgara Allana Poe), przez esej o feminizmie, felietony o języku, przepięknie wydaną publikację o modzie XIX stulecia oraz dramaty Moliera, Sofoklesa i Wilde'a, aż do ponownej lektury ,,Mistrza i Małgorzaty", spotkań z dwoma największymi panami polskiej literatury oraz poezji Emily Dickinson. Przygody czytelnicze, choć może rzadsze, miałam więc ekscytujące. Chyba rozważniej dobieram lektury i to dobrze, ale mam nadzieję, że w tym roku uda mi się przeczytać więcej. I równie dobrego!
Końce i początki
W
ostatnich miesiącach gimnazjum, po trzech latach zmagań udało mi się
zdobyć tytuł laureata z polskiego. Chodziłam po dniach otwartych liceów, pierwszy raz włożyłam soczewki, zatańczyłam poloneza w
szpilkach na podłodze pokrytej dywanami, zaliczając imponującą liczbę
godzin przetańczonych na obcasach (wpiszę to sobie do CV), wybawiłam się
na balu gimnazjalnym w najładniejszej sukience w moim życiu,
uczestniczyłam w przygotowywaniu krzesła dla mojej anglistki (długa
historia) i pożegnałam się ze starą klasą.
We
wrześniu zaczęłam za to naukę w liceum i błyskotliwie rzeknę: jest
fajnie. Klasa trafiła mi się sympatyczna podobnież rocznik, nauki jak cholera, ale uczę się czasami naprawdę fascynujących
rzeczy, a lekcje polskiego dostarczają mi przepięknych spotkań z poezją i
istnych intelektualnych uczt i przygód; napisałam pracę na olimpiadę z
polskiego (czekam na wyniki), a moje życie kulturalne rozkwita. Tak się
złożyło, że ten rok to również czas przełamywania wielu granic -
zaczęłam uczestniczyć aktywnie w różnych szkolnych wydarzeniach czy
wolontariatach, co wymaga kontaktu z ludźmi i w ogóle, więc jestem dumna
z przełamania pewnej nieśmiałości i angażowania się w tyle
inspirujących projektów.
Ludzie
W tym roku zakończyła się pewna wspaniała współpraca literacka.
Nie da się wyrazić słowami, jak cudowny był to (ponad!) rok, jak inspirujący, jak rozwijający, jak fantastyczny. Dziękuję za wspaniały projekt, który zaowocował tyloma stronami tekstu (wspaniałego! A co!), mnóstwem maili i przede wszystkim wspaniałą znajomością.
W tym roku miały miejsce dwa niezwykłe spotkania. Jedno przy pączkach w spokojną niedzielę, drugie przy naleśnikach ze spektakularną piątką. Bardzo, bardzo dziękuję i mam ogromną nadzieję, że niebawem uda się zobaczyć znowu!
W tym roku pojechałam na mój trzeci obóz literacki i ach. Wróciłam z garścią tekstów, mnóstwem inspiracji, pomarańczową koszulką, ogromem motywacji do dalszego pisania, ale przede wszystkim - wzbogacona o nowe, fantastyczne znajomości. Na literere jeżdżą ludzie tak cudowni, że nie da się tego wyrazić słowami. Z niektórymi spotkałam się po raz kolejny, z niektórymi po raz pierwszy i cieszę się, że mogłam spędzić dwa tygodnie z tak niesamowitymi osobami. Dziękuję za czytanie na głos tekstów, wymianę inspiracji, zwierzenia, długie wieczorne i nocne rozmowy, insajd dżołki i śpiewanie. Zwłaszcza wiadomej piosenki.
W tym roku poznałam ludzi o tak zwariowanych pasjach, że byście nie uwierzyli, serio. Mam przyjemność chodzić z częścią z nich do klasy.
Byłam
1. W artystycznoliterackim, pełnym smogu, uroku i fantastycznych kamienic, wymarzonym do studiowania Krakowie.
2. W przepięknie rozświetlonym, tętniącym studenckim życiem, a zarazem urokliwie kameralnym Lublinie.
3. W małej nadmorskiej miejscowości, na ostatnim wyjeździe z klasą; poszliśmy na plażę o pierwszej w nocy, patrzyliśmy, jak jaśnieje nad horyzontem, jak migoczą światła dalekiego miasta.
4. We Włoszech - w zasnutym mgłą, chłodnym Tyrolu, średniowiecznym Poppi, Muzeum Porcelany oraz wśród kwitnących na różowo krzewów i fantastycznych rzeźb w Ogrodach Boboli we Florencji, w pustelni i klasztorze w Camaldoli, na targu staroci w Arezzo, w małych miasteczkach Toskanii, z krętymi dróżkami, winnicami i ślicznymi domami tonącymi w kwiatach. Po drodze wznosiły się majestatyczne Alpy, we mgle tonęły szczyty, nad skarpami wisiały bawarskie zameczki, a na soczyście zielonych łąkach stały małe białe domki.
5. W Poznaniu, na wystawie Fridy Kahlo i Diega Rivery oraz włóczędze po jarmarku bożonarodzeniowym, ślicznych sklepach papierniczych i czekającym na święta mieście, z rogalem świętomarcińskim w dłoni.
Odkryłam
1. Seriale internetowe - to już wcześniej, ale ćśś. Odkrycie poczynione dzięki Annie Marii (powtarzam to non stop, wiem, ale jestem dozgonnie wdzięczna!). Rok zaczęłam od skończenia klasycznego w świecie literary web series Lizzie Bennet Diaries, czyli uwspółcześnionej adaptacji ,,Dumy i uprzedzenia", o której jeszcze nie napisałam, a to skandal, bo to genialny serial, zabawny, błyskotliwy, świetnie przekształcający wątki z powieści sprzed ponad dwustu lat na współczesność, ciepły, wciągający, uroczy. Na jednym z odcinków płakałam jak bóbr. Zakochałam się też w produkcjach grupy Shipwrecked - serialu Edgar Allan Poe's Murder Mystery Dinner Party, ze znanymi pisarzami wplątanymi w grę w morderstwo w roli głównej, połowie miniserialu Kissing in the Rain (dopiero teraz uświadomiłam sobie, że druga część przede mną!) oraz około czterdziestominutowej parodii filmów noir The Case of the Gilded Lily (premiera była jedenastego grudnia i adcaijpc. To jest złoto).
2. Hamiltona - czyli broadwayowski musical Lina-Manuela Mirandy, który pozbawił mnie sporej części życia, spędzonej na słuchaniu genialnego soundtracku, oglądania świetnych animacji Szin, wybuchów dzikiej ekscytacji i entuzjazmu, ataków fangirlowania oraz (o zgrozo) śpiewaniu i (o zgrozo!) rapowaniu poszczególnych piosenek. To odkrycie to z kolei zasługa Bukwy, dziękuję ślicznie. Muzyka jest genialna, teksty to istny majstersztyk (libretto zostało nagrodzone Pulitzerem; generalnie cały musical został obsypany wszelkimi możliwymi nagrodami, dostał Grammy i jedenaście statuetek Tony), postaci nie da się nie pokochać, a fabuła i wykorzystanie historii USA zbija z nóg. Poza tym to istny fenomen kulturowy - musical o ojcach założycielach Stanów Zjednoczonych staje się znany na całym świecie, a ludzie z Wielkiej Brytanii, Polski, Chin, Australii, Estonii, Tajlandii, Ameryki Południowej, z całego globu, znają soundtrack na pamięć; na podstawie dramatu nagrodzonego jedną z najbardziej prestiżowych nagród literackich powstają fan-fiction, fan-arty, covery, przeróbki, memy, gify. Niesamowite. Lin-Manuel Miranda stworzył coś absolutnie na miarę naszych czasów, a do tego coś tak ujmującego. W Hamiltonie łatwo się zakochać. To mój pierwszy musical, który tak sobie ukochałam, chętnie będę eksplorować soundtracki innych. Już mam na oku polecane przez przyjaciółkę Heathers, no i polecanych przez wszystkich Nędzników.
3. Emily Dickinson - dziewiętnastowieczną poetkę, słynącą z niezwykle samotniczego trybu życia (tylko kilka razy opuściła swoje małe miasteczko, od pewnego momentu nie wychodziła z domu, a pod koniec z życia z pokoiku na piętrze - znajomych przyjmowała przez uchylone drzwi) oraz wielu tajemnic i znaków zapytania w życiorysie. Jej poezja jest pełna niesamowitej wrażliwości na otaczającą rzeczywistość, głębokich introspekcji, inspiracji hymnami protestanckimi, nowatorskich rozwiązań, oryginalnych i świeżych jak na tamtej czasy interpunkcji, składni i rytmiki, dźwięcznej, urywanej, jak rwany oddech. Drobne detale, sytuacje ze świata natury oraz świata ludzi stawały się inspiracją do rozważań egzystencjalnych. To wiersze przesycone wątpliwościami natury religijnej, zachwytem i rozpaczą, gorzkim humorem, melancholią, dystansem, tą ogromną wrażliwością. Najlepszy przekład to oczywiście ten Barańczaka, doskonale oddaje ducha tej poezji.
4. Zbiory uniwersyteckich bibliotek - a właściwie jednej, w Gdańsku, gdzie szukałam informacji do dwóch opowiadań oraz kserowałam lekturę na historię (nigdzie nie była już w tym czasie dostępna). Jeżeli jakiś temat mnie zafascynuje, to lubię go zgłębiać. Jestem takim świrem, że w trakcie ferii mogę pojechać na uniwerek, zgarnąć stosik woluminów o mitologii celtyckiej albo Mickiewiczu, usiąść przy stole obok pogrążonych w nauce studentów, z zapałem robić notatki i jeszcze się cieszyć.
5. Darmowe koncerty - patrz wyżej.
6. Folk i muzykę alternatywną - oczywiście znałam te gatunki wcześniej, słuchałam ich również. Jednak dopiero w tym roku zupełnie zanurzyłam się w muzykę alternatywną i odkrywam kolejnych wykonawców - songwriterów i kompozytorów, grających na ukulele i pianinie albo wykorzystujących elektronikę, głębokie basy i surowe bity, wpadających w rock, pop albo folk, eksperymentujących z muzyką, bawiących się dźwiękami. SALK, Lor, Sorry Boys, Tom Rosenthal, Dodie, BORNS, Aurora, Domowe Melodie. Niezależni, twórczy, ekscentryczni, ujmujący. Każdy z tych wykonawców jest wyjątkowy na swój sposób i uwielbiam to, ile serca wkładają w swoją muzykę.
7. Inspirujące postacie historyczne - szczególnie kobiety. Czytałam o ludziach obu płci (zarówno wśród kobiet, jak i wśród mężczyzn szczególnie fascynują mnie artyści i pisarze, a także naukowcy i generalnie wielkie umysły), ale przede wszystkim zaczęłam sobie gromadzić w kajeciku nazwiska ciekawych, inspirujących pań z różnych epok, od starożytności do współczesności i sama byłam zaskoczona, jak wiele jest zapomnianych, genialnych kobiet, które zmieniały świat. Dosłownie. Królowych, chemiczek, fizyczek, tancerek, aktorek, biolożek, działaczek społecznych, feministek, abolicjonistek, lekarek, rewolucjonistek, pilotek, malarek, pisarek, poetek, kobiet oddanych sztuce, nauce, dyscyplinom sportowym, dziesiątej muzie. Niewiarygodne życiorysy i ogromny wkład w historię, a o wielu z nich nikt już nie pamięta.
8. Jak piękne może być moje własne miasto - zaczęłam czerpać ogromną przyjemność z włóczenia się po Gdańsku, zaglądania w mniej znane zakamarki, odwiedzania muzeów, kościołów, centrów kultury, niezależnych księgarń, sklepików ze starociami, obrazami i małymi dziełami sztuki. I chociaż już wcześniej doceniałam, w jak pięknym miejscu mieszkam, dopiero teraz nauczyłam się, że warto poczuć się we własnym mieście jak turysta - czasem zadrzeć głowę i za każdym razem patrzeć na otoczenie tak, jakby widziało się je po raz pierwszy.
2. Hamiltona - czyli broadwayowski musical Lina-Manuela Mirandy, który pozbawił mnie sporej części życia, spędzonej na słuchaniu genialnego soundtracku, oglądania świetnych animacji Szin, wybuchów dzikiej ekscytacji i entuzjazmu, ataków fangirlowania oraz (o zgrozo) śpiewaniu i (o zgrozo!) rapowaniu poszczególnych piosenek. To odkrycie to z kolei zasługa Bukwy, dziękuję ślicznie. Muzyka jest genialna, teksty to istny majstersztyk (libretto zostało nagrodzone Pulitzerem; generalnie cały musical został obsypany wszelkimi możliwymi nagrodami, dostał Grammy i jedenaście statuetek Tony), postaci nie da się nie pokochać, a fabuła i wykorzystanie historii USA zbija z nóg. Poza tym to istny fenomen kulturowy - musical o ojcach założycielach Stanów Zjednoczonych staje się znany na całym świecie, a ludzie z Wielkiej Brytanii, Polski, Chin, Australii, Estonii, Tajlandii, Ameryki Południowej, z całego globu, znają soundtrack na pamięć; na podstawie dramatu nagrodzonego jedną z najbardziej prestiżowych nagród literackich powstają fan-fiction, fan-arty, covery, przeróbki, memy, gify. Niesamowite. Lin-Manuel Miranda stworzył coś absolutnie na miarę naszych czasów, a do tego coś tak ujmującego. W Hamiltonie łatwo się zakochać. To mój pierwszy musical, który tak sobie ukochałam, chętnie będę eksplorować soundtracki innych. Już mam na oku polecane przez przyjaciółkę Heathers, no i polecanych przez wszystkich Nędzników.
3. Emily Dickinson - dziewiętnastowieczną poetkę, słynącą z niezwykle samotniczego trybu życia (tylko kilka razy opuściła swoje małe miasteczko, od pewnego momentu nie wychodziła z domu, a pod koniec z życia z pokoiku na piętrze - znajomych przyjmowała przez uchylone drzwi) oraz wielu tajemnic i znaków zapytania w życiorysie. Jej poezja jest pełna niesamowitej wrażliwości na otaczającą rzeczywistość, głębokich introspekcji, inspiracji hymnami protestanckimi, nowatorskich rozwiązań, oryginalnych i świeżych jak na tamtej czasy interpunkcji, składni i rytmiki, dźwięcznej, urywanej, jak rwany oddech. Drobne detale, sytuacje ze świata natury oraz świata ludzi stawały się inspiracją do rozważań egzystencjalnych. To wiersze przesycone wątpliwościami natury religijnej, zachwytem i rozpaczą, gorzkim humorem, melancholią, dystansem, tą ogromną wrażliwością. Najlepszy przekład to oczywiście ten Barańczaka, doskonale oddaje ducha tej poezji.
4. Zbiory uniwersyteckich bibliotek - a właściwie jednej, w Gdańsku, gdzie szukałam informacji do dwóch opowiadań oraz kserowałam lekturę na historię (nigdzie nie była już w tym czasie dostępna). Jeżeli jakiś temat mnie zafascynuje, to lubię go zgłębiać. Jestem takim świrem, że w trakcie ferii mogę pojechać na uniwerek, zgarnąć stosik woluminów o mitologii celtyckiej albo Mickiewiczu, usiąść przy stole obok pogrążonych w nauce studentów, z zapałem robić notatki i jeszcze się cieszyć.
5. Darmowe koncerty - patrz wyżej.
6. Folk i muzykę alternatywną - oczywiście znałam te gatunki wcześniej, słuchałam ich również. Jednak dopiero w tym roku zupełnie zanurzyłam się w muzykę alternatywną i odkrywam kolejnych wykonawców - songwriterów i kompozytorów, grających na ukulele i pianinie albo wykorzystujących elektronikę, głębokie basy i surowe bity, wpadających w rock, pop albo folk, eksperymentujących z muzyką, bawiących się dźwiękami. SALK, Lor, Sorry Boys, Tom Rosenthal, Dodie, BORNS, Aurora, Domowe Melodie. Niezależni, twórczy, ekscentryczni, ujmujący. Każdy z tych wykonawców jest wyjątkowy na swój sposób i uwielbiam to, ile serca wkładają w swoją muzykę.
7. Inspirujące postacie historyczne - szczególnie kobiety. Czytałam o ludziach obu płci (zarówno wśród kobiet, jak i wśród mężczyzn szczególnie fascynują mnie artyści i pisarze, a także naukowcy i generalnie wielkie umysły), ale przede wszystkim zaczęłam sobie gromadzić w kajeciku nazwiska ciekawych, inspirujących pań z różnych epok, od starożytności do współczesności i sama byłam zaskoczona, jak wiele jest zapomnianych, genialnych kobiet, które zmieniały świat. Dosłownie. Królowych, chemiczek, fizyczek, tancerek, aktorek, biolożek, działaczek społecznych, feministek, abolicjonistek, lekarek, rewolucjonistek, pilotek, malarek, pisarek, poetek, kobiet oddanych sztuce, nauce, dyscyplinom sportowym, dziesiątej muzie. Niewiarygodne życiorysy i ogromny wkład w historię, a o wielu z nich nikt już nie pamięta.
8. Jak piękne może być moje własne miasto - zaczęłam czerpać ogromną przyjemność z włóczenia się po Gdańsku, zaglądania w mniej znane zakamarki, odwiedzania muzeów, kościołów, centrów kultury, niezależnych księgarń, sklepików ze starociami, obrazami i małymi dziełami sztuki. I chociaż już wcześniej doceniałam, w jak pięknym miejscu mieszkam, dopiero teraz nauczyłam się, że warto poczuć się we własnym mieście jak turysta - czasem zadrzeć głowę i za każdym razem patrzeć na otoczenie tak, jakby widziało się je po raz pierwszy.
Udało mi się
1. Zacząć dwa większe teksty (kolejno 41 i 33 strony).
2. Napisać sporą garść miniaturek literackich na obozie.
3. Otworzyć na ludzi.
4. Zacząć korzystać z okazji, zapisywać się na wyjścia, wyjazdy, inicjatywy, uczestniczyć w inspirujących wydarzeniach, nie bać się spróbować.
5. Kupić zatrważającą liczbę pięknych zeszytów.
6. Nauczyć odpuszczać.
7. Nauczyć nie bać złych pomysłów.
8. Zachwycać. I dziwić. Niezależnie od wszystkiego.
Szczęśliwego nowego roku! Oby był jeszcze lepszy niż poprzedni! Życzę Ci dużo weny, czasu i ochoty na pisanie, bo z każdym kolejnym postem kocham TZB coraz bardziej.
OdpowiedzUsuńJa też odkryłam w tym roku Hamiltona i, jeju, podpisuję się pod tym co o nim napisałaś rękami i nogami (kiedyś się nauczę rapować Guns and ships, zobaczycie!)
Tegoroczni laureaci z polskiego, łączmy się!
A,jeszcze jedno!
UsuńJeśli chodzi o to co napisałaś o bibliotekach, to w sumie podziwiam i zazdroszczę, bo chociaż też jestem osobą, która lubi zgłębiać unteresujące tematy, to zwykle muszę mieć do tego jakiś powód (najczęściej prezentacja do szkoły, albo zbiórka harcerska. Serio, zbiórki są świetnym pretekstem żeby na przykład stać się lokalnym ekspertem w sprawie mitologii słowiańskiej). No i zwykle ograniczam się do przejrzenia zasobów internetu, nigdy nie pomyślałam o wizycie w bibliotece (zapewne dlatego, że do najbliższej "porządnej" biblioteki mam spory kawałek), ale to brzmi jak genialny sposób spędzenia wolnego czasu! (I mówię absolutnie serio). Na pewno lepszy niż bezmyślne przeglądanie facebooka. Dzięki a inspirację!
Dziękuję ślicznie, nawzajem! Bardzo mi miło ♥
UsuńGuns and ships to jedna z najtrudniejszych piosenek do śpiewania/rapowania/bełkotania, bo jest tak szybka, że plącze się język (to ja), jaką chyba wymyśliła ludzkość, serio. Nadejdzie ten dzień, że i ja nauczę się ją rapować! Tak!
Piąteczka laureata :D
Ojej, to zabrzmiało, jakbym ja spędzała cały mój wolny czas na uniwersytecie, a byłam tam jakieś trzy razy :D Pierwszy raz pojechałam z ciekawości i spędziłam tam jakieś dwie, trzy godziny, wyszukując informacje w dwóch językach o mitologii celtyckiej (oraz innych mitologiach, na przykład japońskiej) i wiktoriańskiej Anglii - wówczas ogromnie mnie fascynowały (do tej pory fascynują!) te tematy, poza tym potrzebowałam materiałów do pisania. Wtedy pojechałam z czystej ciekawości i głodu wiedzy, i rozentuzjazmowana biegałam po piętrze z naukami humanistycznymi, szukając fajnych rzeczy i zachwycając się liczbą regałów. Innym razem kserowałam książkę na historię, a parę miesięcy temu z kolei szukałam informacji do opowiadania, a w Internecie nie znalazłam wszystkiego, czego szukałam; z kolei konkretnych książek na ten temat nie było w miejskich bibliotekach, więc, no, pojechałam na uniwerek, znalazłam, zrobiłam notatki i skserowałam, co trzeba :D Nie mogę więc powiedzieć, żeby to był mój sposób na wolny czas, ale jeżeli chce się znaleźć konkretne informacje albo pogrzebać w książkach (a ja to uwielbiam!) dla czystej radości z czytania i dowiadywania się czegoś z ukochanej dziedziny, to to jest serio fajne!
Cieszę się, że mogłam w jakiś sposób zainspirować :D
Ty tak wiele osiągnęłaś, a to mi daje do myślenia, ile ja ostatnio opuściłam ulubionych rzeczy. Lubiłam uczestniczyć w wydarzeniach kulturowych, być gdzie się da, być wszędobylska, towarzyska.
OdpowiedzUsuńNo cóż, z czegoś trzeba rezygnować, by mieć coś innego. Pracuję nad tym, aby świat jeszcze raz zawirował o 180 stp.
Tak to jest, zawsze coś odbywa się kosztem czegoś innego.
UsuńTrzymam kciuki!
Mój rok też mogłabym nazwać trudnym, burzliwym, przełomowym, może nie dającym zbyt wiele dobrego). Kiedy czytam takie posty, zawsze robi mi się trochę żal, że mieszkam w takim miejscu, gdzie jest i mało darmowych koncertów, i w ogóle jakoś ubogo jest pod względem kulturalnym.
OdpowiedzUsuńSuper, że trafiłaś do tak świetnej klasy. Czymś niesamowitym musi być bycie otoczonym przez tyle niezwykłych, nietuzinkowych osób. A za wyniki olimpiady trzymam kciuki.
Też Kraków wydaje mi się fajnym miejscem do studiowania. W ogóle rozwinięta komunikacja miejska zawsze mnie oczarowuje, smog to w sumie nie jest dla mnie duża różnica (przyzwyczajona jestem z racji miejsca zamieszkania), a sklep pod nazwą "Geograf" podbił moje serce samym swoim szyldem.
Poezja Emily Dickenson jest cudowna. Opowiadałam ci już o tym, ale się powtórzę. Byłam zaskoczona, jak bardzo wpisała się w moje uczucia i trafiła w moje serduszko. Jej nastrój... był niesamowity. Ten smutek, tęsknota, poszukiwanie czegoś nieuchwytnego, refleksje nad odchodzeniem z tego świata i żegnaniem się z nim, gorycz, czasami ironiczne skomentowanie rzeczywistości.
Zbiory bibliotek są świetne. Już ta w Katowicach, pod którą podpięty jest UŚ i PG, zrobiła na mnie świetnie wrażenie, ale, wiadomo, obiekt jest nowy, funkcjonalny i przestrzenny. Chociaż pewnie te bardziej zabytkowe budynki swój urok mają.
Uświadomiłam sobie, że nigdy nie byłam w niektórych miejscach w moim mieście, które uchodzą za zabytki. Nigdy nie miałam okazji tam wpaść i teraz wydaje mi się to strasznie smutne, że często nie odnajduję się we własnym mieście.
Aurora i dziewczyny z Lor są cudowne. Nie mogę się odczekać, aż ta pierwsza wypuści nową piosenkę (a to już chyba w tym tygodniu!), a te drugie wydadzą swój album.
Może ten rok będzie lepszy. Dla nas wszystkich.
Pozdrawiam
Magda
Dziękuję bardzo ♥ Trzymam kciuki za Twoją olimpiadę!
UsuńJa z kolei jestem przyzwyczajona do innego powietrza, więc kiedy przyjeżdżam na południe Polski to czuję, subtelną, bo subtelną, ale jednak różnicę. Zresztą byłam w Krakowie w okresie, w którym hasło ,,smog" bardzo często pojawiało się w mediach, więc automatycznie wypatrywałam ludzi w maseczkach. Ale czuć różnicę. Nie od razu, ale powietrze jest jakieś takie... dziwne.
Nooo ♥ Dokładnie. Emily była genialna, a kiedy pierwszy raz czytałam jej wiersze, miałam wrażenie, że niektóre z nich doskonale, właściwie idealnie, wpisują się w moją wrażliwość i nastroje.
Biblioteka UG też jest w dużym, nowoczesnym, funkcjonalnym budynku i na początku czułam się trochę przytłoczona, bo tak cicho, i takie duże przestrzenie między niektórymi regałami... dość przytłaczające. Ponoć były jakieś komplikacje i architekci źle wyliczyli ciężar wszystkich książek, ale całość wygląda naprawdę imponująco.
Taaak ♥
I tego sobie życzmy.
Pozdrawiam również!
8 - ja dopiero teraz się dowiedziałam, że ty w Gdańsku mieszkasz :D
OdpowiedzUsuńTo moje miasto od 4 lat, ale jeszcze nie zgłębiłam go tak jak ty. Zwyczajnie nie mam na to za dużo czasu. A jak mam, to nie mam weny :< Szkoda. Może wybierzemy się gdzieś kiedyś, żeby odkryć nieznany piękny Gdańsk?
Kurde, dziewczyno ! Przez poltekstu zakladalam po sposobie wypowiadania mysli, ze jestes juz studentka. Sluchaj, ja tu zostaje! Nie ma batata. Jestes w moim wieku, a tak pieknie pokazujesz, jak warto zyc :) Jakby zyla bardziej, tak trzymaj !
OdpowiedzUsuńDziękuję pięknie, bardzo mi miło ♥ Zapraszam serdecznie, proszę się rozgościć!
UsuńO matko.
OdpowiedzUsuńW sumie wcześniej też wiedziałam, jak niesamowitą jesteś osobą, ale to podsumowanie skupiło całą twoją niesamowitość w jednym miejscu i... ach. Jestem pełna podziwu.
Przesiadywanie w bibliotece i nauka o rzeczach z własnej woli (jeju, jakie to romantyczne), sztuka w każdej sekundzie życia, radość i czerpanie całym sobą ze świata - to niesamowite. Naprawdę, naprawdę niesamowite.
(I ogólnie piękny jest ten post, bo wczoraj skończyłam "Małe życie" i jest on jak lekarstwo na ten ciąg cierpienia, bólu, rozpaczy, mieszania czasów, wielokrotnych opisów jedzenia, ubogiej w zaskoczenia fabule i stopniowego zobojętniania na losy głównego bohatera, no bo jest jakiś limit odczuwania współczucia, po trzystu stronach zaczęłam się tym męczyć - w skrócie: dużo tu chęci do życia, tak dla odmiany).
Hej, też byłam w Lublinie! Choć ta wizyta bardziej mi przypominała patrzenie na ciastko, które wygląda tak apetycznie i nie możesz go zjeść - zwiedzanie Majdanka było udane, choć mniej emocjonujące dla mnie niż Oświęcim i wystawa obrazów więźnia nr 432, pana Mariana Kołodzieja, natomiast późniejsze oprowadzanie po zabytkach w centrum było dosyć nudne. Chętnie bym się wybrała tam jeszcze raz, ale bez przewodnika i z mniejszą grupą; w zwiedzaniu mimo wszystko cenię sobie swobodę, tu bym dłużej została, tam bym w ogóle nie poszła; wiesz, o co chodzi.
To wspaniałe i nieprawdopodobne, że trafiłaś na taką świetną klasę! Chyba się przeniosę do Gdańska, bo mnóstwo tam mają zacnych ludzi.
Z Hamiltonem zetknęłam się po raz pierwszy na obozie Anno Domini 2016, gdzie wiadomo-która-pani zachwycała się tym musicalem. W zeszłym roku na obozie Hamilton otaczał mnie jeszcze bardziej, bo więcej było jego wielbicieli. Studio Accantus wypuściło trzy piosenki, wszystkie szalenie mi się spodobały. Na dodatek Pat wyrzucała mi przez ostatni(e?) miesiąc(e?), że jeszcze nie przesłuchałam oryginalnych utworów. Więc wczoraj (chociaż właściwie to już dzisiaj) zapoznałam się z całym pierwszym aktem i, tego...
*dramatyczne trzy kropki* Chyba wpadłam.
Awhufr, ten musical tak bardzo oddaje moje ostatnie nadzieje i myśli, a Hamilton to nowy idol. Jak już nauczę się Marsylianki, to rozpoczynam naukę Hamiltona. W dodatku okazało się, ku mojemu niezadowoleniu, że wcale nie jestem takim wymagającym odbiorcą i już po jednej piosence potrafię tak się przywiązać do postaci, że aż płaczę (co mi się nie zdarzyło przez całe 800 stron "Małego życia" [chyba najbliższe pół roku nazwę "hejt na małe życie", bo coś nie mogę przestać {nawiasy w nawiasach wcale nie są objawem żadnego schorzenia}]).
A jeśli poszukujesz więcej dobrych musicali, to z mojej strony polecam serdecznie "Mozart l'opera rock", który jest zdecydowanie musicalem mojego roku 2017. Śpiewana i tańczona biografia mojego ulubionego klasyka wiedeńskiego, z genialnymi kawałkami - to lubię! Na youtube jest cały spektakl z polskimi napisami, więc nawet jak ktoś nie zna słowa po francusku, nie musi się niczego obawiać.
Wow, twoje 41 i 33 strony wypadają imponująco przy moich 24 od grudnia '16. Muszę się wziąć w garść.
Szkoda, że nie przeczytałaś tylu książek, ile byś chciała. I że nie udało ci się zrealizować wszystkiego. Mimo to twój rok był wypełniony po brzegi pięknymi zdarzeniami, że ach, wciąż trwam w zachwycie. To niesamowite (to słowo przewodnie tego komentarza; to wcale nie tak, że jestem zbyt leniwa na szukanie synonimów; zresztą i tak użyłam już wielu epitetów określających podziw), że cię znam. Nawet nie wiesz, jaką stanowisz dla mnie inspirację.
No, tego. Pozdrawiam i życzę wytrwałości w osiąganiu noworocznych celów! kotołaczka02
...
UsuńO rany.
...
Autentycznie nie wiem, co powiedzieć.
Kotołaczko, z całego serca Ci dziękuję i szczerze mówiąc, aż nie wiem, co powiedzieć. Przeczytanie, że jest się dla kogoś (kogoś! Dla osoby obdarzonej tak fantastycznym, lekkim stylem i bogatą wyobraźnią; dla osoby, której opowiastki czytałam z zapartym tchem i szerokim uśmiechem i która zawsze tak mi imponowała regularnym pisaniem i realizowaniem twórczych, zabawnych, uroczych, pięknych pomysłów, wreszcie dla tak fantastycznej osoby!) inspiracją, jest strasznie onieśmielające, ale też piękne i chociaż czuję, że na to nie zasłużyłam, bardzo, bardzo dziękuję ♥
Pamiętaj, że ten post opisuje, jak w tytule, rzeczy dobre. Czyli praktycznie (poza pierwszymi zdaniami) pomija te złe. Więc ,,sztuka w każdej sekundzie życia, radość i czerpanie całym sobą ze świata" to dość przesadzony obraz, bo to zdecydowanie nie jest codzienność. Tak jak każdy człowiek, nie zawsze umiem zachwycać się światem, nie zawsze wybucham entuzjazmem i nie zawsze potrafię docenić to co wokół. Czasem są gorsze dni, pojawiają się gorsi ludzie, kryzysy. Rzeczywistość często bywa o wiele bardziej szara i przygniatająca. Ale potrafi być też inspirująca i piękna, i staram się to dostrzegać, bo chyba warto. Wiele zależy od spojrzenia.
O, ,,Małe życie"! Nie mam do tej książki może tak negatywnego stosunku jak Ty, ale na pewno... mocno mieszane uczucia. Z jednej strony zachwyt klarownym, przejrzystym stylem, rozdarte serce i ogrom emocji, z drugiej zmęczenie, wyczerpanie, zażenowanie. Powieść ciągnęłam cztery miesiące (sic!) po części z powodu emocjonalnego wyczerpania, po części po prostu dłużyzn. W pewnym momencie miałyśmy z ,,Małym życiem" niemal love-hate relationship :D Bo chociaż historia jest wstrząsająca, obraz zniszczonej psychiki, strasznej przeszłości i cierpienia Jude'a absolutnie przerażający, a cała opowieść dobrze poprowadzona i wzbudzająca silne emocje (we mnie w każdym razie; wiele scen mną wstrząsnęło i silnie poruszyło), to cierpi na primo, dłużyzny, secondo, nadmierne epatowanie cierpieniem i okrucieństwem. To drugie sprawia, że po jakimś czasie, tak jak piszesz, czytelnik obojętnieje. Największym problemem tej książki jest chyba to przeładowanie, zarówno okrucieństwem i ogromem tragedii, które po jakimś czasie wywołują zamiast poruszenia znużenie i zmęczenie, jak i sporą dozą zbędnych scen (w końcu przy wielkich gabarytach łatwo o dłużyzny lanie wody).
Ale mimo to, wiele scen zapadło mi w pamięć niesamowicie, no i nie pamiętam, kiedy jakaś historia wzbudziła we mnie aż tak skrajne emocje. Więc mimo zastrzeżeń, to jedna z najciekawszych książek, jakie czytałam ostatnio :)
Co do Lublina - doskonale rozumiem, zwiedzanie samodzielnie, kiedy masz wolną rękę i możesz trochę pobłąkać się po mieście, to zupełnie innego niż z wycieczką (wycieczki też są spoko, ale mają swoje minusy).
Taaak! Hamilton! ♥ Cieszę się, że Ci się podoba, kolejna osoba do śpiewania całego soundtracku!
*wznosi pięść w geście zwycięstwa i radości*
Witaj w klubie :D
Ja do wersji Accantusa mam mieszane uczucia, ,,Alexander Hamilton" był spoko, ale cierpię z powodu niektórych tłumaczeń oraz partii rapowych, no i ,,You'll be back" zupełnie mi nie podpasiło (bo ja kocham króla George'a :'D). Ale to dlatego, że ja już mam mocno emocjonalny stosunek do Hamiltona, również do tekstów, zresztą wykonanie, jak to u Accantusa, wyszło bardzo dobrze :)
O, Mozarta chętnie obczaję!
Raz jeszcze bardzo, bardzo dziękuję ♥ Przeczytanie takich słów jest, no... niesamowite.
Nawet nie wiesz, jak ja się cieszę, że Cię znam ♥ Tęsknię mocno.
Pozdrawiam i nawzajem!
Czyli rok okazał się trudny, ale także całkiem owocny? :) Super, że trafiła Ci się fajna klasa w Lo, ja niestety nie miałam tyle szczęścia i trzy lata wszyscy bardziej się „męczyliśmy” ze sobą niż faktycznie byliśmy, ale za to odbiłam sobie na studiach ;) LO faktycznie nie należy do najprostszych etapów życia, ale jeśli mogę dać Ci radę - nie przesadzaj z nauką. Skup się na tym z czego chcesz zdawać maturę, a całą resztę olej. Ja nie olałam i bezpowrotnie straciłam wieeeel godzin życia, nie warto. :)
OdpowiedzUsuńWszystkiego dobrego w nowym roku :)
Pola!
OdpowiedzUsuńJejciu, ten post był czystą kulturalną kawą. Tj. dał mi kopa do jeszcze bliższej przyjaźni ze sztuką! Dziękuję Ci za niego! Takie rzeczy są potrzebne. Tacy ludzie są potrzebni! Patrzysz i widzisz, że pasjonaci istnieją. I to zaraża. Po prostu - Pooolaaa Twoja miłość do sztuki jest bardzo zaraźliwa! O tak!
Po przeczytaniu tego posta zaczęłam słuchać sobie muzyki celtyckiej i... Dziękuję! Jestem po prostu zachwycona! Swoją drogą, Domowe Melodie pokochałam również są cudowne :)
Dobrze, dobrze, dość tych zachwytów! Walnęłam Ci komplement, a teraz mowię z groźną miną "oby tak dalej!".
(Pączki, pączki, o tak o tak)
Pozdrawiam ciepluteńko