niedziela, 14 stycznia 2018

Narty

Zima może nie śnieżna, ale zimna, trzeba się rozgrzać. 
Została mi garść tekstów z obozu literackiego i wśród tych, które nadają się do publikacji, znajdują się między innymi ,,Narty" - miniaturka napisana pierwszego dnia. Tym razem zrobię mały eksperyment (ohoho) i dopiero na końcu podam, jakie mieliśmy zadanie - zawsze ciekawi mnie, czy widać, że to opowiadanie pisane pod określone polecenie i czy może funkcjonować jako zupełnie niezależny byt. 
Enjoy!


Narty


— Świetnie pani idzie – skłamał gładko Markus, pomagając mi podnieść się ze śniegu.
Stanęłam chwiejnie na drewnianych nartach i złapałam mężczyznę za ramiona, żeby utrzymać równowagę.
— To, że panu płacę, nie znaczy, że musi mi pan kadzić – poinformowałam go, usiłując stanąć stabilnie.
Instruktorowi drgnął kącik ust.
— Może nie świetnie, przyznaję, ale szybko się pani uczy.
Aha. Z uprzejmości jednak nie protestowałam.
Śnieg skrzył się diamentowo. Zachodzące za drzewami słońce rzucało czerwony blask. Po zboczu wzgórza wspinał się las pełen ośnieżonych świerków. Baśniowo. A do tego wokół ani żywej duszy. Tylko na dole stała drewniana chata, pensjonat.  
Idealne warunki do pierwszej w życiu, trochę upokarzającej lekcji jazdy na nartach.
Markus poprawił czapkę, spod której wystawały kosmyki koloru marchewki. Brązowe oczy lśniły figlarnie.
— W ogóle się pani nie rusza – oznajmił. – Tylko stoi sztywno i czeka, aż znajdzie się na dole.
— Myślałam, że na tym to polega – przyznałam.
Roześmiał się. Lubiłam jego śmiech – szczery i ciepły. Spodobał mi się pierwszego dnia pobytu, kiedy go usłyszałam, dwa tygodnie temu. Okazało się, że właściciel pensjonatu ma syna, który pomaga mu w prowadzeniu ośrodka i uczy turystów jazdy na nartach. Niedługo po naszym przyjeździe wszedł do chaty cały ośnieżony, z mokrymi włosami i błyszczącymi oczami. W ręku trzymał narty.
Staliśmy wtedy przy kominku – ja, rodzice i mój brat, w modnych w mieście, ale tu niepraktycznych płaszczach, wyczerpani długą drogą przez śnieżycę. Teraz, gdy grzaliśmy przy ogniu skostniałe z zimna ręce, śnieg prószył delikatnie. Gospodarz podał nam grzane wino i popijaliśmy je, wciąż dygocząc. Wszystko w naszym wyglądzie krzyczało: miastowi!
Markus roześmiał się, gdy nas zobaczył. Tak ciepło, że nikt nie miał mu za złe, że śmieje się z nas. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Witamy w naszych skromnych progach – rzucił.
Od tego momentu nasze relacje zaczęły się rozwijać w niesamowitym tempie. Spotykaliśmy się w jadalni, na schodach, przy drzwiach, kiedy wracał z workiem pełnym zakupów. Popijaliśmy gorącą czekoladę przed kominkiem, rozmawialiśmy o wszystkim, rzucaliśmy śnieżkami, zachowując się jak dzieci. Zaprzyjaźniliśmy się tak szybko, że zastanawiałam się, jak to możliwe.
,,Przeznaczenie” - powiedział, kiedy podzieliłam się z nim tą refleksją.
Teraz złapał mnie za rękę i pomógł odwrócić się w stronę zbocza.
— Musi pani ruszać kolanami. Tak się skręca.
— Łatwo powiedzieć – wymamrotałam, zerkając w dół.
 Góra była niska i łagodna, wyższe szczyty wznosiły się nieco dalej. Mimo to jednak wydawało mi się, że stoję na skraju przepaści.
— No – rzucił Markus. – To proszę spróbować jeszcze raz.
Cofnęłam się. Po tylu upadkach jakoś nie czułam entuzjazmu, na początku przecież tak wielkiego.
Matka, kiedy usłyszała, że chcę pójść na lekcję narciarstwa, do tego sam na sam z młodym mężczyzną, najpierw pobladła. Jej zdaniem, którym nie omieszkała się podzielić, ani jedno, ani drugie absolutnie nie przystawało damie. Czasy jednak się zmieniały, świat szedł, a nawet biegł do przodu. Kobiety grały w golfa, tenisa, jeździły na łyżwach i nartach. Spódnice i dystans między ludźmi odmiennej płci skracały się błyskawicznie. Matka kurczowo trzymała się starych tradycji, ale widziała, że jej dzieci wkraczają w inny świat i niechętnie, ale próbowała to akceptować.
Odkaszlnęłam, patrząc w dół.
— Może…
— Boi się pani?
— Ja? – oburzyłam się. – W życiu!
Markus zaoferował popchnięcie, z czego skwapliwie skorzystałam. Pojechałam. Przez jakąś sekundę wydawało mi się, że może dojadę normalnie na dół, ale nagle przyspieszyłam i od razu zmieniłam zdanie. Przechyliłam się na bok i zdecydowanie nie jak dama z piskiem przewróciłam się na śnieg, machając rozpaczliwie kończynami.
— Żyje pani? – zawołał Markus.
— Żyję! – odkrzyknęłam, częściowo zagrzebana w śniegu, z nogami w górze.
Zbiegł do mnie. Przygryzł wargę, żeby się nie roześmiać, kiedy mnie zobaczył. Pomógł mi się wydostać i postawił mnie na nogi. Przez chwilę trzymał mnie w ramionach i, o dziwo, jakoś mi to nie przeszkadzało. Wydawało mi się, że na już i tak zaczerwienionej od mrozu twarzy nauczyciela pojawił się rumieniec.
— Czerwieni się pan?
— Owszem – odrzekł z godnością, wciąż nie wypuszczając mnie z objęć.
— Jest pan niezdrowy?
— A tak. To straszna choroba. Objawia się rumieńcami, stałym myśleniem o jednej osobie i bardzo szybkim biciem serca. – Markus przycisnął mi dłoń do swojej piersi. – Czuje pani?
— Czuję – powiedziałam, uśmiechając się. – Czy jest na to antidotum?
— Jest – odparł. – Ale nie zawsze działa. Widzi pani, istnieje poważne zagrożenie, że i pani się zarazi, a wtedy oboje będziemy chorzy.
Przysunęłam się nieco bliżej. On nachylił się lekko.
— Mogę zaryzykować – stwierdziłam.
Przysunęliśmy się znacznie bliżej, niż pozwalała na to przyzwoitość i, o zgrozo, chyba się zaraziłam.
Chociaż miałam poważne podejrzenia, że byłam chora już wcześniej. 



Zadanie: napisz tekst na podstawie pięciu wylosowanych słów.
Wylosowane słowa: narty, marchew, worek, antidotum, las 




Zdjęcie: New Old Stock
wykonane w 1927 roku przez Andersa Beera Wilse'a
Właściciel: National Library of Norway

10 komentarzy:

  1. Oj zdecydowanie bym się nie domyśliła, że te 5 słów było kluczem całej historii ;) Swoją drogą ciekawe zadanie, niełatwo stworzyć coś co byłoby sensowne i zgrywało się ze słowami kluczami... Dobra robota! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Przy takich zadaniach rzeczywiście trzeba trochę pogłówkować, to fajna wprawka ;)

      Usuń
  2. Zanim przeczytałam, o co chodziło, myślałam, że zadanie moze polegało, by napisać coś opierającego się na motywie, po który rzadko sięgamy. Wydaje mi się, że w swojej twórczości nigdy nie zawierałaś tematu miłości czy choćby zauroczenia, więc stąd chyba u mnie takie pierwsze skojarzenie.
    Ogólnie spodobało mi się przedstawienie takiego feriowego zauroczenia, które bardzo szybko się zradza i równie szybko (zazwyczaj) obumiera z przyczyn naturalnych (czas, odległość). Tekst jest umiejscowiony w trochę odległejszej przeszłości, nieprawdaż?
    Kilka ostatnich linijek o chorbie, zarażeniu się i braku antidotum nasunęło mi na myśl fazę chorób zakaźnych. I może ma to nawet trochę wspólnego. Rozprzestrzenia się na szeroką skalę, w krótkim czasie obejmuje dużą liczbę ludności, szczepionek czy leków nie ma przez dłuższych czas (na razie tego nie ma, ale dystopie zafundowały nam już takie wizje), więc uwolnienie się od choroby to cud lub odejście po drugą stronę tęczowego mostu (i moze z miłością do danej osoby my też umieramy tak na chwilę, ale tak duchowo). Ogólnie w wielu rzeczach można odstrzec kwestie geograficzne :D
    Pozdrawiam
    Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawierałam, ale rzeczywiście raczej nigdy nie publikowałam tych prób na blogu (to głównie dłuższe, niedokończone projekty) :D Ale zdarzało mi się popełniać teksty o zauroczeniach, wychodzeniach z friendzonów, czy choćby z elementami chemii między bohaterami. Nie wszystko jednak wstawiam tutaj. Generalnie na TZB pojawiały się zwykle tylko miniaturki albo krótsze opowiadania, teraz pracuję nad dłuższymi formami :)
      Tak, czas akcji stylizowany jest na początek dwudziestego wieku :)
      Tu jakieś poważne interpretacje widzę! A to miał być po prostu lekki, ciepły tekst o zakochaniu w zimowej scenerii :D
      Pozdrawiam również!
      P.

      Usuń
  3. Jejku, nigdy bym nie zgadła, że to opowiadanie miało się opierać na tych słowach!
    Ten tekst jest świetny. Taki do poczytania pod kocykiem przy ciepłym kakao, kiedy za oknem pada śnieg. Więcej takich tekstów, proszę <3
    Pozdrawiam cieplutko!
    Ola aka Muminek
    ksiazkowa-dolina.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja myślałam, że zadaniem było coś w stylu retrospekcja albo "jak to dawniej bywało", czuję się oszukana. xD Tytuł, gdy tu do Ciebie wpadłam, trochę zmroził mi krew w żyłach, bo tak wyszło, że przeraźliwie boję się nart (traumatyczne doświadczenia, sialalala i tak dalej). Jednak opowiadanko zacne! Bardzo masz przyjemny styl - bardziej "zharmonizowany" niż mój sister (gdy czytałam owoce Waszej współpracy, widać było, że w przeciwieństwie do niej masz na to pomysł, ale ciii, nic takiego Ci nie powiedziałam! Dalej zresztą ciekawi mnie, co z Nadzieją i Mareczkiem...). Najpierw zastanowiły mnie drewniane narty, potem, że mówią do siebie na pan/pani, następnie: "tak damom nie wypada", a gdy napisałaś o zmiennych czasach, dopiero się skapłam, że "chyba nie jesteśmy już w XXI wieku". Ciekawy pomysł! xD I uroczy, nie powiem, serce topnieje, gdy się takie rzeczy czyta. Ale i tak nie mam zamiaru już nigdy włożyć nart na nogi - nawet gdybym miała poznać przystojnego instruktora!
    Ballady Bezludne

    OdpowiedzUsuń
  5. Ojej ten tekst jest taki cieplutko! Relacja, która tak dobrze się rozwija i jest tak dobrze napisana nie powinna móc zmieścić się w tak krótkim tekście! A jednak...
    Nigdy nie pomyślałabym, że było to inspirowane właśnie takim zadaniem, w ogóle żadnym zadaniem bo funk jon uje świetnie jako osobna całość.
    Pozdrawiam i niezmiernie podziwiam
    Patrycja

    OdpowiedzUsuń
  6. Pewnie powtórzę słowa innych komentujących, ale ten tekścik jest taki cieplutki:) Od razu mi się zrobiło milej, jak go przeczytałam. Optymizm!! i te sprawy.
    Uwielbiam takie relacje zbudowane na przeciwieństwie, tak jak tutaj: główna bohaterka - mieszczuch i główny bohater - górski instruktor jazdy na nartach. Zresztą ironiczność (serio nie ma takiego słowa? Trudno, zostawiam) bohaterki podbiła moje serduszko. I to jak się zwracali do siebie per "pan", "pani", chociaż to wynika raczej ze słownictwa używanego w tamtej epoce.
    Jakoś tak zaczęłam czytać opowiadanie z myślą, że będzie się rozgrywać w XIX wieku, potem ten instruktor mnie zmylił, ale już od opisu przybycia rodziny do pensjonatu byłam pewna!
    Tekst świetnie sobie radzi jako samodzielny twór! Jestem pod wrażeniem, że udało ci się z takich słów ułożyć jakie przyjemne opowiadanko. Mnie worek i las skojarzyły się od razu z zakopywaniem trupa przez gangsterów, także...
    Aż chciałoby się przeczytać ciąg dalszy historii tej dwójki! Polubiłam ich, chociaż tak naprawdę niewiele o nich wiem.
    Pozdrawiam i życzę dużo weny! kotołaczka02

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo przyjemnie się go czyta :D Gratuluję pomysłowości :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetny wpis! Warto było tutaj zajrzeć. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń