Z dumą i radością prezentuję kolejną, już czwartą część Cyklu Słowiańskiego! Pojawiają się nowi bohaterowie, ale też stara postać, która kiedyś zaledwie mignęła i teraz dostała więcej ,,czasu ekranowego". Więc ten. Enjoy!
Poprzednie części:

Przerąbane
–
Anka, co ty robisz?
Podniosłam
wzrok znad książki. Hejdasz stał w drzwiach salonu, ściskając pod pachą
pluszowego misia koalę. Jego wzrok wyrażał najwyższy niepokój.
Mój
lokator wykazywał zadziwiającą wręcz miłość do spania. Czasami nawet potrafił położyć
się, jak na grzecznego diabełka przystało, o dziewiętnastej, a i tak obudzić o
dwunastej rano – tym razem raczył wstać o piętnastej (pewnie znowu do późna
oglądał opery mydlane, swoje najnowsze odkrycie). Niewiele rzeczy było stanie
wyrwać go z beztroskiego, spokojnego snu. W ostatnim czasie udało się to
jedynie pianiu Sabinki.
–
Czytam – poinformowałam go.
Pełna
odpowiedź powinna jednak brzmieć: siedzę skulona w fotelu przy lampce, z
książką i głową Sabinki na kolanach. Od incydentu z wizytą wiedźmy w moim domu,
z potworkiem zaczęłyśmy się całkiem nieźle dogadywać. Nie nazwałabym nas może
najlepszymi przyjaciółkami, ale biorąc pod uwagę, jak często bazyliszek
radośnie właził mi na kolana, zapominając, że jest ciężkim, morderczym monstrum
z wężowym ogonem, byłyśmy na niezłej drodze do zupełnego porozumienia. Teraz
delikatnie głaskałam Sabinkę po głowie, powoli przestając czuć rękę. Nie mogłam
jednak opuścić jej ani na sekundę, bo wtedy moja potworna pupilka wydawała z
siebie przeraźliwy skrzek ostrzeżenia.
Nie
muszę chyba dodawać, że to skłaniało moją dłoń do natychmiastowego powrotu na
poprzednie miejsce.
Hejdasz
zastanowił się głęboko nad moją odpowiedzią.
–
Aha. – Powiedział w końcu. – Hm. A dlaczego okna są zasłonięte?
Usłyszałam
ludzkie głosy za oknem i trochę spanikowałam.
–
Ciszej! – syknęłam.
Sabinka
zagdakała z niepokojem, więc poklepałam ją uspokajająco.
Oczy
Hejdasza zrobiły się okrągłe jak złotówki. Rozejrzał się z rosnącym
przerażeniem. Wszystkie okna zostały precyzyjnie zasłonięte, więc mimo letniego
popołudnia paliła się lampa, a w kątach panował półmrok. Pokój dodatkowo był
urządzony w ciemnych barwach i zawalony zakurzonymi książkami, więc sceneria
zrobiła się upiorna.
–
Anka, co się dzieje?
–
Udaję, że mnie nie ma – wyjawiłam.
Wituś,
który leżał rozwalony na dywanie i malował transparenty na kolejny protest,
przewrócił oczami.
–
Wyjrzyj przez okno.
– Tylko dyskretnie – uściśliłam. – Wiesz, jak
dyskretnie wyjrzeć przez okno?
Hejdasz
miał taką minę, jakby właśnie uświadomił sobie, że jego lokatorka zwariowała.
Tylko tym razem tak serio i permanentnie.
–
Dyskretnie – wyjaśniłam cierpliwie – oznacza tak, żeby nikt cię nie zauważył. Oznacza
zerknięcie przez szparę w zasłonie. Jasne?
Diabeł
wciąż nie wyglądał na przekonanego, ale ostrożnie odchylił firankę i zerknął.
–
Co widzisz? – zapytałam.
Hejdasza
chyba zatkało z wrażenia. Czekałam cierpliwie. Nawet Wituś odłożył czerwony
marker, którym kolorował „u” w „uciskowi”.
Rzuciłam
okiem na transparenty, przygotowywane na kolejną demonstrację przeciwko krasnoludzkiemu
systemowi – a konkretniej bezsensownej pomocy ludziom za nędzne ochłapy
jedzenia, czym trudniły się zawodowo skrzaty. Cerowanie skarpetek, sprzątanie,
przyszywanie guzików po kryjomu – Wituś już dawno wyzwolił się od robienia tego
rodzaju głupot dla mojego niewdzięcznego gatunku i teraz próbował nakłonić do
tego resztę swoich pobratymców.
Transparenty
głosiły kolejno: „Niski i dumny”, „Jak Polska długa, krasnoludek to sługa”, „Nie dla służby, tak dla wolności”, „Prawdziwe płace za prawdziwe prace”,
„Krasnoludek wyzwolony” i „Stop uciskowi!”.
–
Widzę ludzi – odpowiedział Hejdasz w końcu. – E… dużo ludzi. Czy… czy to pani
Kisielowa?
–
Dużo ludzi – potwierdziłam. – A wiesz, po co tu przyszli?
Diabeł
zerknął raz jeszcze. Wiedziałam, co zobaczył. Kolejkę moich sąsiadów i
mieszkańców Lipek Mniejszych stojących pod drzwiami i czekających. Czekających
od kilku godzin. Ich cierpliwość była zdumiewająca i mroczna zarazem. Przed
samymi drzwiami stała pani Kisielowa, a jej mina wyrażała czysty triumf.
Hejdasz
pokręcił z rezygnacją głową.
–
Przyszli po mnie – wyjaśniłam dramatycznie.
–
Jak to?
Zamachałam
z frustracją książką, przypadkowo waląc Sabinkę w różowe gogle.
–
Tak to! Chcą mnie stąd wywalić. Tylko tym razem naprawdę. Kisielowa im
przewodzi. I ma żądzę mordu w oczach.
–
Ale czemu? – zapytał zdezorientowany Hejdasz.
–
Temu – odezwał się Wituś wysokim, drażniącym głosikiem – że wczoraj południca
zniszczyła większość pól w okolicy, połamała ludziom ręce, a potem zniknęła. Ci
tam – machnął mazakiem w stronę okna - uznali, że Anka ich nie obroniła i
naraziła na niebezpieczeństwo. Instytut nie otrzymuje maili ani telefonów, bo wszędzie
jest awaria sieci i jesteśmy odcięci od świata, więc uznali, że uderzą do nas.
–
Przecież to nie jest wina Anki – obruszył się Hejdasz.
–
Obawiam się – rzekłam ponuro – że trochę jest.
Westchnęłam,
czując się nagle bardzo żałośnie.
Południca
rzeczywiście narobiła szkód, szalejąc z sekatorami, wielkimi łapami i
powietrznymi wirami. Nie było większych ofiar od obecnych posiadaczy kończyn w
gipsie, ale i tak sytuacja zrobiła się krytyczna. Próbowałam skontaktować się z
Instytutem, ale Wituś miał rację - nigdzie nie było zasięgu ani dostępu do
Internetu.
Zarówno
ja, jak i całe Lipki Mniejsze oraz Większe, zostaliśmy zupełnie odcięci od
świata.
Chciałam
od razu wsiąść w samochód i pojechać do Warszawy, żeby osobiście zawiadomić
Instytut, ale oczywiście okazało się, że wszystkie pojazdy w okolicy, autobusy,
motocykle, nagle przestały działać. Na
ulicach miasteczka stały nieruchome auta, co robiło trochę upiorne wrażenie.
Mieszkańcy,
naturalnie, wściekli się jeszcze bardziej.
Tak
więc obecnie mogłam jedynie radośnie ruszać w pieszą wędrówkę do stolicy.
Zresztą nawet to chwilowo odpadało, bo za drzwiami czyhali sfrustrowani,
rozzłoszczeni i przerażeni ludzie, gotowi rzucić się na mnie, gdy tylko wyjdę.
Wolałam
nie próbować.
Dlatego
też skapitulowałam, zachowując się tchórzliwie i niegodnie – gdy zobaczyłam, że
pod moim domem czatują złaknieni krwi sąsiedzi, a Kisielowa podjudza ich do
wyrzucenia mnie stąd na zbity pysk, zamknęłam się od środka i postanowiłam nie
wychodzić. Przynajmniej na razie.
I
to wszystko w pierwszym roku mojej pierwszej prawdziwej pracy w zawodzie po
studiach.
Świetlana
kariera przede mną.
–
Mogłam tego dopilnować. Mogłam do tego nie dopuścić. Mogłam nie pyskować
wiedźmie. Mogłam… nie wiem co. Nawet nie umiem stawić czoła Kisielowej –
rozkleiłam się.
–
Nieprawda – próbował mnie pocieszyć Hejdasz. – Nie miałaś żadnego wyjścia.
–
A nawet gdybyś miała – wtrącił krasnoludek wrednie – to i tak już za późno.
Więc po prostu się ogarnij.
Błyskawicznie
wróciłam na ziemię.
–
Słuchaj, kurduplu – zaczęłam ponuro, ale nie dane było mi skończyć.
–
Kurduplu? – zaperzył się Wituś, zrywając się na nogi. – Kurduplu?! To jest
właśnie to! Dyskryminująca postawa! Uwłaczanie mojej godności! Brak szacunku!
Krasnoludki stały się ludzkimi pomiotami, na własne życzenie zostały niewolnikami
wysokich ignorantów! Precz z uciskiem! Na barykady! Rewolucja! Hurrraaa!
Zjechałam
niżej w fotelu i ukryłam twarz w dłoniach.
Sabinka
wydała z siebie przeraźliwy skrzek protestu, bo przestałam ją głaskać.
W
tłumie przed drzwiami natychmiast pojawiło się poruszenie.
Pospiesznie
położyłam rękę na łbie bazyliszka. Sabinka uspokoiła się natychmiast i wydała z
siebie aprobujące gdakanie.
Hejdasz
wciąż dyskretnie wyglądał przez okno.
–
A co się stało z ogrodem? – zapytał nagle. – Czy… czy to też pani Kisielowa?
No
tak.
Westchnęłam.
Jakby chcąc mi akompaniować, coś zabulgotało dramatycznie w rurach.
–
Przyznaję, prawdopodobne przypuszczenie, ale nie. Nie wiem, co się stało.
Gdy
dzisiaj rano wyszłam na dwór, żeby jak zwykle przysiąść na krześle z kubkiem
kawy, przeżyłam mały szok.
Na
początku warto uściślić jedną rzecz: mój ogród nigdy nie wyglądał dobrze. Nie
miałam czasu i serca, żeby o niego dbać, a później zajął się nim Hejdasz, co
miało proste do przewidzenia skutki (tragiczne). Krzywo wykoszona trawa,
wszystko zarośnięte kłującymi krzakami dzikiej róży, stary dąb, żałośnie
powykrzywiane jabłonki, morze chwastów, gałęzie i liście walające się na ziemi
– tak wyglądał skrawek przyrody otaczający mój niewielki, biały dom. Dlatego
też na pierwszy rzut oka różnica nie była aż tak drastyczna. Jednak zaraz potem
dostrzegało się porozdzierane kawałki krzaków na ziemi, powyrywane kępy trawy i
przede wszystkim zwalone drzewo oraz liczne kałuże, chociaż w nocy na pewno nie
padało.
Początkowo
próbowałam tłumaczyć przewrócone drzewo wiatrem, ale nie wierzyłam sama sobie.
W
rurach znowu coś zabulgotało. Tylko tym razem o wiele głośniej.
Sekundę
później w łazience rozległ się złowrogi odgłos ssania i chlupot.
Zapadła
cisza.
–
Co to było? – zapytał Hejdasz.
Powoli
wstałam i równie powoli zdjęłam rękę z łba Sabinki.
Bazyliszek
zaczął się drzeć w proteście, ale ja już byłam w drodze do łazienki. Uniosłam
książkę, pozycję naukową o wąpierzach, ciesząc się w duchu, że autor miał tak
dużo materiałów do sklecenia tomiszcza – dzięki temu pozycja poza naukowym,
mogła mieć również zastosowanie bojowe.
Podeszłam
ostrożnie do pomieszczenia. Moich uszu dobiegały ciche chlupoty i szelesty,
które częściowo zagłuszały skrzeki połączone z pianiem i rykiem (zaiste,
niezapomniany odgłos) opuszczonej Sabinki.
Wzięłam
głęboki oddech, pchnęłam drzwi i wparowałam do łazienki, jedną ręką zapalając
światło, a drugą unosząc książkę w obronnym geście.
Zamarłam
i zatrzymałam się w progu.
–
Dzień dobry, moja droga – rzekł uprzejmie wodnik leżący w wannie.
Wolno
opuściłam książkę.
–
Władziu – udało mi się wykrztusić. – To… hm. To ty.
Wodnik
uśmiechnął się ironicznie i arystokratycznie, ledwo unosząc kąciki ust. Efekt,
biorąc pod uwagę jego zieloną skórę, rybie oczy, pokryte mułem długie włosy i
brodę, plus twarzowy czerwony kapelusz, był porażający.
–
Aniu, moja droga, zawsze mówiłem, że twa błyskotliwość dorównuje urodzie.
Władziu,
wodnik z pobliskiego jeziora, był moim nadprzyrodzonym znajomym i sąsiadem.
Kiedyś przychodził na drożdżówki, które pożerał w ilościach hurtowych, ale nie
widziałam go od kilku miesięcy. Zresztą już wiosną te wizyty zrobiły się
rzadkie. To chyba od incydentu, w którym to rozbiłam lód na jeziorze (na
wyraźne życzenie jego mieszkańca, żeby było śmieszniej), a Władziu musiał mnie
ratować od utonięcia, nasze stosunki trochę się ochłodziły (kalambur
niezamierzony). Wciąż zachowywaliśmy przyjaźń, jednak naprawdę od dłuższego czasu
nie widziałam tej zielonej pomarszczonej twarzy.
–
Można wiedzieć, co robisz w mojej wannie? – Postanowiłam zignorować wątpliwy
komplement.
Władziu
z wdziękiem plusnął wodą.
–
Przyszedłem z wizytą, moja droga.
Moje
zszargane nerwy powoli przestawały wytrzymywać.
–
Z wizytą? Przez rury? Jak się w ogóle tutaj dostałeś?
Wodnik
nonszalancko obejrzał swoje zielone paznokcie.
–
Mam parę sztuczek, moja droga, a przemiana w rybę nie jest najbardziej
efektowną z nich. Pragnę zauważyć, że przed twoimi drzwiami czeka kolejka
przedstawicieli twego gatunku, którzy z pewnością zauważyliby moje wejście, a
ja nie zwykłem robić z siebie widowiska. – Władziu zamaszystym gestem poprawił
czerwony kapelusz. – Jestem z natury wstydliwy.
–
Hm – skomentowałam sceptycznie.
Zza
moich pleców wychynęli Hejdasz i Wituś.
–
Ach, wszyscy w domu widzę – rzekł Władziu. – Miło was widzieć, moi drodzy.
Aniu, moja droga, nie chciałbym wydać się impertynencki, ale cóż to za
zatrważający dźwięk?
–
Och – mruknęłam, oglądając się za siebie. Sabinka stała na środku pokoju i
darła się wniebogłosy. – To… hm. To mój bazyliszek.
Wodny
demon uniósł uprzejmie jedną brew. Ze zgrozą zauważyłam, że w jego brodzie
miota się jakaś zaplątana nieszczęśliwie rybka.
–
Bazyliszek? Cóż, nie przybyłem tu na pogaduszki, więc z całą pewnością
fascynującą historię tego monstrum opowiesz innym razem. Pozwolę sobie jedynie
rzec, że doprawdy, Aniu, zadziwiasz mnie.
Doprawdy.
–
Przepraszam, ale… jaki jest cel tej wizyty?
–
Nie ma sprawy – rzekł wspaniałomyślnie Władziu. – Otóż widzisz, moja droga, mam
pewne informacje, które być może uznasz za przydatne. A być może nawet za
bardzo przydatne. A być może nawet za niezbędne.
–
Informacje?
–
Ale zanim zaczniemy, czy mogłabyś mi przynieść jakiejś drożdżóweczki? Przeprawa
przez rury dość mnie wyczerpała. I jeśli pozwolisz, wolałbym zostać w wannie.
Nigdy nie znajdowałem przebywania na suchym lądzie jako szczególnej
rozkoszy.
–
Jasne, możesz tu zostać – zgodziłam się ochoczo, bo wiedziałam, jakie kałuże
zostawiał Władziu na podłodze. Wiedziałam też, jak to jest je wycierać. – Ale
drożdżówek nie mam, nie zdążyłam kupić, zanim… – Machnęłam ręką w stronę
zasłoniętego okna.
Wodnik
spochmurniał.
–
Och, to zmienia postać rzeczy. Sądziłem, że masz chociaż coś, aby wynagrodzić
mi długą drogę, którą przebyłem.
Normalnie
kazałabym mu natychmiast zabierać się w cholerę z mojej wanny, ale zacisnęłam
zęby. Skoro Władziu przebył drogę przez rury, żeby sprzedać mi jakieś
informacje, oznaczało to, że naprawdę miał mi do przekazania coś ważnego.
Najważniejszy
demon wodny, jako władca jeziora i największa szycha w podwodnym świecie, miał
mnóstwo kontaktów oraz znajomości. Wiele słyszał, wiele widział, wiele
wiedział. Jego informacje musiały być
dla mnie istotne.
–
Mam czekoladę – rzuciłam więc z bólem serca, bo chomikowałam ją na czarną
godzinę. – Może być?
Władziu
pociągnął nosem.
–
Ewentualnie mogę się zgodzić.
Zazgrzytałam
zębami, ale poszłam po czekoladę. Wzięłam też otwarty worek kurzego ziarna i
rzuciłam Sabince.
–
Nie skrzecz, mała, zaraz przyjdę – powiedziałam i poklepałam ją po głowie.
Bazyliszek
posłusznie zamilkł i zaczął z zapałem pożerać opakowanie. Zamarłam na chwilę,
ale potem machnęłam ręką. Wszystkożerność Sabinki z początku trochę mnie
niepokoiła, jednak skoro najwidoczniej taka dieta jej nie szkodziła, chyba nie
musiałam się martwić o jej zdrowie.
Jeśli
już, to o własne.
Westchnęłam
i wróciłam do łazienki, a następnie wręczyłam czekoladę Władziowi.
Demon
odwinął sreberko i wbił zęby w podarek. Przez chwilę żuł w zamyśleniu, po czym
pociągnął nosem.
–
Może być – stwierdził w końcu.
Oddychaj,
nakazałam sobie.
–
To o co chodzi? – zapytałam, opierając się o umywalkę.
Władziu
przełknął cztery kostki czekolady na raz.
–
Widzisz, moja droga. Z przykrością muszę cię poinformować, że nie wszyscy darzą
cię taką sympatią jak ja.
–To
żadna nowość – mruknęłam.
–
Być może, ale nigdy w tej skali. – Wodnik zrobił efektowną pauzę. – Naraziłaś
się bardzo niewłaściwej osobie, moja droga. Czcibora nie wybacza krzywd.
–
Czcibora?
–
Wiedźma. Mamy jedną w okolicy, pragnę zauważyć. – Władziu wyciągnął obute w
czerwone trzewiki nogi i oparł je o ścianę. – Jedną, za to bardzo potężną.
Droga Aniu, przejdę do meritum: ona chce się ciebie pozbyć. I przekabaca
wszystkie istoty w okolicy, żeby stanęły przeciwko tobie. – Wodnik chyba
czekał, aż coś powiem, ale nie mogłam wydusić słowa, więc kontynuował. – W
lesie i okolicznych zbiornikach od dawna wrzało, a wiedźma tylko podsyca
nastroje. Nie wszyscy opowiedzieli się po jej stronie, ale znakomita większość nie
jest nastawiona pozytywnie do Instytutu. Oczywiście ja zadbałem o to, aby nikt
w moim jeziorze nie uczynił ci żadnej krzywdy, ale nie ręczę za utopce. Nigdy
nie lubiły ludzi. Zresztą trudno się dziwić, też nie pałałbym sympatią do gatunku, którego przedstawiciel utopił mnie i skazał na tak mało reprezentatywną postać.
Przypomniały
mi się kałuże w ogrodzie i przeszedł mnie dreszcz.
W
łazience zapadła pełna napięcia cisza, przerywana tylko odgłosami konsumpcji
wydawanymi przez Sabinkę.
–
Czego ona chce? – powiedziałam w końcu. – Czego oni wszyscy chcą?
Władziu
uśmiechnął się ponuro i dla efektu zachlupał wodą w wannie.
–
Chcą, żeby wróciły stare czasy.
–
Sprzed Instytutu?
Wodnik
roześmiał się z politowaniem znad tabliczki czekolady.
–
Och, moja droga Aniu. Czasem zapominam, jaka jesteś młoda. Chodzi mi o czasy, w
których o Instytucie jeszcze nikomu się nie śniło. Czasy, w których ludzie byli
w pełni świadomi naszej obecności. W pełni świadomi i przerażeni. „Oni
wszyscy”, moja droga, „oni wszyscy”, a
wiedźma zwłaszcza, chcą dawnej władzy.
Wituś,
co było rzadkie, zaniemówił, a Hejdasz aż westchnął.
Poczułam,
że robi mi się zimno. Dawnej władzy? Wiedźma
chciała wrócić do czasów, w których to człowiek bał się istot nadprzyrodzonych, a
nie odwrotnie. Jedynym, co stało jej na drodze, byli ludzie i ich zdobycze
technologii.
Oraz
Instytut.
Zanim
zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, poczułam, że coś ciągnie mnie za nogawkę
dżinsów.
–
Ekhem – rozległ się skrzekliwy głosik. – Za przeproszeniem, panienko.
Zerknęłam
w dół.
Przy
mojej stopie stało trzech krasnoludków, wszyscy z długimi brodami i w czerwonych
czapeczkach. Ten, który się odezwał, najniższy, miał na sobie elegancki
garnitur, a dwóch barczystych skrzatów stojących po obu jego stronach - czarne
dresy i ciemne okulary. Wyglądali jak mafijny szef i jego obstawa.
Wituś
gwałtownie wciągnął powietrze.
Zmarszczyłam
brwi.
–
Słucham?
–
Przyszliśmy – powiedział szef stanowczo – po niego.
Wycelował
palcem w Witusia, który nieporadnie próbował ukryć się za pralką.
Natychmiast
oprzytomniałam.
–
Moment – powiedziałam chłodno. – O co chodzi?
–
Ten tu – zaskrzeczał krasnoludek w garniturze, wciąż wskazując małą ręką na
mojego lokatora – zostaje aresztowany z rozkazu prezydenta Republiki
Krasnoludków Polskich za podburzanie swoich pobratymców, podważanie naszych
świętych praw, nawoływanie do rebelii i burzenie porządku. Najwidoczniej
banicja była dla niego za dobra. – Szef zwrócił się do swojej obstawy. –
Chłopcy, brać go.
Wituś
pisnął, gdy skrzaty w dresach ruszyły w jego stronę i zablokowały mu drogę.
–
Anka, nie pozwól im!
Teraz
to Anka, nie pozwól, hm?
Zastąpiłam
krasnoludkom drogę.
–
Chwila – rzuciłam ostro. – „Ten tu” mieszka w moim domu. Chroni go Instytut.
Dowodzący
skrzacik próbował spojrzeć na mnie z góry, co było dość trudne, biorąc pod
uwagę, że miał trzydzieści centymetrów wzrostu.
–
Radzę się nie wtrącać – skrzeknął ostrzegawczo. – To sprawa krasnoludzka, a nie
wasza i nawet Instytut nie ma tu nic do gadania. A ten tu to przestępca,
którego ukarania wymaga sprawiedliwość.
–
I co niby macie zamiar z nim zrobić?
–
Wtrącić do więzienia oczywiście. A także – Elegancki krasnoludek poprawił
krawat – zabrać czapkę.
Wituś
przyłożył ręce do czapki.
–
Nie!
Czerwone
nakrycia głowy krasnoludków były czymś więcej niż dodatkiem. Stanowiły największą
chlubę i najcenniejszą rzecz dla tego gatunku. Pisałam o tym pracę na studiach,
więc wiedziałam, jak wiele to dla nich znaczy.
Dwóch
dresiarzy w ciemnych okularach wzięło Witusia za ramiona.
–
Zostawcie mnie! Ankaaa!
-
Co wy robicie? – przeraził się Hejdasz.
Władziu
oglądał widowisko z jawnym zainteresowaniem, podgryzając czekoladę.
–
Wituś jest moim lokatorem – rzuciłam sucho. – Zarejestrowanym przez Instytut,
który za niego odpowiada. Nie jest już obywatelem waszej Republiki.
–
Zawsze byliśmy wierni Instytutowi i ludziom przede wszystkim. Dyskretne
pomaganie im to nasze największe zadanie – rzekł z patosem skrzat. – Lecz ten
tutaj wybrał banicję. Wybrał odwrócenie się od was, więc nie macie nawet
powodu, aby go chronić. Wybrał lenistwo. Mało tego, zaczął burzyć porządek w
naszym społeczeństwie, wszczynać rebelię i chaos. Musimy go za to ukarać.
Wituś
pisnął z przerażenia.
Nie
wierzyłam w to, co słyszę.
–
Nie macie prawa. Nie zrobił niczego złego. Co z wolnością słowa? Nie możecie go
ukarać za wygłaszanie swoich poglądów!
–
A i owszem, możemy. W naszej Republice istnieje tylko jeden pogląd. Ciężka
praca. Obecny tutaj zostanie aresztowany.
–
Nikt tu nie będzie nikogo aresztował – powiedziałam twardo. – Radzę go puścić i
natychmiast wyjść z mojego domu.
Szef
zmrużył oczy.
–
Nie pozwalaj sobie, panienko – syknął. – Możesz sobie być naukowcem, choćby i
najważniejszym w całym Instytucie, ale nie zmienisz naszego prawa. Wasze zasady
nie stoją nad naszymi. Ten tu obecny burzy spokój i podważa naszą wieloletnią
działalność. Odmawia pracy. Łamie istniejące od wieków prawa, prawa starsze od
twojego Instytutu. Nie zadzieraj z Republiką, panienko.
Uniosłam
jedną brew.
–
Ach tak?
–
Tak! – zaskrzeczał krasnal. – Chłopcy, idziemy!
„Chłopcy”
powlekli za sobą krzyczącego Witusia.
–
Nigdzie nie idziecie – warknęłam, po czym bez większego trudu oderwałam
dresiarzy od mojego lokatora i uniosłam w powietrze.
Zaczęli
się wyrywać.
–
Szefie!
Szef
zaczął kląć.
–
Postaw ich na ziemię! Natychmiast ich postaw! Czekają cię straszliwe
konsekwencje!
Podbiegł
do mnie i począł okładać mnie piąstkami po nogach. Chwyciłam go za czapkę i
poderwałam w górę.
–
Tyyy! – wydarł się krasnoludek. – Ty…
Otworzyłam
pokrywę kosza na brudną bieliznę, obecnie prawie pustego i wrzuciłam całą
trójkę do środka, po czym zamknęłam klapę.
Skrzaty
w środku zaczęły walić pięściami o ścianę „więzienia”, które zadygotało
niebezpiecznie. Przez otworki widziałam wściekłą twarz szefa.
–
Natychmiast nas wypuść! To skandal! Dowiedzą się o tym! Tylko poczekaj!
Poczekaj tylko!
Hejdasz
przycisnął do piersi misia koalę i odetchnął drżąco. Władziu zaś przyglądał się
trzęsącemu się koszu z zainteresowaniem.
–
Oł – skomentował z wdziękiem.
–
Ankaaa – zaszlochał Wituś, obejmując moją nogę. – Jesteś bohaterką! Kocham cię!
– No dobra, już dobra. – Westchnęłam. – Będę musiała
pogadać z Instytutem o… – Urwałam.
Pogadać
z Instytutem. Jasne. Nie mogłam go poinformować nawet o zagrożeniu drugiego
stopnia, a co dopiero o moim lokatorze, zarejestrowanym nadprzyrodzonym,
którego ścigała mroczna Republika.
Przed
oczyma przemknęły mi ostatnie dni i z narastającą zgrozą zaczęłam sobie
uświadamiać swoją sytuację.
Przeciwko
sobie miałam wiedźmę, większość nadprzyrodzonych mieszkańców okolicy, Kisielową,
mieszkańców Lipek Mniejszych i pewnie również Większych, zdezorientowany i
rozwścieczony Instytut, który nie wiedział nawet, co się ze mną dzieje, a teraz
jeszcze Republikę Krasnoludków Polskich.
–
Mam przerąbane – wyrwało mi się.
–
Pewnie, że masz! – wrzasnął więzień kosza na brudną bieliznę. – Masz
przerąbane, jak nic!
Cudownie.
Usłyszałam
nagłe poruszenie za drzwiami, gdzie czekali krwiożerczy sąsiedzi. Poruszenie
spowodowane czymś, co działo się na zewnątrz.
Wydawało mi się, że
słyszę odgłos opon ryjących o zarośnięty trawnik.
Wyszłam
ostrożnie z łazienki, nasłuchując.
Dobiegł
mnie podniesiony głos Kisielowej i trzaśnięcie drzwiczek. Czyli samochód.
Zostawiłam
wrzeszczących krasnoludków oraz mlaskającą
Sabinkę za sobą i przeszłam do przedpokoju, żeby lepiej słyszeć.
Rozległy
się jakieś kroki, zmierzające przez zarośnięty trawnik, a potem narastający szum
oburzenia.
–
Panie, co pan?
–
Panie, kolejka jest!
–
Proszę mnie puścić, jestem z Instytutu – rzucił zniecierpliwiony męski głos. –
Powiedziałem, jestem z Instytutu.
Zdjęcie: unsplash
Tak! Nowa "Sabinka"!
OdpowiedzUsuńNo dobra, przypuszczałam, że po bazyliszku w różowych goglach nic już mnie nie zaskoczy. Ale krasnoludzka mafia wygrała. Nurtuje mnie tylko, skąd oni się tam wzięli? Jestem zdecydowanie #teamWituś (rebelie zawsze spoko).
Oprócz tego Władziu, Hejdasz z koalą i w ogóle... ja już chcę następną część!
Dziewczyno, rebelie nigdy nie są spoko. Przyszłaby taka upojona wolnością hołota pod Twoje drzwiczki, ojca nabiłaby na pal, braci zaszlachtowała, a Ciebie z matką zgwałciła rozżarzoną do czerwoności lagą i nie tylko!
UsuńUps, sorry, popłynąłem! ;D
Racja w zasadzie! Zdecydowanie muszę odstawić romatyzm :') (tylko jak, skoro Mickiewicz czeka?!)
UsuńBosz... co ten pionek... ;d
UsuńMarakujo: Dziękuję pięknie! Ostatnio nawet zostałam zapytana, skąd ja biorę te pomysły, więc ten :')
UsuńOj, romantyzm ma coś w sobie! :D Ale ja chyba jednak jestem team Słowacki (chociaż właściwie czytałam tylko ,,Balladynę", ale ćśś).
Pionku: Popłynąłeś i to bardzo, nie ma co ukrywać... ;)
Anonimowy: Taak, moja reakcja była taka sama :D
Cykl Słowiański zaczyna sie coraz bardziej rozkręcać i musze przyznać, że ta część bardzo mi się podobała i jestem ciekawa kolejnej. Jedyną wadą dla mnie była...długość. Ten fragment na prawdę był jak dla mnie zbyt długi.
OdpowiedzUsuńCieszę się, dziękuję :) Ale obawiam się, że taka długość to będzie teraz norma, jeśli chodzi o opowiadania, możliwe, że będą się też pojawiały dłuższe. Przestaję się mieścić w miniaturkach i moje pomysły wymagają więcej miejsca ;)
UsuńO proszę, jak ładnie zbudowałaś napięcie przed momentem przełomowym i nowym rozdaniem (tak mi się przynajmniej wydaje) w Cyklu Słowiańskim! Ciekawe co za typ przyjechał do Anki. Może jakiś przystojny, barczysty brunet o kwadratowej szczęce? <3
OdpowiedzUsuńW pewnym momencie znudziły mnie krasnoludki, które przyszły po Witusia. Gadały to samo w długich partiach dialogowych. Ale to chyba jedyny minusik! Podoba mi się ten motyw nostalgii za pradawnymi czasami, kiedy ludzi byli ciemni jak tabaka w rogu! ;)
Pozdrawiam, kibicuję, szanuję!
Ach dziękuję, dziękuję :) Krasnoludek trochę miał być takim wrednym zgredem, który wciąż uparcie powtarza to samo, ale rzeczywiście, mogło stać się to lekko nużące.
UsuńPozdrawiam również i dziękuję!
Łoooo! Łaaaaa! Łiiii!
OdpowiedzUsuńCzy wspominałam już o swojej miłości do Witusia? Wspominałam na bank. Ale wspomnieć po raz kolejny nigdy nie zaszkodzi: Wituś jest moją wielką miłością. Niech nam żyje! #krasnoludekwyzwolony #stopuciskowi
A na końcu taki plot twist! Kim jest tajemniczy przedstawiciel Instytutu? Czy mogę już zacząć swatać go z Anką (w sumie liczę, że nie, bo Anka jest fajna jako silna i niezależna kobieta; z drugiej strony crushogennych bohaterów męskich nigdy dosyć; z trzeciej strony, do niczego może nie dojść w sumie :D)?
Napięcie rośnie. Tam wiedźma, tu Kisielowa... Liczę na instytutowego wybawcę! :D
#jakpolskadługakrasnoludektosługa
B.
Nic nie powiem, nic nie zdradzę :D
UsuńAle zakochałam się w słowie ,,crushogenny"! Jest przecudne, serio.
#stopuciskowi
super się czytało :) zostaję tu na dłużej i pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńZakochałam się jak nic. Niesamowicie pomysłowa fabuła i genialne postacie. No o bazyliszku w różowych goglach to jeszcze nie słyszałam ;p.
OdpowiedzUsuńTak w ogóle Anka wydaje się interesującą osobą, pewnie nas jeszcze zadziwi.
Co tu dużo mówić, biorę się za nadrabianie zaległych części :D.
Pozdrawiam :)
Dziękuję ślicznie! O tak, Anka to interesująca osoba, w istocie :D Pisanie z jej perspektywy jest naprawdę przyjemne.
UsuńPolecam nadrobić poprzednie części, bo to opowiadanie jest ich bezpośrednią kontynuacją i wcześniej wydarzyło się sporo ważnych rzeczy :)
Pozdrawiam również!
AAAAAAAAA! Kolejna część <3
OdpowiedzUsuńBłagam, Wituś wymiata :D Obawiam się, że jego wysiłki będą równie daremne, co Hermiony z jej WESZ (już nie pamiętam, od czego to skrót, ale ratowanie skrzatów domowych zawsze spoko), ale i tak trzymam kciuki za jego rebelię.
Władziu niezwykle dostojny i elegancki. Już mnie urzekł <3
Ojojoj, będzie się działo. Z części na część coraz bardziej wzrasta napięcie. Wiedźma to niezła sztuka. Aż się boję, co dalej wykombinuję. I kimże jest ten tajemniczy wysłannik Instytutu? Skąd się dowiedział o nieciekawej sytuacji, w której się znalazła Anka? A może przybył, by ją zwolnić? :O Tylko nie to!
Poza tym, Polu, widziałaś może Legendy Polskie, krótkometrażowe filmy wyprodukowane przez Allegro? Podobna tematyka, więc jeżeli cię to zainteresuje, to serdecznie polecam! A jak już się obejrzy filmy i chce się więcej, to na stronie Legend Polskich można znaleźć dwa darmowe ebooki - zbiór opowiadań nawiązujących do Legend ( i legend) oraz wywiad naczelnego diabła w Polskim Piekle z dziennikarką. Także, powtórzę raz jeszcze, polecam!
Pozdrawiam i życzę weny! kotołaczka02