sobota, 1 października 2016

To coś

Czy jest coś gorszego od złej książki? 
Czy jest coś gorszego od powieści, która zupełnie nam się nie podobała? Takiej z bohaterami wywołującymi sadystyczne myśli, wlekącej się jak flaki z olejem, pędzącej na łeb na szyję, radośnie zostawiającej zadyszaną logikę w tyle... ale chwila, nie ograniczajmy się do książek, przecież mamy jeszcze filmy.
Więc czy istnieje coś gorszego od pozycji, która w ogóle nam się nie podobała, wzbudziła ogrom rozczarowania i frustracji, takiej, którą bez wahania określamy jako ,,dno" i skazujemy na wieczne potępienie i pogardę z naszej strony?
Istnieje coś, co może nie jest gorsze, ale chyba równie okropne.
Utwór do bólu nijaki.



Chyba każdy kiedyś doświadczył czegoś takiego. 
Czytasz książkę, oglądasz film. A po zakończeniu uświadamiasz sobie, że w sumie to już nie pamiętasz, o co chodziło. I tak właściwie nic Cię to nie obchodzi. Znaczy, książka nie była zła. Film dało się przeżyć. Ale w gruncie rzeczy przebrnąłeś przez tę pozycję bez żadnych emocji czy większej przyjemności. Ot, kolejne dzieło kultury do zaliczenia. Nic szczególnego. 
Miałam tak z paroma powieściami. Po prostu je czytałam. I tyle. Bohaterowie byli... okej. Ani specjalnie denerwujący, ani specjalnie fajni. W pewnym momencie uświadamiałam sobie, że tak właściwie to nie obchodzi mnie, czy zginą, czy nie. Mogą sobie umrzeć, nie będę ani się cieszyć, ani płakać, mi tam obojętnie. Fabuła mnie nie porywała, ani nie wywoływała zgrzytania zębami. Świat ani nie zachwycał, ani nie wołał o pomstę do nieba.
Te książki nie były złe.
Były tylko tak okropnie, paskudnie, boleśnie przeciętne i nijakie

Powieść, przykładowo, z wybitnie irytującą bohaterką i kiepskim stylem, przynajmniej jakoś na mnie działa. Wzbudza emocje (na przykład chęć mordu), angażuje (,,wpadnie w końcu pod ten samochód, czy nie?..."), fascynuje (,,kto to wydał"?) i nie pozwala o sobie zapomnieć (,,ale to była słaba książka..."). 
Oczywiście teraz żartuję, ale przyznajcie sami - pamiętamy złe pozycje, prawda? Nawet, gdybyśmy nie chcieli. Swoją beznadziejnością zapadają nam w pamięć. Niektóre wydają się tak głupie, że w sumie to aż zabawne i czytanie może dostarczyć perwersyjnej przyjemności. Czasem nawet nie, bo są zbyt słabe. Tak słabe, że już nigdy o nich nie zapomnimy.
O bylejakich filmach i przeciętnych książkach zapominamy bardzo szybko.

Teoretycznie są poprawne. Nie można im nic zarzucić. Styl jest w porządku, kreacja świata i bohaterów może być... ale czegoś brakuje.
Miałam coś takiego z ,,Łowczynią" Virginii Boecker. Co z tą książką jest nie tak? Teoretycznie nic, poza pewnymi dającymi się znieść zgrzytami i mankamentami. Naprawdę ładne opisy, parę zabawnych dialogów, nie takie złe postacie, fajny pomysł, jak dla mnie za mało rozwinięty, ale fajny. A mimo to książka nie wywołała we mnie niemal żadnych emocji, pozostawiła zupełnie obojętną. Mogę wymienić jej dobre cechy, ale nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć: ,,O, ta książka mi się podobała".
Długo głowiłam się nad tym, czemu właściwie tak się stało.
I chyba wreszcie znam odpowiedź. 

Zabrakło... tego czegoś

Taaak, rzuci jakiś cynik. Tego czegoś, bez takiego czegoś, z takim czymś. Spoko.

Ja określam to jako ,,to coś", które dla mnie jest taką iskrą. Czymś, co hipnotyzuje, urzeka, fascynuje. Czymś, co wyróżnia książkę. Czymś, co sprawia, że nie mogę zapomnieć o filmie. Nie zawsze da się to wyjaśnić. Niby w danej pozycji niczego takiego genialnego nie ma. Ale posiada to coś.
Moje ulubione książki to mają. Widzę ich niedociągnięcia. Niektóre trochę ich mają. Ale porwały mnie, wessały, zahipnotyzowały, oczarowały. Bo mają to coś. Bo mają pasję, wyobraźnię, uczucie, pełnokrwistych bohaterów, genialny świat, piękny styl, humor, dostarczają rozrywki, buzuje w nich magia i energia. Trafiają do serca. Strzelają iskrami.

W niektórych pozycjach widać, jak bardzo autor kocha swoje dzieło. Jak bardzo sam lubi to, co pisze, jak kocha reżyserię, jak uwielbia ten scenariusz, jak wiele serca wkłada w kreacje postaci, z jaką miłością dokłada kolejne cegiełki do uniwersum.
,,Szklany tron" Sarah J. Maas ma mnóstwo wad. Mimo pozytywnych recenzji czytelników mnie nie urzekł, na blogu kilkukrotnie ciskałam jadem w jego stronę. Ale widziałam uczucie autorki do swojej powieści i przez to oceniam ją minimalnie wyżej, niż powinnam.
W ,,Łowczyni", poprawnej, bo poprawnej, tego nie ma. Nie ma tego czegoś. Nie ma iskry. Nie ma uczucia. 

Wspominam tylko o książkach i filmach, ale przecież jest także muzyka. O niektórych utworach mogę powiedzieć ,,ładne". ,,Piękny głos". ,,Wpada w ucho". ,,Do posłuchania".
A w niektórych słyszę, jak artyści wydzierają z siebie duszę. Słyszę ogrom emocji. Słyszę, jak dobrze się bawią albo jak płaczą. Słyszę, jak mnie hipnotyzują i wciągają w świat dźwięków.

W sztuce powinna być pasja. Emocje. Miłość. 

 (...) a sztuka nie może być po prostu ładna; sztuka ma wywoływać emocje.
~ Rainbow Rowell, ,,Eleonora i Park"


I chyba tego właśnie szukam. Emocji.
Uwielbiam się śmiać na książkach i filmach. Uwielbiam przy nich płakać i obgryzać paznokcie ze zdenerwowania. Uwielbiam, gdy coś mną wstrząśnie.
Ostatnie zdania brzmią masochistycznie, wiem. Ale wiecie, ostatnia książka, na jakiej płakałam, tak naprawdę płakałam, a nie, że łzy stanęły mi w oczach, to ,,Droga do domu" (trochę ściąga z ,,Lassie wróć"). 
Miałam jakieś... osiem lat? 
Wciąż więc poszukuję nowych doznań. Nie zawsze, jasne, często wolę poczytać coś lekkiego i niewymagającego, jednak ostatnio w literaturze szukam też czegoś więcej.
No i gdy mówię, ,,w sumie to fajnie, gdy bohater ginie", wszyscy patrzą na mnie jak na masochistkę.
Lepiej jest z filmami, łatwiej się na nich wzruszam (chociażby na wczorajszym ,,Grobowcu świetlików").  Dzieje się to jednak naprawdę rzadko. Może mam zlodowaciałe serce, nie wiem. Ale trudno mnie poruszyć.
Bo to jest to, co tak uwielbiam w zanurzaniu się w wymyślone światy. Jazda bez trzymanki. Poznawanie nowych uniwersów, nowych realiów. Utożsamianie się z bohaterami, czucie tego, co oni. Zatapianie się w ich przygody. 
Kocham, gdy odkładam książkę i wciąż myślę o postaciach, a każdą stronę przeżywam, ciesząc się jak głupia.
Kocham, gdy nie mogę dojść do siebie po genialnym filmie.
Kocham, gdy dźwięki muzyki wywołują we mnie silne emocje.
Kocham, gdy zalewam się łzami.
Kocham, gdy nie mogę przestać się śmiać.
Kocham, gdy czuję miłość twórcy do własnego ,,dziecka".
Kocham, gdy ta miłość uwydatnia się w całym dziele.
Kocham, gdy czuję to coś.

Bo na tym polega cała magia. 

15 komentarzy:

  1. Zauważyłam to, kiedy próbowałam pisać recenzje. Bardzo dobre i okropne książki potrafiłam ocenić z łatwością, natomiast z tymi średnimi pojawiał się już problem. Polecić czy nie polecić? Było w niej coś, co mnie urzekło? Może były jakieś plusy i minusy, ale nadal nie wiedziałam, co z nią zrobić. Niektóre powieści są tak nijakie, że po dwóch dniach od skończenia lektury nie pamiętam imion bohaterów.
    Mam swoje ulubione książki - niby widzę ich wady, a jednak ciężko jest mi o nich mówić, bo mi nie przeszkadzają. Naprawdę. Jakaś historia mnie urzekła, całkowicie pochłonęła, to patrzę bardziej przychylnym okiem na błędy. Czasami rozrywką dla mnie jest nawet odnajdywanie nieścisłość w ulubionych powieściach.
    Rzadko wzruszam się, kiedy czytam książki. Płakałam kilka razy w życiu nad książką, a ostatnio w tym roku nad "Harrym Potterem i Insygniami Śmierci".
    Wspaniały wpis <3
    Pozdrawiam
    Tutti

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, średnie książki są bardzo trudne do ocenienia. Nie wiadomo w zasadzie, co napisać.
      Tak to jest z ulubionymi książkami - też widzę ich wady, nieścisłości,ale w ogóle mi to nie przeszkadza, jeśli opowieść mnie oczarowała:)

      Usuń
  2. Otóż to! Złe pozycje pamiętam do tej pory, bowiem zmarnowały mój cenny czas czytelniczy, natomiast te przeciętne... No okej były, ale często nawet nie zapamiętałam imion głównych bohaterów, ostatnio właśnie dokopałam się do kilku takich pozycji i zamierzam je oddać do biblioteki, swoją drogą patrzę wtedy na okładkę i myślę sobie "książko o czym Ty w ogóle opowiadałaś..." a to zdecydowanie nie świadczy o niej dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wszystko może nam się podobać ... Mnie przeważnie więcej irytuje niż mi się podoba, ale taki ze mnie człowiek :)

    OdpowiedzUsuń
  4. I dlatego właśnie nienawidzę Czerwonej Królowej - nijakość i kopia miliona powieści.
    Pozdrawiam ciepło, nie czytaj tego bo nie ma tam dobrych, mocnych emocji
    M.

    OdpowiedzUsuń
  5. natknęłam się na sporo złych pozycji, co sprawiło, że nie czytam książek. Po prostu większość zaczynałam czytać bez jakiejkolwiek przyjemności, ciekowści, a po co na to marnować czas?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że trafiłaś na jakieś kiepskie książki... ale nie zrażaj się do czytania w ogóle, jest tyle genialnych powieści do odkrycia, a czytanie może być świetną rozrywką. Trzeba tylko trafić na coś dla siebie:)

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja się z Koleżanką zgadzam, jak najbardziej! :)
    Jeżeli nie ma emocji (chyba, że to książka naukowa etc.), to nie potrafię zbyt dobrze wspominać tej książki.
    Znaczy, nie chodzi o takie emocje przez wielkie E. Jeśli mnie pozycja nie poruszyła, to lipa.
    To Coś musi być, po prostu.
    W sumie, jak tak teraz myślę, to i ja dużą wagę do tego, czy książka jest "dobra" czy nie, przypisywałam autorowi. Zazwyczaj odrzucałam pozycję, od których emanowała komercyjność. Wtedy, jak mówisz, było to "dzieło, puste. I w sumie nijakie.
    Ot, ku zarobieniu pieniędzy.
    Staram się nie mówić o powieści, która mnie się nie podoba, że jest zła, bo może ma warsztat, duszę, pomysł itp, ale kiedy do rąk dostaję wysysacz portfeli, wtedy basta! ;D
    Bardzo zacny post. Taki pobudzający czytelnicze dusze ^^
    Ile razy, książka podobała mi się jedynie dlatego, że"pobudziła stasiowe serducho" albo po prostu była stasiowa (czyt. "Maybe Someday") ^^

    Pozdrawiam cieplutko
    PS. Przepraszam, że ostatnio nie komentuję Twoich zacnych postów. Wszystkie czytam, ale trudno mi ostatnio coś dodać od siebie. Nominację z ogrooomną chęcią rozpiszę i dziękuję, że pomyślałaś o mnie, pisząc ją. Aj, bardzo się cieszę ^^

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  8. Podczas czytania tego tekstu przypomniał mi się taki fragment z "Ruchomego święta" Ernesta Hemingwaya:
    "Czasem, aby oderwać po pracy myśl od pisania, czytałem autorów, którzy wtedy pisali, takich jak Aldous Huxley, D.H. Lawrence albo innych, mających wydane książki, które mogłem wziąć z czytelni Sylwii Beach lub znaleźć na bulwarach.
    - Huxley jest martwy - mówiła panna Stein. - Dlaczego pan chce czytać człowieka martwego? Nie widzi pan, że jest martwy?
    Wtedy nie widziałem, że jest martwy, i powiedziałem, że jego książki mnie bawią i pozwalają mi nie myśleć.
    - Powinien pan czytać tylko to, co jest naprawdę dobre albo wyraźnie złe.
    - Czytałem naprawdę dobre książki przez całą zimę i całą poprzednią zimę i będę je czytał następnej zimy, a wyraźnie złych książek nie lubię."

    OdpowiedzUsuń
  9. Zastanowiłam się, z jakimi ponadprzeciętnie nijakimi książkami miałam wątpliwą przyjemność się zapoznać - i zgodnie z Twoimi przewidywaniami żadnej nie pamiętam :D Żaden tytuł jakoś nie wpadł mi do głowy, choć pewnie coś by w końcu drgnęło, jakby mi się chciało silniej ruszyć mózgownicą. Tylko po co dokopywać się do wspomnień o książkach i filmach bez Tego Czegoś?
    Mam na Spotify taką plejlistę (kocham pisownię fonetyczną, choć to chyba nieco żałosne :D) ze smutnymi piosenkami. To znaczy w teorii są to smutne piosenki. W praktyce to smutne piosenki, wesołe piosenki i gniewne piosenki. Ale one właśnie mnie poruszają i przy nich mogę płakać, jeśli zechcę.
    Łączę się z Tobą, o zacna Polu, w potrzebie doznań. Przyznam, że nie towarzyszy mi ona zawsze, bo gdy już jakiś utwór totalnie mnie zmiażdży, zwykle szukam czegoś lżejszego, pogodnego, ale porządnego. Jednak to, co wstrząsa, rzeczywiście dużo bardziej zapada w pamięć.
    Czytałam kiedyś książkę "Oro" autorstwa dwóch niewiast pod pseudonimem Marcel A. Marcel. Była to dziwna lektura z paru względów: przede wszystkim język był stylizowany na bardzo, bardzo, BARDZO młodzieżowy, co czasem się udawało, a czasem już naprawdę czuć było przesadę. Ale mimo to płakałam, bardzo płakałam przy tej książce (to była jakaś piąta czy szósta klasa). Bo faktycznie była wstrząsająca i w niektórych momentach czuło się ten straszny ucisk w żołądku, a potem... oj.
    Bardzo zacny post!
    Uściski od B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eee tam, pisownia fonetyczna jest spoko:D
      Też mam plejlisty smutnych piosenek. I drugą, z wesołymi, dla kontrastu. Stosuję wymiennie:D
      Mam podobnie, też po jakiejś cięższej książce szukam czegoś lekkiego, przyjemnego, czasem wręcz odmóżdżającego. Po prostu rozrywki. Przecież nie można cały czas czytać miażdżących, emocjonalnych powieści, to miałoby fatalny wyw na psychikę;) Literatura wszakże jest przede wszystkim przyjemnością.
      Słyszałam o ,,Oro" i chyba z ciekawości aż sięgnę:D
      A dziękuję pięknie:)
      Odwzajemniam uścisk!

      Usuń
  10. Nie wiem czemu, ale niestety 80% książek na jakie trafiam po prostu "są okey", to mocno zniechęca, nawet wydaje mi się, że to nie z książkami jakiś problem jest, po prostu ja mam czytelniczy kryzys ehh ://

    OdpowiedzUsuń
  11. Ale właśnie najwięcej jest tych średnich książek. Przykładowo - "Ucieczka w dzicz", pierwsza część serii "Wojownicy". Ciekawy pomysł. Koty. Tajemnice. Koty. Super miejsce akcji. I koty. Ale, nah, styl jest średni, opisy są średnie, wszystko mierne, mierne, mierne. Lecz to nie jest zła książka. Muszę powiedzieć, że nawet spoko. Ale jakoś głęboko mi w pamięć nie zapadła (oprócz tego, że trzymam ją na półce, dlatego wciąż o niej pamiętam). Czy mogę powiedzieć, że jej nie znoszę? Nie do końca - mogę to powiedzieć o "Królowie Tearlingu", którą z początku podziwiałam, ale gdy przeczytała drugi raz, cały podziw znikł i pozostał niesmak. Takie 4/10.
    Oj tak, to, czego szukam w sztuce, to nie tylko historie (będące całym moim życiem btw.), ale też emocje. Myśli. Przeżycia. Odczucia. Zwał, jak zwał.
    Dobry post ogółem :D
    Pozdrawiam i życzę jak najwięcej "tego czegoś"! kotołaczka02

    OdpowiedzUsuń
  12. Polecam ci film "Rozumiemy się bez słów". Niby komedia, ale ma głębsze dno i koniec jest cudowny, wzruszyłam się na nim. Po prostu piękny.
    Niestety... Niestety pamiętamy te słabe książki. Chcesz zapomnieć i nie możesz. Kiedy chodziłam do podstawówki/gimnazjum trafiłam na tak beznadziejną książkę, że to po prostu... Był szał na "Zmierzch" w Polsce i jeszcze ta książka! Można powiedzieć, że tym, co zapamiętałam jedynie z niej to to, że główna bohaterka lubiła Jacoba, a ktoś inny Edwarda... Albo ona sama nie mogła zdecydować. Coś takiego. Masakra, nie wiedziałam, że można stworzyć książkę opierający się o coś takiego (głównie).

    OdpowiedzUsuń