Dziś jest Halloween i cały Internet nurza się w mrocznych, klimatycznych tematach. Nie będę tym razem wyjątkiem i również postanowiłam poruszyć nadprzyrodzoną, upiorną tematykę.
Proszę państwa, z radością prezentuję opowiadanie ,,Świeża krew"!
Słowem wstępu:
Nie, nie jest to kolejna część do ,,Sabinkowego uniwersum" (w Opowiadalni macie odnośniki do wszystkich części; kolejna, mam nadzieję, niebawem), tylko zupełnie odrębne opowiadanie.
Pierwowzór miał iść na konkurs, ale jestem lamusem i się nie wyrobiłam, chociaż miałam dużo czasu nie zdążyłam go nawet rozwinąć. Zresztą konkurs chyba nawet się nie odbył, więc mała strata. Z otchłani mojego laptopa odgrzebałam początek tego tekstu i uznałam, że warto się nad nim pochylić.
Dlatego już nie ględzę, kłaniam się w pas i zapraszam do lektury.
EDIT (8.04.17): opowiadanie zostało opublikowane również na portalu Nowej Fantastyki pod innym nickiem, o tutaj. Przy okazji przeszło korektę :)

Świeża krew
Kołatka załomotała o drzwi.
Niemal od razu w korytarzu rozległy się dostojne kroki
Alberta, mojego lokaja, gość jednak nie przestawał się dobijać. Najwidoczniej
postanowił nie wypuszczać kołatki z rąk, dopóki ktoś mu nie otworzy.
Oderwałam wzrok od książki i spojrzałam na ozdobny,
stojący w rogu zegar. Dochodziła północ.
Zmarszczyłam brwi. Dziś nie spodziewałam się gości, planując
spokojną noc z książką i szklaneczką wytrawnej krwi, a z całą
pewnością nie oczekiwałabym ich o tak wczesnej porze. Zaledwie dwie
godziny temu opuściłam trumnę i spożyłam śniadanie.
Za oknem szalała wichura, zginając drzewa niemalże do ziemi.
Jesienne liście wirowały w szaleńczym tańcu, a krople brutalnie
uderzały o okna. Cienie targanych gałęzi tańczyły na ścianach,
a wycie wiatru komponowało się z bestialskim waleniem w drewno.
Nie wiedziałam, kto stał za drzwiami, ale z całą
pewnością był fatalnie wychowany.
Wstałam z cichym westchnięciem i odłożyłam książkę.
Mimo nieskrywanej irytacji, nie mogłam powstrzymać zwykłej
ciekawości. Dlatego też nie zwlekając, opuściłam bawialnię i ruszyłam
w stronę holu, gdzie wierny, stary Albert właśnie otwierał drzwi.
Dotarłam wreszcie do rozświetlonego jednym żyrandolem holu,
schodząc po krętych, zrobionych z czarnego marmuru schodach. Słaby blask
odbijał się w wypolerowanej podłodze, na ścianach tańczyły cienie.
Mój lokaj otworzył drzwi. W twarz buchnęło mi zimne, wilgotne
powietrze, niosąc ze sobą zapach deszczu i mokrych liści. Na progu stały
dwie ciemne sylwetki.
Zauważyłam, że są to młodzi mężczyźni, obaj dość wysocy,
odziani na czarno i zupełnie zmoknięci. Mieli przypasane długie,
połyskujące srebrzyście noże. W oddali ponuro zamruczał grzmot.
Nie zdążyłam jednak dokonać dalszych obserwacji, gdyż oto
jeden z młodzieńców wydał z siebie dziki okrzyk, zza pasa wyjął dość
pokaźny kołek i puścił się biegiem w stronę Alberta.
Lokaj, przyglądając się tej scenie z uprzejmym
zainteresowaniem, grzecznie się odsunął, żeby nie zastawiać drogi
niespodziewanemu amatorowi biegania. Chłopak przeleciał obok, po czym potknął
się na gładkiej podłodze i pięknym ślizgiem dotarł aż pod moje nogi.
Z lekkim niesmakiem zauważyłam, że ma na szyi mało stylowy
wianek czosnku, który wydawał z siebie nieprzyjemną woń. Byłam jednak
wyznawczynią zasady, że o gustach się nie dyskutuje, więc postanowiłam nie
dać po sobie poznać mojego stosunku do tego rodzaju mody.
Dobre maniery obowiązują w każdej sytuacji.
Chłopak powoli podniósł błękitne oczy.
Uśmiechnęłam się uprzejmie, odsłaniając kły.
– Dobry wieczór.
Młodzieniec jakby pobladł, jednak błyskawicznie zerwał się na
nogi. Nie uznał za stosowne odpowiedzieć na powitanie, zamiast tego zaś
wycelował kołek w moją klatkę piersiową.
– Przyszliśmy… – zaczął nieco drżącym głosem.
Odkaszlnął i rozpoczął raz jeszcze, tym razem z większą
mocą.
– Przyszliśmy – zagrzmiał – przeklęta strzygo, aby rzucić ci
wyzwanie! Jako Łowcy, ścigający i mordujący wszelakie plugastwa, strzegący
ludzkości przed ohydztwami twego rodzaju, zabójcy wampirów, wilkołaków
i innych potworów, prawieczni strażnicy porządku natury i gorliwi
obrońcy ludzkiej rasy, rzucamy ci oto wyzwanie, abyś wzięła udział
w honorowym pojedynku na śmierć i życie! Masz dwa wyjścia: albo
przystąpić do walki i zginąć honorowo, albo poddać się i…
– Proszę mi wybaczyć, że przerwę pański monolog – wtrąciłam
uprzejmie, jednym palcem odsuwając kołek od swojej piersi – ale pragnę
zauważyć, iż pański przyjaciel wciąż stoi na deszczu. To wyjątkowo
niekulturalne z pańskiej strony, zostawiać swojego towarzysza w takim
położeniu, tym bardziej,że pogoda jest w istocie paskudna. Pozwólmy mu
więc do nas dołączyć i zamknąć mojemu lokajowi drzwi, a wtedy
z radością wysłucham pana do końca.
Młodzieniec zamrugał, zdekoncentrowany i odruchowo
zerknął w stronę przyjaciela. Tamten chyba właśnie był w trakcie
odwrotu, jednak zwróciwszy na siebie uwagę otoczenia, odchrząknął
i odważnie przekroczył próg.
Albert z trzaskiem zamknął drzwi. Przez chwilę było
słychać jedynie wycie wiatru.
Teraz mogłam podziwiać „Łowców” w pełnej krasie. Tak jak
wcześniej zauważyłam, mieli przypasane noże, ale także jakieś woreczki,
zawiniątka i kołki. Jeden, ten, który mało godnie pierwszy przestąpił próg
domu, miał piaskowe, krótkie włosy i intensywnie niebieskie oczy. Drugiemu
brązowe kosmyki opadały na chudą, piegowatą twarz. Z płaszczy obu, co
zauważyłam z lekką irytacją, ściekała woda, tworząc na posadzce niewielkie
kałuże. Od gości bił intensywny zapach czosnku (i mówiąc szczerze, przede
wszystkim czosnku), deszczu i lekka woń świeżej krwi.
– Proszę kontynuować – zachęciłam, bo blondyn zamilkł.
Otrząsnął się i uparcie podniósł krzywo wystrugany
kołek.
– Nie z nami te numery, potworze! – zakrzyknął bojowo. –
Nie omamisz nas!
– Nie mam zamiaru, dobrze panu szło – powiedziałam
z uśmiechem. – Zwłaszcza ten fragment o strażnikach porządku. Bardzo
ładne.
Biedny dzieciak otworzył i zamknął usta.
– Skończyliśmy na poddawaniu się – podsunęłam grzecznie.
Drugi, szczuplejszy i drobniejszy, wyszarpnął zza pasa
nóż.
Aż krzyknęłam ze zgrozy.
– Tak! – Pierwszy, wciąż żałośnie stojąc z kołkiem,
wyraźnie się ożywił. – Zadrżyj, albowiem oto nadszedł kres twych dni!
– Panowie – rzekłam ponuro – w istocie drżę. Tym nożem
nie pokroiłabym nawet tortu. Nie wiem, kto sprzedał wam to żelastwo, ale
z całego serca radzę zgłosić reklamację.
Ten z podręcznikowym przykładem tępego ostrza pierwszy
dźwignął opadłą szczękę. Przytknął mi nóż do gardła.
– Albo walcz – powiedział dzielnie, chociaż trochę drżąco –
albo giń!
Jego przyjaciel postanowił się wtrącić.
– I tak okazujemy ci łaskę, przychodząc z zapowiedzią
tego, co cię czeka, a nie zabijając cię znienacka! Ciesz się, że jesteśmy
honorowymi wojownikami. Umrzesz od pradawnego ostrza, zanurzonego
w mistycznej rzece… – urwał, jakby chciał przypomnieć sobie jakąś nazwę. W
końcu jednak się poddał. – W mistycznej rzece! Należało do jednego
z założycieli naszego klanu! Zginiesz od szlachetnej klingi!
No proszę, nawet w klany się teraz łączyli. Poprzedni
wymyślali mniej barwne historie.
Coś czułam, że ta dwójka stanie się moimi ulubieńcami.
Albert bezszelestnie zjawił się za plecami Łowców. Lekko
uniosłam dłoń, powstrzymując go przed działaniem. Zbyt dobrze się bawiłam.
– Rzeczywiście, bardzo to uprzejmie z pańskiej strony –
rzekłam. – Jednak następnym razem proszę jeszcze o listowną zapowiedź,
żebym mogła się należycie przygotować. Na Boga, nie mam nawet ciasta.
– Kpij dalej, strzygo – syknął młodzieniec z kołkiem. –
Nie będzie następnego razu. Dzisiaj zginiesz…
– Pański kolega pozostawił mi wybór – zauważyłam trzeźwo. –
Że tak sobie pozwolę zacytować: „walcz albo giń”.
– W obu wypadkach zginiesz! – wrzasnął, tracąc panowanie nad
sobą. – Giń!
– Och, teraz rozumiem – mruknęłam. – Przed trudną decyzją
mnie pan postawił. Na przyszłość radzę popracować nad retoryką, moi drodzy.
Macie potencjał krasomówczy, ale brakuje wam konsekwencji.
Piegowaty szatyn mocniej przycisnął mi nóż do gardła.
– Dajemy ci wybór – powiedział, najwidoczniej nabierając
śmiałości – albo giniesz honorowo, albo błagając o litość.
Rozważyłam spokojnie.
Uśmiechnęłam się powoli.
– Honorowo brzmi lepiej – uznałam.
Wojownik z kołkiem przybrał pogardliwy grymas.
– A więc dobrze. W takim razie…
– Jednak mam dla panów propozycję – oświadczyłam. – Potwornie
suszy mnie w gardle, a panowie wyglądają na zmokniętych
i strudzonych. Co powiedzieliby panowie na herbatę i ogrzanie się
przy kominku przed pojedynkiem?
Piegowaty chudzielec parsknął, na wpół pogardliwie, na wpół
z przestrachem i spróbował jeszcze mocniej przycisnąć mi zimne ostrze
do gardła. Mimo wszystko trochę utrudniało mi to mówienie, więc spokojnie
chwyciłam za klingę i szybkim ruchem wytrąciłam mu z dłoni. Od
niechcenia wygięłam stal w piękną kokardkę, po czym oddałam właścicielowi.
– Bardzo proszę – rzekłam uprzejmie. – Pijają panowie czarną,
czy zieloną herbatę?
Piegowaty wydał z siebie bardzo dziwny odgłos.
– Thomas – wyszeptał zdławionym głosem. – Może…
Thomas jednak heroicznie powstrzymał drżenie nóg
i przystawił mi kołek do piersi.
– Szanowny panie – powiedziałam chłodno. – Czy nie na za
wiele pan sobie pozwala?
– Giń! – krzyknął ponownie i zamachnął się kołkiem.
Biedne dziecko, chyba miało mimo wszystko dość ograniczony
słownik. Podejrzewałam, że wcześniejsza płomienna mowa została zwyczajnie
wyuczona.
– Dla pana stanowczo zielona herbata – uznałam, łapiąc kołek
dwoma palcami. – A może nawet melisa, na skołatane nerwy.
Thomas użył słowa, które nigdy nie skalałoby moich warg.
Tego już było za wiele.
Uderzyłam go kantem dłoni w skroń. Starałam się być mimo
wszystko delikatna, ale i tak legł jak długi. Wypuściłam przy tym kołek,
który potoczył się po podłodze i zatrzymał przy nogach Alberta.
Zapadła upiorna cisza. Za drzwiami szeleściły smagane wiatrem
i deszczem drzewa.
– Doprawdy – powiedziałam z niesmakiem, wycierając dłoń
o suknię. – Używać takiego słowa w czyimś domu, do tego
w obecności damy… pański przyjaciel ma fatalne maniery – zwróciłam się do
piegowatego, który upadł na kolana przy towarzyszu, próbując go ocucić.
Chudzielec zadrżał.
– Nie… zbli… zbliżaj się – wydukał, wyjmując zza pasa Thomasa
drugie ostrze, podejrzewałam, że również zanurzone w jakiejś mistycznej
rzece, cokolwiek to znaczyło.
Wzruszyłam ramionami.
– Skoro pan sobie tego życzy, panie… pańska godność?
Dzieciak przełknął ślinę.
W tym momencie do rozmowy włączył się Albert.
– Pani – powiedział cicho i chłodno, wyrastając nad
ramieniem chłopaka – zadała ci pytanie.
Albert swoim mrocznym spokojem i wysoką, chudą postacią
w czarnej liberii zazwyczaj robił piorunujące wrażenie na niechcianych
gościach. Ten raz nie był wyjątkiem.
– Ma… Ma… Markus – wybełkotał posłusznie Łowca.
– Jak pan sobie życzy, panie Markusie – rzekłam lekko. –
Pozwolę sobie jednak napomknąć, że posiadam sole trzeźwiące, które być może
przydałyby się pańskiemu przyjacielowi. Dla jego dobra radziłabym zgodzić się
na przeniesienie w głąb domu.
Markus zawahał się. Widząc jak wzdryga się, zaciska zęby
i podnosi nóż, zwróciłam się do lokaja.
– Albercie, zanieś pana Thomasa do salonu i każ Adzie
podać herbatę.
Służący skinął głową.
– Tak, pani.
Odebrał oszołomionemu Markusowi nóż, a drugą ręką bez
trudu podniósł bezwładnego Łowcę. Następnie dostojnym krokiem ruszył
w stronę schodów.
Zwróciłam się do piegowatego.
– Pozwoli pan za mną?
– Ale po… pojedynek – wybełkotał nieskładnie, zezując
w stronę swojego przyjaciela i Alberta.
Poklepałam go przyjaźnie po ramieniu.
– Tak, tak, pamiętam. Ale w takim stanie chyba nie
zamierza pan walczyć, prawda?
Markus wyglądał tak nieszczęśliwie, że poczułam jakiś
przypływ współczucia.
– Napije się pan herbaty – powiedziałam zachęcająco. –
Znakomita, zapewniam.
Łowca dokonał ostatecznej, desperackiej próby
i podetknął mi pod nos czosnek.
Nieco zdegustowana odsunęłam warzywo od twarzy. Silny fetor
i tak już sprawiał, że bolała mnie głowa.
– Czosnku nie jadam, ale doceniam dar – rzekłam szlachetnie.
Markus, po tej spektakularnej porażce, pozwolił się
zaprowadzić do salonu i usadowić w bordowym fotelu. Na kanapie leżał
Thomas, wciąż nieprzytomny. W kominku płonął wesoło ogień, oświetlając złotym
blaskiem urządzony w odcieniach czerwieni pokój – od foteli, przez
puszysty dywan, aż do obrazów z krwistoczerwonymi makami.
Dość ironiczne, jeśli się nad tym zastanowić.
Piegowaty Łowca był tak blady, że mógłby konkurować nawet ze
mną. Zacisnął dłonie na podłokietnikach i nie spuszczał ze mnie wzroku.
Tymczasem z cichym westchnieniem opadłam na fotel naprzeciwko.
Niebawem nadciągnęła Ada z tacą. Służąca, jasnowłose,
młode dziewczę pogodne z natury, uśmiechnęła się promiennie do Markusa,
błyskając śnieżnobiałymi kłami. Chłopak prawie zemdlał.
Dziewczyna, nieco zdziwiona, a wręcz obrażona tak
nieżyczliwą postawą, w milczeniu ustawiła filiżanki, nalała parującej
cieczy, po czym dygnęła i wyszła.
Sięgnęłam po niewielki, porcelanowy dzbanuszek i wlałam
trochę zawartości do herbaty. Markus ze zgrozą obserwował, jak napój barwi się
na czerwono.
– Życzy pan sobie? – zapytałam kulturalnie.
– Nie, dziękuję – wykrztusił.
– Ależ nalegam. Krew dziewicy. Bardzo słodka, doskonała do
herbaty.
O ile to możliwe, chłopak zbladł jeszcze bardziej.
– Nie skorzystam.
– Niech pan chociaż spróbuje. Naprawdę dodaje smaku.
Hojnie wlałam resztę zawartości dzbanuszka do jego filiżanki.
Palce Łowcy, chyba podświadomie wędrujące w stronę herbaty, gwałtownie się
cofnęły.
Pociągnęłam z uśmiechem łyk. Markus wyglądał tak, jakby
chciał się wtopić w fotel.
Leniwie oblizałam wargi i odgarnęłam długie, czarne
włosy z twarzy.
– Panie Markusie, proszę wybaczyć, ale dam upust swojej
ciekawości. Pozwoli pan sobie zadać parę pytań?
– Nnnn…
– Dziękuję. Otóż jak pan rozpoczął karierę… Łowcy? Bardzo
mnie to ciekawi.
– Ja… ja… ja…
Uniosłam z zainteresowaniem brew.
– Tak?
Jadowicie zielone oczy Markusa latały niespokojnie pod
brązowymi kosmykami.
– Ja…
– To już pan mówił – zauważyłam łagodnie.
Do salonu wszedł Albert, dzierżąc sole trzeźwiące.
Markus coś wybełkotał.
– Proszę?
– Spotkałem Mistrza, Łowcę z gór – wymamrotał. –
Podróżował i przejeżdżał przez nasze miasteczko. Z Thomasem zostaliśmy
jego uczniami.
– Interesujące – mruknęłam. – I proszę się pochwalić, jakież
to plugastwa pan ubił?
Markus jakby zjechał niżej w swoim fotelu. Tymczasem
Albert, w nieskazitelnie białych rękawiczkach, począł cucić Thomasa.
– No…
Upiłam kolejny łyk herbaty.
– Tak?
– Właściwie to… żadne.
– Ależ panie Markusie, skąd ta skromność? Nie wierzę, abym
była pierwsza.
Łowca jeszcze mocniej zacisnął dłonie na fotelu.
– No… tak w sumie… to my dopiero zaczynamy i… jeszcze
nic nie… nie zabiliśmy nikogo…
– Panie Markusie, proszę się wysławiać, nic nie rozumiem.
– Niczego jeszcze nie zabiliśmy – wykrztusił.
– Ach tak. – Z namysłem odstawiłam filiżankę. – W takim razie
czuję się zaszczycona, że to mnie obraliście na pierwszą ofiarę.
Chłopak poruszył się niespokojnie.
– My przepraszamy…
– Ależ nie ma za co – rzekłam wspaniałomyślnie. – Przecież
jest nam tak miło, prawda?
– Yhm – potwierdził gorliwie. – Bardzo miło. Eee… pani
wampirzyco?
– Słucham pana.
– Czy ja już mógłbym pójść?
– Ależ panie Markusie – skarciłam go. – Pański przyjaciel
jeszcze dochodzi do siebie. Chyba nie zamierza pan odejść bez niego?
Mina Łowcy wskazywała na to, że to właśnie zamierzał.
– Poza tym – rzekłam z uśmiechem – nie napił się pan
jeszcze herbaty. Jest doskonała, naprawdę. Herbata najlepszego rodzaju. Nie
może pan odejść, dopóki pan jej nie spróbuje.
Rozedrgany wzrok chłopaka błądził między mną, Thomasem
a Albertem.
– Dostałam od przyjaciela – wyjawiłam. – Podróżuje po całym
świecie. Niedawno pojechałam razem z nim na północ, jakieś trzysta lat
temu. Było bardzo przyjemne.
– Aha – wykrztusił Markus.
Więcej zresztą nie zdążyłby powiedzieć, ponieważ oto
w tej chwili Thomas się ocknął.
Rozejrzał się wokół oszalałym wzrokiem.
– Dzień dobry – powiedziałam pogodnie. – Herbaty?
Gwałtownie podniósł się do pozycji wertykalnej, rozglądając
za bronią.
– Pański nóż z mistycznej rzeki obecnie jest
w posiadaniu Alberta – wyjaśniłam serdecznie. – Otrzyma go pan, wychodząc.
Pije pan z cukrem?
Milczenie uznałam za zgodę, więc zadzwoniłam po Adę.
Thomas niestety stracił u mnie nędzne resztki sympatii,
ponownie używając niewybaczalnych epitetów.
– Drogi panie – powiedziałam sucho. – Radzę wziąć przykład ze
swojego kolegi. Proszę zobaczyć, jak dobrze się zachowuje.
Markus, siedząc cicho w swoim fotelu, rzeczywiście
stanowił przykładny okaz grzecznego chłopca.
Takie słowa jak „takt”, „wyczucie” i „ucywilizowanie”
chyba jednak nie istniały w słowniku Thomasa, bo mało, że nie przyjął
krytyki z pokorą i nie wykonał choćby próby poprawy, to do tego uznał
za stosowne rzucić się w moim kierunku z pięściami.
Pokręciłam ze smutkiem głową, obserwując, jak Albert łapie od
tyłu grubiańskiego młodzieńca.
– Obawiam się, Albercie, że musisz wyprowadzić naszego gościa
– mruknęłam ponuro. – Najwidoczniej cywilizowane towarzystwo nie jest dla
niego.
Lokaj skinął głową i bez większego trudu wywlekł
rzucającego się Łowcę za drzwi. Minęła go Ada, która właśnie wchodziła do
pokoju.
– Wzywała mnie pani – powiedziała, rzucając przelotne
spojrzenie Albertowi z Thomasem.
– Chciałam cię prosić o cukier, ale gość niestety
wyszedł. Może jednak pan Markus ma ochotę na herbatniki?
Pan Markus nie bardzo kwapił się odpowiedzieć.
– Gdzie… gdzie on go zabrał? – wykrztusił.
– Przynieś proszę – poleciłam Adzie.
Służąca dygnęła i wyszła, po chwili wracając
z ciasteczkami.
– O co pan pytał? – zapytałam uprzejmie.
– Co z nim zrobicie? – Nieznacznie podniósł głos.
Wzruszyłam ramionami.
– Może wykorzystamy do sosu – mruknęłam z namysłem.
Po minie mojego gościa ujrzałam, że chyba przesadziłam.
– Spokojnie, to był żart. Nietrafiony, przyznaję. Pan Thomas
został wyprowadzony z domu, którego gościną tak wzgardził.
– Czy ja też mogę? – zapytał z nadzieją.
– Jeszcze moment, jeśli pan pozwoli. Muszę z panem
porozmawiać.
Nie wydawał się szczególnie zachwycony, ale postanowiłam, że
nie będę się zrażać. Markus, w przeciwieństwie do swojego kolegi,
wykazywał pewne ucywilizowanie i potrafił się zachować, a to
stanowiło rzadkość wśród Łowców. Większość z nich ograniczała się do
wymachiwania ostrzami z mistycznych rzek i rzucaniu przekleństwami,
czego naturalnie, mimo mojej pobłażliwej natury i szczerej chęci zawarcia
przyjaźni z gośćmi, nie mogłam tolerować.
Powrócił Albert, już bez Thomasa.
– Panie Markusie – zaczęłam z namysłem, nadgryzając
herbatnika – Właściwie mam dla pana ofertę.
Markus wyglądał tak, jakby zaraz miał dostać zawału.
– Dla mnie?
Założyłam nogę na nogę.
– Widzę w panu potencjał – oznajmiłam.
Jeśli wcześniej był blady, to teraz zrobił się zielony.
– Ja… jaki?
Uniosłam brwi ze zdumieniem.
– Jak to jaki? Na wampira, naturalnie.
Chłopak prawie wyskoczył z fotela, powstrzymany ojcowską
ręką Alberta. Niebezpiecznie drgnął mi kącik ust.
– Sądzę – odezwałam się, gdy już odzyskałam powagę – że
marnuje się pan jako Łowca. Pan ewidentnie powinien zostać jednym z nas.
Nawet fizjonomię ma pan całkiem odpowiednią. Obiecująca bladość.
– Ja nie piję krwi – powiedział Markus słabym głosem.
Machnęłam niedbale ręką.
– Każdy tak mówi. Doprawdy, czym to się różni od jedzenia
mięsa? Błyskawicznie się pan przyzwyczai. Prawda, Ado?
Służąca gorliwie pokiwała głową.
– Prawda, proszę pani.
Nachyliłam się lekko.
– Ja osobiście gustuję w młodej krwi – wyznałam poufale,
maczając ciastko w herbacie. – Ze względu na wartości odżywcze
i walory smakowe. Jednak z doświadczenia wiem, że każdy musi znaleźć
swoją ulubioną.
Ada uśmiechnęła się promiennie.
Z piersi Markusa wyrwał się jęk.
– Proszę pomyśleć o możliwościach – kusiłam. – Wieczna
młodość, nie wspominając o nadludzkich zdolnościach fizycznych… zapewne
pan zauważył.
– Zauważyłem – wykrztusił.
– Dlatego serdecznie zalecam, żeby rozważył pan moją ofertę.
Rozumie pan. Od czasu do czasu potrzebujemy… świeżej krwi.
Uśmiechnęłam się szeroko.
– Nie – wyszeptał.
– Ależ tak. To nie boli, zapewniam. Tylko jedno ugryzienie.
Zresztą, mogę panu pokazać – zaoferowałam się, wstając z fotela.
Chłopak wrzasnął i zerwał się na równe nogi.
Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, ukazując kły w pełnej
krasie.
– W takim razie może chociaż pojedynek?
Markus jak strzała wyleciał z salonu, niezatrzymywany
przez nikogo. Tupot nóg zbiegających po schodach niósł się echem przez
wszystkie korytarze.
Razem z Adą i Albertem podeszliśmy do okna.
Niebawem na dziedzińcu ujrzeliśmy ciemną, gnającą sylwetkę w płaszczu
powiewającym na wietrze. Po chwili zniknęła wśród drzew.
– Zaiste – odezwałam się z bezbrzeżnym smutkiem. – Brak
kultury osobistej i dobrych manier: oto zmora naszych czasów.
Albert ponuro pokiwał głową i poszedł zamknąć za gośćmi
drzwi.
A nie zastanowiłaś się nigdy, by miast wrzucać swoje teksty w internet, zakasać rękawy i napisać powieść, następnie wysłać do wydawcy? A nóż się zainteresuje? Jest teraz dobra passa na lekkie pióro, ludzie to kochają, a Ty fajnie piszesz, szybko się czyta, a podczas tego, w głowi pojawia się niezły film.
OdpowiedzUsuńZastanowiłam się, a nawet zaczęłam pracę nad powieścią:) Równocześnie produkuję krótsze formy, żeby ćwiczyć warsztat..
UsuńPięknie dziękuję, cieszę się, że przypadło do gustu:D
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńKuźwa, długie... Wrócę tu któregoś wieczora z kubkiem gorącej czekolady z saszetki! ;D
OdpowiedzUsuńNiezawodnie świetne czytadło! Piękny, dystyngowany styl wypowiedzi głównej bohaterki, lekka i urocza narracja w pierwszej osobie, przyjemne zróżnicowanie charakterów dwóch łowców, cudowne opisy doprecyzowujące zachowania postaci, filuterny tytuł. Nie sposób nie słodzić, razem z wspomnianą wyżej czekoladą umiliłaś mi ten poniedziałkowy wieczorek! Pozostał jedynie niedosyt po średniej puencie. Nie wiem jak można by ją dopieścić, "nieokrzesane bestie, a roszczą sobie prawo do istot najbardziej cywilizowanych" byłoby trochę zbyt oczywiste. A, szukam już dziury w całym... Podsumowując: UWIELBIAM! <3
UsuńPS Mój stuknięty umysł podsuwa mi (jak zawsze) alternatywne rozwoje akcji i wietrzę w tej historyjce potencjał na małego pornoska ;d
Dziękuję z całego serducha! :D Puenta rzeczywiście chyba mogłaby zostać lepiej zaakcentowana.
UsuńHm, przyznam szczerze, że taki pomysł na rozwój akcji nigdy nie wpadłby mi do głowy ;)
Dziękuję raz jeszcze za tak ciepłe słowa :)
Uwielbiam twój styl! <3
OdpowiedzUsuńTo opowiadanie przypomina mi inne twoje, o rycerzu, księżniczce i jej przyjacielu smoku. Podobnie napisane, chociaż historia całkiem inna.
Zgadzam się z komentującymi wyżej - twoja twórczość to wybuch kreatywności!
Drobna uwaga - na początku pisałaś Thomas przez "Th", później dwa razy przez samo "T", pod koniec znów przez "Th". To taki drobny błąd, który rzucił mi się w oczy ;)
Czekam na kolejną część Sabinki! ^^
Pozdrawiam i życzę dużo herbaty (ale może bez krwi)! kotołaczka02
Dziękuję, dziękuję bardzo:) Błąd już poprawiłam. Ech, zawsze się gdzieś wkradną...
UsuńŻe piszesz niezwykle udatnie, to już z pewnością wiesz. Rzeczywiście "lekkie pióro" jest to sformułowanie bardzo pasujące do Twojego barwnego stylu, takiego ciepłego (no jest ciepły, mimo wszystko, cóż poradzić :D) i pełnego humoru. Więc co tu się rozwodzić, opowiadanie jest zacne, Markus i jego dyskretna próba ewakuacji już na samym początku podbiły moje serce, a tekst "To już pan mówił" godny był wielkiego banana na twarzy. A poza tym to jest takie pratchettowe! <3 Styl Pratchetta jest stylem boskim, a Tobie udało się zgrabnie sobie z nim współzaistnieć (szalone sformułowania zawsze na propsie) dzięki humorowi i absurdowi, no i ogólnie tak językowo. I to jest zacne bardzo. :>
OdpowiedzUsuńNo i jeszcze ta gierka słowna ze "zmorą" na samym końcu - idealna :'D
Z wyrazami należytego szacunku,
B.
Ach, i znalazłam jeden błąd:
Usuń"Oboje, co zauważyłam z lekką irytacją, tworzyli na posadzce niewielkie kałuży z kapiącej z płaszczy wody." Powinno być obaj, bowiem mowa w końcu o dwóch młodzianach! Bardzo męskich młodzianach! Męskich i mężnych, ot co. Giń!
B.
A to moje "obaj" chyba powinno być w cudzysłowiu. Ech.
UsuńDalsze wyrazy uszanowania,
B. (wciąż)
Porównanie do Pratchetta jest dla mnie zaszczytem, naprawdę. Dziękuję pięknie, ach! :)
UsuńRacja, już poprawiam! Wszakże masz rację, to męscy, mężni młodzianie, którzy potraktowaliby mnie ostrzem z mistycznej rzeki, gdyby dowiedzieli się o tym karygodnym błędzie ;)
Wyrazy szacunku również!
Polu,
OdpowiedzUsuńCzytam to piękne opowiadanie już tydzień (wiem, nie brzmi to najlepiej, ale zawsze ktoś mi przerywa w najmniej odpowiednim momencie)i muszę wyznać Ci, że...
*trzy kropeczki niepewności*
Poczułam tą wytworność i smak. Ach, piękne uczucie, naprawdę. Ta genialna ironiczna i dumna bohaterka (dama, po prostu) i unosząca się w powietrzu arystokratyczna nutka. Ach, uwielbiam takie rzeczy! :) masz talent do budowania fajnego nastroju! A klimat zamczysk i wytwornych dam jest genialnym klimatem! :D
Cieszę się więc bardzo!
Najbardziej, oczywiście, pokochałam Alberta. Ale kto mógłby go nie polubić? Mogłabym mieć takiego wujka! Człowiek fantastyczny, powiadam. Troszkę kojarzył mi się z tym sławetnym lokajem Batmana (znasz?). A lokaja Batmana ubóstwiałam.
W ogóle wszyscy tu są cudowni.
I pomysł. I humor :)
Stasia się cieszy ^^
I wielka szkoda, że konkurs się nie odbył, a Twoje dzieło nie wysłało
Powiem Ci, że ja do końca byłam pewna, że główna bohaterka okaże się nie pić krwi. I że to tylko mity na jej temat :D a jednak źle przeczuwałam ^^
UsuńCóż ja mogę napisać. Po prostu uwielbiam Twoje opowiadania! To dzieło jest niesamowicie zacne. Idealne do sączenia przy nim herbaty. *chyba troszkę udzieliła mi się wytworność głównej bohaterki*
OdpowiedzUsuńDoceniam Twoją kreatywność, pomysł, no i humor (jak Ty to robisz, że potrafisz mnie tak rozbawić?).
Wytwornie pozdrawiam :D
Muminek
moomins-world.blogspot.com