poniedziałek, 30 marca 2015

O ksionrzkach (znowu), czyli ,,On my shelf TAG"

Witam!

Ci, którzy znają mnie dłuższy czas, wiedzą, że bardzo lubię czytać książki.
Uwielbiam książki.
Kocham książki.
No dobra, jestem po prostu książkoholiczką.
Oczywiście to nie jest tak, że nie mam realnego życia.
Nie.
Naprawdę nie.
Życie w realu mam, ale nie zmienia to faktu, że literatura to absolutnie moja pasja. Także w internecie zwykle szukam ciekawych pozycji, czytam recenzje, oglądam vlogi o tej tematyce- również te zagraniczne. I właśnie dzięki filmikom książkowych maniaków z USA, trafiłam na pewien ciekawy TAG, który postanowiłam zrealizować. To On my shelf TAG, stworzony przez Iana Brooma.
O co w tym chodzi?
Otóż należy wybrać losowe liczby. Np: 4, 15. I 4 oznacza numer półki, a 15 książkę na tej półce. Zadanie polega na tym, aby opowiedzieć historię o wylosowanej pozycji- kiedy się ją czytało, w jakich okolicznościach, co nam się z nią kojarzy, czy nam się podobała? A może wiąże się z nią jakieś wspomnienie, wydarzenie? Naprawdę mi się ta zabawa spodobała, więc zapragnęłam zrobić ją na blogu.
O wybranie numerów poprosiłam Kajaxa przed lekcją matmy. Więc wszystkie książki, które się tu pojawią, zostały wylosowane zupełnie przypadkowo. Mam nadzieję, że uda mi się o każdej napisać coś ciekawego...

2,28

Astrid Lindgren we wczesnych latach mojego żywota, gdy dopiero wkraczałam w świat literatury, była moją absolutną idolką (zresztą... do tej pory jest). To dzięki niej zaczęłam czytać, to dzięki niej zaczęłam pisać. Dlatego też nadal mam na półce, w dodatku na honorowym miejscu, jej najsłynniejsze powieści. I nadal do nich zaglądam. Są takie pełne humoru, ciepła i najbardziej kojarzą mi się z dzieciństwem. ,,Pippi na Południowym Pacyfiku"była pierwszą książką o przygodach rudowłosej dziewczynki, której akcja nie toczyła się w Szwecji, w swojskiej Willi Śmiesznotce. To znaczy, na początku nie opuszczaliśmy przytulnego miasteczka (w pierwszym rozdziale pewien bogaty mężczyzna chciał nawet kupić dom Pippi- to mój ulubiony, najzabawniejszy fragment!), ale później Pippi wraz z przyjaciółmi popłynęła na wyspę Kurrekurredutt, gdzie jej tatuś był królem murzyńskim. Ach, z zapartym tchem czytałam o przygodach w tak egzotycznym miejscu... czułam  niejaką zazdrość- też marzyłam o wyławianiu pereł, pływaniu w oceanie, wcinaniu bananów prosto z drzewa, zrywaniu kokosów z palmy... pamiętam jednak, że gdy dzieci nie obchodziły Bożego Narodzenia (w końcu na takich wyspach się go raczej nie celebruje), moja zazdrość osłabła. Jak to? Święta bez śniegu? No dobra, u nas śnieg to też raczej rzadkość, ale święta bez temperatury na minusie? Prezentów? Tradycyjnego jedzenia? Prezentów? Choinki? Prezentów?...  małej Poli nie mieściło się to w główce... i w sumie poczułam ulgę, gdy Pippi, Tommy i Annika wrócili szczęśliwie do domu, gdzie leżały swojskie zaspy śniegu. Swojskie dla głównych bohaterów oczywiście.
Dla nas dzisiaj bardziej powszechnym widokiem niż śnieg są kokosy i banany.

8, 15

Jak wielu z Was wie, uwielbiam Ricka Riordana. Serio, to jeden z moich ulubionych pisarzy.
*UWAGA! Teraz Pola będzie po raz setny zachwycać się jego twórczością. Radzimy przygotować się mentalnie. Uwaga. Wdech-wydech. Jedziemy!*
 Książki o półbogach są absolutnie boskie (och, te dwuznaczności)!
Owszem, nie jest to wybitne dzieło, tylko lekka książka przygodowo-fantastyczna dla młodzieży, ale nie zmienia to faktu, że serie ,,Percy Jackson i bogowie olimpijscy" oraz ,,Olimpijscy herosi" uważam za absolutnie genialne. Humor, mitologia, obóz dla nastoletnich herosów, Olimp nad Empire State Building, cudowni bohaterowie z Leonem Valdezem na czele- i czegóż chcieć więcej?
Jednakże o ile dwie powyższe serie wielbię, to nigdy nie zapałałam takim uczuciem do ,,Kronik rodu Kane". Może to dlatego, że nigdy specjalnie nie ciągnęło mnie do mitologii egipskiej? Uwielbiam mitologie wszelkiego rodzaju i ta z kraju faraonów również jest naprawdę ciekawa, jednak nigdy nie czułam wielkiej potrzeby zagłębiania się w nią. 
,,Czerwona piramida" miała w sobie sporo humoru, sporo fajnych tekstów (zwłaszcza tych Sadie, która jak dla mnie jest naprawdę interesującą bohaterką!), dużo fajnie wplecionych we współczesność motywów z mitologii, ale... no nie wiem. Zabrakło mi ,,tego czegoś". Może emocji? Może pasjonującej fabuły, która wciągnęłaby mnie do książki i nie wypuściła do ostatniej strony?  ,,Czerwona piramida" podobała mi się, ale nie powaliła mnie na kolana. W sumie to chciałabym spróbować zabrać się za nią jeszcze raz. Bo przyznaję, że nie pamiętam tej książki za bardzo i nie pamiętam dokładnie moich odczuć po jej przeczytaniu.Wiem tylko, że nie byłam zachwycona.

3,7

 
Już nawet nie pamiętam, kiedy zaczęłam na poważnie interesować się muzyką Michaela Jacksona. To chyba było... 
Ło matko, ja naprawdę nie pamiętam. Przedwczesna skleroza!
No wiec... ekheeem... już jakiś czas temu zaczęłam zagłębiać się w twórczość Jacksona. I naprawdę się wkręciłam.  Uważam go za wielkiego artystę - był świetnym wokalistą, niesamowitym tancerzem, miał również zdolności aktorskie. Mimo, że jego muzykę określa się po prostu jako ,,pop", to w gruncie rzeczy Michael czerpał z wielu stylów- w jednych utworach słychać disco i dance, w innych rock, soul... zawsze go podziwiałam, także za to, jak bardzo pomagał innym. Wiadomo, nie był bez wad (jak każdy człowiek). Ale nie zmienia to faktu, że to jeden z moich ulubionych artystów, zdecydowanie.
Nic więc dziwnego, że zapragnęłam kupić biografię. Zachęciło mnie też po części to, że książkę napisał Jermaine Jackson, brat Michaela.
No.
Tak.
Jak się później okazało, to powinno mnie raczej zniechęcić.
Biografia podobała mi się. Naprawdę. Sporo się z niej dowiedziałam o Jacksonie, poznałam go od trochę innej strony.
Ale jest ale.
Otóż Jermaine Jackson ciągle idealizował obraz brata. Okej, wiadomo, próbował go przedstawić w jak najlepszym świetle- spoko. Jednak co rusz na siłę go usprawiedliwiał, pisał np. o jego słabostce i zaraz tłumaczył Michaela, że to wcale nie wada, bo to, to i to.
Kolejną rzeczą, która mnie irytowała w biografii, było to, że spora jej część była opisem życia Jermaine'a. Hej, rozumiem, że to narrator wydarzeń. Ale opisywanie swojej kariery i tak dalej w biografii kogoś innego? Niezbyt mi się to podobało. Książka więc trochę mnie rozczarowała...

 6,2

 
,,Felix, Net i Nika" to doskonały przykład na to, że polska literatura młodzieżowa nie tylko może równać się z zagraniczną, ale także ją przewyższyć. W serii Kosika można znaleźć science fiction, elementy powieści obyczajowej, trochę horroru, mnóstwo barwnych bohaterów oraz dużo świetnego humoru i absurdu. Mam na swojej półce wszystkie części cyklu. 
Przyznaję, że drugi tom nie należy do moich faworytów, ale również świetnie się przy nim bawiłam. Fabuła była bardziej rozbudowana niż w pierwszej części, działo się o wiele więcej. Nic więc dziwnego, że zrobiono ekranizację ,,Teoretycznie Możliwej Katastrofy", a nie ,,Gangu Niewidzialnych Ludzi". Długo wzbraniałam się przed obejrzeniem filmu. Niepochlebne recenzje, niezachęcające fragmenty. Ale w końcu się odważyłam. Niestety, ale nie dałam rady dobrnąć nawet do połowy. Sztywne dialogi, słaba gra aktorska, niezbyt ciekawy scenariusz. Książka oddana w sposób beznadziejny. A szkoda.
No, ale nie o filmie miało być. Hmm... czy mogę coś jeszcze opowiedzieć a'propos książki? Z Kosikiem kojarzą mi się zeszłoroczne Targi Książki w Warszawie. Miałam szansę zdobyć jego autograf, ale niestety, musiałabym naprawdę długo czekać na spotkanie z nim i dałam sobie spokój (czego w sumie troszkę żałuję). Ale same targi wspominam wyjątkowo miło. Opisałam je w tym poście.  Rety, jak to było dawno temu...

 

5,13

 
Seria ,,Blask Corredo" Agnieszki Grzelak jest jak dla mnie zdecydowanie zbyt mało znana, a szkoda, bo jest naprawdę bardzo dobra! Ciężko ją jednak znaleźć... 
Dawno, dawno temu, a raczej kilka lat temu, będąc w Matrasie w pewnym centrum handlowym zauważyłam ,,Szkołę LaOry". Tytuł intrygujący, okładka intrygująca(mi przynajmniej się bardzo podoba- owszem, prosta, ale naprawdę piękna), opis z tyłu intrygujący. Ale niestety, okazało się, że to piąta i zarazem ostatnia część całego, nieznanego mi wtedy cyklu. Mimo to, wzięłam. Bardzo mi się ta książka spodobała i rozpoczęłam poszukiwania poprzednich części. Ku mojej radości znalazłam większość z nich w mojej bibliotece.
Większość.
Wszystkie poza pierwszym tomem.
Pierwszej części, ,,Herbaty szczęścia", nie mogłam nigdzie znaleźć. 
A może po prostu źle szukałam?
Nieważne!
Nie mogłam znaleźć i już.
Dlatego też ,,Blask Corredo" to seria, której części przeczytałam w najbardziej pomieszanej kolejności. Piąty tom, trzeci tom, drugi tom, czwarty tom, pierwszy tom.
Tak, pierwszy! Bo tak się składa, że w tym miesiącu znalazłam w Empiku jakiś kolorowy grzbiet. 
A na nim napis ,,Herbata szczęścia".
Początkowo nie wierzyłam własnym oczom. Jakże to możliwe?!
A jednak. Możliwe!
Wydawnictwo ,,W drodze" zrobiło nowe wydanie całej serii! ,,Herbatę szczęścia" już przeczytałam i naprawdę mi się podobała. Tak z ciekawości... chcielibyście może przeczytać jej recenzję?
Ale, ale. Wróćmy do ,,Szkoły LaOry". Kojarzy mi się z nią jeden z moich pierwszych pobytów z Kają w domku letniskowym moich dziadków. Miałam wtedy tę książkę ze sobą i dałam też K. do przeczytania. Więc ,,Szkoła..." kojarzy mi się również z początkami przyjaźni mojej i Kai, gdy non stop pożyczałyśmy sobie nawzajem powieści:)

4,5


No i na dobry koniec jedna z moich ulubionych powieści- czyli ,,Zawód: wiedźma" Olgi Gromyko!
Pierwsza moja styczność z tą serią? Gdy w szóstej klasie mieliśmy wyjście do biblioteki. Zostaliśmy oprowadzeni, poopowiadano nam o pracy w tym miejscu i tak dalej. Mogliśmy też przejrzeć cały księgozbiór. Niemal od razu pofrunęłam w kierunku działu fantastyki. Pogrzebałam, pogrzebałam... i znalazłam pewną książkę, która mnie zaintrygowała. Miała tytuł ,,Wiedźma naczelna". Opis z tyłu naprawdę zachęcał do lektury, niezwykle podobała mi się okładka.
-Zapamiętasz dla mnie tytuł książki?- zapytałam stojącą obok mnie koleżankę.
-Hm?
-Zapamiętasz dla mnie tytuł? ,,Wiedźma naczelna". Pamiętasz? ,,WIEDŹMA NACZELNA".
-No dobra, postaram się zapamiętać- obiecała, już oglądając kolejne powieści.
Po jakimś czasie zapytałam ją:
-Pamiętasz co miałaś zapamiętać?
(tak, wiem jak brzmi to pytanie;))
-Yyy...
No tak.
-Yyy... coś z wiedźmą?
-WIEDŹMA NACZELNA!
-O, no właśnie!- ucieszyła się dziewczyna. -To miałam na myśli.
W końcu skończyło się na tym, że ciągle jej przypominałam, co miała zapamiętać i aż sama zapamiętałam. Sprawdziłam jednak, że ,,Wiedźma naczelna" to piąta część całej serii. Nie chciałam powtarzać historii z ,,Blaskiem Corredo", więc postanowiłam zacząć od pierwszego tomu.
I tak w moje ręce trafił ,,Zawód: wiedźma cz.1"! To jedyna książka z serii o przygodach młodej wiedźmy W.Rednej, którą posiadam na własność. Marzę o posiadaniu wszystkich części... może kiedyś?
Przyznaję, że książka nie jest idealna. Właściwie przez dłuższy czas nic się nie dzieje. Ciężko tu o nagłe zwroty akcji, napięcie. Więc co mi się podoba w twórczości pani Gromyko? Przede wszystkim styl. Jest idealnie lekki, ironiczny i zabawny. Przez powieść się po prostu płynie.  Narracja głównej bohaterki to mistrzostwo. Sama Wolha Redna to absolutnie świetna postać, zresztą inne również są naprawdę godne uwagi. Na stronach ,,Zawodu: wiedźmy" mnóstwo jest komizmu sytuacyjnego i słownego, więc niemal cały czas, gdy czytałam, miałam szeroki uśmiech na twarzy, a często wybuchałam niekontrolowanym śmiechem.
Raz, gdy właśnie chichotałam z powodu jakiegoś żartu, usłyszałam od mojej mamy z drugiego pokoju ,,Na zdrowie!".
Aha.



To już koniec tego TAGu. Nominuję do niego wszystkich, którzy chcieli by w nim wziąć udział:)

Wyniki kuratoryjnego pojawiły się bodajże wczoraj. Niestety, tytułu laureata uzyskać mi się nie udało, bo zabrakło mi do niego dwóch punktów (EDIT: pomyłka, zostałam źle poinformowana. Chyba około czterech). Ale cieszę się, że jestem finalistką. Mam zamiar spróbować jeszcze w przyszłym roku- kto wie, może wtedy się uda? Wszystko przede mną!:D
Bardzo dziękuję za tyle miłych słów pod ostatnim postem... co ja mówię, przecież zawsze, gdy pisałam o kuratoryjnym, dostawałam od Was dużo wsparcia. Bardzo, ale to bardzo Wam za to dziękuję. Jesteście cudowni!

Pozdrawiam ciepło!
Pola


5 komentarzy:

  1. Masz aż tyle półek? Wow... Ja mam tylko dwie :D
    Akurat tej książki o przygodach przesympatycznej Pippi nie dane było mi czytać, ale po przeczytaniu Twojej opinii/opisu mam ochotę zakraść się do działu dziecięcego.
    Kiedyś próbowałam przeczytać "Czerwoną piramidę", ale tak mozolnie mi to szło, a do tego mi się nie podobała, że aż porzuciłam ją w 1/5.
    Biografii nie czytam.
    FNiN uwielbiam, jednak uważam, że ostatnie tomy straciły ten "felixowo-noetowo-nikowy" klimat i stały się takie... naciągane :(
    O "Szkole Laory" już gdzieś słyszałam.
    A o tej "Wiedźmie" już słyszałam wiele...
    Szkoda, ze ci się nie udało :( Dwa punkty... Możesz spróbować się odwoływać, ale jak nie ma nic do czego mogłabyś się przyczepić, to w takim razie zapraszam na Grupę Wsparcia dla Prawie Laureatów :)
    W drugiej klasie na pewno ci się uda :)
    Po powrocie ze szkoły czułam się okropnie zdołowana, ale dzięki twojemu postowi znów powrócił mi humor :D
    Pozdrawiam
    Tutti
    MÓJ BLOG

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrawiam: u mnie książki leżą w sumie wszędzie wokół - na sześciu półkach, plus na parapecie, plus na krześle (specjalnym krześle na książki, jestem profesjonalna), plus na podłodze pod tymże krzesłem, plus w różnych losowych miejscach. No i w łazience. E, dałabym radę!
    Pippi! A przede wszystkim: Astrid! Kocham ją i jej książki, chociaż niektórych nie znam, niestety (Mio, mój Mio! Ach, dlaczegóż wciąż tego nie przeczytałam?!). Ostatnio mój obraz ciepłej, wesołej pani Lindgren trochę się zachwiał przez artykuł o niej, w którym to artykule wspomniano też o jej "mrocznej stronie". Ale strona ta nie była mimo wszystko aż tak mroczna (przynajmniej nie aż tak jak w przypadku Tove Jansson, która - mówiąc prostym językiem - nienawidziła swoich Muminków). Astrid forever, nolens volens. :D
    Miałam okres miłości do "wujka Ricka", lecz obecnie nie lubię go. Znaczy, lubię serię o Percym (choć uważam "Olimpijskich herosów" za raczej naciąganych), kocham Nicka i Leona - ale sam autor mnie wkurza, pisząc wciąż (jak na złość) kolejne części i serie takie jak Kroniki rodu Kane, jadąc na popularności "Bogów olimpijskich". Ech. Foch.
    Nie czytałam biografii Jacksona, przyznam się też, że - o zgrozo! - nigdy zbytnio nie interesowałam się jego muzyką. Z małym wyjątkiem - płaczę zawsze przy "Earth song". ♥
    Felix, Net i Nika! Łiiiiiii! Net, mój mentor! Czytałam trzy pierwsze części serii, tylko trzy, ale tak czy inaczej mi się podobały. W sumie zabrałabym się za dalsze... (Dzięki że przypomniałaś mi o tym :D).
    Nie kojarzę "Szkoły Laory", ale jak dla mnie recenzja wyżej wymienionej byłaby z pewnością ciekawa :>
    Kurczę, już któryś raz czytam na Twoim blogu o książkach Olgi Gromyko. Myślisz, że... to znak? *nawiedzony wzrok*
    Oj tam oj tam, walić złą, niemiłą komisję, dla nas i tak jesteś laureatką :D A tak na serio, Tutti prawi mądrze - zawsze można się odwoływać. A w drugiej klasie - laureat mur beton cud miód malina.
    Ahoj!
    B.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ah, "Kroniki Rodu Kane"... Jeszcze do niedawna moja wielka miłość (szał na starożytny Egipt, wiesz Pola, o co chodzi...), dzisiaj uważam ją za dobry pomysł napisany w zły sposób. Cóż, każda mitologia stanowi ciekawe pole do popisu, jednak trzeba umieć z niej korzystać. Pomysł z magami wydawał mi się interesujący, choć nie do końca oryginalny. Sadie także pozostaje moją ulubioną bohaterką tej opowieści.
    Kiedy usłyszałam o tym, że Rick planuje zrobić serię z mitologią skandynawską, nie wiedziałam, czy mam skakać z radości i z niecierpliwością czekać na pierwszy tom, czy raczej obawiać się podobnej wtopy, jaka miała miejsce z "Kronikami...".
    Widzę Pola, że ty i Kaja jesteście ogromnymi fankami pani Gromyko, niestety przy jej serii popełniłam ten sam błąd, co ty ze "Szkołą LaOry" - zaczęłam czytać od ostatniego tomu i do dzisiaj nie mogę sobie tego wybaczyć, eh...
    Pozdro
    Zosia

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawy tag, jednak u mnie by chyba nie wypalił. Mam jedynie dwie półki i za mało książek, ponieważ większość wypożyczam z biblioteki. Poza tym niektóre nie są położone na swoje miejsca.
    Z tych wszystkich książek kojarze dwie, czyli Pippi i Felix Net i Nika. Tej pierwszej nie czytałam,ale jest tak znana,że chyba każdy słyszał o przygodach rudowłosej dziewczynki. Za to zdarzyło mi się oglądnąć film animowany, który pewnie powstał na podstawie książki. Z tego co pamiętam to miał wiele odcinków,a ja tylko kilka oglądnęłam. Jeśli chodzi o tą drugą pozycję to mój brat dostał ją z jakiś czas temu. Oczywiście do tej pory nie przeczytał, bo nie przepada za czytaniem książek i choć próbowałam go namówić był nieugięty. Ja za to słyszałam bardzo dobre opinie i sama nawet kiedyś chciałam to przeczytać,ale teraz to już chyba jestem za stara...

    OdpowiedzUsuń
  5. "Herbata szczęścia" jest super!

    OdpowiedzUsuń