No.
Dobra.
Powiedzmy to na głos. 
Wakacje się kończą!
Powiedziałam to. Łał. Nie zabijajcie mnie.
Przy okazji, niesamowite, że pierwszego dnia września od razu, jak na zawołanie zmieniła się pogoda. Jakby Matka Natura obudziła się rano, podeszła do swojej konsoli w centrum zarządzania przyrodą i przełączyła z ,,trybu letniego" na ,,tryb jesienny" (to było autentycznie moje pierwsze skojarzenie, czy powinnam się martwić?). Chlusnęło deszczem, temperatura spadła, letnie rzeczy powędrowały na dno szafy, do łask wrócił płaszcz, ciepłe skarpety rodem z tumblrowych jesiennych zdjęć i kubki gorącej herbaty (to ostatnie akurat u mnie zawsze jest w łaskach, lubię herbatę).
Dobre wyczucie. Naprawdę.
Tak się składa, że w poniedziałek zaczynam liceum, a moje nastawienie waha się między tremą i stresem a pewną ekscytacją, bo hej, w końcu nowy etap edukacji i coraz bliżej do wieku, w którym jest większość bohaterów książek young adult o wybrańcach! Z pewną nostalgią wspominam, jak w wieku siedmiu lat myślałam, że ci licealiści to są tacy duzi, mądrzy, dorośli i dojrzali.
Och, droga Polu z przeszłości.
Gdybyś wiedziała, jak bardzo się mylisz.
Wakacje chylą się ku końcowi i mogę stwierdzić z czystym sumieniem, a zarazem wielką radością: to były dobre wakacje. Trochę chłodne, zdecydowanie za krótkie, jednak stanowczo dobre. Jedna z niewielu rzeczy, z których jestem średnio zadowolona, to ilość przeczytanych książek, bo wynosi ona... jedną pozycję. Chyba nigdy nie miałam tak niskiej statystyki, jeżeli będziemy patrzeć na to chłodnym okiem analityka. Owa pozycja to ,,Czterdzieści i cztery", którą mimo świetnego światotwórstwa i ppomysłów, ogromnej wyobraźni i wiedzy autora, zabawy historią i paroma naprawdę dobrymi scenami, wymęczyłam z powodu dłużyzn i zbytniego nagromadzenia wątków, które z powodu swojej mnogości nie zdołały wybrzmieć i wzbudzić odpowiednich emocji. Teoretycznie nie mogę powieści niczego zarzucić, jednak czegoś zabrakło. Jakiejś iskry. Czegoś, co porwie.
Obecnie jestem za to w połowie ,,Małego życia" i na razie przeżywam tę książkę bardzo.
Wracając jednak do głównego wątku: na koniec chciałam zrobić małe podsumowanie, z lekką nostalgią, bo to już koniec, ale też szerokim uśmiechem, bo było to coś wspaniałego.
Po pierwsze, obóz literacki!
Pisałam o nim szerzej tutaj, więc nie będę się rozwodzić, powiem tylko, że po raz kolejny była to fantastyczna przygoda. Poznałam niesamowitych, naprawdę niesamowitych ludzi, mnóstwo się nauczyłam, nasiąkłam twórczą atmosferą i wróciłam z plikiem tekstów, z których część już się pojawiła (odsyłam do poprzednich wpisów, tudzież do zakładki Opowiadalnia), a część jeszcze się pojawi. Dodajmy do tego gigantyczne pizze, pożeranie czipsów, gadanie do nocy, czytanie swoich tekstów na głos w pokoju, dużo fangirlowania i pozytywnej energii. Świetne przeżycie.
Po drugie, Włochy!
W tym roku mogłam znowu odwiedzić ten piękny kraj i nacieszyć się średniowiecznymi miasteczkami, starymi domami, urokliwymi podwórkami, fantastycznymi zamkami i innymi zabytkami, toskańskimi lasami, lodami, makaronami, bruschettą ze świeżymi pomidorami i oliwą, złotymi paniami i panami w sklepach z zasłonami z koralików, gdzie ludzie spoza miasteczka są zjawiskiem, a przed kupnem sera zawsze trzeba go spróbować, no i tą świetną atmosferą, którą tworzą Włosi, często tak życzliwi, otwarci, pełni energii, charyzmy, z bardzo zaraźliwymi uśmiechami. Małe tyrolskie miasteczko tonące we mgle, z chłodnym i rześkim powietrzem oraz majestatycznymi Alpami na horyzoncie. Comiesięczny targ staroci w Arezzo, gdzie na ulicach stały stare, pomalowane na niebiesko szafy, stoły z ciemnego drewna, fikuśne żyrandole, stosy pożółkłych książek, wydań National Geographic z lat dwudziestych i czarno-białych pocztówek. Ciasne uliczki małych miasteczek, okna i balkony tonące w kwiatach. Ukryte między drzewami i kwitnącymi na różowo krzewami rzeźby w Ogrodach Boboli we Florencji. Zamek w Poppi, gdzie w pięknej bibliotece zza gablot zerkały wydania ,,Boskiej komedii" z XIV wieku. Napotykane co krok prace Bluba, anonimowego artysty, który w ramach streetartowego projektu ,,L'arte sa nuotare" (,,Sztuka umie pływać") zostawia wszędzie, w miastach i miasteczkach, swoje dzieła przedstawiające znane postacie z obrazów oraz prawdziwej historii, od Mony Lisy, przez Salvadora Dalego, aż do Amy Winehouse, zanurzone pod wodą i w maskach do nurkowania.
Cytując samego Bluba, z wywiadu, który został z nim/nią przeprowadzony tutaj:
We can choose to be stuck with fear due to the crisis or we can choose to take it as an opportunity to overcome our limitations while being confidence in the future and in our potential. So, even though it seems like we are all underwater it is time to learn how to swim!
(Koślawe tłumaczenie: Możemy wybrać strach przed kryzysem albo możemy wybrać potraktowanie tego jak okazję do pokonania naszych ograniczeń, będąc pewnym przyszłości i naszego potencjału. Więc nawet jeśli wydaje się, że wszyscy jesteśmy pod wodą, czas nauczyć się pływać!).
We can choose to be stuck with fear due to the crisis or we can choose to take it as an opportunity to overcome our limitations while being confidence in the future and in our potential. So, even though it seems like we are all underwater it is time to learn how to swim!
(Koślawe tłumaczenie: Możemy wybrać strach przed kryzysem albo możemy wybrać potraktowanie tego jak okazję do pokonania naszych ograniczeń, będąc pewnym przyszłości i naszego potencjału. Więc nawet jeśli wydaje się, że wszyscy jesteśmy pod wodą, czas nauczyć się pływać!).
Fantastyczny pobyt, dużo nowych doświadczeń, pięknych miejsc i przeżyć.
Po trzecie, darmowe koncerty!
W tym roku trafiłam łącznie na cztery, bo odkryłam i zachwyciłam się tym, ile świetnych rzeczy odbywa się zupełnie za darmo w moim mieście i okolicach.
O dwóch pierwszych, odbywających się w ramach Open'era i Gdynia Open Stage, pisałam szerzej tutaj - były to kolejno SALK i Lor, dwa moje ukochane polskie zespoły, których muzykę zawsze będę gorąco polecać, bo jest przepiękna.
Na kolejnym miałam okazję być w sierpniu i był to koncert Julii Pietruchy - kolejnej polskiej artystki, którą uwielbiam. Jej debiutancka płyta ,,Parsley" jest dostępna w całości na YouTubie i polecam bardzo, bardzo mocno. Ta muzyka jest subtelna, delikatna, lekka, czasem poruszająca i ściskająca za serce (jak ,,On My Own" i ,,We Care So Much"), czasem radosna i żywiołowa, nawiązująca do poprzednich dekad (jak ,,Swing Boy" i ,,Ship Of Fools"), zawsze absolutnie ujmująca i czarująca. W ramach Jarmarku św. Dominika odbył się koncert, na który był wstęp wolny i wyszłam absolutnie zachwycona, bo ach, na żywo okazało jeszcze lepiej, niż na płycie, jeszcze bardziej energetycznie, ujmująco i poruszająco. Coś pięknego.
Ostatni zaś darmowy koncert miał miejsce w trakcie Mozartiany - mozartowskiego festiwalu w Gdańsku. Ten punkt programu nazywał się ,,Mozart na folkowo", a aranżacje utworów genialnego kompozytora miał wykonywać szkocki zespół Breabach, który gra tradycyjną szkocką muzykę, a ich ostatni album pełen jest również muzycznych inspiracji z całego świata.
- No, to na początek zagracie coś Mozarta? - zagadnął zespół pan zapowiadający.
- Nie - odpowiedzieli radośnie muzycy.
- Nie? - zdziwił się zapowiadający.
- Zagramy coś z domu - odrzekli z dumą.
I rzeczywiście, pojawiły się góra trzy utwory Mozarta, bo większość stanowił materiał z płyt zespołu. Jednak to w niczym nie przeszkadzało, bo koncert był absolutnie magiczny. Nie zdawałam sobie sprawy, że szkocka muzyka może być tak piękna, tak radosna i żywiołowa, tak smutna i melancholijna. Słuchałam jak zaczarowana. Były dudy, flety, skrzypce, kontrabas, śpiewanie po gaelicku i przez moment nawet stepowanie. Breabach urzekał też taką naturalnością, skromnością i autentycznością. Fantastyczny występ.
Po czwarte, spotkania ze znajomymi, filmy, długie siedzenie wieczorem, wolność!
Cóż mogę więcej powiedzieć?
Tym, którzy w poniedziałek wędrują do szkoły, ale także tym, którzy edukację mają już za sobą: dobrego roku szkolnego!
PS: Dziękuję za ponad 100 obserwatorów!
PS2: Dali też umie pływać.
Zdjęcie 1: kaboompics
Zdjęcie 2: własne, można je znaleźć także na moim Instagramie (mam Instagrama!), o tutaj
Mi tam możesz mówić takie rzeczy, jako student oddycham z ulgą - wszyscy idą do szkoły, wreszcie miasta i atrakcje turystyczne opustoszeją a po górach będzie można chodzić bez uciążliwych kontaktów z ludźmi :D Za kilka lat wrzesień będzie twoim ulubionym miesiącem, serio. Moim jest - rodzice idą do pracy a ja zostaję sama w domu, mogę spacerować rano po pustych ulicach, puszczać głośno muzykę i czytać w towarzystwie ulubionej herbaty.
OdpowiedzUsuńTeż przeczytałam w te wakacje ,,Czterdzieści i cztery" ale nie zachwyciło mnie szczególnie, bo nie podoba mi się takie szafowanie dawnymi literatami, a poza tym autor popełnił jeden straszny błąd w filozofii Słowackiego. Zbyt szanuję romantyków by to znosić, o nie!
Ta pływająca sztuka brzmi (i wygląda) świetnie! Nawet jeżeli jej uzasadnienie wydaje się trochę mętne - grunt, że ładnie wygląda :D
Rzeczywiście, pewnie na studiach będę kochać wrzesień :D Świetnie jest mieć wakacje, kiedy większość osób wraca do pracy i szkoły, można zwiedzać bez dzikich tłumów turystów.
Usuń,,Czterdzieści i cztery" było dla mnie dużym rozczarowaniem i w pewnym momencie brnęłam strasznie. Miało zachwycać, a nie zachwyca, no. A z ciekawości, jaki to błąd?
Nie napisałam tego w poście, a może powinnam - we Włoszech obecnie panuje kryzys, mnóstwo Włochów wyjeżdża za granicę w poszukiwaniu pracy i perspektyw za granicę (również do Polski), bo nie mają ich u siebie. Wydaje mi się, że L'arte sa nuotare nawiązuje właśnie do tego. Między innymi malarze oraz postacie z obrazów z włoskiego renesansu, okresu świetności, są pod wodą, ale mają maski, potrafią pływać i jakoś się odnaleźć, nawet w tak trudnej sytuacji :)
No i ładnie wygląda :D
Jejku, ja akurat kocham jesień i baardzo cieszę się z tej nachodzącej deszczowej pogody, bo mam już serdecznie dość lata.
OdpowiedzUsuńTeż zaczynam liceum, a przy okazji też II stopień muzycznej i przeprowadzam się więc łooo. Nie mam pojęcia jak będę cokolwiek ogarniać. Ale bądźmy dobrej myśli!
Moje wakacje w tym roku były cudowne, niestety jeśli chodzi o książki, jestem w podobnej sytuacji do Twojej. Zamierzałam przeczytać piętnaście, a wyszły mi trzy...
Jejku! Również kocham Lor! Chodziłam nawet przez chwilę do szkoły z Jagodą, ich wokalistką.
O tak, szkocka muzyka zdecydowanie ma w sobie to coś innego, co sprawia, że to wszystko jest takie magiczne. W ogóle folk to życie, więc tu w ogóle nie ma o czym mówić.
Pozdrawiam serdecznie! ^^
Właściwie to ja też lubię jesień :) Tę wczesną, z kolorowymi liśćmi, rześkim powietrzem, kasztanami, kałużami, przyroda jest wtedy piękna. Gorzej w listopadzie, bo zimno, pada, szaro i coraz trudniej zwlec się z łóżka.
UsuńOoo, to trzymam kciuki! Na pewno będzie dobrze ♥
Dokładnie, szkocka muzyka jest taka uczuciowa i magiczna, można się zachwycić ♥
Pozdrawiam również!
Może to zabrzmi dziwnie, ale lubię się ubrać. Chodzi mi o to, że bardzo lubię cieple ubrania na jesień. I te ciepłe kolory (nie tylko w strojach), czekam na prawdziwe złoto tej pory roku.
OdpowiedzUsuńMnie pierwszy września zaskoczył, ponieważ gdy chmury się rozstąpiły, na czubeczkach gór ujrzałam... ŚNIEG!
Właśnie - wakacje były chłodne. Było stosunkowo mało upalnych dni, w których jak zwykle zdychałam z przegrzania. Nie żartuję. Dlatego cieszę się na ten deszcze. Tzn. cieszyłam, bo obecnie (gdy to piszę, mamy niedzielne popołudnie) świeci słońce i roztapia ten śnieg. W planach spacer z aparatem, zobaczę co się po tej paru-dniowej słocie zmieniło i pewnie jak zwykle zabiorę wraz ze sobą użytkowników FB na ten spacer ;)
Tego lata również przeczytała tylko 1 książkę, ale to była jedna POTĘŻNA książka. "Starcie królów". Nie wiem jak przez to wszystko przebrnę, to długo się czyta i wolno, książka okrutnie ciężka (o moje nadgarstki...) i podobno im bliżej końca, tym mniej porywająca fabuła.
Dlatego zrobiłam przerwę na "Młodego", Magdaleny Kozak. 4 tom, uwielbiam tę sagę!
Też lubię ciepłe ubrania, zwłaszcza ciepłe skarpetki ♥
UsuńMam nadzieję, że uświadczymy złotej jesieni tego roku, bo ją uwielbiam! Jeden z moich ulubionych elementów tego okresu to kolorowe liście, wygląda to przepięknie.
Też nie lubię upałów, też zdycham, ale deszczy też nie lubię za bardzo. To znaczy, lubię, kiedy pada, lubię świeże, rześkie powietrze po deszczu, ale kiedy jest cały czas szaro, zimno, mokro i beznadziejnie, to czuję się fatalnie i szybciej łapię doły.
Słyszałam o ,,Młodym" i właściwie chciałabym przeczytać, w ramach poznawania rodzimej fantastyki :)
Też uwielbiam herbatkę i nie rozumiem ograniczania jej do konkretnych pór roku. Dobra herbata zawsze w cenie ;)
OdpowiedzUsuńWakacje godne pozazdroszczenia, nie tylko z powodu obozu, który bez wątpienia był czymś cudownym (też miałam przyjemność uczestniczyć, więc wiem co mówię). Za to Włochy... Zawsze chciałam zobaczyć Toskanię, a to jak opisałaś klimat tych miejsc jeszcze bardziej motywuje mnie do zbierania na taką podróż.
Julia Pietrucha jest super! Wysłuchałam utwór, który wstawiłaś i od razu zapragnęłam więcej, a teraz siedzę na kanapie, popijam herbatkę, piszę ten komentarz i rozpływam się pod wpływem dźwięków "Swing Boy".
Pozdrawiam,
Patrycja :)
Herbata to życie ♥ Ooo, nawet nie wiessz, jak się cieszę, że spodobała Ci się Julia Pietrucha! W takim razie miłego słuchania!
UsuńPozdrawiam również!
O, "Małe życie" rozważam od pewnego czasu, jak skończysz, podziel się choćby króciutko wrażeniami (może wcisnę na jakieś sześćdziesiąte miejsce na liście rzeczy do przeczytania chlip) c:
OdpowiedzUsuńJa jestem zadowolona z moich ośmiu skończonych książek, zwłaszcza że prawie wszystkie podobały mi się szalenie (Salinger i Virginia Woolf to tacy bogowie, ojejku).
Ej, Polu, pisz przewodniki :D Albo reportaże. Ale takie z takim właśnie barwnym, plastycznym językiem jak tam na górze. Ja będę czytać zajadle, tyle Ci powiem!
Lor wymiata, a SALK to już w ogóle, kocham zdecydowaną ich większość ich tekstów bardzo płomienną miłością <3 Julia Pietrucha też zacna bardzo do pochillowania. A w ogóle darmowe koncerty to życie. W ogóle darmowe wszystko :D Za to kocham te wszystkie festiwale i inne wydarzenia (w Warszawie właśnie skończył się festiwal kultury żydowskiej Warszawa Singera, który cenię i hołubię już kolejny rok. Muzyka klezmerska <3 I można sobie pośpiewać w jidysz, i potańczyć, i pojeść, i pouczyć się jidysz i hebrajskiego, i pochodzić na wykłady i spacery, i pozwiedzać cmentarz i synagogę, i to wszystko jest za darmo).
Cieszę się straszliwie, że miałaś zacne wakacje i życzę jeszcze lepszego roku szkolnego!
Z najgłębszymi ukłonami,
B.
Chętnie się podzielę :D Na razie mi się podoba, chociaż łamie mi serce, jest strasznie smutna i ściskająca za gardło, ale jestem gdzieś w połowie, więc nie chcę chwalić dnia i tak dalej. Jednak jak do tej pory wrażenia bardzo pozytywne.
UsuńAch, ta długa i rozrastająca się lista ,,do przeczytania"... mam około pięćdziesięciu nieprzeczytanych książek na półce. Pięćdziesięciu. Nieprzeczytanych. Książek. Na półce. Nie wspominając o tych, które dochodzą z biblioteki. A poza tym do listy cały czas dopisywane są kolejne tytuły.
,,Buszujący w zbożu" był super ♥ Virginii Woolf jeszcze nie czytałam, ale koniecznie chcę sięgnąć.
Ha, ha, dziękuję :D Chyba mam kolejny pomysł na karierę!
Teksty SALK-u to jest absolutne mistrzostwo ♥ Większość z nich uwielbiam, chociażby ,,Taiga" czy ,,Sen Zofii". No przecież to jest tak bardzo genialne!
Tak, Julia Pietrucha jest właśnie taka do pochillowania, ta muzyka jest taka lekka i subtelna!
To jest ogromny atut lata w mieście - te wszystkie festiwale, warsztaty, darmowe wydarzenia i koncerty... no świetna sprawa. No i za darmo! Darmowe fajne rzeczy są super ♥
Festiwal kultury żydowskiej brzmi rzeczywiście świetnie!
Dziękuję ślicznie, ślę najgłębsze ukłony i dobrego roku szkolnego!
Hej, masz rację z tą pogodą! 31 sierpnia był śliczny dzień, w ogóle nie czułam, że to już koniec wakacji. A już następnego dnia niebo było całe zachmurzone.
OdpowiedzUsuńA właśnie, jak tam nowa szkoła? Pierwszy stres już minął czy nie bardzo? Znalazłaś już jakiegoś tajemniczego typa, który cały czas się na ciebie patrzy? *literatura ya to bardzo poważna literatura*
No cóż, zapewne również przeczytałabym mniej, gdybym nie odrzuciła pewnej bardzo niefajnej książki. Zachęcił mnie tytuł, "Złodziej luster", no i oczywiście opis - trzy historie osadzone w różnych czasach, przeplatające się między sobą, na dodatek wszystkie są mniej lub bardziej połączone z Wenecją? Biorę! Przede wszystkim nastawiłam się na opowieść z XV wieku, o intrydze snutej przez jednego z twórców luster weneckich, która to została przedstawiona najbardziej szczegółowo ze wszystkich trzech (więc myślałam, że będzie to główny wątek powieści). Popełniłam ten błąd, że całkowicie zaufałam blurbowi (który okazał się naciągany - to chyba moje największe książkowe rozczarowanie tego roku), zamiast przeczytać w sklepie przynajmniej parę akapitów. Matkooo, co to było! Autor był chyba przekonany, że jest Wybrany przez przeznaczenie do napisania dzieła tysiąclecia. Dialogów było naprawdę mało, z opisami trochę lepiej, chociaż (oczywiście) jak już się pojawiały, to się ciągnęły i ciągnęły. Narracja prowadzona topornie, cokolwiek zaczyna się dziać dopiero na setnej stronie, do której z trudem dobrnęłam. W dodatku jedyny (!!!) rozdział z historią z XV wieku miał się zacząć jakieś pięćset stron później. Być może, gdybym czytała dalej, to byłoby lepiej, lecz ten początek wystarczająco mnie zniechęcił.
Dzięki zostawieniu potworka w spokoju mogłam całkowicie poświęcić się czytaniu innych książek. I wyszło mi to na dobre, bo skończyłam jakieś dwa dni temu "Królestwo kanciarzy", czyli drugą część "Szóstki wron" Bardugo (jeju, kocham).
O, mam w domu "Małe życie"! Moja mama to przeczytała i też miałam taki zamiar, ale odkładam i odkładam. Chcę też w końcu zrobić pożytek z mojej nowej karty bibliotecznej, bo do tej pory jakieś 90% wszystkich książek, jakie przeczytałam, kupiłam. A że nie zawsze trafi się coś dobrego (np. "Złodziej luster" kosztował mnie prawie sześćdziesiąt złotych, sic!), pora zmienić nawyki.
Ale się rozpisałam! A nawet nie dotarłam do połowy postu.
Pewnie pisałam to już wiele razy, ale napiszę raz jeszcze - ale ci zazdroszczę tych podróży do Włoch! Żeby chociaż tak na jeden dzień do Romy... to by było coś:)
Sztuka umie pływać to cudowna akcja! Już kocham Bluba.
Ale ja jestem niemuzykalna :D Chociaż w te wakacje był postęp - Patrycja zabrała mnie na jeden koncert. To o wiele więcej niż zwykle! Zresztą, było całkiem spoko. Jazz to mimo wszystko nie mój klimat, ale i tak się podobało.
Mozartiana?! Macie coś takiego? O ja cię! Muszę się wybrać do Gdańska! <3
Braebach brzmi zachęcająco.
Rzeczywiście bardzo udane wakacje :D Ze swoich też jestem zadowolona. Pierwszy raz byłam w Pieninach, których co prawda nie kocham tak mocno jak Tatr, jednak nauczyłam się nowej rzeczy - na szlak najlepiej wchodzić jeszcze przed świtem! Dopiero co wschodzące słońce prześwitujące między drzewami... coś wspaniałego. Dwa razy wybraliśmy się w taką wędrówkę i podobało mi się o wiele bardziej niż na Sokolicy, gdzie widoki co prawda były urzekające, lecz wszechobecni ludzie skutecznie popsuli mi nastrój. Za to o szóstej rano na Trzech Koronach nie było nikogo - serio, spotkaliśmy kogokolwiek dopiero na samym szczycie. Za to jak wracaliśmy, to spotkaliśmy masę osób.
Poza tym był oczywiście najwspanialszy obóz literacki i spotkania ze znajomymi.
Pozdrawiam i życzę udanego roku szkolnego! kotołaczka02
No dokładnie! Jakby to było z góry ustalone, kurczę :D
UsuńCo do szkoły - w porządku, dzięki, że pytasz :) Pierwszy dzień był bardzo ekscytujący i bardzo stresujący jednocześnie, właśnie wróciłam z dwudniowego obozu integracyjnego i w sumie trudno mi cokolwiek powiedzieć, bo dopiero się poznajemy i zgrywamy. Klasa wydaje się w porządku, poznałam parę fajnych osób, zobaczymy, co dalej.
O matko, ten ,,Złodziej luster" rzeczywiście brzmi źle! Będę omijać. Współczuję, bo dobrze znam ból książkowego rozczarowania. Jak i znam ból kupienia książki (a książki są drogie, cholibka!), która finalnie okazuje się być marnej jakości. Bolączki czytelnika... dlatego biblioteki są świetne!
,,Królestwo kanciarzy" czeka na półeczce, już nie mogę się doczekać! ♥ A ,,Małe życie" jak do tej pory polecam, jestem gdzieś w połowie i jest serio bardzo dobre. Ale łamie serduszko strasznie (a jestem dopiero w połowie! Boję się, co będzie dalej).
Też chciałabym zobaczyć Rzym! Jeszcze nigdy nie byłam.
O, no to super! Zupełnie nie znam się na jazzie, aczkolwiek słuchałam sobie jakiś czas temu płyty ,,Kind of blue" Milesa Davisa i albumu The Dave Brubeck Quartet (,,Take Five" ♥) i kurczę, to było takie kojące i subtelne.
Wybieraj się koniecznie! Mozartiana to fajna sprawa, są darmowe koncerty, rok temu jeszcze po Parku Oliwskim chodzili aktorzy w osiemnastowiecznych strojach, fechtując, spacerując alejkami, pływając łódką po stawie, bawiąc się w osiemnastowieczne gry... no kurczę, fajna sprawa.
Ooo, rzeczywiście bardzo udane wakacje! Nigdy nie byłam osobą, która chodzi po górach, a to brzmi bardzo spoko. Dawno temu byłam w Pieninach i pamiętam, że bardzo mi się podobało. No tak, tłumy ludzi potrafią zepsuć nastrój.
Wschodzące słońce w połączeniu z drzewami i górami brzmi magicznie! ♥
Pozdrawiam i nawzajem!
Ach i jeszcze - tajemniczy młodzian jeszcze się nie pojawił, ale nie tracę nadziei! *literatura ya to bardzo życiowa literatura*
UsuńMam zupełnie identyczne skojarzenia z Twoimi. Matka natura krzyknęła ,,dość tego!", ale coś się zmienia na lepiej (chyba jej okres przechodzi xD).
OdpowiedzUsuńLicealiści są dojrzali. Pozornie. Tylko pozornie, ale jednak widać początki tego procesu.
Spójrz na to z innej strony, niektórzy nie czytają w ogóle!
Chciałabym mieć choć w połowie tak dobre wakacje jak Ty.
Obóz literacki, na którym znakomicie się bawiłaś. Włochy - kolejne moje marzenia (a do jednego tak mało brakowało, aby się spełniło)...
W tym roku nieszczególną uwagę zwracałam na darmowe koncerty. Z resztą praca i beznadziejna pogoda w weekendy przekreślała piękne plany.
Wybacz, mam doła.
O, dobrze, że nie jestem jedyna! :D
UsuńW sumie masz rację. Miałam w tym zdaniu na myśli bardziej siebie, bo kiedyś wydawało mi się, że licealista to już praktycznie dorosły, widzę jednak, że nie do końca :')
Przecież nie ma co wybaczać, każdy czasem ma doła. Trzymam kciuki, żeby minął i aby było tylko lepiej ♥
Kiedyś myślałam, że wiek 17, 18 lat to już jest dorosłość, że człowiek jest taki dojrzały, wolny, pozbawiony ograniczeń. Guzik prawda. Spotykam tyle dorosłych osób, które rozczarowują mnie swoją postawą.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że nowy etap edukacji podoba ci się. Moja ogólna ocena liceum bardzo się waha - wiele nowych rzeczy odkrywam, wiele spraw zmienia się na przestrzeni miesięcy. O ile pod koniec pierwszej klasy byłam zadowolona, to drugą zaczęłam już ze znacznym sceptycyzmem po dwumiesięcznej analizie całego mojego wszechświata.
U mnie z książkami też było kiepsko. Miałam tyle czytać, a tymczasem nie potrafiłam znaleźć chęci na czytanie.
Chciałabym wybrać się na obóz literacki, ale do mojej rodziny naprawdę nie trafiają argumenty, że nikt tam nie pije, nie bierze narkotyków ani nie robi innych głupich rzeczy. Chociaż i tak hitem sezonu stało się stwierdzenie, że ktoś mógłby mi ukraść laptopa.
Darmowe koncerty. Cieszę się, że nie żyję aż w takiej dziurze, w której nie byłoby ani jednego darmowego koncertu. Chociaż koncert nie nawiązywał do typu muzyki, który słucham, to jednak występy na żywo zazwyczaj są fantastyczne.
Pozdrawiam
Tutti
Dokładnie, wiek nie zawsze świadczy o dojrzałości. Do tego dochodzi się trochę dłużej :')
UsuńTeż mam nadzieję. Na razie wydaje się, że to będą ciekawe trzy lata, pod względem zajęć jestem bardzo zadowolona, towarzyskim również, bo trafiłam na fajną klasę. Dopiero się poznajemy i docieramy tak naprawdę, ale na razie jest w porządku. Zobaczymy, co będzie dalej. No tak, spojrzenie może się zmienić. Mam nadzieję, że kolejne lata liceum będą dla Ciebie dobre :)
No właśnie - tyle planów, tyle książek na półce, a chęci brak.
Kurczę, szkoda. Na obozie literackim, nawet bardziej niż na wielu innych obozach, jest naprawdę mikroskopijna szansa na alkohol, narkotyki czy kradzież laptopa. Trzymam kciuki, żeby jednak udało Ci się ich przekonać.
Występy na żywo to magia ♥
Pozdrawiam również!
Brzmi bardziej niż pozytywnie. (Btw. jednym z moich marzeń jest podróż do Włoch, wowowo). Moje wakacje mogłyby być wypełnione słodkim lenistwem, nocnym szwendaniem się ze znajomymi, książkami, filmami, wycieczkami i innymi takimi, a niestety 85% czasu wypełnia mi praca. No ale niestety. Studiów w większym mieście się zachciało. I ten ból dupy, kiedy widzę, jak większość bogatych znajomych obija się cały ten czas, jezus, o nie, nie nie, za daleko myślami wybiegam, przecież heloł, wiadomo, że życie jest nie fair.
OdpowiedzUsuńZostały mi 3 tygodnie. Tydzień na pracę, tydzień na odpoczynek i reszta na przeprowadzkę. Hurraaaa.
Sorry, pozytywny post, a ja marudzę xD
Kiedy myślę o studiach, to raczej w innym mieście niż moje rodzinne, więc najpewniej moje wakacje pomaturalne też będą wypełnione pracą :') Powodzenia w przeprowadzce i w ogóle we wszystkim!
UsuńJa nie wiem, co Ty mówisz o pogodzie xD U mnie całe wakacje była beznadziejna, dopiero od wczoraj wyszło trochę słońca. Gratuluję udanych wakacji!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!