piątek, 7 lipca 2017

Wakacyjne perełki

Nadszedł ten czas!
Zakrzyknijmy więc wszyscy razem:
Niech żyją wakacje! Niech żyje wolność! Niech żyją czereśnie!

Na blogu posucha potworna, ostatni post pojawił się ponad trzy tygodnie temu. Ufam jednak, że będzie lepiej. Jak pisałam w poprzednim wpisie: nie chcę niczego obiecywać. Po prostu chcę wstawiać dopracowane posty, kiedy będę mogła i przy takiej formule pozostanę, tym bardziej, że dzisiaj ruszam w drogę i w domu nie będzie mnie niecałe dwa tygodnie.

Dzisiaj będzie z kolei taki wysyp odkrytych przeze mnie perełek, inspirujących, ciekawych, wartych uwagi.  Bo jak wiedzą biedni czytelnicy, którzy muszą to znosić, ogromną przyjemność sprawia mi dzielenie się rzeczami, które uwielbiam oraz entuzjastyczne rozwodzenie się nad ich wspaniałością.




W cieniu koronkowej parasolki. O modzie i obyczajach w XIX wieku  Joanna Dobkowska, Joanna Wasilewska


Po tę pozycję sięgnęłam w wyniku mojego ostatniego zainteresowania XIX wiekiem oraz modą historyczną. Od jakiegoś czasu eksplorowałam blogi kostiumowe i na jednym z nich, Modnej Historii, trafiłam na recenzję tej książki. Już niebawem w moje łapki dostała się bogato ilustrowana pozycja w rozmiarach albumu. I mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to była jedna z najciekawszych rzeczy, jakie ostatnio czytałam.
Temat jest fascynujący, a jako zupełny laik dowiedziałam się mnóstwa naprawdę pasjonujących rzeczy. Szczegółowe przedstawienie mody damskiej i męskiej, krojów, kolorów, inspiracji, wynalazków w rodzaju krynoliny, sposobów noszenia, a ponadto kontekst historyczny, ukazanie, jak polityka, obyczaje, kultura czy mentalność społeczeństwa wpływały na modę. Wszystko uzupełniają cytaty z pamiętników, poradników, czasopism, powieści i listów z danej epoki, a poza tym przepiękne ilustracje. Książka jest bowiem wzbogacona o obrazy, fotografie, ryciny, ilustracje z czasopism i żurnali. Przepiękne wydanie. Autorki poza tym opowiadają o wszystkim z niesamowitą lekkością, tak, że lektura wciąga i czyta się to z czystą przyjemnością. Polecam z całego serduszka, nie tylko jeśli interesujecie się XIX wiekiem, bo to po prostu naprawdę ciekawa, dobrze napisana pozycja z przepięknymi ilustracjami. 

Ojciec chrzestny


Ojciec chrzestny to taki film, o którym chyba każdy chociaż słyszał. Klasyk klasyków. Jeden z najważniejszych filmów w historii kina. 
Na obejrzenie od dawna namawiał mnie mój tata, który Ojca chrzestnego widział już chyba z dziesięć razy i w końcu, nareszcie - dałam się namówić i obejrzałam. I nie żałuję, wręcz przeciwnie.
Historia mafijnej rodziny Corleone trwa aż trzy godziny i wiecie, zwykle przy tak długich filmach zawsze ma się wrażenie, że niektóre sceny można by wyciąć, bo zajmują niepotrzebnie miejsca. Tutaj nie ma czegoś takiego, chociaż przyznaję, że oglądanie czasem się dłuży. Jdnak właściwie chyba nie występuje tu scena, która byłaby zbędna. Wszystko ma jakieś znaczenie dla rozwoju postaci i fabuły, a nawet najmniejsze wydarzenie okazuje się później ważne.
Scenariusz jest świetny, zdjęcia wspaniałe, historia niesamowicie opowiedziana, a gra aktorska mistrzowska. Marlon Brando jako Don Vito Corleone  zagrał absolutnie kultową rolę, ale genialnie wypadł również Al Pacino w roli Michaela, najbardziej dynamicznego bohatera, który początkowo nie chce podążać w ślady swojej rodziny. Świetnie oddają emocje i tworzą zapadające w pamięć, niesamowite kreacje. Niektóre sceny aż ściskają za serce i gardło, jak chociażby ta w szpitalu. Albo ta z dziadkiem i wnuczkiem.
Bardzo, bardzo dobry film. Często, kiedy słyszy się, że coś jest arcydziełem, to podchodzi się do tego z dystansem. Ale Ojciec chrzestny to naprawdę jest arcydzieło.



Festiwal Kolorów


Festiwal Kolorów to bardzo sympatyczne wydarzenie, które odbywa się w różnych miastach Polski. Do Gdańska zawitał akurat w pierwszy dzień wakacji, więc miałam miłe przywitanie dwóch miesięcy wolności (o tak).
Rzecz polega na tym, że przychodzi się sobie (za darmo!) na miejsce wydarzenia, ewentualnie kupuje kolory holi w saszetkach (to już nie za darmo), staje pod sceną.  Ludzie tańczą, śpiewają, skaczą, a o pełnych godzinach wszyscy w tym samym momencie wyrzucają w powietrze barwne proszki. I się cieszą. Proszki wzbijają się w powietrze efektowną chmurą, a później opadają i wszyscy są od stóp do głów kolorowi. Na scenie stoi DJ, cały czas leci muzyka, ludzie chodzą z tabliczkami o treści ,,Free hugs!" albo gorącymi frytkami z jednego z foodtracków. Było naprawdę bardzo pozytywnie i przede wszystkim bardzo kolorowo. Później przez miasto szedł taki zabarwiony na tęczowo tłum. Sama, z twarzą, ubraniami i włosami pokrytymi kolorowymi proszkami, jechałam tramwajem i poszłam jeszcze do sklepu. Pani ekspedientka jakimś cudem zachowała kamienną twarz, natomiast jakichś dwóch przechodniów zerknęło na mnie ze zdumieniem i usłyszałam za swoimi plecami ,,Patrz, jaka pani kolorowa...". Kiedy się do nich odwróciłam, obaj wybuchli takim śmiechem, że nie mogłam się nie uśmiechnąć. 
Próbowałam zrobić zdjęcie w trakcie wyrzutu kolorów, jednak o ile z daleka pewnie wygląda to pięknie i widać te barwne chmury, to ze środka tłumu wyrzucającego proszki w powietrze, wrażenie jest... no, takie:



Bardziej wygląda to jak jakiś pył po apokalipsie. 
Kolorowa apokalipsa trochę.


SALK




Płytę SALK (Selkie & Lighthouse Keepers), polskiego zespołu wykonującego muzykę alternatywną, kupiłam właściwie trochę w ciemno. Kojarzyłam ich już wcześniej, wiedziałam, że w ich utworach wybrzmiewa elektronika, miałam raczej neutralne podejście i nie zagłębiałam się w to jakoś szczególnie. ,,Matronika", debiutancki album SALK, trafił w moje ręce właściwie dzięki innemu zespołowi. Ten zespół to Lor, który pojawia się na płycie w utworze ,,Perfect Storm", a który znałam i absolutnie uwielbiałam już wcześniej. Dlatego gdy zobaczyłam piękną okładkę na sklepowej półce i ,,feat. Lor" z tyłu, uznałam, że czemu nie.
I tak oto w moje posiadanie dostała się ,,Matronika". Perełka, jak nazywa ją sam SALK. A ja dopowiem: nie tylko perełka, ale prawdziwa perła. Zostałam przeniesiona w zaczarowany, baśniowy, piękny i mroczny podwodny świat, pełen magii, mitologii i wspaniałych muzycznych przeżyć. I przenoszę się do niego za każdym razem, kiedy włączam sobie ,,Matronikę". A włączam nieprzyzwoicie często.
SALK łączy elektronikę i basy z tradycyjnymi instrumentami, delikatnym, subtelnym wokalem oraz fantastycznymi tekstami. Te ostatnie, zarówno po polsku, jak i po angielsku, są piękne, cudownie poetyckie, wręcz nieco baśniowe. Muzycznie także jest niesamowicie, wokal i kompozycje zachwycają. To muzyka melancholijna, eteryczna, subtelna, hipnotyzująca. Do moich ukochanych utworów należą ,,Taiga", ,,Sen Zofii" i no cóż, tak,  ,,Perfect Storm" z udziałem Loru.
Zakochałam się w ,,Matronice". A najpiękniejsze jest to, że za każdym razem, gdy jej słucham, zakochuję się od nowa. To chyba najlepsza rekomendacja. 


Nawiasem mówiąc, ostatnio miałam nawet okazję posłuchać zespołu na żywo. Otóż okazało się, że w ramach niedawnego Open'era mają też miejsce darmowe koncerty Gdynia Open Stage, na scenie miejskiej. Bezpośrednio po sobie grali SALK i Lor, więc niemal od razu, gdy się dowiedziałam, namówiłam przyjaciółkę, sprawdziłam trasę SKM-ki i we dwie pomknęłyśmy do Gdyni. Wciąż do końca nie mogę uwierzyć w swoje szczęście, bo hej - dwa z trzech moich ulubionych polskich zespołów grały tak blisko mnie i to jeszcze za darmo. Pod sceną na Placu Grunwaldzkim rozstawiono leżaczki, szumiały drzewa, można było sobie leżeć, opalać się i słuchać muzyki. Zarówno SALK, jak i Lor byli absolutnie nieziemscy, żałuję, że koncerty trwały dość krótko (nic dziwnego w sumie, skoro były darmowe) i koniecznie chciałabym ich jeszcze zobaczyć na żywo. Potem udało mi się w dodatku złapać muzyków, chwilę pogadać i zdobyć autografy. Był taki moment, kiedy zebrałam się na odwagę i podeszłam do artystów z SALKu, poprosiłam o podpisy i wtedy nagle przyszedł Lor oraz zaczął witać się z drugą grupą. Przez chwilę stałam skonsternowana z zeszytem i strzelałam wzrokiem od jednego zespołu do drugiego, nie wiedząc, do kogo podejść najpierw i generalnie czując się odrobinę niezręcznie, stojąc sztywno obok podczas ciepłego, przyjacielskiego powitania dwóch zespołów. Generalnie jednak było szalenie sympatycznie, zdobyłam podpisy zarówno od SALKu, jak i Loru, miałam szansę porozmawiać z artystami. Fajnie, fajnie. A muzycznie to w ogóle niewiarygodnie, na chwilę odpłynęłam do innego świata. Polecam SALK, polecam Lor. Bardzo, bardzo mocno.


 Caravan Palace




Jakiś czas temu napomknęłam, że odkryłam pewien muzyczny gatunek o wdzięcznej nazwie electro swing. Zasadniczo łączy on swing i jazz z elektroniką, hip-hopem i tak dalej, co wydaje się może kuriozalne, ale brzmi świetnie. Wszystko zaczęło się od electroswingowej playlisty na YouTubie, dzięki której odkryłam właśnie Caravan Palace - francuski zespół z Paryża, który z wdziękiem łączy stare z nowym, elektronikę ze swingiem oraz klasycznymi instrumentami. Ich muzyka jest energiczna, wpadająca w ucho, porywająca do tańca albo chociaż podrygiwania przed biurkiem (co teraz właśnie czynię). Teledyski z kolei są często mocno nietypowe i jednym mogą przypaść do gustu, innym wydać się po prostu dziwaczne. Od strony wizualnej najbardziej lubię wstawione powyżej ,,Rock It For Me". Jest urocze i ma urzekający styl animacji.
Od strony muzycznej z kolei, poza ,,Rock It For Me", lubię jeszcze ,,Suzy", ,,Comics" czy ,,Lone Digger".
Polecam bardzo, ciekawa rzecz.


Mam nadzieję, że udało mi się czymkolwiek Was zaciekawić. Jeżeli ostatnio odkryliście coś interesującego, to nie omieszkajcie się podzielić. Bo trzeba się dzielić.

Kłaniam się nisko i lecę się pakować!




Zdjęcia własne

6 komentarzy:

  1. Niech żyją czereśnie! Szkoda, że są takie drogie!
    Jeśli chodzi o Ojca Chrzestnego, to filmu nie oglądałem, lecz na zajęciach z mikrobiologii, pewien nawiedzony profesor zaczął nam spoilerować ten film. Co gorsza, robił to pod kątem bakterii i teraz już wiem, że jest to pozycja kompletnie dla mnie spalona...
    Na festiwalu kolorów jeszcze nie byłem, aczkolwiek w tym roku byłem już dość blisko! W przenośni i dosłownie, bo przyjaciółki kilkukrotnie mnie namawiały oraz przejeżdżałem akurat autobusem obok, kiedy cała impreza miała miejsce.
    Życzę udanego wyjazdu!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie! Spoilerowanie filmów jest straszne! A celowe to już w ogóle. W ogóle... Ojciec Chrzestny pod kątem bakterii? Nie wpadłabym na to. Wiem, że po spoilerach wydaje się, że już nigdy nie obejrzysz danego filmu, ale myślę, że i tak możesz spróbować, bo naprawdę bardzo warto :)
      O, to rzeczywiście blisko! Może w kolejnym roku będzie jeszcze bliżej i nawet uda Ci się wejść :D
      Pozdrawiam również!

      Usuń
  2. Ach, jak ja lubię takie posty (czytać i pisać też, co tu kryć)!
    Mój ojciec zawsze podaje Ojca chrzestnego jako przykład filmu lepszego od książki. Ja podaję Koralinę, co dobitnie świadczy o moich szerokich filmowych horyzontach (ale tak na serio to chyba rzeczywiście powinnam obejrzeć. W końcu klasyka. Ciekawe, czy zmieści mi się na tej durnej stumilowej liście).
    Miałam być w tym roku na Festiwalu Kolorów z dwojgiem zacnych ziomów, ale ostatecznie z nieznanych mi powodów zupełnie go olaliśmy i poszliśmy do naleśnikarni (naleśnikarnie rządzą).
    A Salk jest super, to prawda <3 Bardzo cenię za teksty. Za to o Caravan Palace usłyszałam po raz pierwszy i na razie cenię bardzo za animację (w której występują zeppeliny, a ja uwielbiam zeppeliny, jejku, to tak fajny motyw) :D
    Kłaniam się i życzę najmilszych wakacji i chillku i owoców dobrych,
    B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie jeszcze przykładem filmu lepszego niż książka jest ,,Godzina pąsowej róży", ale to bardzo subiektywnie (zresztą, czyż można obiektywnie?), bo do filmu mam ogromny sentyment i po prostu go uwielbiam.
      Naleśnikarnie to bardzo dobra rzecz ♥
      SALK uwielbiam w dużej mierze właśnie za teksty, są niesamowite.
      Taaak, zeppeliny są fajne :D
      Kłaniam się nisko, dziękuję, nawzajem!

      Usuń
  3. Mam odwrotny problem. Mam o czym pisać, mam też czas aby to opracowywać, ale nie powinnam udostępniać częściej niż raz w tygodniu, dlatego że kiedy publikowałam po dwa wpisy (tylko tyle), zauważyłam, że mało ludzi widziało te notatki. Nawet Ci, którzy zaglądają regularnie, widzieli co drugiego posta.

    Kiedyś zamierzam poznać Ojca Chrzestnego, ale w formie książki. Na razie po protu wiem, że to zrobię. W planach za to mam tyle ambitnych pozycji, że dosłownie zasypałam się nimi już.

    Już miałam zaproszenia od znajomych, aby pojechać na taką kolorową zabawę (w tym roku nawet w moim rodzinnym mieście coś takiego powstało), ale jakoś... tego typu szaleństwo nie pasuje do moich typowych szaleństw ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, posty zbyt często niosą ryzyko, że nie wszyscy go przeczytają. Sama mam tak, że czasem po prostu nie nadążam z komentowaniem na blogach, gdzie wpisy pojawiają się częściej i potem mam wyrzuty sumienia, że coś przegapiłam :')
      Mam to samo - stos książek do przeczytania i filmów do obejrzenia aż mnie przygniata.
      Każdy ma swoje typy szaleństwa :) Ale jakbyś jednak chciała, to polecam, jest wesoło.

      Usuń