czwartek, 27 kwietnia 2017

Dwudziesty czwarty dzień miesiąca

Dwa dwudzieste czwarte dni miesiąca. Dwa miasta. Dwa koncerty dwóch wykonawców z dwóch różnych muzycznych światów.
*patos: ON*
Coś ich jednak łączy. To, że tworzą coś wspaniałego. To, że robią coś świeżego, oryginalnego i własnego. To, że w swoją muzykę wkładają ogrom pasji, serca i miłości. To, że ich utwory gromadzą i jednoczą mnóstwo ludzi.
I to, że obu wykonawców uwielbia jakaś tam mała Pola, która, nie wierząc swojemu szczęściu, miała okazję posłuchać ich na żywo.



24 lutego, Kraków



Jeżeli miałabym robić listę osób, które mnie inspirują, to na pewno znalazłaby się na niej Lindsey Stirling. 
Tańcząca skrzypaczka - to chyba najbardziej trafne określenie na artystkę i to jego zwykle się używa. Podobnie jak do gry na skrzypcach dodaje taniec, tak w swoich utworach miesza różne gatunki, łącząc klasyczny instrument z elektronicznymi brzmieniami. To muzyka pełna uczucia, energii, świeża, oryginalna. Bo też sama Lindsey Stirling jest jedyna w swoim rodzaju - od stylu, przez radosny sposób bycia, aż wreszcie po fantastyczne kompozycje, które tworzy. Widać, że wkłada w to ogrom serca, ogrom pasji i całą siebie - widać, że robi to, co kocha, według własnej wizji, oryginalnej i niestandardowej. Większość pewnie nie skojarzyłaby dźwięku skrzypiec z muzyką rozrywkową i elektroniczną, a co dopiero z jednoczesnym tańczeniem - a jednak, to się genialnie łączy. Jedne utwory porywają z krzesła, dają niewiarygodnego kopa energii, inne wzruszają, wywołują rozmarzenie i melancholię, ściskają za serce. Wszystkie opowiadają jakąś historię, inną opowieść za pomocą dźwięków. Do tego dochodzi bardzo efektowna, kolorowa strona wizualna, czyli teledyski, kostiumy i choreografia.
Stirling zrobiła karierę dzięki YouTubowi, gdzie ładnych kilka lat temu wrzuciła swoje pierwsze utwory (w 2015 roku była najlepiej zarabiającą kobietą na tym portalu), jednak zaczynała od ,,America's Got Talent", gdzie dotarła do ćwierćfinału. Tam też usłyszała, że to, co robi, nie ma szansy się sprzedać, że to się nie przyjmie. Ot, takie dziwactwo, ciekawostka. Powinna poszukać sobie zespołu, bo nigdy nie zapełni sali.
Gdy na koncercie skrzypaczka opowiadała tę historię, nagle rozbłysły światła, ukazując stadion pełen ludzi.
Serio, satysfakcja musi być nieopisana.


Ach, co to był za wieczór. Absolutnie elektryzujący, od początku do końca. Od pierwszej, do ostatniej nuty zagrany z gigantyczną energią.
I tak, ona naprawdę tańczy i gra jednocześnie.
Na żywo.
Jednocześnie, powtarzam.
Koncert poza stroną muzyczną, był też niesamowitym widowiskiem, ze wspaniałą choreografią, wyświetlanymi multimediami, światłami, kolorami, neonami, nawet pojawiły się iluzjonistyczne sztuczki. Przepiękne show, nieprzytłaczające, tylko doskonale uzupełniające muzykę. I nie zabrakło miejsca również na chociażby absolutnie urzekające, akustyczne wykonanie ,,Something Wild", bez żadnych efektów, z samymi skrzypcami, gitarą i skrzynką w roli perkusji, jeden z moich ulubionych momentów koncertu.
Było pozytywnie, zabawnie, z dystansem i humorem, sercem, wzruszająco. Na ,,Gavi's Song" (Gavi to keybordzista i przyjaciel Stirling, który zmarł jakiś czas temu) pociekły łzy. Przepiękny koncert, pełen śmiechu, radości, pozytywnej energii, ale też wzruszeń. Sama artystka, która robi wrażenie niesamowicie ciepłej i radosnej osoby, wykazała się dużą dozą humoru, luzu i przede wszystkim ogromnego talentu. 
Wracając do pierwszego zdania tekstu - Lindsey Stirling to dla mnie duża inspiracja, bo pokazuje, że można osiągnąć duży sukces, będąc sobą i realizując własną, oryginalną wizję. Nawet, jeśli jest to coś, co na pierwszy rzut oka nie ma szans się przyjąć. I że kurczę, warto, mimo ludzi próbujących ściągnąć nas w dół, iść tam, gdzie podpowiada serce.

24 marca, Gdańsk 


  
,,Domowe melodie to projekt kilkunastu własnoręcznie nabazgranych o skomponowanych piosenek. W domu. Razem z płaczem, spalonym garnkiem, gorączką i dziurawą skarpetą. Nagrywam. Rejestruję ulotny fragment mojego życia. Po drodze pojawili się moi muzykanci najlepsi - Staszek i Kuba. I tak sobie klepiemy domowe bity. A co dalej? O tym już niedługo..." - tak pisze o swoim zespole założycielka, wokalistka i pianistka, Justyna Chowaniak.
Domowe Melodie w składzie Justyna Chowaniak, Staszek Czyżewski i Kuba Dykiert to dla mnie absolutne objawienie i jeden z najlepszych zespołów na polskiej scenie muzycznej. Sami nagrywają płyty i teledyski. Utwory powstają w domowym zaciszu i wprowadzają w ten ,,ulotny fragment" czyjegoś życia.
W Domowych Melodiach urzeka mnie właściwie wszystko. Wspaniałe kompozycje, świetne teksty. Niezależność (zespół nie podpisał żadnej umowy z wytwórnią, konsekwentnie robi wszystko na własną rękę i trzyma się swojej wizji). Teledyski nagrane nad jeziorem czy na podwórku ze szczekającym psem w tle. Fantastycznie zrobione płyty z odciśniętymi kubkami z kawą, napisanymi odręcznie tekstami piosenek czy przewiązane sznurówką. Zaraz po koncercie zamówiłam sobie album ,,Domowe Melodie 3" i gdy otworzyłam książeczkę, na pierwszej stronie widniała jedna z najpiękniejszych dedykacji, jakie widziałam:
Dla tych, którzy się rumienią.
Domowe Melodie są takie... cudownie autentyczne.
Ich utwory są filuterne, urocze, przewrotne, żartobliwe, pełne muzycznej zabawy. Ujmujące, ściskające za gardło, wzruszające, poetyckie i proste zarazem. Bezpośrednie, ironiczne, szczere oraz ujmująco naiwne jednocześnie. A przede wszystkim pełne ogromnej, dziecięcej wrażliwości. 


Na koncert przybył tłum ludzi, a mimo to miałam poczucie pewnej kameralności, bliskości. Bo gdy tylko trio wyszło na scenę, cała sala dała się zabrać w taką piękną muzyczną podróż. 
Muzycy urzekali talentem, charyzmą, poczuciem humoru, kontaktem z publicznością, tą zachwycającą naturalnością. Było dużo żartów, spontanicznych, komicznych sytuacji, małych improwizacji i ujmujących momentów - wokalna solówka Staszka, parę dowcipów, pożyczenie czapki ze zwierzęcymi uszami od dziewczynki z widowni.
Wszyscy ludzie (przekrój wieku od kilku do kilkudziesięciu lat) śpiewali utwory, tańczyli, dawali się porwać tej muzyce. Piękne, pełne emocji przeżycie. Na ,,Ścisz.to", jednym z moich ukochanych utworów, przy którym zawsze się wzruszam, zaczęłam płakać. W tych piosenkach wybrzmiewają smutek, rozczarowanie, gorycz, złość, wstyd, nieśmiałość, młodzieńczy rumieniec, nadzieja, uśmiech, czysta radość, beztroski śmiech, optymizm, pozytywna energia. To rejestrowanie właśnie tych ,,ulotnych fragmentów życia",  komentowanie rzeczywistości, przedstawianie jej skrawków - szczerze, bezpośrednio, od serducha, z ogromem uczucia i wrażliwości.
Atmosfera była nieziemska, muzyka świetna, emocje namacalne. Troje ludzi w piżamach w moro, z pianinem, perkusją, kontrabasem, gitarą, ewentualnie kapeluszami sombrero czy króliczymi uszami, zaprowadziło mnie za rękę do swojego świata. Wspaniałe przeżycie. 




Wnioski:

  • Lindsey Stirling jest cudowna.
  • Domowe Melodie są cudowne.
  • Koncerty są cudowne.
  • Muzyka niesamowicie jednoczy ludzi. I patrzenie, jak obok siebie przy muzyce tańczą i śpiewają emeryci, kilkuletnie dzieci, nastolatki, pani na szpilkach, długowłosy mężczyzna w skórzanej kurtce czy jakaś para studentów, też jest cudowne.
Dziękuję za uwagę. 

6 komentarzy:

  1. Kojarzę obu artystów, ale Lindsey Stirling bardzo lubię. Tanczenie i granie na skrzypcach do muzyki rozrywkowej jest czymś wspaniałym. Zazdroszczę tego koncertu. Na Domowych Melodiach miałam okazję być dwa razy, ale że nie znałam tego zespołu, nie poszłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, zdecydowanie jest czymś wspaniałym :) Też pewnie nie poszłabym na koncert zespołu, którego nie znam. Mam podobnie z płytami - zawsze kupuję tylko albumy już ,,sprawdzonych" i lubianych wykonawców.

      Usuń
  2. *dwukoncertowy pjons*
    Oczywiście kojarzę i lubię zarówno Lidnsey, jak i Domowe Melodie, choć tak naprawdę ani szalonej skrzypaczki, ani przesympatycznego tria znów tak wielkim znawcą nie jestem - wszystkich utworów nie znam na pewno i teraz, kurczę, czuję, że muszę to jak najszybciej nadrobić :D
    Chciałabym zobaczyć Lindsey na żywo, bo akurat synchronizacja tańca i gry na skrzypcach... No przecież to musi być tak trudne. Tak. Trudne. Znaczy oczywiście widać ją na teledyskach i wrażenie i tak jest wielkie, ale na żywo - to musi być dopiero coś. Ojej. <3
    O, to co jest jeszcze cudowne, to te momenty, w których na koncertach muzycy wchodzą w interakcje z widownią. I opowiadają fajne żarciki. Lubię koncertowe żarciki.
    Kłaniam się najgłębiej (i idę słuchać ścisz.to, bo nie słyszałam tego wcześniej! Ja naprawdę hańbię swoje imię, dobrze, że występuję tutaj pod literackim pseudonimem, no bo to się nie godzi po prostu),
    B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *zbija dwukoncertowego pjonsa*
      Polecam wszystko, kocham ich bardzo mocno ♥
      No właśnie, ta synchronizacja musi być naprawdę niesamowicie trudna! Podziwiam bardzo. Sama Lindsey opowiadała, że na początku sprawiało jej to dużą trudność, ale z biegiem lat coraz lepiej jej to wychodzi. A na koncercie wyszło niesamowicie ♥
      Koncertowe żarciki są super. W ogóle jak dla mnie ważny jest kontakt z widownią, świetna rzecz.
      Kłaniam się!

      Usuń
  3. Twój wstęp zabrzmiał trochę jak jakaś niepowtarzalna reklama czy trailer do filmu. :D Osz kurde, Roundtable Rival i już mam na początku ciarki! To jest rzeczywiście świetne! Słyszę, skrzypce z muzyką elektroniczną i komputerowym podkładem fantastycznie sie komponują. I taka muzyka powinna być puszczana w stacjach radiowych, a nie jakieś kominopalacze, bibery czy inne gwiazdki popowego klimatu. One nie dają takiej motywacji nie wywołując przy tym uczuć. Aż mi się z Wiedźminem i Piratami skojarzyło.
    ,,I że kurczę, warto, mimo ludzi próbujących ściągnąć nas w dół, iść tam, gdzie podpowiada serce." I tego się trzymajmy. Eh, musiałaś wspomnieć o przyjacielu... dobra, nieważne wtrącenie.
    jak napisałaś o tworzeniu i nagrywaniu w domowym zaciszu to pierwsza myśl -- Kabanos! A tu nie. Nie znałam do tej pory tego trzyosobowego zespołu.
    Nie zapominajmy, ze muzyka również dzieli ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę zabieg celowy, zawsze bawiły mnie te dramatyczne trailery :D
      Ojej, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że spodobał Ci się ,,Roundtable Rival" (od tej piosenki w ogóle zaczęłam słuchać Lindsey, więc ten :')). Serio, to zawsze dla mnie duża radość, kiedy udaje mi się zarazić kogoś miłością do czegoś.
      Trafna uwaga, rzeczywiście często muzyka dzieli ludzi. I przyznam szczerze, że czasem z niejaką fascynacją obserwuję, jak niektórzy potrafią się pożreć o to, jakiego gatunku słuchają.

      Usuń