piątek, 9 grudnia 2016

FCE: pierwsze starcie


Nogi mi drżały. Serce próbowało wyrwać się z klatki piersiowej. Oddech stawał się coraz płytszy. Stopy bębniły nerwowo o podłogę, a oczy wpatrywały się intensywnie w otrzymany dokument.
Na kartce przede mną czarnym grubym drukiem odcinały się trzy litery. 
Znaczy, no dobra, liter było znacznie więcej, ale ten, budujemy dramatyzm. 
A więc... na czym to? Aha. Tak.
Na dokumencie przede mną czarnym, grubym drukiem odcinały się trzy litery:  
FCE



Ten post będzie relacją z egzaminu FCE i przyjmie bardzo pokaźne gabaryty. Jeśli jednak chcecie poczytać o moich pasjonujących przeżyciach, to zapraszam serdecznie.


Ki licho?


No tak. Wypadałoby coś wyjaśnić.
Właśnie wróciłam z egzaminu FCE, a konkretniej jednej z jego części: Speaking. 
Jeśli w tym momencie zastanawiacie się, co to za dziwaczna nazwa i o co, kurde, chodzi, oto spieszę z wyjaśnieniem wziętym prosto ze strony Cambridge English

Egzamin Cambridge English: First, znany również jako First Certificate in English (FCE), to kwalifikacje na poziomie średnio zaawansowanym wyższym. Certyfikat potwierdza, że potrafisz posługiwać się używanym na codzień mówionym i pisanym językiem angielskim potrzebnym w pracy lub w nauce.

Ja dodam jeszcze, że składa się z czterech części: Speaking (mówienie), na którym byłam dzisiaj; Listening (słuchanie), Writing (pisanie) oraz Reading (czytanie) i Use of English (użycie angielskiego) - na te idę jutro. Egzamin ogólnie uznawany jest na całym świecie i może przydać się gdy chcemy studiować lub pracować za granicą. Nie jest konieczny, to takie potwierdzenie, że tak, umiemy mówić po angielsku.

Do przystąpienia do FCE namawiała nas anglistka. Zresztą nawet nasz podręcznik tak naprawdę przygotowuje do tego egzaminu, a nauczycielka przynosiła liczne kserówki (miłość pani do kserówek jest legendarna, zaiste) z tym związane. 
Siódemka śmiałków, w tym ja, zdecydowała się na wzięcie udziału.  
Formuła części ustnej polega na tym, że wchodzisz z losowo wybranym partnerem, czyli innym uczestnikiem egzaminu. Speaking składa się z czterech części: kilka pytań na rozgrzewkę, porównywanie i opisywanie dwóch obrazków oraz odpowiedź na pytanie ich dotyczące, dyskusja na zadany temat z partnerem i na koniec kilka ostatnich, bardziej rozbudowanych pytań. 
Przed tą częścią chyba denerwowałam się najbardziej, mimo że bardzo lubię mówić po angielsku.
No bo... wiecie. Mówienie. Ludzie. Świdrujący wzrok egzaminatora. Te sprawy.

A więc oto przed Wami przebieg mojej jakże fascynującej przygody z egzaminem. 



Przed


Z każdym stopniem krętych schodów, który dzielił mnie od wskazanej sali, coraz bardziej czułam że nerwy zaciskają mi żołądek w piękny, żeglarski supeł. Gdy maszerowałam przez mało imponujący korytarz wśród upiornej ciszy, moje kroki odbijały się echem.

Z pokoju na końcu wyłoniła się pani. Byłam tak nieprzytomna ze stresu, że nawet nie zrozumiałam, co powiedziała. Coś tam, coś tam, dokumenty, coś tam, coś tam, wejść, coś tam, coś tam, czekać, coś tam. 
Pokiwałam głową z błędnym wzrokiem.
W tym momencie tata, który przyszedł ze mną, pożegnał się i odszedł korytarzem, a ja zostałam, ściskając wydrukowaną kartkę z danymi w spoconej dłoni i zorientowałam się, że w sumie to nie wiem, co teraz. 

- Aaaa! - wyrwało mi się, gdy stałam w progu, rozglądając się w  panice.  - I co ja mam teraz zrobić?!
Jakaś pani, która siedziała przy biurku w pokoju naprzeciwko, spojrzała na mnie z rozbawieniem.
- Proszę tam wejść, do środka, oni nie gryzą.
 Nie byłam tego taka pewna, ale postanowiłam wierzyć na słowo.

Sala okazała się tak właściwie poczekalnią, w której siedziało już kilka osób, w szkolnych ławkach. Kazano mi się ,,rozpłaszczyć" i wylegitymować, a następnie dostałam trzy kartki: dwie do wypełnienia, jedną do późniejszego oddania egzaminatorom (tam miał zostać zapisany mój wynik). Usiadłam przy stoliku i napisałam to, co miałam napisać. Dwóch osobników siedzących ze mną w sali zaś, po krótkiej rozmowie z panią wyszli. Uznałam, że też mogę na chwilę opuścić to przerażające pomieszczenie ze szkolnymi ławkami i upiornie radosnymi, kolorowymi obrazkami i chociaż pochodzić po korytarzu. 
Zaraz za progiem natknęłam się na jedną z pań siedzącą przed drzwiami. 
- A pani też do toalety, czy co? - zapytała tonem, który sugerował, żeby lepiej nie było to ,,czy co".
- Do toalety - wybąkałam grzecznie. 
Zostałam obdarzona łaskawym uśmiechem i wskazano mi drogę. Właściwie to nie chciałam tam iść, ale posłusznie pomaszerowałam w odpowiednim kierunku.
I o ile to możliwe, zestresowałam się jeszcze bardziej. 

Gdy wróciłam, okazało się, że jedna z rzeczy, które podpisałam, to zgoda na zrobienie mi zdjęcia. Zgoda na zrobienie mi zdjęcia w tej chwili.
Suuuper. 
Usadzono mnie pod tablicą i skierować wzrok na przyczepioną do laptopa kamerkę. 
- Proszę odsłonić uszy i przybrać neutralny wyraz twarzy - usłyszałam.
Przybrałam ,,neutralny wyraz twarzy", co w moim wydaniu zwykle wygląda jak albo ,,jestem tak zmulona, że nawet nie wiem, co się dzieje wokół mnie", albo ,,właśnie kogoś zabiłam". Siedziałam więc tak, z tą ,,neutralną miną". I siedziałam. Siedziałam. Siedziałam. I siedziałam.
Sesję mi robią, czy co?
- Niby w porządku, ale nie podoba mi się to zdjęcie - wymruczała pani, chyba w twórczym szale. 
Dosłownie wszyscy na sali wbili wzrok we mnie. Panowała upiorna cisza, a ja byłam absolutnie pewna, że serce zaraz wyrwie mi się z klatki piersiowej, bo tłukło się jak oszalałe.

Gdy zdjęcie zostało wykonane, wreszcie mogłam wstać z krzesła. W tym czasie przybyli moi koledzy i przyjaciółka. Od razu zrobiło się przyjemniej. Nie ma to jak stresować się w towarzystwie w końcu, nie? Ale serio. To było świetne, że ktoś znajomy przeżywa to razem ze mną.
Wkrótce zresztą okazało się, że moim partnerem będzie jeden z kolegów. Zostaliśmy poproszeni o wyjście z ,,poczekalni" i usiedliśmy na krzesełkach przed pokojem, w którym mieliśmy być egzaminowani.

Na korytarzu wciąż panowała upiorna cisza, przerywana tylko cichym szumem rozmów i echem kroków.



Sądna chwila, czyli egzamin


Pochłonięta rozmową z kolegą (pozdrawiam, jeśli to czyta, chociaż na pewno nie czyta), prawie zapomniałam o stresie. 
Gdy poproszono nas do środka, błyskawicznie sobie o nim przypomniałam.
Usiedliśmy przy biurku. Po drugiej jego stronie czekał na nas egzaminator, a w kąciku czaiła się na pierwszy rzut niepozorna pani, która nas oceniała i zapisywała wyniki. 
Przełknęłam bohatersko ślinę i założyłam nogę na nogę. Adrenalina skoczyła mi na niebotyczny poziom.
Jestem gotowa, pomyślałam. 
- Good afternon - powiedział egzaminator, świdrując nas wzrokiem.
Dobra, nie, stanowczo nie jestem gotowa.
Odwrotu jednak nie było (ciekawe, czy ktoś im kiedyś uciekł z egzaminu?) i oto rozpoczęło się to, na co czekałam. 
Pierwsze, wstępne pytania poleciały tak szybko, że nawet się nie zorientowałam. Zauważyłam za to, że podczas gdy ja odpowiadam raczej zwięźle, treściwie, ale zwięźle, na te krótkie pytania, kolega się rozgaduje.
Kolega się bardzo rozgaduje. 
Zresztą warto tu napomknąć, że kolega spędził dwa lata w Stanach. 
Cholera, może ja też powinnam mówić więcej?

Trochę się przeraziłam, ale oto nadeszła druga część, czyli porównywanie i opisywanie obrazków. Ruszyłam ze swoimi. Mgliście pamiętam, co mówiłam. Coś tam plotłam, a mój mózg zza kotary stresu syczał coś w stylu ,,co Ty robisz?", ale nie wiem. Nie poszło chyba aż tak źle, chociaż nie wiem. Starałam się mówić sensownie i spójnie, jednak wydawało mi się, że bredzę. Polecenie wykonałam w każdym razie, to jest i porównałam obrazki, i odpowiedziałam na zadane pytanie, a bałam się, że w minutę (tyle bowiem miałam na wykonanie zadania) się nie wyrobię. 

Nadeszła pora współpracy. Mieliśmy przedyskutować, czy państwa nie są dzisiaj zbyt podobne do siebie pod wymienionymi aspektami: między innymi muzyki, sklepów, jedzenia. Osobiście wydaje mi się, że współpraca się udała (zdolność kooperacji też była punktowana), chociaż musiałam czasem przerywać koledze, bo czas leciał. Wyrobiliśmy się jednak. I w sumie w tej części czułam się już całkiem swobodnie.

Przy dalszych pytaniach byłam już w miarę opanowana. Zaraz później zresztą skończył się egzamin.

Za drzwiami na swoją kolej czekała przyjaciółka, która na wstępie mocno mnie uściskała. Zapytała też jakie dostałam pytania, ale jedna z pań wyłoniła się na końcu korytarza i pokiwała na mnie palcem, co oznaczało, że mam już iść i nie gadać. Czyli polecenia były pewnie takie same, ale nie wiem, nie konsultowałam.
EDIT: Nie, jednak nie były, każdy miał inne.

Podsumowując



Przybyłam. Zobaczyłam. Czy zwyciężyłam?
Wyników nie znam, będą znane dopiero w lutym. Nie potrafię obiektywnie ocenić, jak mi poszło. Raz wydaje mi się, że całkiem nieźle, zaraz potem, że fatalnie. Gdy wyszłam, nie byłam zadowolona. Potem uznałam, że hej, chyba było dobrze, a potem, że chyba jednak nie, a potem...
No i tak w nieskończoność. 
Więc nie wiem, naprawdę. Ale chyba lepiej o tym nie myśleć, bo nie umiem tego stwierdzić, jeszcze po silnych emocjach.
Kolega uważał, że wypadłam lepiej. Ja, że on. Ale wydaje mi się, że nie można powiedzieć, które z nas było ,,lepsze", bo to nie konkurs, nie chcę oceniać w tych kategoriach. Sądzę, że oboje zrobiliśmy to, co w naszej mocy. 
I to jest chyba najważniejsze.
Starałam się używać bogatego języka i synonimów. Starałam się mówić treściwie i na temat.  Starałam się wykorzystać zdobyte umiejętności i ciężką pracę.
Czy mi się udało?
Nie wiem.

Ale najważniejsze jest to, że odważyłam się przystąpić i dałam z siebie wszystko. Po prostu.

Trzymajcie kciuki za jutro.


Zdjęcia: unsplash

16 komentarzy:

  1. Witam! :D Bardzo dawno mnie tutaj nie było i widzę, że naprawdę dużo się zmieniło! Szata graficzna jest po prostu idealna! Minimalistycznie, jasno, schludnie - czego chcieć więcej?
    Uhuhu! FCE to bardzo ciekawa sprawa! :D Nie słyszałam nigdy o czymś takim, ale uważam, że fajnie, że jest coś takiego. Sama bardzo chętnie bym do takiego czegoś przystąpiła, jednak obawiam się o moje umiejętności językowe...
    Wprawdzie byłam już i na wymianach, i na wielu zlotach scoutowych, i na wakacjach za granicą, i w zasadzie zawsze się dogadywałam, ale to jednak nigdy nie był ten stopień rozmowy jaki zawsze chciałam osiągnąć. I właśnie z rozmową jest u mnie (u pewnie u większości osób) najgorzej. Kiedy pierwszy raz byłam na wymianie, w Niemczech, gdzie byłam w zasadzie zmuszona posługiwać się angielskim lub niemieckim, bardzo szybko przełamałam tą barierę, ale do tej pory wolę pisać niż rozmawiać w innym języku.
    Kurczę, skąd ja znam to uczucie, kiedy jesteś gdzieś zupełnie sama i próbujesz udawać, że wcale się nie stresujesz i wszystko wiesz... Taaak...
    Jak jeszcze powiesz, że ta poczekalnia była biała to w ogóle masakra! Brr! Nienawidzę białych, cichych pomieszczeń, w których jest mało mebli i ogromny pogłos.
    Ale miałaś szczęście z tym, że trafiłaś w rozmowie na znajomego! Zawsze lepiej mieć kogoś, kogo się zna, to podobno może nawet zmniejszyć stres o 80%.
    Tak w ogóle to gratuluję odwagi! :D Trzeba mieć nadzieję, a skoro nie napisałaś tu, że nie wiedziałaś co powiedzieć, albo przestałaś nagle mówić, albo nie wiem co jeszcze, to trzymajmy się wersji, że będzie dobrze! ^^ Powodzenia na kolejnych egzaminach! :D
    Pozdrawiam serdecznie! ^^
    Ola z Herbatki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A witam, witam, jak miło Cię widzieć! :D
      Cieszę się, że nowa szata graficzna się podoba, chyba wreszcie udało mi się osiągnąć coś w miarę satysfakcjonującego.
      W przełamaniu bariery zawsze pomaga kontakt z osobami, które nie mówią po polsku, dlatego jest to bezcenne. Warto się przełamywać :)
      Nie, na szczęście ,,poczekalnia" (tak ją nazwałam przynajmniej) była zwykłą, szkolną salą, z uśmiechniętymi, narysowanymi ludźmi na obrazkach, tablicą i szkolnymi ławkami :) Też nienawidzę takich białych, minimalistycznych pomieszczeń, bywają upiorne.
      Dzięki, na szczęście już po wszystkim :)
      Pozdrawiam również!

      Usuń
  2. FCE - egzamin potwierdzający umiejętność posługiwania się angielskim w stopniu komunikatywnym który oprócz tego nie daje ci nic więcej, a jednak całkiem fajnie do niego przystąpić. Cieszę się, że o tym napisałaś! Właśnie przygotowuję się do niego. Czytanie ok. Środki językowe w miarę. 1 na 7 punktów ze słuchania to chyba nie jest najgorzej, co nie? XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to trzymam kciuki za Twój egzamin!
      Słuchanie jest najgorsze chyba :/

      Usuń
  3. Ojej, Polu! Myślę, że samo przystąpienie do tego egzaminu jest już sukcesem. Przypomniało mi się... [tutaj była moja przydługa historia, ale już nie ma, bo miało być o Poli, a nie o kotołaczce]
    Gratuluję i trzymam za ciebie kciuki :) No i oczywiście powodzenia jutro! I napisz, jak ci poszedł Writing, Listening i inne takie ;)
    Pozdrawiam i jeszcze raz życzę powodzenia! kotołaczka02

    PS Widzę, że czytasz Osobliwy Dom :) Polecam, mi się całkiem podobała!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ♥
      Nie poszło chyba aż tak źle... czytanie i use of English były całkiem miłe, pisanie też okej. Najgorzej chyba poszedł mi listening - nie mogłam się skupić (był ostatni), bo stres, zmęczenie i fakt, że jestem wzrokowcem i trochę trudniej mi się skoncentrować podczas słuchania... znaczy, tragedii chyba nie było, ale ostatnie zadanie to jakaś masakra. Ale nie wiem. Zobaczymy w końcu. Ogólnie nie było tak źle!
      Taaak, ,,Osobliwy dom..." :D Jestem jak na razie właściwie na początku, ale do tej pory podoba mi się bardzo, ma świetny klimat. Szalenie spodobał mi się opis wyspy! No i te zdjęcia ♥ Więc na razie podoba mi się bardzo, ale nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca ;)

      Usuń
  4. Ja zdecydowanie na żadne egzaminy z angielskiego sie nie nadaję. Po prostu nie czuję się na sliłach, aby do czegos takiego przystępować i jedyny certyfikat, ktoty mam w planach robić, jest z języka migowego. W każdym razie fajne, że przystąpiłaś do tego egzaminu i oczywiście mam nadzieję, że go zdasz.

    OdpowiedzUsuń
  5. Podziwiam cię, że odważyłaś się do takiego egzaminu przystąpić, bo ja nigdy bym do czegoś takiego nie przystąpiła ze względu na to, że nie czuję się zbyt pewna w mówieniu w obcym języku. W ogóle mówienie mi źle wychodzi. Wolę pisać. Osiągnięciem było już dla mnie przebrnięcie przez egzamin językowy do oddziału dwujęzycznego, który był na drugim miejscu listy moich preferencji (jak się cieszę, że tam nie trafiłam, uff) :D
    Fajnie poczytać taką relację i dowiedzieć się, co dokładnie dzieje się na takich egzaminów.
    Trzymam za Ciebie kciuki - daj znać, jak poszło ci na następnych częściach :)
    Trzymaj się!
    Pozdrawiam
    Tutti

    OdpowiedzUsuń
  6. Kochaaana,co ja Ci będę pisać? Szacunek, gloria i chwała, że umiesz mówić po angielsku i... Będziesz mieć na to stosowny dokumencik (dokumencik, dokumencik, dokumencik, jak szaro, urzędniczo i arogancko to brzmi!). Bo ja pewna jestem, że tak się stanie. No. A moja pewność na ogół się sprawdza. A jak się nie uda to napiszę opowiadanie na Twoją cześć i opublikuję. Tak. Tak właśnie (z ilustracjami!). Ma się więc udać! XD ale tak już poważniej (choć zobowiązanie jest na serio) - znam ten uczuć, kiedy z żołądkiem w supeł (żeglarski!) wchodzisz do sali i kiedy wpatrują się w Ciebie literki. Brrr... Dobrze jednak, że to przetrwałaś, si! I fajnie, że ktoś z Tobą był. Pamiętam, że jak pisałam 3 etap konkursu kuratoryjnego, a raczej, gdy stałam w kolejce do sali, wydawało mi się, że stoję w kolejce do pieca. Właśnie czytałam książkę o Birkenau 0.0 tak człowiek głupieje ze stresu.
    Ale nic. Życzę powodzenia :)

    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, w takim wypadku nawet perspektywa nieudanego przebiegu nie wypada źle! Opowiadanie z ilustracjami autorstwa Stasi? Toż to byłby zaszczyt!
      Dziękuję i pozdrawiam również!

      Usuń
  7. Kurczę kurczę, gratuluję już z góry i z marszu, albowiem nawet jeśli kwitku nie uzyskasz, bądź uzyskasz jakiś mało chlubny (w co, szczerze mówiąc, nie wierzę, wierzę zaś, że wykozaczysz), to tak czy siak uzyskasz z pewnością:
    1. Umiejętności. Bo co przygotowania, to przygotowania. Wiedza zostaje.
    2. Doświadczenie w pisaniu tego typu egzaminów, które może być przydatne w przyszłości.
    3. Wielką chwałę (ale to tak ogólnie, życiowo i zawsze :D).
    Poza tym FCE w sumie niewiele daje tak naprawdę, to znaczy może daje wiele, ale nie jest koniecznością. I na przykład jak z nim nie wypali, można się jeszcze podszkolić i napisać sobie CAE (taki miałam plan na ten rok, ale ostatecznie wygrał brak czasu na przygotowania). Trzymam jednak jak najmocniej kciuki za Twój sukces! <3 I jak ci poszła dzisiejsza część egzaminów?
    Chylę czółka, kciuki ściskam,
    B.
    PS Śniłaś mi się w ogóle. xd (Przepraszam, zwykle nie iksdekuję, ale nie mogłam się powstrzymać, bo cóż to za szalone wyznanie :'D). Nie pamiętam co się działo, ale pamiętam, że była w moim śnie jakaś postać i wiedziałam, że to Ty. *creepy*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. FCE nie daje zbyt wiele, to fakt. Ale zawsze fajnie przystąpić i mieć ten papierek :D Jednak masz rację, że zawsze można spróbować drugi raz i tego się trzymam, o!
      Dziękuję! Na to pytanie odpowiedziałam właściwie już w jednym z komentarzy wyżej, kotołaczce, ale w skrócie odpowiem raz jeszcze: reading i use of English chyba okej, writing chyba też nieźle, listening trochę gorzej, ale dramatu nie było. Więc chyba nie było tak źle w sumie :) Ale nie mogę tego obiektywnie ocenić, więc pozostaje mi tylko czekać na wyniki!
      Serio? :D Nie wiedziałam, że śnię się ludziom! To trochę creepy, ale w sumie fascynujące :D

      Usuń
    2. Pola i mnie się śniła xD (iksdek jak najbardziej na miejscu). Oto komentatorstwo okazało się być stalkmafią. I to senną stalkmafią!

      Pozdrawiam cieplutko ;D

      Usuń
    3. Rany xD (aż ja użyłam iksdeka, chyba pierwszy raz w życiu). Nawiedzam sny ludzi, jak się okazuje :D
      A z czystej ciekawości, o czym był ten sen? :D

      Usuń
  8. Trochę ja matura ustna..a trochę nie, bo to zdaje się samameu bez kolegi...a szkoda bo coś czuję ŻE na prawdziwym egzaminie przydałby mi się ktoś taki do pomocy...ogólnie to podziwiam, szanuje no i tego bo ja Chyba nigdy bym na takie coś się nie zdecydowała. Ogólnie to pierwszy raz słyszę o czyms takim i nie wiem czy to moja ignorancja czy to ze w mojej szkole nikt o czymś takim nie mówi... Ale i tak trzymam kciuki i życzę powodzenia na następne ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Ojej, ale się koleżanka solidnie certyfikuje! Pogratulować, na pewno zdasz/zdałaś wszystkie części bez trudu! ;)

    OdpowiedzUsuń