piątek, 8 maja 2015

Wycieczkowe historie i ,,Świadek"

Witam, witam.

EDIT: Uwaga dość istotna - post jest z cyklu ,,pół na pół" (kiedyś miałam irytujący nawyk robienia w ten sposób) to jest - najpierw, nazwijmy to, trochę ,,lajfstajlu", czyli relacja z wycieczki, a zaraz potem opowiadanie. Więc jeśli jesteście tu tylko dla opowiadania, to zapraszam do drugiej połowy posta, za obrazkiem. 

Właściwie dopiero wczoraj naprawdę wróciłam do domu. Na weekend majowy (który przypadł w weekend! Czy to nie jest okrutne?) wyjechałam z rodzicami do domku letniskowego, który należy do moich dziadków, a zaraz potem, w poniedziałek, miałam wycieczkę szkolną. Na tej ostatniej było naprawdę wesoło. Zgubienie się podczas imprezy na orientację, zwiedzanie parku narodowego w czasie ulewy, ataki głupawki, emocjonująca rozgrywka Jungle Speeda, budowanie szałasów (nasz zawierał nawet kuchnię z paczką paluszków, huśtawkę w postaci bujającej się gałęzi oraz hodowlę mrówek na sprzedaż przed wejściem- osobiście zachęcam do kupna. Taka mrówka to przydatna rzecz!), a to tylko niektóre atrakcje... ale najważniejsze były zajęcia ze wspinaczki. Nie dlatego, że jestem wielką fanką sportów ekstremalnych. Nigdy nie lubiłam parków linowych, wspinaczki i tak dalej, i tak dalej. Nigdy.

Ponieważ zawsze się tego bałam.

Nie mam lęku wysokości. Jednak bycie przywiązaną jedynie do liny i chodzenie na tak dużej wysokości mnie przerażało. Piszę w czasie przeszłym, bo... na wyjeździe przełamałam się i postanowiłam spróbować. Wśród linowych ,,atrakcji" znajdowała się też taka, w której schodziło się po niemal pionowej skale o wysokości ok.30 metrów, a od jakiegoś fragmentu zostawało się spuszczanym na ziemię. Chciałabym napisać, że z heroiczną odwagą stawiłam temu czoła, że nie ulękłam się i bez problemu zeszłam z tej wysokości, ot tak.

No nie do końca.

Przed zejściem ryczałam i myślałam, że zwymiotuję ze zdenerwowania.
Jednak mimo tego byłam zdeterminowana,żeby to zrobić. Nie miałam zamiaru zrezygnować. Chciałam spróbować. Zmierzyć się. 
Gdy nadeszła moja kolej, dostałam kask, uprząż, zostałam przyczepiona do liny. Instruktorzy kazali mi wejść na półkę skalną. No to weszłam. Szybkie zerknięcie w dół. O-o. Szybkie zerknięcie w górę. Okej. Okej. Wdech-wydech. Nie będzie tak źle, prawda? Mówili, że nikomu nigdy nie stała się  tu krzywda.
,,Na razie."
,,Ej, pesymistyczna części mojego mózgu, zamknij się!"
Gdy wszystko już było gotowe, kazano mi podejść na krawędź półki i odchylić się maksymalnie do tyłu. Tak jakby usiąść w powietrzu.
Moje ciało rozpaczliwie się buntowało, chciało przylgnąć do bezpiecznej skały. Część mojego umysłu wrzeszczała, żebym wracała do góry, na bezpieczny, stały grunt.
Zacisnęłam zęby i odchyliłam się.
Powoli, spokojnie. A już w końcu się udało.
Wisiałam częściowo w powietrzu.
No, ale to dopiero był początek zabawy. Musiałam zacząć schodzić w dół.
Wolno, małymi kroczkami. Na wyprostowanych nogach, jak mówili mi instruktorzy. Oczywiście nogi wrednie się uginały. Na swoje szczęście nie widziałam świata pode mną, tylko skałę i swoje stopy, które stąpały po niej ostrożnie. Schodziłam. Robiłam to. Naprawdę.
Po jakimś czasie straciłam grunt pod nogami i zaczęli mnie spuszczać. Dotknęłam stopami ziemi.
O kurde.
Udało się!
Byłam z siebie taka dumna... owszem, niby nic takiego, ale przełamałam mój lęk i to było niesamowite uczucie. Po fakcie doszłam nawet do wniosku, że było całkiem... fajnie.
Później jeszcze mieliśmy wspięcie się na mniejszą skałę, a także chodzenie po takiej linie nad niezbyt wielką  przepaścią (tego akurat nie zrobiłam). I chyba pozbyłam się swojego strachu. Chociaż nadal czuję, że wspinanie się i zabawa na parkach linowych to coś niekoniecznie dla mnie. Jeszcze chyba pozostanie  niechęć do takiej rozrywki...

Gdy wróciłam, czekała mnie miła niespodzianka. Pamiętacie opowiadanie ,,Uśmiech twojego psa"? Powstał na konkurs organizowany przez czasopismo Victor Gimnazjalista. Zadanie polegało na napisanie tekstu zainspirowanego jednym z podanych zdjęć.Znowu postanowiłam wziąć udział i wysłałam im swoją pracę (w ostatniej chwili- napisałam dzień przed ostatecznym terminem, a poprawiłam i przesłałam następnego dnia). I wyróżnili ją (chociaż nie opublikowali). Naprawdę się cieszę:D Zapraszam Was do czytania i oczywiście czekam na komentarze.

 
Zdjęcie, do którego napisałam pracę.

ŚWIADEK


Październik, 1793 r.
Oczy chimery wpatrują się beznamiętnie w plac przed katedrą. Pada deszcz. Krople agresywnie bębnią w kamienny garb. Ulicami płynie krew zmieszana z deszczówką.
Gilotynka pracuje.
A rewolucja szaleje.
„Przepraszam, monsieur,zrobiłam to niechcący”- mówi szybko więźniarka numer 280, nadeptując katu na stopę.
Każdy może podzielić jej los. Każdy może zostać oskarżony. Każdy może trafić na podest. Gilotyna czeka.
Niepewne kroki. Urywany oddech. Położyć głowę na wyznaczonym miejscu. Wysłużone drewno drapie w szyję. Cisza. Tłum wstrzymuje oddech.Już za moment. Już za chwilę…
Świst ostrza, które spada błyskawicznie.
Po wszystkim.
Katedra Notre Dame w trakcie terroru straciła dachy.
Maszkaron moknie w deszczu i szczerzy zęby.

Marzec, 1889 r.
Kamienny maszkaron patrzy groźnie na budowlę, która wznosi się w oddali. Wysoka, nawet stąd ją widać. Brzydka jak noc, brzydsza nawet niż szkaradna rzeźba (ona chociaż swojska i znana). Paskudztwo jest całe z żelaza, ostrym kłem wgryza się w błękitne niebo. Artystom się to nie podoba. Jak to? To… to… to coś psuje wizerunek tak pięknego miasta! Ich miasta! Wokół zdobione, bogate budynki. A tu kupa żelastwa…
Ach, moi drodzy, wy jeszcze nie wiecie i nie dowiecie się nigdy…

Styczeń, 1910 r.
Maszkaron stoi sobie bezpieczny na dachu katedry. Z satysfakcją  patrzy na świat. Na dole ulewa. Paryż nawiedza powódź. Sekwana burzy się gwałtownie.

Luty, 1912 r.
Wiadomo było, że z żelastwa to tylko same kłopoty wynikną.
 Z wieży spada ciemny kształt.
Co rozpościera? Czy to skrzydła? Nie, nie niosą w powietrze…
Krawiec przecenił swe możliwości. Niestety, panie Reichelt… pański wynalazek nie zadziałał. Władze usłyszały, że w cudownym płaszcz-spadochronie spuszczona zostanie kukła. A jednak to nie manekin brutalnie uderza o ziemię, to nie manekin…
Maszkaron szczerzy się złośliwie.

Marzec, 1918 r.
Maszkaron nachyla się w stronę widniejącego pod nim miasta. No i kto by pomyślał? Życie ludzkie takim kruchym jest… niemieckie „działo paryskie” sieje postrach. Śmierć od pocisków, śmierć w gruzach kościoła…
A rzeźba stoi. Zgarbiona, ale trwała i dumna.

Kwiecień, 1929 r.
Ach, szalone, szalone lata dwudzieste! Jazz, namiętne tango, chłopczyce, rewia, Moulin Rouge, Montparnasse! Szaleństwo w obyczajach, szaleństwo w sztuce! Nadchodzi niesamowity, działający na wyobraźnię surrealizm!
Szalony, magiczny świat…
Maszkaron krzywi się ze wstrętem.

Czerwiec,1940 r.
Chimera ma paszczę otwartą ze zdumienia. W Paryżu ktoś się pojawił, ktoś, kogo tu jeszcze nie było. Słyszy się słowa w obcym języku. Widzi się mundury. Odbywają się uroczyste parady.
Paryżanie spuszczają wzrok.
Heil Hitler!

Maj, 1968 r.
Wrzaski, huki, bijatyki! Co się dzieje, co się dzieje?!
Niemców już dawno tu nie ma. To strajk studentów. Unosi się gaz łzawiący. Policja brutalnie niszczy barykady. W kierunku stróżów prawa lecą kostki brukowe.
Maszkaron obserwuje to z politowaniem.

Listopad, 2005 r.
Płomienie.
Płoną samochody i budynki. Chimera śledzi przebieg zdarzeń z obojętnym zainteresowaniem. To wszystko zaczęło się od śmierci dwóch nastoletnich imigrantów, którzy podczas ucieczki przed policją niefortunnie wybrali sobie kryjówkę. Stacja transformatorowa…  
Zamieszki. Imigranci,ale także biali obywatele wywołali rozruchy. Strach wychodzić na ulicę…
Maszkaron wiele widział. Wiele wie. Zwłaszcza to, że ludzie się nie zmieniają.

Kwiecień, 2015 r.
Rzeźba spokojnie obserwuje Paryż. Słońce świeci, ogrzewając ją. Tłumy przechodniów. Nowoczesne kamienice. Sznury samochodów na ulicach. Sielanka. Czy to będzie trwało? Spokój to coś kruchego. Maszkaron o tym wie najlepiej.
W oddali wznosi się żelastwo, które ma się najwidoczniej świetnie.
Maszkaron wyszczerza się makabrycznie.
Paryżanie nie są pewni swej przyszłości. Nie znają dalszych losów swego pięknego miasta.
Czy maszkaron zna?







 ***
Wszystkie wydarzenia opisane w tekście miały miejsce naprawdę. Kilka wyjaśnień i ciekawostek historycznych...
Więźniarka numer 280 to Maria Antonina, która rzeczywiście przed egzekucją przypadkowo nastąpiła katu na stopę i wypowiedziała słowa ,,Przepraszam, monsieur, zrobiłam to niechcący".
Chyba wszyscy odgadli, czym jest ,,żelastwo":) Wieża w istocie była potępiane przez artystów, jako brzydka. A suma sumarum stała  się symbolem miasta... cóż za ironia losu...
Franz Reichelt skoczył z wieży Eiffla, testując swój płaszcz-spadochron. Jak zostało wspomniane, władzom powiedział, że spuści najpierw kukłę. Jednak w ostatniej chwili sam przetestował swój wynalazek...na YouTubie można zobaczyć nawet nagranie. Straszne...
Jak podaje Wikipedia, podczas okupacji niemieckiej, Paryż był nazywany ,,miastem bez spojrzenia", bo jego mieszkańcy, na widok niemieckich żołnierzy np.na ulicy, spuszczali wzrok.
W tekście dominują wydarzenia straszne. Chciałam pokazać mroczniejszą stronę pięknego Paryża, również jako odniesienie do świadka wydarzeń, czyli maszkarona- demonicznej istoty z kamienia, zainspirowanej potworami ze średniowiecznych bestiariuszy.
Gdy szukałam informacji, dowiedziałam się, że te kamienne rzeźby to właśnie maszkarony i chimery, a nie, jak powszechnie się mówi, gargulce. Gargulce to ozdobne zakończenia rynien.


A'propos Paryża- znane ,,Champs Elysees" w wykonaniu świetnej artystki Zaz.

12 komentarzy:

  1. Ja też pisałam opowiadanie do tego samego zdjęcia i oczywiście musiałam nazwać to "coś" gargulcem, chociaż wydaje mi się, ze ta nazwa lepiej do niej pasuje niż jakiś "maszkaron".
    A mi moja nauczycielka historii mówiła, że Maria Antonina została stracona w 192 roku wraz z mężem :o
    Ogólnie opowiadanie ciekawe, krótkie, treściwe. Zdania są krótkie (czy to miało dodać tekstowi więcej dynamizmu?). Czegoś mi tu jednak brakuje... Tylko czego?
    Ja tam byłam raz w Parku Linowym, ale od tego czasu nabrałam lęku wysokości i boję się, przechodząc taką pseudo tamą na drugi brzeg strumyka :)
    Pozdrawiam
    Tutti

    OdpowiedzUsuń
  2. A niech to! Ominęłam konkurs! Fajnie byłoby znowu "porywalizować" z Polą! :) Choć jak tak patrzę, nie miałabym żadnych szans! To, to opowiadanko jest cudowne, naprawdę! I nie kręć oczami, na czas czytania tego komentarza skończ ze skromnością, uśmiechnij się i udawaj, że Stasia się zna, a jej słowa są cenne :) Bezcenne xD Pocieszam się myślą, że te wszystkie daty nie wzięły się z Twej genialnej głowy, że musiałaś wspomóc się internetem. W ogóle taki piękny pomysł (nie powiem "super"!), nastrojowy, tajemniczy i Polowy w najlepszym tego słowa znaczeniu. A maszkara jest świetny! Lubię kamiennego gościa! ^^ Zaskoczyłaś mnie fajnym nazwaniem wieży Eiffla (a ja się nie domyśliłam, że to to, mam nadzieję, że to przez późniejszą porę, ekhm). Naprawdę to opowiadanie powinno znaleźć się na pierwszym miejscu!
    Oh... podziwiaaam! Udało ci się! łooo! Ja nigdy nie potrafiłam robić takich rzeczy, więc naprawdę! Łooo! Gratulaaacje!
    Mrówki na sprzedaż? Muachacha! Jestem pająkiem. My zjadamy mróweczki. Muachacha!!! xD Przepraszam, to ta późna pora i wewnętrzna, maskowana głupawka...Ta wycieczka musiała być genialna, a kuchnia z paluszkami to piękna wizja! :)
    Pozdrawiam serdecznie! Niech żyje maszkara. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też lubię ZAZ! Nawet kiedyś umieszczałam jej piosenkę na bloga ^^ Ach... ta piosenka kojarzy mi się tylko i wyłącznie z "oooo intermarszeee". To smutne! Epoka reklam...

      Usuń
  3. Heejooo!
    Mimo, że dawno przestałam prowadzić bloga ciągle sprawdzam ilość komentarzy, takie skrzywienie :)
    Bardzo, bardzo się cieszę, że mi odpisujesz! Zawsze mam taką maleńką nadzieję, że Pola jednak coś tam odpowie :D
    Jejciu! Ale mi miło! Naprawdę! dziękuję za ciepłe słowa, ale na miano PMHL nie zasłużyłam, bo taka Pola z Gdańska dzielnie okupuje to stanowisko ^^ Masz we mnie stałego czytelnika! :)
    Ano wróciłam. Znaczy - wracam. Jak klikniesz w mój nick to wejdziesz do mojego nowego-starego kątka. Jeśli będziesz mieć chwilkę czasu to... no, to zapraszam xD
    Ach, Polu to ceny morskie! Ale wiadomo - żywy towar droższy :)
    Dziękuję! Że też ludzie o tym pamiętają (imieniny jednak obchodzę 13 listopada) ^^
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wooo! Gratuluję! :) Wiedziałam, że ta praca nie będzie im obojętna :) Masz po prostu talent pisarski i bardzo dobrze, że się nim chwalisz. Powinnaś brać udział w właśnie takich konkursach :)
    Pamiętam mój pierwszy raz w parku linowym. Byłam sparaliżowana strachem i czułam jak serce bije mi w gardle... dosłownie! Na początki nie mogłam się sprawnie poruszać na tych linach mimo, że wysokość na początku nie była zbyt wielka. Najgorsze miało dopiero nadejść. Nie miałam lęku wysokości ale co chwilę wydawało mi się, że liny mi się zaraz odepną i polecę na dół... Tak się jednak nie stało, a kiedy już przyzwyczaiłam się do dużej wysokości szłam po linach coraz pewniej. Przeszkody stawały się trudniejsze do pokonania, ale było to mega wyzwaniem a zarazem przyjemnością :) Znam to uczucie kiedy po wszystkim dosięga się stopami ziemi i jest się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, a zarazem dumnym z siebie :D coś cudownego! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluję przełamania lęku! ^^ Ja sama bardzo lubię takie rzeczy, ale początki jak wiadomo zawsze są trudne. :D Kiedy ja byłam w parku linowym pierwszy raz, uznałam, że zaryzykuję i zamiast wybrać trasę dla początkujących wybrałam tą dla średnio zaawansowanych. Po drodze kilka razy żałowałam swojego wyboru, ale kiedy już zakończyłam całość zjazdem na tyrolce, byłam przeszczęśliwa. ^^ I dumna, że mi się udało! :D
    Miałaś bardzo ciekawy pomysł na opowiadanie! ^^ 'Maszkarony i chimery' nie brzmią dobrze, dużo bardziej podoba mi się nazwa 'gargulce'. :D Chimera była chyba w mitologii, tak? Pegaz narodził się z jej prochów? Coś takiego?
    Jeszcze raz gratuluję chwilowego przezwyciężenia lęku, co mam nadzieję nie będzie chwilowe oraz wyróżnienia, oczywiście! ^^
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Już się chciałam przyczepić, że zrobiłaś błąd nazywając ten ciekawy element architektoniczny "chimerą", ale doczytałam do końca i... Medal dla ciebie za to jak się przygotowałaś! Oczywiście opisałaś wydarzenia historyczne, które są dość znane, ale wgłębiłaś się w historię Paryża i Francji jeszcze głębiej. Nie nazwałabym tego tekstu opowiadaniem, a raczej coś w stylu notatek z dziennika lub pamiętnika, ale to tylko małe przyczepienie. To cudownie, że Twój tekst został nagrodzony! Jednak jest jakaś nadzieja w VG... Myślałam już że w cyklu tych gazet nagradzane są tylko opowiadania, które są w sztywnych ramach konkretnego działu epiki i ich tematyka nie jest zbyt trudna. Przestałam czytać VG, bo wydał mi się już nudny, ale chyba zacznę "Cogito". Co do weekendu (w każdym głosie ucznia słychać tutaj sarkazm) majowego - bardzo ciekawe go spędziłaś, fajnie, że przy okazji pozbyłaś się swojej fobii. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo:) Przyznaję, że początkowo pisałam ,,gargulec", ale później, gdy trochę pogrzebałam, dowiedziałam się właśnie,że to maszkaron/chimera. Ale gargulec też można mówić, większość osób tak nazywa te rzeźby;)
      ,,Świadek" opowiadaniem zdecydowanie nie jest i dlatego ciągle nazywałam go ,,tekstem" albo ,,pracą". Bo też ciężko powiedzieć, co to jest właściwie...
      Rzeczywiście, czasem VG bywa nudny, ale kupuję właśnie dla tych konkursów, twórczości czytelników i niektórych artykułów. ,,Cogito" też jest spoko, czytałam kilka numerów i myślę,że warto:)
      No, powiedzieć, że mam fobię, to zdecydowanie przesada, ale bałam się takich rzeczy. Nie wiem jeszcze, czy pozbyłam się lęku, w każdym razie przełamałam się:)
      Pozdrawiam,
      P.

      Usuń
  7. Wielkie gratulacje, że przełamałaś swoją fobię! Ja wciąż tego nie zrobiłam a mam podobną przypadłość. Widzę, że twoja szkolna wycieczka ciekawie przebiegła, ja swoją mam niedługo :/ Bardzo mi się podoba twoja praca konkursowa, nie dziwię się, że ją wyróżniono! Zastanawiałaś się nad tym żeby częściej pisać jakieś opowiadanie i je tutaj publikować? Z chęcią bym przeczytała :)
    Pozdrawiam, Lavena Ornora z lavenaornora.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Zawołałbym: piona, siostro! Też zawsze żywiłam serdeczną niechęć do parków linowych (tylko, cóż, moja była zdecydowania podszyta neurotycznym lękiem o własne życie). Też miałam kiedyś sposobność przełamania się (okej, nie do końca, nadal nie lubię tych parków, ale zawsze coś :P) i bardzo, baaardzo Ci gratuluję...
    ... tego i wyróżnienia w konkursie też oczywiście! (Ach, jakie sprytne przejście do drugiego akapitu!) Właśnie przeczytałam opowiadanie Tutti i przyznać muszę, że Wasze "minidzieła" są kompletnie różne! Przyznam jednak, że bardzo mi się Twoje podobało, zapachniało mi nawet "Nędznikami" (co prawda to nie ta rewolucja, ale mniejsza). Generalnie było bardzo klimatycznie. Podwójne gratulacje! ♥
    Powodzenia w dalszej twórczości!
    B.

    OdpowiedzUsuń
  9. Woh świetne opowiadanie! Sporo się musiałaś naszukać tych wszystkich informacji pewnie ;) Gratuluję więc wyróżnienia!
    A ja za to kocham parki linowe! :) Kiedyś miałam lęk wysokości, jednak udało mi się go przezwyciężyć :D W sumie dawno w żadnym nie byłam, a szkoda, bo na prawdę dla mnie to fajna rozrywka :)
    No i gratuluję pokonania lęku i zejścia! To pewnie nie było łatwe ale najważniejsze, że się odważyłaś :D
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja akurat zawsze chciałam pójść do parku linowego. O dziwo nigdy się nie bałam, zawsze traktowałam to jako coś ekscytującego. Poje podejście się zmieniło, gdy po raz pierwszy wchodziłam na drabinkę, aby stanąć na pierwszej platformie. To było w zeszłym roku na wycieczce. Wtedy po raz pierwszy pojawił się u mnie strach. W dodatku ta cała drabinka chwiała się na wszystkie strony i była tak wąska,że nie wiedziałam jak po niej wchodzić. W tym parku linowym przechodzenie w pierwszych platform stanowiło u mnie problem, bo nie spodziewałam się,że to jest aż tak wysoko. Ale o to chyba chodzi, aby poczuć adrenalinę! Ja ją poczułam i nawet zaczęłam się przytulać do każdego drzewa. W każdym bądź razie strach minął, a park linowy wspominam bardzo dobrze. Chciałabym jeszcze raz na takie coś pójść.
    Ah, trochę teraz żałuję,że nie brałam udziału w konkursach w Victorze, bo w Cogitu już takich nie ma. Co prawda nie nazwałabym twojego tekstu opowiadaniem, mi to bardziej przypomina dziennik, ale mi sie podoba. Widzę,że ten tekst konkursowy został napisany bardziej poważnym stylem, w przeciwieństwie do poprzedniego. A krótkie zdania miały nadać charakter, jak się domyślam, dynamizmu. Plus dla Ciebie,że zagłębiłaś się w całą historię i poszukałaś wielu informacji! Opowiadanie jest świetne, gratuluję wyróżnienia :)

    OdpowiedzUsuń