środa, 26 listopada 2014

Lwie tyłki, wspinaczki i góry zrobione złotą piłą, czyli relacja z wycieczki cz. 2

Witam, witam!

Ostatnio złapałam listopadowego dołka. To jest chyba taki okres, w którym człowiekowi nic się chce, stale czuje się zmęczony...  pewnie większość z Was także tak ma. Na szczęście już niedługo rozpocznie się świąteczna przerwa, która w tym roku będzie trwała aż trzy tygodnie! Dlatego chyba trzeba po prostu tę listopadową, ponurą szarówkę przetrwać...
W dzisiejszym poście znowu wrócimy do słonecznej Hiszpanii- przyszedł czas na kolejną część relacji z mojej październikowej wycieczki (jeeej!).
Znowu proszę o wybaczenie z powodu nieco słabszej jakości niektórych zdjęć. Aparacik wysilał się jak mógł, jednak nie zawsze mu się udawało. Niektóre fotografie zrobione również komórką.

A więc. Ekhem, ekhem.
Tego samego dnia, w którym odwiedziliśmy zupełnie zwariowane muzeum Dalego, pojechaliśmy do jeszcze jednej katalońskiej miejscowości- o wdzięcznej nazwie Girona (czyta się ,,Żirona"- brzmi tak z francuska, ponieważ to nie hiszpański, w którym wymawiałoby się to inaczej, tylko kataloński, który jednak trochę się różni).

GIRONA

Girona słynie głównie z tego, że znajdują się tam jedna z najlepiej zachowanych starówek w Hiszpanii, a także największa, historyczna dzielnica żydowska w całej Europie. Mimo tego, miasto to nie przeżywa inwazji turystów, nie jest aż tak popularne. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Dzięki temu podczas zwiedzania mogliśmy w pełni docenić urok tej miejscowości.
Gdy wysiedliśmy z autokaru, pierwsze, co rzucało się w oczy, to podobieństwo do Wenecji. Kanał, budynki w jasnych, radosnych kolorach... brakowało tylko gondoli.



Girona ta naprawdę piękne, stare miasto. Ciasne, urocze uliczki wybrukowane kocimi łbami, domy w pastelowych kolorach, z wywieszonymi flagami Katalonii i praniem, a przede wszystkim historia, którą niemal wszystko tu jest przesiąknięte.

Chyba większość dużych, a także tych mniejszych miejscowości ma jakiś obiekt, który może przynieść szczęście. Powodzenie w finansach/miłości/stosunkach z innymi/w ogóle życiu można osiągnąć właśnie w ten jakże łatwy sposób. Nierzadko dotknięcie jakiejś rzeczy albo zostawienie monety gwarantuje także powrót do danego miejsca.
Girona także może się pochwalić takim obiektem. Jest to posąg lwicy. Kopia prawdziwej rzeźby, która pochodzi aż z XII wieku. Dotknięcie jej tyłka (a nawet, jak podają niektóre źródła, pocałowanie go) ma przynieść szczęście albo zapewnić powrót do tego hiszpańskiego miasta. Niestety, nie udało mi się ani cmoknąć czterech liter rzeźby, ani nawet musnąć palcami! Podły przewodnik, nie ważąc na to, że może niektórzy chcieliby spróbować zdobyć szczęście, poszedł dalej... udało mi się tylko zrobić zdjęcie.

Nie tylko jednak z lwich tyłków Girona słynie. 
Chyba przede wszystkim z kościoła Sant Feliu, którego charakterystyczną cechą jest taka ,,ścięta" wieża. Do środka nie weszliśmy, niestety...



Spacerowaliśmy po mieście dosyć długo. Weszliśmy do jakiegoś kościoła, którego nazwy niestety nie pamiętam (całkiem możliwe, że Santa Maria...) wspięliśmy się na mury miejskie... to ostatnie wspominam najlepiej, bo mimo tego, że wspinaczka do łatwych nie należała, to wszystko nagrodziły piękne widoki- droga na mury prowadziła przez naprawdę urokliwy park.



 
Park.


Niesamowita panorama Girony.


Po całym dniu intensywnego zwiedzania w słońcu nareszcie pojechaliśmy do naszego hotelu. Wypadałoby chyba coś o nim napisać... cóż, największą jego zaletą z pewnością było jedzenie. Powiem szczerze, że poza imprezami w pokojach, chyba najlepiej z niego wspominam tamtejsze obiadokolacje... pokoje nie miały jakiegoś bardzo wysokiego standardu.  Zestaw sraczkowatych barw, cienkie ściany, przez które wszystko było słychać (a codziennie w salce tanecznej odbywały się jakieś potańcówki przy zawsze tej samej muzyce...), w innych pokojach zdarzały się przypadki, że koleżankom załamały się łóżka... więc chociaż ośrodek nie najgorszy, to najlepszy jednak też nie. Ale poza kilkoma wadami, to nie było na co narzekać.

Kolejnego dnia pogoda była równie, jeśli nie jeszcze bardziej upalna. Człowiekowi w taką pogodę niewiele się chce, a przewidziana atrakcja wymagała od nas niejakiego wysiłku fizycznego...

MONTSERRAT
Wysoko w Pirenejach, po Alpach chyba najwyższych górach w Europie, w masywie górskim Montserrat leży znany klasztor benedyktyński. Miejsce wielu pielgrzymek, zwłaszcza z powodu La Morenety, czyli po polsku ,,Czarnulki"- słynnej figury Matki Boskiej. To z jej kultu znany jest klasztor. 
Oprócz ,,Czarnulki" Montserrat może poszczycić się pięknymi, zapierającymi dech w piersiach widokami. Już gdy wjeżdżaliśmy autokarem na górę, krajobrazy za oknami robiły niesamowite wrażenie. A gdy wysiedliśmy... coś niezwykłego.





Legend o powstaniu tych dziwacznych kształtów skał jest wiele. Wikipedia na przykład podaje, że ich sprawcą był anioł ze specjalną złotą piłą...
W każdym razie, bez względu na rzeczywistą historię gór, wyglądają naprawdę malowniczo i niesamowicie. A miałam możliwość podziwiania ich w pełnej krasie, ponieważ zafundowaliśmy sobie niezłą wspinaczkę do świętej groty.
Szliśmy w strasznym upale chyba z pół godziny w jedną stronę. Raz pod górę, raz z górki, musząc uważać na strome schodki... i chociaż wszyscy tonęliśmy w pocie oraz najchętniej po prostu usiedli w cieniu i tam zostali, to myślę, że wspaniałe widoki z góry nam ten wysiłek wynagrodziły. Z takiej wysokości chyba mogłam ujrzeć całą, piękną Katalonię. Aż zapierało dech w piersiach.







Jak się okazało, po zobaczeniu tego, co było do zobaczenia, wracaliśmy tą samą drogą, oczywiście na piechotę... mało tego, czekało nas dalsze zwiedzanie.
Odwiedziliśmy jeszcze obowiązkowy punkt programu- bazylikę. ,,La Morenety" nie udało nam się zobaczyć, ponieważ do tej figury ustawiła się zatrważająca kolejka... załapaliśmy się za to na występ chóru Montserrat. Trzeba przyznać, że brzmiał naprawdę imponująco! Podobno jest jednym z najstarszych w Europie. 
Sama bazylika również wyglądała pięknie. A zresztą, zobaczcie na zdjęciach:









Dobrze widzicie, moi drodzy: już zbliżamy się do szczęśliwego finiszu! W kolejnym poście o wycieczce będzie relacja z pobytu w Barcelonie;)
Dziękuję za uwagę, et cetera, et cetera i pozdrawiam ciepło,
Pola


7 komentarzy:

  1. O, ja byłam i w Gironie i w Monserrat - naprawdę piękne miasta :) A chór przecudowny :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak ja dobrze znam tą listopadową rutynę! ^^ Teraz jeszcze tyle się wokół mnie dzieje, wychodzę z domu kiedy jest ciemno, wracam kiedy jest ciemno, w tym miesiącu byłam już na tylu biwakach, że na pewno nie opiszę wszystkich, a w ten weekend wybieram się na jeszcze jeden... Listopad był strasznie męczący.
    Jeju, jak tam pięknie! Kiedyś na pewno tam pojadę! ^^ Te skałki są prześliczne, mogłabym tam spacerować nawet cały dzień w największym upale. A cóż to są te dziwne schodki 'do nieba' na jednym ze zdjęć? Swoją drogą porobiłaś prześliczne fotografie. Ogromnie mi się podobają. ^^
    Trochę nietypowa ta legenda z lwim tyłkiem, ale oryginalnie i muszę przyznać, że dość ciekawie. :D
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, listopad dołuje chyba wszystkich. Ja też przeżywam wtedy niejeden kryzys. Ale na szczęście ten okres już się kończy, zbliża się grudzień i przede wszystkim Święta!
    Bardzo fajnie, że zrobiłaś post z opisem tej wycieczki. Naprawdę Ci jej zazdroszczę. Te wszystkie budynki wyglądają tak cudownie! A widok z góry - aż zapiera dech w piersi! Niesamowite. Mam nadzieję, że niedługo będę miała okazję przeżyć coś podobnego.

    Pozdrawiam :)
    http://waysaboutme.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurcze... Jak pięknie! Jej szczęściara z Ciebie, że mogłaś takie cuda zobaczyć. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Też byłam w Hiszpanii, piękny kraj i piękne widoki :)

    http://younglonelysoul.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Zazdroszczę. ^^ Kocham naturę i widoki takie jak te na zdjęciach są dla mnie czymś niesamowitym. <3 Naprawdę fajnie, że opisujesz swój pobyt i wstawiasz zdjęcia. :D Czekam na dalszy ciąg. ;D

    OdpowiedzUsuń
  7. Aw, jak fajnie sobie powspominać jakieś słoneczne dni kiedy jest...e, no jak jest. Lubię rodzime klimaty, ale co za dużo to niezdrowo :D
    Rozumiem rzucać monety na szczęście, ale całować lwi tyłek?? Bogatą wyobraźnię mieli ci ludzie, no nie mogę! Może po prostu im się nudziło...Albo nie mieli pieniędzy żeby wrzucać, to poszli na skróty.
    Mi tam te skały przypominają olbrzymie gule ciasta. To chyba jakiś anielski zakalec!

    OdpowiedzUsuń