niedziela, 3 czerwca 2018

Rozmaitości #7: Gdzie byłam, kiedy mnie nie było

Nie było mnie tu przez pewien czas - i pora napisać, dlaczego!



Ostatnie kilka miesięcy, jak i w ogóle cały rok szkolny, były jakieś szalone (ho ho). Jestem więc dość mocno do tyłu z blogosferą, ale teraz, kiedy część rzeczy się zakończyła, mogę spokojnie nadrobić zaległości - i napisać, co się działo.

Ostatnie miesiące (nawet więcej, pracę szkolną pisałam jesienią) upłynęły mi w dużej mierze pod znakiem Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Mijające pół roku było więc szalenie intensywne, wypełnione czytaniem i pisaniem, stresem i entuzjazmem, zmęczeniem i ekscytacją, językiem polskim i literaturą. I teraz, po odpowiednio głębokim wdechu i z lekkim opóźnieniem, bo miesiąc po poznaniu wyników, mogę to napisać - uzyskałam tytuł laureata. Chyba dopiero niedawno w pełni to do mnie dotarło.

Jeżeli jesteście w szkole średniej i wahacie się, czy wziąć udział w olimpiadzie przedmiotowej - próbujcie.Dla mnie było to świetne przeżycie, a niezależnie od tego, do którego etapu się dojdzie, to zawsze niesamowicie rozwija. W przypadku olimpiady polonistycznej sam pierwszy etap, czyli pisanie pracy na wybrany z puli temat, uczy naprawdę dużo. I to zresztą było dla mnie chyba najbardziej cenne - w końcu miałam poczucie, że uczę się tego, co mnie naprawdę interesuje. Na etap szkolny pisałam pracę o kulinariach w literaturze XIX i XX wieku. Na okręgowym opowiadałam między innymi o środkach językowych w poezji Emily Dickinson. Na centralnym mówiłam o Charlesie Baudelairze i Virginii Woolf, pisałam o Poświatowskiej. Na ustny opracowywałam tematy o etykiecie językowej i miastach w literaturze realistycznej, naturalistycznej i modernistycznej - to był chyba zresztą najbardziej rozwijający etap przygotowań. W ramach tematu o miastach z pomocą polonisty wymyśliłam sobie Paryż Baudelaire'a i Prusa oraz Petersburg Dostojewskiego i Toporowa (studia Toporowa o mieście to jest jakiś obłęd nawiasem mówiąc - w połowie pierwszego traktatu miałam wrażenie, że przegrzewają mi się zwoje, ale to jest naprawdę, naprawdę genialne) jako rdzeń wypowiedzi, z dodatkowymi elementami i kontekstami (Norwid, Woolf). Było ekstra.

Widać tendencję do pewnego okresu i tak, rzeczywiście praktycznie całą olimpiadę (poza wspomnieniem o późnośredniowiecznym Villonie i jego ,,grubey Małgośce") zgłębiałam XIX i XX wiek. Te dwa stulecia pod względem kultury i literatury to taki mój trochę konik; od jakiegoś czasu czytam sporo rzeczy z tego okresu, a od jakichś dwóch lat amatorsko zgłębiam kulturę materialną XIX wieku  (moda, kuchnia, obyczajowość i tym podobne). Czytanie opracowań o kuchni polskiej w czasach ,,Pana Tadeusza", eseju o poezji Dickinson, analizy toposu miasta czy ,,Zbrodni i kary" było dla mnie po prostu realizowaniem pasji. To wszystko jest zresztą tak niesamowicie ciekawe! Zgłębianie tego to, że tak polecę patosem, czysta poznawcza rozkosz i nie wiem, jak wygląda to na innych olimpiadach, ale podejrzewam, że podobnie - jeżeli to Wasza dziedzina, przygotowania będą Was po prostu jarać.

Udało mi się też poznać naprawdę świetnych ludzi, paru z nich naprawdę mocno zafiksowanych na punkcie humanistyki. Ktoś pasjonuje się barokiem, ktoś uczy się pięciu języków obcych, ktoś namiętnie czyta Kołakowskiego. Uczestnicy etapu centralnego z mojego okręgu (olimpiadę organizuje Komitet Główny w Warszawie oraz Komitety Okręgowe, znajdujące się np. w Gdańsku, Krakowie, Białymstoku i tak dalej. Komitet Okręgowy przeprowadza etapy szkolne i okręgowe w swoim okręgu. Tyle słowa ,,okręg" w jednym zdaniu) są świetnymi ludźmi, z niesamowitymi pasjami, ale też dużym poczuciem humoru, luzem i dystansem, i cieszę się, że mogłam spędzić z nimi te kilka dni w Warszawie. Niesamowici są też uczestnicy spoza Polski, bo tacy także biorą udział w olimpiadzie - pochodzą z Litwy, Białorusi, Ukrainy, Francji. To nie zawsze są osoby polskiego pochodzenia. Jedna z dziewczyn opowiadała mi o poznanej Ukraince, która od dwóch lat, sama z siebie, uczy się naszego języka, żeby studiować w Polsce. Od dwóch lat. I jest w stanie czytać i pisać o Kochanowskim albo Norwidzie. Czapki z głów. Ja z kolei miałam okazję krótko rozmawiać z dziewczyną z Francji, która opowiadała nam, że ich grupa jedzie na zwiedzanie Warszawy. Niesamowicie podekscytowana, podzieliła się z nami nadzieją, że zobaczy bodajże kamienicę Wokulskiego. ,,No wiecie, z Lalki!".

Potrzebowałam jakiegoś miesiąca, żeby po tym wszystkim ochłonąć - bo pewnie, ekscytacja, radość, fascynujące lektury, ale to były także dni, tygodnie, miesiące ciężkiej pracy, stresu i pośpiechu (bo centralny za dwa dni, a ja mam dwa opracowania do przerobienia i jestem w połowie ,,Zbrodni i kary", juhu). Ale warto było. Bo to naprawdę cenne i świetne doświadczenie.

I oto jestem.

Poza tym miałam też garść innych doświadczeń. Obejrzałam sporo naprawdę dobrych filmów i podejrzewam, że długo nie wytrzymam i o nich napiszę. Mam okazję uczestniczyć w pewnym dość sporym i inspirującym projekcie. Byłam w Lublinie. Zebrałam się na odwagę i mimo początkowych wątpliwości, pojechałam na pięciodniowy wyjazd na żagle - spędziłam pięć dni na łódce z ośmioma innymi osobami, pływając po Mazurach. To był mój pierwszy raz i cholibka, co za przeżycie. Na początku byłam trochę przerażona, bo wszyscy wykrzykiwali jakieś obce słowa (,,prawy szot foka luz!", ,,luzuj lazy jacki!", ,,topenanta w górę!") i nie wiedziałam co się dzieje, ale po podpatrywaniu i wypytywaniu orientowałam się już w miarę w żargonie i komendach. Czwartego dnia nawet sterowałam i chociaż trochę płynęliśmy zygzakiem, to później nawet jakoś szło - a przeżycie jest niesamowite. Kierujesz całą łódką, obserwujesz kierunek wiatru i sytuację na jeziorze, rozwiane włosy wpadają ci do ust, wokół szarozielona woda. Nawet, kiedy jest się niepewnym i niedoświadczonym sternikiem - poczucie wolności, otwartego horyzontu, niezależności jest niemal upajające. Generalnie żeglowanie wydaje mi się właśnie takim połączeniem zachłyśnięcia się tym uczuciem z ciągłym analizowaniem sytuacji i skupieniem. Pływaliśmy po mazurskich jeziorach, sami sobie gotowaliśmy, wieczorami siadaliśmy przy ognisku rozpalonym w porcie i śpiewaliśmy z innymi łódkami. A jeszcze parę dni po wyjeździe ku własnemu zdziwieniu odkryłam, że jakoś dziwnie brakuje mi tego bujania.

W ramach szkolnego wyjazdu miałam też okazję być na maratonie teatralnym w Europejskim Ośrodku Praktyk Teatralnych w Gardzienicach i powiem tylko: jedźcie do Gardzienic. Występują tylko parę razy w roku i naprawdę, naprawdę jest to wyjątkowe wydarzenie. Widziałam dwa spektakle, ,,Ifigenię w A..." oraz ,,Wesele". Aż trudno ubrać mi moje odczucia w słowa - obie te sztuki, ale dla mnie osobiście szczególnie ,,Ifigenia..." , były tak ogromnym przeżyciem, tak elektryzującym, poruszającym i hipnotyzującym, że cały wieczór dochodziłam do siebie. A gdy później poszłam do ,,klasycznego" teatru, nie byłam w stanie powstrzymać rozczarowania i poczucia pustki. Ośrodek w Gardzienicach powstał w latach siedemdziesiątych, w ramach swoistej ,,ucieczki od cywilizacji". Aktorzy wymieniali się doświadczeniami z miejscową ludnością, w zamian za występy prosili o dzielenie się pamiętanymi z dzieciństwa pieśniami, tańcami, opowieściami. Jest to więc typ teatru eksperymentalnego, a od dwóch dekad skupia się na powrocie do samych korzeni teatru - aż do starożytnej Grecji. Niewiele osób wie, że antyczne sztuki opierały się w ogromnej mierze na śpiewie i tańcu - współczesne, mówione adaptacje często więc mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Aktorzy w Gardzienicach rekonstruują grecką muzykę, odtwarzają taniec na bazie greckich waz, bawią się dysonansami, które tak ukochali sobie starożytni, ich sztuki są wypełnione hipnotyzującym, niezwykłym śpiewem i tańcem. Język ciała jest integralną częścią sztuki, aktor odgrywa nim równoległą do wyrażanej werbalnie historii. Gra aktorska to zresztą majstersztyk, zarówno od strony technicznej (ta dykcja, te wokale, te ruchy!), jak i przede wszystkim emocjonalnej. To eksplorowanie bogactwa ludzkich uczuć, dramatów, tragedii, kobiecości, męskości, macierzyństwa, miłości, ojcostwa, szaleństwa jest porywające. Każdy odbiera te sztuki inaczej, ale jedno jest pewne - ładunek emocjonalny jest ogromny. Ciarki utrzymują się długo po spektaklu, człowiek jest kompletnie oszołomiony i zelektryzowany. Sztuki są stosunkowo krótkie, energetyczne, rozśpiewane, hipnotyzujące, wyraziste, dziwaczne, a zarazem poruszają uniwersalne, głęboko ludzkie kwestie. Zarówno starogrecka, bazująca na dramacie Eurypidesa ,,Ifigenia w A...", jak i  polskie, kolorowe ,,Wesele" wywołują silne emocje. Trudno mi opisać te spektakle, to naprawdę trzeba zobaczyć. Więc jeżeli będziecie mieli możliwość czy okazję - jedźcie koniecznie.

Co do planów - teraz, kiedy wypadłam z wiru olimpiady, wyjazdów i poolimpiadowych zaległości, może w końcu uda mi się opublikować posta, którego piszę od kilku miesięcy. Miałam go opublikować w lutym. W lutym.
Pozostawiam więc tę dozę niepewności i zakańczam Tomem Rosenthalem (od jakiegoś czasu słucham go pasjami, polecam bardzo bardzo).
Do miłego!


 




Zdjęcie: unsplash

11 komentarzy:

  1. Gratulacje, to wielki sukces! Mam w takim razie do czynienia z olbrzymim talentem literackim.
    Moja dusza pochodzi zdecydowanie ze średniowiecza, nie lubię epok od schyłku XVII w. aż po... dzisiaj. Starożytność akceptuję, ale gdybym miała sobie wybrać temat, na pewno plasowałabym się swoimi zainteresowania w latach XII-XIV wieku – mojego ulubionego czasu.

    Przyznam jednak, że "Lalką" Prusa byłam oczarowana i na pewno jeszcze do tej lektury wrócę. W szkole napisałam opowiadanie na tej podstawie. Miejscem akcji był sklep z galanterią. Dostałam za tamtą pracę wyróżnienie, mimo iż to nie był żaden konkurs tylko zwykła praca domowa.
    Bo – jak sama piszesz – gdy do czegoś podchodzimy z pasją, gdy coś nam się podoba – odnosimy w tym sukcesy.

    Pływałam po jeziorze. Ciągnęłam szoty XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ♥
      To ja mam chyba trochę odwrotnie, to znaczy, średniowiecze też mnie ciekawi, ale moje ulubione epoki to zdecydowanie te od XVIII do XX wieku.
      O kurczę, to super! Dokładnie, ja naprawdę wierzę w to, że jeśli wkładamy w coś dużo serca, to to przekłada się na efekty.

      Usuń
  2. niech żyje żargon żeglarski (żżż!)! GAFELGAJA - czy może być cudowniejsze słowo (poznałam je podczas swojej nieoczekiwanej morskiej wyprawy na pokładzie trójmasztowej barkentyny #prawdziwahistoria)? ale topenanta też trzyma poziom.
    tutaj czas na kolejne capslockowe słowo na G: GARDZIENICE
    strasznie się cieszę, że tak ci się podobają, to jest faktycznie doświadczenie które totalnie należy przeżyć (a dali wam pierogi?)
    i jeszcze raz gratuluję olimpiady <3 i pozdrawiam dziko
    B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie cudne słowo! Tego akurat wcześniej nie słyszałam. GAFELGAJA!
      Chyba nigdy nie zapomnę własnego osłupienia, kiedy pierwszy raz wypływaliśmy z portu i reszta mojej załogi, każdy z jakimś, choćby małym doświadczeniem w pływaniu, zaczęła wykrzykiwać coś o jakichś topenantach. Ale żargon żeglarski to magia, teraz mogę chwalić się, że go znam! (powiedzmy)
      Nie dali nam pierogów :(
      Dziękuję ♥ Pozdrawiam dziko również!

      Usuń
  3. Zawsze warto próbować :D
    Ja tak sobie poszłam na maturę z wosu i biologii, bo co mi szkodziło xD

    OdpowiedzUsuń
  4. Ooo dziewczyno, to faktycznie się działo :O Nieobecność w pełni usprawiedliwiona!
    Tak wspaniale piszesz o swoich przygotowaniach do olimpiady i kolejnych etapach, że z przyjemności przeczytałabym Twoje prace którym poświeciłaś tyle czasu i pasji :)

    Dostojewski, Woolf, Dickinson - tak bardzo moje klimaty <3

    Nadrabiaj szybko ten post z lutego!

    OdpowiedzUsuń
  5. Serdecznie gratuluję...
    Masz talent
    Może uderz w dziennikarstwo?
    Pozdrawiam\\

    https://londynsrondyn.blogspot.com/

    https://zolza73.blogspot.com/?zx=fe6198f2e2e9e469

    OdpowiedzUsuń
  6. Ojeeej w tym tygodniu przesłuchałam tej piosenki z tysiąc razy, jest przecudowna, dziękuję <3
    Gratuluję jeszcze raz laureata! Jestem pełna podziwu dla ciebie, to wymagało od ciebie mnóstwo pracy.
    To super, że mogłaś pójść na taki oryginalny spektakl. Teatr to chyba obecnie najbardziej niedoceniana forma sztuki.
    Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów! kotołaczka02

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa, cieszę się ♥ Tom Rosenthal jest świetny.
      Dziękuję bardzo. Wiesz co, wydaje mi się, że teatr wbrew pozorom jest coraz bardziej doceniany. I rozwija się w bardzo ciekawych kierunkach - teatry eksperymentalne, plenerowe, bawiące się formą i miejscem i docierające nie tylko do dużych miast, plus ogromny wzrost popularności musicali, których fandom jest naprawdę rozbudowany. 'Theatre community' w internetach jest dość mocno widoczna. Na pewno jednak nie jest to tak popularna forma jak kiedyś i rzeczywiście trochę odeszła w cień.
      Dziękuję, nawzajem ♥

      Usuń
  7. Można powiedzieć, że już wakacje. Plany?

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak chodzi o mnie to ja całe wakacje spędzę nad morzem.

    OdpowiedzUsuń