niedziela, 5 listopada 2017

Rozmaitości #6: Kulturalny misz masz

Chociaż pogoda za oknem bywa smutna jak frekwencja na tym blogu i chociaż nawał pracy powoduje, że czasem muszę sprawdzać w słowniku, co oznacza ,,odpoczynek" (zjawisko bardzo rzadkie w moim życiu ostatnimi czasy), przy obmyślaniu posta (pierwszego od trzech tygodni, jest źle) okazało się, że prowadzę całkiem bujne życie kulturalne.



Otóż ostatnio zauważyłam, że dokonałam kilku fantastycznych odkryć. A jako że słynę z przeżywania tworów sztuki i kultury oraz napadów dzikiego entuzjazmu, którym koniecznie muszę się dzielić, przy takim nagromadzeniu dobrych rzeczy post był rzeczą nieuniknioną. 
Zapraszam na kolejne rozmaitości!


Open House Gdańsk


Open House Worldwide to międzynarodowy festiwal architektury, w którym biorą udział miasta z całego świata - od Londynu, przez Bilbao, Jerozolimę, Chicago i Buenos Aires, aż do rodzimej Gdyni i w tym roku, po raz pierwszy, Gdańska. Rzecz polega na tym, że przez czterdzieści osiem godzin wydarzenia można za darmo zwiedzać ciekawe architektonicznie obiekty. Zabytkowe budynki, nowoczesne siedziby firm i instytucji, muzea, kościoły, domy kultury, kawiarnie, pracownie malarskie i rzeźbiarskie, prywatne mieszkania należące do designerów czy artystów, albo po prostu wyróżniające się ciekawym projektem. Słowem, inspirujące wnętrza, rozwiązania i historie, a wszystko przesiąknięte miłością do sztuki, designu i architektury. Jak bardzo, miałam okazję się przekonać.
W jednym z dni festiwalu robiłam bowiem za wolontariuszkę i razem ze znajomymi oprowadzałam zwiedzających po jednym z obiektów. Nie miałam okazji zwiedzić, czy choćby zobaczyć innych lokalizacji, czego trochę żałuję, ale w samym wydarzeniu brałam udział i polecam serdecznie, bo inicjatywa rzeczywiście szalenie inspirująca. 
Pierwszy raz uczestniczyłam w wolontariacie na jakimś festiwalu i doświadczenie będę wspominać na pewno miło. Miałam okazję dowiedzieć się czegoś o historii Gdańska (która sama w sobie jest niesamowicie ciekawe) i stałam się właściwie ekspertem od dziejów budynku, po którym oprowadzałam. Ze znajomymi wspólnie opowiadaliśmy o obiekcie, między kolejnymi grupami swobodnie gadając i żartując. Dostałam torbę i koszulkę z logo festiwalu, plus szpanerską smycz i plakietkę z napisem ,,Team". Pełen profesjonalizm. O tak.
Łącznie oprowadziłam jakieś trzynaście osób (w niewielkich grupkach) w trzy godziny. Wszyscy byli autentycznie zainteresowani, uważnie słuchali, zadawali szczegółowe pytania, na niektóre nawet nie byłam w stanie odpowiedzieć. Odkryłam, jak wielu jest pasjonatów architektury i historii, którzy z zapartym tchem słuchają o tym, co było w danym budynku dwieście lat temu i wydają romantyczne westchnienia na widok zabytkowych drzwi. Niektórzy zwiedzający z podziwem macali ściany, fotografowali cegły i byli absolutnie zachwyceni starymi oknami, czając się z aparatem, aby uchwycić je jak najlepiej. Wzbudziło to moją fascynację (bo taki entuzjazm wobec ścian czy schodów jest mi obcy), ale też ogromną sympatię (bo ludzie z pasją to fantastyczni ludzie).
Dlatego jeśli ktoś zapyta, czy warto wolontariuszować, to warto. Serio, warto. 
Plakietka ,,Team" to nie byle co w końcu. 

,,Piknik pod Wiszącą Skałą"


Parę miesięcy temu wytworzył mi się ambitny plan oglądania klasyków kina i generalnie poszerzania filmowych horyzontów, tym bardziej, że ja do zobaczenia jednego filmu zbieram się przez kilka miesięcy (jeszcze nie widziałam ,,Kochanków z księżyca" i ,,Imperium kontraatakuje", a od jakiegoś roku ,,planuję") i mam zaległości. Dlatego w trakcie choroby, osłabiona i sama w domu, włączyłam sobie ,,Piknik pod Wiszącą Skałą", jedną z pozycji z ciągnącej się listy ,,do obejrzenia". I była to jedna z lepszych moich decyzji ostatnimi czasy.
Akcja filmu rozgrywa się w Australii, mamy rok 1900, dzień św. Walentego. Grupka uczennic z pensji jedzie na piknik pod Wiszącą Skałę - ogromny górski masyw, który stanowi lokalną atrakcję. Atmosfera jest leniwa, dziewczęta w białych sukienkach kryją się pod parasolkami, słońce prześwituje przez drzewa. Wokół urokliwa, dzika australijska przyroda. Kilka uczennic na chwilę opuszcza piknikujące towarzystwo, aby wybrać się na spacer. Wraca tylko jedna. Reszta, razem z jedną z nauczycielek, znika bez śladu.
,,Piknik pod Wiszącą Skałą" to arcydzieło. Przepiękne, niemal malarskie kadry, fantastyczne ujęcia australijskiej przyrody i przede wszystkim klimat - senny, oniryczny, duszny, niepokojący, magiczny. Mimo że akcja płynie wolno, wręcz ospale, całość podszyta jest niepokojem, czymś mrocznym. Z jednej strony mamy sztywne konwenanse, pruderyjność i obyczajowość końca wieku, z drugiej dziką australijską przyrodę, pierwotną, przyciągającą, hipnotyzującą. Z jednej niewinną, delikatną dziewczęcość, niemal celebrowaną w kadrach, zwłaszcza w pierwszych scenach, z drugiej tłamszone emocje, pragnienia, namiętności, mrok kryjący się pod gładkimi manierami i dyscypliną szkoły dla panien. Do tego film można interpretować na wiele sposobów; jest cudownie nieoczywisty, a po napisach końcowych zostaje się z ogromnym mętlikiem w głowie i zupełną dezorientacją. Jak po przebudzeniu z wyrazistego, niepokojącego, ale zarazem jakże pięknego snu.


BØRNS 



 It's making my heart beat so fast
In my mind, you're the angel on the painted glass
Looking for high, divine, connection
I'm a lover, in need of confession

Let me satisfy your soul
Not a saint but do I have to be?
Baby, you're my holy ghost
And I need you close, come back to me

Bardzo świeże odkrycie, bo o ile chyba najsłynniejszy utwór ,,Electric Love" znałam wcześniej, to dopiero przedwczoraj wylądowałam na YouTubie słuchając całego dorobku fantastycznego BØRNSA i nie mogąc wyjść z zachwytu. To amerykański wokalista i songwriter, a jego muzyka jest absolutnie fantastyczna. BØRNS, a właściwie Garrett Borns, to androgyniczna uroda i głos w połączeniu z ekscentrycznym stylem, fascynującą estetyką i przede wszystkim niesamowitą muzyką. Jego fantastyczny głos urzeka, a utwory swobodnie lawirują między alternatywą, indie, elektroniką, rockiem, popem, w tle słychać nawet inspiracje bluesem (?) i generalnie starszymi dźwiękami (a przynajmniej ja je słyszę). BØRNS jest cudownie ekscentryczny, dziwaczny, oryginalny, inspirujący i szczerze mówiąc jestem absolutnie zakochana. 
Powyżej trochę bardziej kameralny i chyba mój ulubiony, a na pewno jeden z najlepszych ,,Holy Ghost". Poza wzmiankowanym świetnym ,,Electric Love" polecam też bardzo ,,Faded Heart" i ,,Sweet Dreams".


,,Uczta Babette i inne opowieści o przeznaczeniu" Karen Blixen


Tomik znaleziony w nieprzebytym bogactwie biblioteczki rodziców. Karen Blixen znana jest przede wszystkim z ,,Pożegnania z Afryką", ale ja poznałam ją właśnie dzięki ,,Uczcie Babette" i innym opowiadaniom zebranym w tym małym zbiorze. Zgodnie z tytułem tematem przewodnim jest los, przeznaczenie, ujmowane w różny sposób i w różnych kontekstach. Opowieści rozgrywają się w rozmaitych czasach i sceneriach - od surowych krajobrazów północy Norwegii, przez cudownie zielone łąki, po których spaceruje młoda para, aż do egzotycznego Kantonu czy Bliskiego Wschodu. 
Te opowiadania to takie małe perełki. Karen Blixen jest mistrzynią krótkich form, które w jej wydaniu są wyrafinowane, wysmakowane, wyraziste, a zarazem niesamowicie subtelne i delikatne. Urzeka język, który jest niewiarygodnie plastyczny i wysublimowany, a zarazem prosty i przejrzysty. Blixen za pomocą oszczędnych słów maluje całe obrazy - ba, nie tyle obrazy, ile całe światy, pełne kolorów, dźwięków, zapachów, które niemal się czuje. Czasem aż zatrzymywałam się i czytałam po parę razy jedno zdanie, zachwycając się, ile treści można zawrzeć w tak niewielkiej ilości słów. Te opowiadania to misterne konstrukcje ze słów, małe cudeńka zachwycające stylem, mocno baśniowe i zakończone wyrazistymi puentami.
Jak to w zbiorach opowiadań, bywa nierówno - najmniej podobała mi się ,,Nieśmiertelna opowieść", trochę ciągnęła mi się ,,Burza" (chociaż urzekło mnie zakończenie), za to moimi faworytami są tytułowa ,,Uczta Babette" i ,,Pierścień" - absolutne perełki. 


AURORA



The gun is gone and so am I 
And here I go

Aurora to młoda wokalistka z Bergen w Norwegii (gdzie pada przez większość roku), a zarazem posiadaczka magicznego, hipnotyzującego głosu. Jej utwory, które kocham miłością ogromną, są mocno liryczne, podszyte jakimś swoistą niesamowitością, z poetyckimi tekstami i czymś, co ściska za gardło. Mam ciarki za każdym razem, kiedy słucham ,,Murder Song". Za. Każdym. Razem.
Elektronika kontrastuje z delikatnym, wysokim głosem, a każda piosenka to absolutne cudo - zaczarowane, hipnotyzujące, niepokojące. Sama Aurora, podobnie jak BØRNS, jest cudownie ekscentryczna, ale w inny sposób - wydaje się taka chłodna, eteryczna, jakby z innego świata. 
Poza akustyczną wersją ,,Murder Song" odsyłam też do ,,Runaway", ,,Running with the wolves", ,,Warrior", covera ,,Believer" i generalnie wszystkiego. 





Zdaję sobie sprawę z posuchy na blogu i przepraszam za tak ubogą liczbę postów oraz tak duże odstępy między nimi. Mam ostatnio tak intensywny okres, a kalendarz tak zapisany kolejnymi zadaniami, sprawdzianami, kartkówkami, wydarzeniami, pracami do napisania (nie mam ani jednego luźnego tygodnia, to aż trochę przerażające), że trudno mi znaleźć chwilę dla siebie. Próbuję gospodarować lepiej czasem i mam nadzieję, że na blogu wkrótce pojawi się coś ciekawego. Myślałam nawet o zrealizowaniu tutaj pewnego bardziej rozwiniętego projektu, swego rodzaju cyklu postów, ale nie chcę zapeszać czy zapowiadać czegoś, co może nie dojść do skutku.
Tym bardziej, że na ten czas moim zdecydowanym priorytetem jest twórczość literacka - na tym chcę się skupić, na to chcę poświęcić najwięcej czasu i energii. W żadnym wypadku nie porzucam bloga, aczkolwiek posty mogą (i najpewniej będą) pojawiać się trochę rzadziej. Chciałabym wstawiać rzeczy dopracowane i niosące ze sobą jakąś treść, a to wymaga odrobiny więcej czasu.
Na pewno chciałabym napisać jeszcze o filmie ,,Twój Vincent", który nie zmieścił się w tym poście, więc możliwe, że niebawem się tu pojawi. Stej tjund!

 

Zdjęcie: kaboompics

7 komentarzy:

  1. Kiedyś słynęłam z wszędobylskości. Wydarzenia kulturowe to był mój drugi dom. Od egzotycznych wystaw prowadzonych przez ekscentryków (mamy takie w Łodzi), po kino, muzea, teatr plenerowy i koncerty.
    Od kiedy wyemigrowałam z Polski - susza pani! I smuteczek, bo tęsknię bardzo za tym.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chciałam się wybrać na Open House Gdańsk. Ale co? No co. Byłam w pracy. Studia, praca, studia, praca, praca, praca, sprzątanie w domu. Nie jest mi dane ostatnio robić nic poza tym. Chociaż w tym miesiącu mam wyjście do filharmonii, więc mały progres jest.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatnio na geografii oglądaliśmy filmik o parze, która zajmowała się fotografowaniem chmur i z czułością nazywali każdy rodzaj chmur. Niektórych pasjonują cegły, innych zjawiska atmosferyczne :D
    W ogóle Open Hause wydaje się być strasznie ciekawy i chętnie wpadłabym, gdyby nie fakt, że mieszkam po drugiej stronie Polski. W Katowicach (a tym bardziej mojej mieścinie) niestety czegoś takiego nie ma.
    "Piknik pod Wiszącą Skałą" mam w planach przeczytać. Dowiedziałam się o nim z filmiku na temat niewyjaśnionych, tajemniczych zniknięć. Cała historia wydaje się być niesamowita, bardzo tajemnicza. Ciekawe, jak wszystko rozwiązałoby się, gdyby coś takiego zdarzył się w dzisiejszych czasach (wydaje mi się, że była to historia napisana na faktach, czyż nie?).
    Uwielbiam Aurorę (może pisałam kiedyś o niej u siebie). Kocham jej wokal, jej styl, to jak poprzez wygląd wyraża swoją artystyczną duszę. Wydaje się być taka krucha, niepozorna, a tu takie rzeczy tworzy! Cały czas przymierzam się, aby kupić jej płytę.
    Eee tam, u mnie jest posucha totalna, a ogrodnika z konewką jak nie było, tak nie widać go na horyzoncie. W sumie to mogłabym czytać nawet o tym, jak opisujesz wyścig ślimaków (proszę państwa, te emocje!) lub schnięcie farby na ścianie, i byłabym zachwycona, ale wiem, jak to jest - człowiek chce, aby wszystko było jak najbardziej wartościowe i dopracowane.
    Muszę zobaczyć, czy gdziekolwiek jeszcze leci "Mój Vincent" (na pewno nie w moim mieście), ale chyba nie uda mi się na niego pójść do kina, bo przez weekend wybieram się na jakieś tam wydarzenie poetyckie :) W każdym razie trzymam kciuki za nawał pracy, ażebyś się spod niego wygrzebała i objawiła nam swoje prace literackie w świetle chwały i przy akompaniamencie epickiej muzyki.
    Pozdrawiam i przepraszam za wszelkie błędy ortograficzne, interpunkcyjne i logiczne!
    Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, to z chmurami jest serio urocze ♥ Ludzie z pasją, tacy pozytywnie zakręceni, są najlepsi!
      Myślę, że festiwal może w przyszłości rozprzestrzenić się również na inne miasta Polski i kto wie, może w Katowicach także się odbędzie?
      No właśnie nie na faktach :D Wbrew powszechnej opinii, całość powstała w wyobraźni autorki, to nie jest prawdziwa historia, chociaż teraz to prawie legenda. Zresztą nawet podstawowe fakty się nie zgadzają - w książce 14 lutego 1900 roku przypada w sobotę, w rzeczywistości była to środa.
      Historia rzeczywiście jest niesamowita, zabarwiona niepokojem i czymś nadprzyrodzonym. Ciekawe, jak rozegrałaby się w dzisiejszych czasach, tym bardziej, że pruderyjność i sztywna obyczajowość końca wieku była dość istotna w filmie - ale myślę, że można by przenieść tę opowieść również na nasz grunt dwudziestego pierwszego wieku, chociaż i kontekst by się zmienił, i postacie, i w ogóle mnóstwo elementów ;)
      Samej powieści zresztą nie czytałam, na razie mam za sobą tylko film, ale za oryginał także planuję się zabrać :)
      Aurora jest cudowna! Dokładnie, wydaje się krucha i delikatna, a ma tak potężny głos, tworzy tak głęboko i pięknie!
      Ha, ha, dziękuję ♥ Bardzo mi miło, że ktoś byłby w stanie czytać nawet post o wyścigu ślimaków :D
      Nie wiem, czy jeszcze leci, ale jeżeli tak i jeśli trafi Ci się okazja, to idź koniecznie - to jeden z najbardziej magicznych i robiących wrażenie filmów, jakie widziałam ostatnio, serio. Tym bardziej, że ja generalnie uwielbiam malarstwo Van Gogha, więc ,,Twój Vincent" był dla mnie podwójnym zachwytem ♥
      Dziękuję ślicznie, mam nadzieję, że w końcu się wygrzebię (chociaż na razie nie mam na to widoków, niestety!).
      Pozdrawiam również!

      Usuń
    2. Ojej, Twoj Vincent ! Napiszesz cos wiecej o wrazeniach z seansu?

      Usuń
    3. Bardzo możliwe, nie wiem wprawdzie, kiedy, ale na pewno chciałabym napisać coś więcej, bo to genialny film ♥

      Usuń
  4. BORNSa znam, bo kolega ze 2 lata temu katował jego piosenki :D

    OdpowiedzUsuń