niedziela, 15 października 2017

Wiem, że nic nie wiem

W liceum, które ostatecznie wybrałam, matematyka i angielski prowadzone są w grupach zaawansowania.



Tak się złożyło, że w obu przypadkach wrzucono mnie na wysokie szczeble i nagle okazało się, że jestem jedyną osobą z humana na matematyce rozszerzonej (istnieją trzy grupy rozszerzone, dwie podstawowe). W  sumie wciąż do końca nie wiem, co tam robię i zadaję sobie to pytanie na każdej lekcji, ale no cóż, jestem. Na razie*.

Prawdą jest jednak, że trochę przeczę stereotypowi humana, który ucieka przed matematyką, bo chociaż geometria to zło, a bryły przestrzenne to już w ogóle, w trakcie gimnazjum z zaskoczeniem odkryłam, że... ta matma wcale nie jest taka zła. Ogromny udział miała w tym moja matematyczka, dzięki której udało mi się bardzo dobrze napisać egzamin i polubić ten onieśmielający przedmiot. Ze zdumieniem zauważyłam, że chociaż matematyki najprawdopodobniej nie pokocham nigdy, to jest to naprawdę ciekawe, wręcz fascynujące i na pewno rozwijające. A osiągnięcie logicznego rozwiązania wysoce satysfakcjonujące.
I tak oto wylądowałam na rozszerzeniu, w sali z liczą pi i stożkami na plakatach. Skład: biol-chemy, mat-geo, no i ja.  W mojej burzliwej relacji z matematyką zawsze był jednak jeden problem - zadania idą mi nieźle, ale wolno. Na liczenie i zrozumienie potrzebuję zdecydowanie więcej czasu. Sumiennie zapisuję cyferki, powoli dochodzę do rozwiązania, osiągam wynik, cieszę się jak głupia. Muszę mieć zadanie przed oczami. Muszę dojść do wszystkiego we własnym tempie. Szybko okazało się, że o ile w miarę sobie radzę i utrzymuję stabilną czwórkę, moja grupa mknie jak szalona. Wchodzi trudny temat, oni płyną dalej, a ja zostaję za burtą, krzycząc ,,halo!". Efekt potęguje fakt, że siedzę między dwoma zdolnymi dziewczynami, ich długopisy śmigają po papierze, a ja gapię się na tablicę i czuję, jak mózg mi paruje. Aż się śmieję sama z siebie trochę.

W pamięć wbiła mi się jedna sytuacja. Robiliśmy zadanie, nauczycielka zadała pytanie. Zapadła wymowna cisza, a ja tymczasem ze zmarszczonymi brwiami wpatrywałam się w jakieś tajemnicze zaklęcia, które widniały na tablicy w poprzednim podpunkcie. Podniosłam rękę. Pani z szerokim uśmiechem wskazała na mnie, jakby szczęśliwa, że znam odpowiedź. Aż pożałowałam, że nie znam.
- Yyy - zaczęłam ambitnie. - Ale... tam... w poprzednim podpunkcie... co... tam się zadziało?
Nauczycielka, zawsze zresztą wspierająca, szybko powróciła do poprzedniego podpunktu. I wtedy stał się cud. Okazało się, że reszta grupy też niekoniecznie wie, ,,co tam się zadziało".
Ale tylko ja przyznałam, że nie rozumiem.

Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Tym bardziej, kiedy usłyszałam jakiś czas temu zdanie ,,ja się boję pytać na lekcji". Tym bardziej, kiedy na zajęciach z filozofii przerabialiśmy Sokratesa. Tym bardziej, kiedy zauważyłam, jak sama czasem analizuję, czy zapytać, czy nie spowalniać grupy, czy nie wyjdę na idiotkę. Okazuje się, że bardzo boimy się pokazania słabości, przyznania, że nie rozumiemy, zadania pytania. Wstydzimy się tego. Wolimy już spuścić głowę, postawić przy zadaniu znak zapytania i przerobić wszystko w domu.

Boimy się nie wiedzieć.

Kiedyś sama byłam typem osoby, która kiwa głową, że tak, no przecież, wszystko jasne, podczas gdy tak naprawdę musiałam przerabiać temat w domu jeszcze raz, bo nie miałam bladego pojęcia, co się dzieje na lekcji. Liceum trochę to zmieniło - zarówno na matematyce, jak i na angielskim, gdzie zanim ja zdążę pomyśleć, loża wyszkolonych w słownictwie do CAE mechanicznym chórem mówi jakieś kosmiczne słowo, pytam. Zbieram się na odwagę i podnoszę rękę. Proszę o powtórzenie, wrócenie do poprzedniego tematu, wytłumaczenie zagadnienia, bo wychodzę z założenia, że po to w sali stoi nauczyciel - żeby czegoś nas nauczyć. Czasem nie jest łatwo. Czasem naprawdę nie jest łatwo być jedynym ,,nie" w tłumie pewnych siebie ,,taaak!". Czasem nie jest łatwo przyznać ,,nie rozumiem", narazić się na krzywe spojrzenia i przewracanie oczami rozumiejących. Mamy gdzieś zakodowane, mamy jakieś koszmarne przekonanie, że nie należy okazywać słabości i niewiedzy, bo nas wyśmieją. 

Niektórzy bowiem mają chyba trochę wypaczone pojęcie szkoły. Szkoły jako miejsca, do którego przychodzi się wiedzieć, a nie się czegoś nauczyć. Miejsca, w którym popisuje się wiedzą, a nie ją zdobywa. Dlatego nie pytają, potulnie spuszczają głowy, kiedy próbują czegoś pierwszy raz, tłumaczą się, czemu źle poszło, mają wyrzuty sumienia. 

Ignorancja nie jest dobra. Swego rodzaju chwalenie się ignorancją i brak pokory tym bardziej. To też częste zjawisko - nie wiem, nie chcę wiedzieć, nie będę wiedzieć i w ogóle foch, to wszystko bez sensu! Pytanie tylko, z czego to wynika? Z lenistwa? A może z pewnej reakcji obronnej na własne kompleksy?

Nie jest wstydem nie wiedzieć, powtarza się w internetach i słusznie się powtarza.
Wstydem jest nie chcieć się dowiedzieć.

Wiem, że nic nie wiem, powiedział sprzeczający się z sofistami Sokrates. Bo rozumiał, że mądrość to nie wiedza.
Mądrość to świadomość tego, czego nie wiemy.

Nie znam się na mnóstwie rzeczy. Moje poglądy wciąż się kształtują. Nie rozumiem pewnych zjawisk i zagadnień. Ale wiecie co? Człowiek uczy się przez całe życie. Nigdy nie przestaje zadawać pytań, poszerzać wiedzy, zdobywać doświadczeń, choćby błahych. 
Tak, nie wiem bardzo wielu rzeczy.

Ale czy to nie ekscytujące, ile zostało do odkrycia?






Zdjęcie: unsplash
*szczerze mówiąc, zastanawiam się nad przejściem do niższej grupy, ale wydaje mi się, że na rozszerzeniu chyba zostanę


Przy okazji - za tydzień w Gdańsku odbywa się festiwal Open House i na dwa dni otwierają się budynki z ciekawą architekturą lub designem, niektóre normalnie niedostępne - instytucje, kawiarnie, pracownie malarskie, muzea, prywatne mieszkania. Wszystko za darmo. W jednym z obiektów robię jako wolontariusz i oprowadzam, więc ten, polecam serdecznie. #kazalimipropomowaćtopromuję

13 komentarzy:

  1. O, miałam bardzo podobne przygody z matematyką. Zawsze byłam osoba, która potrzebuje do niej maksymalnego skupienia i własnego tempa, więc uchodziłam za niezdolną, a do tego jeszcze humanistka! Jednak wiele typów zadań, a zwłaszcza równania i figury przestrzenne bardzo lubiłam. Obliczanie delty stosuję jako środek uspokajający na studiach, kiedy otaczające mnie morze literatury robi się zbyt niestabilne :D W każdym razie zawsze byłam ta osobą, która w końcu pyta, co się zadziało dwie linijki wcześniej, bo nie zrozumiałam. A wokół zawsze syk i dźwięki wkurzenia, bo co się pytam, co się dowiaduje, idź na korepetycję jak nie rozumiesz. Z pewną satysfakcją zdałam potem dobrze maturę, a wielu ludzi, którzy złościli się na mnie, zdała średnio albo wcale. Niestety, w społeczności uczniowskiej w ogóle odzywanie się jest traktowane źle. Denerwowało ich moje pytanie, kiedy nie rozumiałam, i denerwowały odpowiedzi, kiedy miałam akurat coś do powiedzenia. Denerwowało ich wszystko, co wychodziło poza normę spokojnego ucznia, odzywającego się głośno jak nauczyciel już wyjdzie a pretensje zgłaszającego nigdy w twarz, tylko zawsze za plecami.
    Chciałabym napisać, że nie studiach jest lepiej, ale nie jest. Tu po prostu większości rzeczy się nie tłumaczy, i siedząc na sali z dwustoma osobami nie masz nawet jak zbytnio zapytać. Za to jest taki wspaniały czas jak dyżury profesorów - godzina, w czasie której możesz wpaść do gabinetu danego profesora i poprosić o wytłumaczenie absolutnie wszystkiego. Bez towarzystwa wkurzającej klasy, w swoim tempie. A jak trafisz na fajnego profesora, to może jeszcze dostaniesz ciacho (chociaż zapewne wiekowe :D bo tylko studenci mają odwagę je jeść.) Odsetek ludzi, którzy naprawdę chcą się czegoś nauczyć też wydaje się być trochę większy, chociaż bez szaleństw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! To, że potrzebuję więcej czasu niż skupienia, nie oznacza, że nie umiem ;) Matematyka rzeczywiście jest taka... stabilna, cudownie logiczna.
      U mnie na szczęście nie jest aż tak źle - trafiłam na raczej fajną grupę, nie ma irytowania się, czy potępienia za odzywanie się. Podobnie jest zresztą w klasie - na niektórych lekcjach sporo dyskutujemy, więc odzywanie się nie jest postrzegane jako coś złego. Również sposób prowadzenia zajęć na matematyce sprzyja uczniom o różnym tempie - pani podaje większą ilość zadań i ci, którzy mkną, robią je dalej, a maruderzy jak ja mogą zostać trochę z tyłu. Więc chociaż tyle, że nie ma tej złości ze strony uczniów.
      No tak, jak jest dwieście osób, to ciężko :D Ale fajna sprawa z tymi dyżurami.

      Usuń
  2. Ja miałem z matematyką w sumie bardzo podobną sytuację: w pierwszej liceum byłem na podstawie i była dla mnie za łatwa, nudziłem się, więc zapisałem się na rozszerzenie, które z kolei było zbyt trudne i zostawałem w tyle...
    Twoja sytuacja przypomina mi jednak najbardziej obecny okres studencki. Tutaj wiele jest taki przypadków, że czegoś się nie rozumie i pędzi dalej z materiałem. Nikt nawet nie pyta, bo w gruncie rzeczy nikt nie chce tego zrozumieć. Weźmy taką immunologię - prowadząca była beznadziejna, nikt nie rozumiał ani słowa z jej paplaniny, ale też nikt nie śmiał zapytać, bo przecież po co? U nas bardzo wiele jest tego typu sytuacji, lecz niestety większość spowodowana profesorem, który nie ma daru do nauczania innych...
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, mam dokładnie to samo - podstawa za łatwa, rozszerzenie za trudne :')
      To prawda, często to również wina nauczyciela/wykładowcy, który nie umie przekazać wiedzy. Na niektórych przedmiotach czasem nawet nie próbowałam pytać, bo nauczyciel tłumaczył w tak dziwny sposób, że i tak niczego bym nie zrozumiała. ,,W gruncie rzeczy nikt nie chce tego zrozumieć" - no właśnie, często ludzie nawet nie mają ochoty czegokolwiek przyswoić. Poza tym to chyba jedna z wielu ułomności naszego systemu - nie chodzi o zrozumienie, nauczenie się czegokolwiek, tylko o gonitwę z materiałem, wysiedzenie na lekcji/wykładzie i zdanie egzaminu, żeby statystyki się zgadzały. Może jestem zbyt surowa, tym bardziej, że w mojej szkole akurat jest bardzo fajnie, ale jak patrzę na cały ten system egzaminów, które liczą się najbardziej, na zadania, w których tak naprawdę trzeba trafić w klucz, a nie wykazać się kreatywnością i samodzielnym, logicznym myśleniem... wydaje mi się, że w tym wszystkim zaginął pierwotny sens poznawania świata, zachęcenia do nauki oraz zdobywania wiedzy.
      Pozdrawiam również!

      Usuń
  3. Poruszasz bardzo ważny temat. Sama uważałam się od gimnazjum za humanistkę, ale matematyka raczej nie sprawiała mi nigdy trudności (pomijając kilka wybranych tematów). Największy problem miałam z fizyką. W gimnazjum nie mieliśmy nauczyciela raz chyba przez pół roku, potem dwa razy nam go zmieniali i ogólnie stanęło na tym, że nigdy nie nadrobiłam tych gimnazjalnych braków i w liceum leżałam. Pamiętam tę irytację, kiedy patrzyłam jak koledzy rozwiązują kolejne zadania przy tablicy, a ja potrafiłam nadrobić ocenę tylko wykuwając definicje na pamięć. Nie wiem czy kiedyś powiedziałam na głos, że czegoś nie rozumiem. Może na chemii udało mi się to przyznać. Też wolałam przeczekać stresującą lekcję i posiedzieć w domu nad zadaniami. Często chyba pytałam kolegów z klasy na przerwach i prosiłam o pomoc. Najgorzej było przyznać się przed nauczycielem.
    Dlatego lubiłam przedmioty humanistyczne. Tam zawsze łatwiej rozmawiać, dyskutować. Trzeba się czegoś nauczyć, nie zawsze trzeba 'rozumieć'. To głupie w naszym szkolnictwie. Na zrozumienie matematyki mamy 45 minut dziennie. A na polskim najważniejsze na sprawdzianie jest, żebyś zapamiętał kolor kurtki sąsiadki brata matki głównego bohatera, co będzie dowodem na to, że przeczytałeś lekturę. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, fizyka. Moja największa zmora z gimnazjum... tylko moje problemy wynikały ze zwykłego niezrozumienia sposobu tłumaczenia nauczyciela. Też bałam się zapytać. Niektórzy nauczyciele onieśmielają. Na szczęście są też tacy, którzy cierpliwie tłumaczą i odpowiadają na pytania.
      Ja w ogóle jestem zadeklarowaną humanistką, prawdziwym humanem z powołania ♥ I u mnie akurat omawianie lektur opierało się głównie na dyskusji, ale tak, też wiem, jak to jest z tymi pytaniami o najdrobniejsze szczegóły. Z jednej strony rozumiem, że trudno sprawdzić, kto naprawdę przeczytał, z drugiej... w jaki sposób to ma zachęcić kogokolwiek do czytania? Polski nie polega na zapamiętywaniu koloru kurtki i zawsze irytowało mnie takie podejście na zasadzie ,,nie pamiętasz? Czyli nie czytałeś!".

      Usuń
  4. Oj, akurat mi ten post był potrzebny.
    Z matmą akurat nie mam problemu i nie wstydzę się pytać, zresztą ja osobiście lubię ją szalenie (znaczy nie umiem, ale lubię) - ale za to los mnie pstryknął w nos i wsadził do grupy B2 z niemieckiego. Nagle. Niemieckiego uczyłam się przez trzy lata w podstawówce, by następnie w pierwszej klasie gimnazjum porzucić go na rzecz francuskiego, co poskutkowało tym, że pod koniec roku ostatecznie ani w jednym, ani w drugim języku nie umiałam wydusić słowa (pani romanistka była bardzo miła i wyglądała jak John Lennon, ale to chyba koniec jej przymiotów, bowiem uczyć nie umiała, a jeśli umiała, to się z tym nie ujawniała skromnie). Dwa ostatnie lata gimnazjum spędziłam więc dzielnie i wiernie w grupie początkującej z niemieckiego i prawdopodobnie skończyłam swoją edukację w dziedzinie tego języka na poziomie maksymalnie A2.
    Cóż, niezły skok.
    Mam w grupie osoby z klas dwujęzycznych albo takie, które mieszkały sobie w Austrii przez kilka lat. Właściwie często nie mam pojęcia, o co w ogóle pyta mnie nauczyciel, który po prostu prześlizguje się jak na łyżwach wyścigówkach po skomplikowanych niemieckich wyrazach, które słyszę po raz pierwszy. Obiektywnie - jestem najgorsza w tej grupie i wszyscy to wiemy. Więc muszę pytać. I robię to - ale zawsze jest we mnie lęk. Nie o to, że zostanę podle wyśmiana, ale o to, że zwyczajnie spowalniam grupę, która by może chciała się rozwijać, a ja ich opóźniam na każdym kroku. Ale z drugiej strony mogą mi sami tłumaczyć te słówka po niemiecku i w ten sposób ćwiczyć (prawda? Prawda...?! Nie no, będzie dobrze, ogólnie mocno mnie bawi ta sytuacja i w sumie czuję się z nią całkiem dobrze, nawet jeśli nic nie ogarniam).
    No i przede wszystkim - to poczucie, że nic nie wiem, towarzyszy mi teraz bardzo mocno jeśli chodzi o obycie w kulturze i znajomość właściwie podstawowych dzieł. I świata w ogóle. Mam wokół siebie masę istot-erudytów pełnych wiedzy i doświadczenia i zajarania tym wszystkim (sztuką znaczy i kulturą w ogóle), a ja z tych trzech rzeczy mam tylko tę ostatnią. No i tu także musiałam się mocno przemóc. Żeby się nie smucić tym, że niczego nie ogarniam, niczego nie czytałam, nie widziałam, nie słuchałam, nie pamiętam. I żeby zrozumieć, że bardziej nawet od pokaźnej i imponującej wiedzy liczy się niezłomna chęć jej zdobywania.
    No to ja mam tę chęć.
    Polu, pozdrawiam Cię bardzo bardzo serdecznie i dziko, życzę powodzenia z matmą i angielskim i wszystkim innym też, przepraszam za wyemancypowane przecinki (no nie mogę ich tak przecież na uwięzi trzymać podle), zazdroszczę zajęć z filozofii i kłaniam się w pas,
    B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ,,Nie umiem, ale lubię" - to kwintesencja mojej relacji z matematyką :D Podobnie jak z wuefem. Nie umiem grać w siatkówkę, ale lubię, a jak uda mi się zaserwować za siatkę, to cieszę się jak głupia.
      Nie wiem czemu, ale absolutnie urzekł mnie fragment o pani romanistce o aparycji Johna Lennona - czytam go sobie po raz dziesiąty i nie mogę przestać chichotać ♥
      Dokładnie, ja też boję się właśnie tego spowalniania grupy, ale kurczę, no. Nie można się bać! Może oni też się czegoś nauczą. A może ta osoba, co ze znużeniem mówi ,,idźmy dalej!", w rzeczywistości też nie za bardzo wie, co się dzieje, ale woli sobie wszystko przerobić w domu, zamiast pytać i wysuwać się przed szereg? Różnie bywa.
      Ja też mam głównie samo tylko zajaranie, ale wiesz co? To chyba starczy. Właśnie ta niezłomna chęć zdobywania wiedzy, poznawania. Też znam to uczucie, kiedy ktoś jest elokwentny i obyty, a Ty na każdy rzucony tytuł mamroczesz ,,mmm, nie znam" i zapisujesz je sobie po cichu w zeszyciku.
      Ale dla mnie to również motywacja, żeby nieustająco poszukiwać i czerpać inspirację oraz wiedzę ze wszystkich dostępnych źródeł. Jestem tak głodna wiedzy, tak ciekawa świata, to wszystko jest takie fascynujące i ekscytujące! Życie jest nieustającym odkrywaniem i to mnie napawa absolutnym zachwytem.
      Pozdrawiam najserdeczniej, powodzenia z niemieckim, miłego roku szkolnego i kłaniam się nisko!

      Usuń
  5. Przypomniała mi się pierwsza lekcja biologii w liceum. Nic kompletnie nie rozumiałam, aż nagle po zajęciach zrozumiałam, że nie jestem sama. Trochę mi to zajeło, zanim zaczęłam mówić, czego nie rozumiem, no ale w końcu człowiek uczy się całe życie. Uczy się też, ze warto pytać nauczycieli i rozwiać wszelkie wątpliwości. Z matematyki pani nas sama zachęcała, abyśmy pytali o zadania, których nie rozumiemy i w końcu zaczęłam sama dopytywać o zadania, których nie rozumiem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Szkoła przede wszystkim, (poza wiedzą ogólną w nauczaniu początkowym), powinna dalej iść zgodnie z ukierunkowaniem i predyspozycjami danego ucznia. Dlatego powstały licea profilowane, ale to nadal nie to. Bo jeżeli jesteś humanem i nie masz za grosz smykałki do matmy czy fizyki, to powinni skupić się na Twoim uwarunkowaniu i wszczepić w Ciebie jak największą wiedzę z dziedziny, w której jesteś dobra, abyś mogła być lepszą i najlepszą.

    Dla mnie ocena końcowa na koniec każdego roku była krzywdząca, bo średnia pochodziła ze wszystkich przedmiotów, natomiast z moich mocnych stron, przedmioty były na wysokich szczeblach. Reszta mnie nie interesowała, nie potrafiłam w tym odnaleźć przyjemności i zaniżała tragicznie moją średnią.

    Dobrze, że Ty potrafiłaś zobaczyć coś miłego z matematyce. Tyle Twojego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak najbardziej jestem za profilowaniem i tym, aby rozwijać indywidualne predyspozycje każdego ucznia! Z drugiej strony jednak nie można się ograniczać - na przykład jak dla mnie humanista to osoba, która powinna mieć szerokie zainteresowania i horyzonty, czerpać z różnych dziedzin. Istnieją takie stereotypy, że jak jesteś humanem, to na pewno jesteś słaby z matmy, jak jesteś na mat-fizie, to po co Ci polski, na pewno nie lubisz czytać. Chodzi mi o to, żeby rozwijać predyspozycje ucznia, nawet jeśli ma on szerokie i pozornie zbieżne zainteresowania. Kolega na przykład jest na humanistycznym, a rozszerza biologię (chce być architektem krajobrazu) - szkoła nie robiła problemu.
      Jasne, trzeba mieć wiedzę ogólną, ale też nie można wymagać, aby być świetnym ze wszystkiego. A od wielu uczniów tego właśnie się wymaga, zamiast skupić się na ich zdolnościach i poprowadzić ich w pasjonującym ich kierunku.
      Matematyka naprawdę potrafi być bardzo ciekawa :) Niektóre rozwiązania napawają mnie szczerym zdumieniem i zachwytem, bo to wszystko jest tak genialnie logiczne, kto to tak pięknie wymyślił? Można w niej też odnaleźć elementy humanistyczne. Sporo ma wspólnego z filozofią, no a gramatyka to w ogóle jest bardzo matematyczna ;)

      Usuń
  7. Human na matmie?
    Pozdrawiam ~ były human z klasy, która była wyjątkowo tępa z tego przedmiotu. Na początku tylko było łatwo. Podziwiam więc Ciebie za wytrwałość. Ważne, że we własnym tempie potrafisz dokonać i dokończyć działania.

    Ten strach przed pytaniami powodują głównie nieodpowiedni nauczyciele. Niektórzy z nich (albo raczej większość) nie jest zdolna do wykonywania swojej pracy w pełni etatu. Potępiają uczniów za nic, wchodzą im na głowę powodując nawet depresję. Generalnie to jest powodem tych obaw o usłyszenie podniesionego głosu- krzyku, wstawienia najgorzej z możliwych ocen czy innego sposobu skarcenia. Nie rozumieją oni bowiem niewiedzy, są przesyceni swoją (nie)doskonałością. Uczniowie łatwego zadania nie mają, ale pozostają jeszcze na świecie nauczyciele będący w stanie udowodnić swój zakres umiejętności dotyczący nauczanego przedmiotu. To też zależy od szkoły. Naprawdę czasami to niesamowicie trudne, żeby zdobyć się na odwagę i zapytać.

    Jakie mądre słowa na końcu. Chcę to zapamiętać.

    OdpowiedzUsuń
  8. poznawanie, to fascynujący proces.
    życzę ich jak najwięcej.
    gdyby wszystko było w życiu wiadomym, takie życie stałoby się nudą i utrapieniem - karą za doskonałość.

    OdpowiedzUsuń