sobota, 9 stycznia 2016

Trymon disapproves, czyli o ekranizacjach

Dzisiaj będzie temat specjalny. Taki, który dzieli ludzi. Wzbudza wielkie emocje i kontrowersje wśród książkowych maniaków, a w moim przypadku jest przyczyną albo zachwytów, albo wielu facepalmów, czyli...
Ekranizacje książek i odwieczny konflikt filmu i literatury! 
(jakaś muzyka czy efektowny odgłos by się przydał w tym miejscu, ale z racji ograniczeń słowa pisanego i mojego braku umiejętności, obawiam się, że musimy użyć wyobraźni. Osobiście sugeruję ,,tan tan taaan...", ten motyw jest nieśmiertelny!)

Nie wiem, czy zauważyliście, ale ostatnio panuje swego rodzaju moda na filmowe adaptacje powieści, zwłaszcza tych młodzieżowych. Z tych stosunkowo nowych: ,,Igrzyska śmierci", ,,Percy Jackson i bogowie olimpijscy" (ekhem), ,,Niezgodna", ,,Gwiazd naszych wina", ,,Papierowe miasta", ,,Miasto kości" ,,Czerwień rubinu" i tak dalej. O Harrym Potterze i ,,Zmierzchu" już nie wspominam, wszyscy kojarzą, nawet jeśli nie oglądali. W kolejce do ekranizacji czekają ,,Talon", ,,Eleonora i Park", ,,Fałszywy książę", ,,Czas żniw", ,,W śnieżną noc", ,,Szklany tron" i wiele, wiele innych książek... nie ma co, dużo tego. Naprawdę, zaczyna się tworzyć jakiś trend.
Ogólnie zacna sprawa, literatura może stać się bardziej popularna, zwłaszcza wśród młodych ludzi. Ale przy tych ekranizacjach często pojawia się ale, najczęściej wymawiane przez wybrednych fanów. Bowiem bardzo często taka adaptacja jest niezwykle, hm... swobodna. A czasem to w ogóle z pierwowzorem łączy ją tylko tytuł.  
                                                                                                                                                                Umówmy się: film, nawet bardzo wierny, zawsze różni się od powieści, w wielu przypadkach też jest od niej gorszy (nie zawsze, no, nie zawsze, wiem). W gruncie rzeczy, logiczne. Trudno oddać utwór literacki na ekranie. Zwłaszcza, że często siłą książki jest jej styl, język. Na przykład ,,Kolor magii" Terry'ego Pratchetta- film wcale nie był taki najgorszy, wręcz przeciwnie, naprawdę niezły, ale gdy zabrakło niesamowitego sposobu pisania sir Terry'ego oraz jego humoru, niezbyt udolnie próbowanego przenieść do ekranizacji, cała historia straciła.  Do tego w filmie czasem trzeba wyciąć niektóre wątki, zrezygnować z wielu elementów, a to z powodu budżetu, a to czasu ekranowego, a to ograniczeń X muzy. No bywa. Zresztą czasem usunięcie danych motywów wychodzi produkcji na dobre.

Ale właśnie... wycinanie wątków i w ogóle wierność oryginałowi. Ha. Z tym to naprawdę jest różnie.
Twórcy filmowi nie muszą (czasem chciałoby się rzec: niestety) kurczowo trzymać się pierwowzoru. No nie muszą, chyba że autor ma duży wpływ na scenariusz i w ogóle adaptację. Takie ich prawo. Jednak moim zdaniem nie warto mieć oryginału w miejscu gdzie plecy swą nazwę szlachetną tracą. Wiadomo, ze względu na czytelników i spragnionych krwi fanów oraz oczywiście autora, ale także po prostu... historia często niesamowicie traci na tym ignorowaniu książki. Nie dość, że brak szacunku do pierwowzoru, to jeszcze wychodzi niezbyt udany twór, który źle się ogląda. No i po co to? 
 
Antagonista ,,Koloru magii" też jest zdegustowany. Trymon disapproves!

Ten przykład musiał się tu pojawić. No po prostu musiał.
,,Percy Jackson i bogowie olimpijscy"- ,,Złodziej pioruna" oraz ,,Morze potworów" na podstawie książek Ricka Riordana.
Taaaak.
*westchnięcie pełne potępienia*
Wiecie, że  uwielbiam tę serię, głównie ze względu na niewiarygodny sentyment, który do niej mam. Dlatego też tak bardzo cierpię z powodu niewiernej ekranizacji, chociaż to ją zobaczyłam przed przeczytaniem powieści. 
Wiecie co? Czasem sobie wyobrażam twórców przy kubkach kawy i mówiących z pobłażaniem: ,,No, no, historia ma potencjał, ale zlejemy fabułę i w ogóle całość, bo wszystko możemy napisać lepiej".
Nie zrobili tego lepiej.
Film nie był tragiczny, przynajmniej pierwsza część. Naprawdę. Dobrzy aktorzy (Uma Thurman jako Meduza, czy Pierce Brosnan jako Chejron fajnie wypadli, a Logan Lerman jako Percy był całkiem sympatyczny), nawet ładne efekty, wszystko niby okej, ale moim zdaniem jeszcze bardziej by zyskał, gdyby pozostał wierny książce. Intryga (w książce nieźle zbudowana) jest dramatycznie płytka, idea Obozu Herosów potraktowana po macoszemu, fabuła zupełnie inna, cały świetny pomysł na bogów w XXI wieku oraz ich cechy- radośnie zignorowane, a wybitnie nieskomplikowane i mdłe postacie odbiegają od oryginałów i są od nich starsze o jakieś pięć lat. No dobra, rozumiem, dwunastolatki nie są takie cool jak siedemnastolatki, do kogo damska publika będzie wzdychać na sali kinowej, okej, amerykańskie myślenie, co poradzę. Ale w końcu ,,Harry Potter i kamień filozoficzny" zrobił furorę. A bohaterowie byli dziećmi. Można? Można. 
Twórcy postanowili jednak ciągnąć tę farsę i brnąć w zaparte. Powstało ,,Morze potworów", w których uznano, że trzeba się trochę zrehabilitować i troszkę motywów z książki dodać (szybkie przefarbowanie głównej bohaterki, bo ups, ona chyba jednak miała blond włosy; wciśnięcie niezłego Dionizosa oraz tragicznej wyroczni), jednak całość... zupełne przekształcenie fabuły bynajmniej nie wyszło twórcom na dobre. ,,Złodzieja pioruna" oglądało się przyjemnie, owszem, strasznie odbiegał od oryginału, ale wyłączając to, oglądało się bez frustracji, taki odmóżdżacz po prostu. Z kolei kontynuacja... pomimo kilku niezłych wątków, niektóre efekty specjalne i pomysły fabularne przyprawiały mnie o atak facepalmów. A zakończenie i Kronos... nie. Po prostu nie. Nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej.

 
Tak, Percy, ja też jestem przerażona.

A tak przy okazji, polscy twórcy również postanowili spróbować swych sił w ekranizacji młodzieżówki i wzięli na warsztat ,,Felixa, Neta i Nikę oraz Teoretycznie Możliwą Katastrofę". Ekhem.
...
No dobra, będę szczera: nie obejrzałam tego w całości. Nie wytrwałam. Może potem było lepiej, nie wiem. W każdym razie fragmenty, które widziałam, skutecznie mnie odstraszyły. Słabe efekty specjalne, drewniana gra aktorska, dialogi rażąco toporne. Polskie kino fantasy i science-fiction w ogóle jest na raczej niskim poziomie, ale to... to naprawdę było słabe. Atak facepalmów po raz kolejny. Proszę o odszkodowanie, moja głowa jest cenna!
  
Miało być dobrze, wyszło jak zwykle. Bohaterowie też są załamani.

Żeby nie było, że tylko smędzę: są naprawdę udane ekranizacje. ,,Gwiazd naszych wina", ,,Igrzyska śmierci", czy też, z klasyki, miniserial ,,Duma i uprzedzenie". Niesamowicie udane pozycje, nie tylko jako adaptacje książki, ale też oddzielne filmy. Więc nie jest źle, naprawdę. Bardzo liczę na ekranizację ,,Fałszywego księcia", jednak wolę się nie nastawiać...

Z innej beczki- często widzę pod recenzjami chociażby filmowych ,,Igrzysk śmierci" (notabene bardzo dobrych) komentarze typu: ,,Z przykrością stwierdzam, że recenzent nie przeczytał książki...", a pod nimi odpowiedzi z cyklu: ,,To sezonowcy, ich nie ogarniesz".
Uwaga, teraz nastąpi szokująca wiadomość:
Recenzent filmu nie musi czytać książki.
Bum!
Ale serio, jak jest recenzja filmowa, no to... no to ocenia się film. Film jako samodzielną całość, a nie literacki pierwowzór. Recenzent nie musi porównywać adaptacji do książki, jeśli jego tekst tego nie dotyczy. Widz przychodzi do kina i liczy na dobrą rozrywkę. A jak obejrzany twór mu jej nie zapewnia i jest beznadziejny, to niewielkie znaczenie ma to, że ,,w książce zostało to przedstawione lepiej!". Może i tak, ale film jest odrębnym dziełem i powinien bronić się sam, przynajmniej moim zdaniem.

A co Wy o tym myślicie? 

Pozdrawiam ciepło (a przyda się, bo na dworze zimno),
P.

14 komentarzy:

  1. Dobry temat!
    Sugerujesz tą muzykę z wytwórni 20th Century? Bo ona mi się z tym nie kojarzy.
    O tak, zauważyłam to. Inaczej się raczej nie da. Jednak nie oglądam większości tytułów.
    Tak samo wiele ludzi z mojego otoczenia czyta książki. Mnie akurat nie ciagnie do tego.
    Dobrze zauważyłaś, że te w porównaniu do filmów sporo się różnią.
    Koloru magii nie oglądałam i nie kojarzę, szczerze mówiąc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję bardzo:D
      Miałam na myśli akurat takie pełne dramatyzmu ,,tan tan taaan" (vel dun dun duuun). Coś jak tu: https://www.youtube.com/watch?v=cphNpqKpKc4
      Ale rzeczywiście, może się różnie skojarzyć:)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Mam tyle myśli w głowie, że nie wiem od czego zacząć! Nawet nie wiesz jak wielkie emocje wzbudził we mnie ten temat. Można byłoby długo pisać!
    Nie mogę się niestety wypowiedzieć się na temat większości z wymienionych przez ciebie filmów, bo niestety nie oglądałam wszystkich. Natomiast zgadzam się z Tobą na temat ekranizacji "Gwiazd naszych wina".Też uważam, że jest bardzo dobra. Co prawda przyznam, że Augustus mógłby być nieco bardziej urodziwy, ale poza tym nie mam więcej zastrzeżeń ;)
    Jednak najbardziej podobały mi się "Papierowe miasta" . Wiem, że wielu osobom bardziej podobała się książka niż film, zwłaszcza zakończenie. Ja jednak uważam zupełnie inaczej. Książka mnie nie powaliła. Była dobra, ale w niektórych momentach naprawdę dziwna. Zwłaszcza zakończenie. Natomiast uważam, że film był świetny. Mimo, że odbiegał znacznie od książki, wszystkie zmienione wątki wyszły, według mnie na dobre. Wraz z zakończeniem. Najbardziej podobał mi się cytat, który na końcu filmu brzmiał znacznie lepiej niż w książce.
    Tak, chyba napisałam już wszystko co miałam napisać na temat postu.
    A od siebie chciałam przeprosić za zniknięcie z blogosfery. Wiem, nie komentowałam już bardzo długo, ale mam nadzieję, że choć trochę mnie pamiętasz z bloga Świat oczami nastolatki. To tak tylko, żebyś wiedziała kim jestem :)
    Pozdrawiam serdecznie!
    Z

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że Cię pamiętam i nawet nie wiesz, jak cieszę się, że Cię tu widzę:D
      Ha, ha, cieszę się, że udało mi się wzbudzić emocje:D ,,Papierowych miast" nie oglądałam, więc nie mogę się wypowiedzieć. Mi akurat Augustus pasował, może i nie był specjalnie urodziwy, ale grał naprawdę nieźle;)
      Pozdrawiam również!

      Usuń
  3. Mmm baardzo rzadko ogladam cokolwiek, jakos tak nie mam czasu, ale czasami jak juz ogladam i patrze na te niektore ekranizacje ksiazek to jestem przerazona. Przykładowo jak zepsuli dary aniola(oby serial byl lepszy) albo akademie wampirow.. Dla mnie te filmy wygladaja jak jakies chore parodie ksiazek, jakby tworcy sie nad nimi pastwili i z nich wysmiewali:o a igrzyska smierci jako filmy sa genialne uwielbiam prawie tak samo jak pierwowzory ;) natomiast ekranizacja gwiazd naszych wina nie przekonala mnie do konca a aktorzy grajacy Hazel i Gusa to juz wgl mi nie pasowali. Nic a nic. A parcy'ego nie ogladalam wiec sie nie wypowiem czytalam tylko 1 czesc ale to nie jest historia dla mnie , ja po prostu nie przepadam za mitologia w literaturze (tak jak za historia w szkole;)). wydaje mi sie ze tak duzo powstaje teraz ekranizacji ksiazek dlatego ze tworcom po prostu skonczyly sie pomysly na filmy wiec próbują wykorzystac cos co juz zostalo napisane przez kogos innego ;p

    OdpowiedzUsuń
  4. O, post o ekranizacjach, jak fajnie!
    Też często zastanawiam się nad tym tematem. Tyle się ostatnio pojawiło ekranizacji młodzieżowych książek, że hoho! Wydaje mi się, że, nie licząc Pottera ofc, zaczęło o od Igrzysk i potem wszyscy filmowcy się osmielili. I powstały te wszystkie Niezgodne, Intruzy itp. Kurczę, no jakoś niespecjalnie przepadam za tym rodzajem i książek, i filmów. Może za starą się robię...? :'))
    Kocham Cię za ostatni akapit i za to zdanie szczególnie:
    "Recenzent filmu nie musi czytać książki".

    No nareszcie ktoś uważa tak samo jak ja! Krew mnie zalewa, jak czytam te komentarze na filmwebie "hejtują ci, co nie czytali książki" albo "najpierw przeczytaj książkę, a potem się wypowiadaj". Aghrrrr. Książka to książka, a film to film. Nawet jeśli jest ekranizacją, to nadal pozodtaje PRZEDE WSZYSTKIM filmem. Mam nadzieję, że kiedyś ludzie to zrozumieją (dzięki Tobie na przykład ;)).
    A jak słyszę/widzę słowo "sezonowiec", to mam ochotę zafundować jego autorowi wycieczkę gdzieś daleko, na Syberię na przykład. Pieszo. Na resztę życia. O.
    No dobra, przestaję się już bulwersować.
    W każdym razie świetny tekst, podpisuje się pod nim rękami i nogami. :D
    Pozdrawiam,
    terpsychorka
    PS A propos, hm, nieudanych (łagodne okreslenie) ekranizacji: nie mam pojęcia, dlaczego ktoś postanowił aż tak bardzo zmasakrować Eragona. :c Oby kiedyś powstał remake, oby!

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedyś zaczęłam czytać oglądać PJ, ale nie dobrnęłam nawet do połowy filmu. Podobno nawet sam Riordan nadal nie obejrzał go w ogóle :D
    W FNiN jeszcze jakaś tragedia pod względem efektów specjalnych. Myślałam, że będzie gorzej. Bałam się, że wsadzą di filmu gumowego smoka czy coś w tym stylu. Dobiło mnie to, jak bardzo fabuła została spłycona. Te wszystkie wątki, które pokochałam w książce, nie pojawiły się w filmie...
    Scenarzyści chyba już nie mają pomysłów, bo coraz częściej sięgają po książki i oklepane schematy (co jest dosyć widoczne przy sequelach... auć, właśnie mi się przypomniało "Przebudzenie mocy" :( ).
    Dla mnie definicja sezonowa jest zupełnie inna...
    Pozdrawiam
    Tutti

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam szanowną Panią! Dzisiaj nie męczymy, nie zasypujemy bezsensownymi zdaniami, nie karzemy niczego liczyć (liczba "aj" była poprawna! dziękuję za cierpliwość! ^^), lecz wdajemy się w dyskusję, drążymy tematy tak zacnie przez Panią poruszone, jednym słowem... no dobrze, Polu (z Gdańska), już piszę! :)
    Wstęp był jak najbardziej słuszny - ach, ach, pewnie teraz niejeden mól książkowy gryzie z podirytowania skrzydełko, myśląc sobie ", ja zaś spokojnie okupuję stare jak świat krzesełko i wyznaję z pełną szczerością "prawdę rzekła"! :D Jeśli chodzi o ekranizację mam bardzo podobne zdanie, również byłam zniesmaczona Percym i tak jak Ty zaczęłam od filmu. brrr... większego zniechęcacza nie mogło być! Bo jak mogli pozbyć się tych wspaniałych wątków? Wykroić z fabuły Aresa i Afrodytę (moi ulubieńcy, nie ma co!). Przecież pan Rick tak fajnie wplótł mitologię, no nic, cóż poradzić!
    Zdaniem o błyskawicznym przefarbowaniu podbiłaś moje serducho. Ach ta ironia i szyderstwo... xD
    W ogóle zaskoczyła mnie jedna z Twoich myśli, w sumie nigdy się nad tym nie zastanawiałam - "Recenzent filmu nie musi czytać książki". Przecież to święta prawda! Prawda, która przyszła niespodziewanie od Poli, prosto z Gdańska!
    A co do "FNiN". Jak ja się na tą ekranizacją zawiodłam, pardon, adaptacją! Podekscytowana wykupiłam bilet do kina (wiedz, że przeczytałam całą serię mimo iż chyba z niej wyrastam, trudno! Sentyment jest!) , a tu było coś zupełnie innego od pierwowzoru! Nie wiem co to było, phi! Makabra! W jaki sposób przedstawiony wątek Niki! Aj, aj... zawiodłam się, oj, zawiodłam.
    Za to... jestem zachwycona filmikiem jaki wstawiłaś! Uwielbiam tego człowieka, a teraz uwielbiam go jeszcze bardziej! On jest taki pozytywny, taki, no, fajny, kochany i oryginalny! Sympatyczny... Normalnie jak pan Wiśniewski! ^^
    Cieszę się, że już piszesz, bo, przyznam się, od kilku dni wchodzę sobie na Twój kącik i wyczekuję nowej notki ;)

    Pozdrawiam cieplutko (ostatnio mgliście!)
    PS. Polu, bardzo bardzo dziękuję Ci za Twój przezacny komentarz! Myślę, że mnie przeceniasz i naprawdę jestem zaszczycona, że raczysz moje twory takim entuzjazmem! To jest niesamowite i niepojęte! Ach, jak by to fajnie było być artystą literackim i farbianym, marzenie, marzenie! ^^ W ogóle zauważyłam, że proponujesz współpracę literacką! Na czymże by to miało polegać? Zaczęłam roztaczać wizję dwunarracyjnego opowiadania z tak zacnym człekiem ;D I na sam koniuszek - swoją brew potrafię podnieść, ale nie tak, jak robi to Ironia, oj nie! :D No, trzymaj się!
    PS2. Boję się ekranizacji "Fałszywego księcia". Nie mogą tego zmaścić, no, nie mogą!

    OdpowiedzUsuń
  7. No ja pisałam swój post na ten temat, więc nie będę tu tego powtarzać, bo jak kogoś obchodzi co mam na ten temat do powiedzenia (czyli mało osób) to może zajrzeć, a jak nie (czyli dużo osób) to i tak nie przeczyta komentarza.

    OdpowiedzUsuń
  8. Och, zacny temat, droga Polu, temat, na który można się wypowiadać szeroko i z wielką pasją (Ty zresztą wypowiedziałaś się bardzo zgrabnie i elegancko).
    Na samym początku chciałabym rzec: Koralina. Film lepszy od książki - nie drastycznie jakoś, ale jednak, o dziwo, zachowuje lepszy klimat. Polecam, Bukwa. (Rodziciel podsuwa "Ojca chrzestnego", aczkolwiek tutaj już nie skomentuję ze względu na braki w kulturalnym obyciu, czyt. nie oglądałam i jakoś nie mam większej ochoty. Bukwa taka niezależna, taka mroczna, taka o!).
    Ach, ekranizacja PJ... Koszmar. Istny koszmar. Wiek bohaterów, Kronos od siedmiu boleści, właściwie, jak raczyłaś zresztą zauważyć, całkowite zlanie fabuły. Ale przynajmniej nie zdążyli skazić Nica ani Leo, uff.
    Też nie potrafiłam przebrnąć przez FNiN, film wydał mi się po prostu nudny, za to na "Pułapkę nieśmiertelności" poluję zajadle i wytrwale :P
    Recenzent książki czytać rzeczywiście nie musi, choć posunęłabym się do tezy, że mimo wszystko powinien, dla zasady i własnego świętego spokoju, znać literacki pierwowzór (przynajmniej jeśli chodzi o książki młodzieżowe, bo z drugiej strony adaptacje klasyki zazwyczaj są raczej wiernie i właściwie same stanowią tę klasykę *mądrość*). Tak po prostu jest uprzejmiej, no i wiadomo, należy błyskać elokwencją ile się da :D W sumie to było bardzo ciekawe spostrzeżenie, nadawałoby się na jakąś debatę czy co.
    Na koniec chciałam tylko rzec, że Twój post był napisany świetnie, i płynnie, i z iskrą, i z obrazkami, i tak Polowo (ech... łóżka polowe... przepraszam :'D Wybacz!), no po prostu aż miło się robi ^^
    Chwała!
    B.
    PS "Jednak moim zdaniem nie warto mieć oryginał w, ekhem, miejscu gdzie plecy swą nazwę szlachetną tracą" -> rośnie nam, jak widzę młody dyplomata :D <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja ogólnie nigdy nie miałam w zwyczaju porównywać ekranizacji do książki, bo jakoś automatycznie odbierałam film jako zupełnie odrębne dzieło :D Ale zgadzam się, niektóre filmy są całkowicie zawalone, nawet nie tyle, że nie trzymają się książki ale same w sobie jako film są po prostu katastrofą :P Przyznam, że kiedyś oglądałam kawałek jakiejś części "Felix, Net i Nika" i muszę przyznać ci rację, yhh tyle co widziałam wystarczyło bym nie oglądała tego więcej.
    Ale w moim przypadku jakbym miała porównywać to nie zawsze książka jest lepsza, na przykład Hobbita bardzo lubię oglądać, a przez książkę jakoś nie przebrnęłam :/

    OdpowiedzUsuń
  10. Hm, u mnie z ekranizacjami książek jest różnie. "Percym..." z początku byłam nieco zawiedziona, nie podobał mi się Logan Lerman w roli tytułowej i bardzo mnie zezłościło, że Annabeth jest szatynką... ale potem stwierdziłam, że to nie taki zły film, tylko... no, inny niżbym ja chciała. Z drugą częścią było gorzej, a zakończenie... nie, szkoda słów.
    Zgadzam się z tobą również w sprawie "Igrzysk". Całkiem zacnie zrobiona ekranizacja, tylko ostatnia część mi się nie bardzo spodobała.
    A ekranizacji "Fałszywego księcia" nie mogę się doczekać:)

    Pozdro i do zobaczenia w szkole:)))

    OdpowiedzUsuń
  11. Powracam w wielkim stylu!
    ...ta. Chciałoby się.
    Polu, tak strasznie mi głupio! :< Od tej pory postaram się komentować regularnie, obiecuję! Może stanie się to kolejnym z moich postanowień noworocznych? W każdym razie, spróbuję komentować jeszcze tego samego dnia, w którym przeczytam post!
    Nie oglądałam ani nie czytałam "Koloru magii", a powinnam się w końcu zabrać za dzieła Mistrza! Jak na razie to przeczytałam tylko dwa :<
    A i "Felixa, Neta i Niki" też nie przeczytałam. Czytałam pierwszą część, ale jakoś mi nie podeszła i na tym skończyła się moja przygoda z tym cyklem.
    Ekhem... nawet nie będę sobie nadwyrężać palców i napiszę tylko, że ekranizacja "Percy'ego..." to dno i kilogram mułu.
    Ja też nie rozumiem tego podziału na sezonowców i jedynych, wiernych fanów, którzy przeczytali książkę, wszystkie dodatki do serii i wpisy autora na Twitterze. Pomińmy fakt, że zazwyczaj książka jest i tak lepsza od ekranizacji - film jest dziełem reżysera, jego własną interpretacją powieści i według niego niektóre wątki można spokojnie pominąć, żeby lepiej przedstawić inne.
    Poza tym, to już dawno uznałam, że lepiej nie oglądać adaptacji filmowych książki. Nie było przypadku, w którym nie wyłączałabym filmu niezadowolona, bo fryzura głównej bohaterki nie taka, a moja ulubiona scena została pominięta, to znowu nie było najlepszego cytatu. Chociaż później, kiedy widzę zwiastun, to i tak jestem szalenie ciekawa, jak ta historia będzie wyglądać na wielkim ekranie.
    Ja natomiast bardzo obawiam się, jak zostanie zrobiona "Eleonora&Park". Jak znam życie, to zniknie cała niesamowitość tej historii i powstanie jakaś łzawe romansidło.
    I jeszcze jedno: naprawdę dopiero w zeszłym roku odkryłaś fenomen folii bąbelkowej? Nawet nie wiesz, co straciłaś! :D
    I, o! Grasz w Quizowanie! Jakbyś chciała ze mną kiedyś pograć, to nazywam się Nitka02.
    Pozdrawiam i życzę samych wspaniałych ekranizacji do oglądania! kotołaczka02

    OdpowiedzUsuń
  12. Pełna zgoda, że recenzent (filmu) nie musi przeczytać książki, ale daje mu to pewną dodatkową przestrzeń do komentarza. W myśl założenia, że dobry bloger to m.in. dobrze poinformowany bloger, znajomość książki jak najbardziej na tak. Ale już komentarze czytelników recenzji "buu, frajer i sezonowiec, bo nie czytał" już bardzo na nie :d

    OdpowiedzUsuń