wtorek, 28 stycznia 2014

Lucyna z Radomia, kapryśna pogoda, trochę historii i pokazy kung fu, czyli ferie 2014

Hej, Kochani!
W końcu zmotywowałam się i piszę tego posta. Z ferii wróciłam w sobotę wieczorem. Było świetnie! Wprawdzie tylko raz byłam na stoku (i wiele się nie nauczyłam- uczyć próbował mnie tata, który nie jeździł od 20 lat. Domyślacie się, że musieliśmy bardzo ciekawie wyglądać...), ale za to dużo zwiedzałam, pływałam w basenie, chodziłam... Poznałam też całkiem sporo ciekawych ludzi, a także jednego niezwykle przyjaznego kota o wdzięcznym imieniu Łajza. Narobiłam również mnóstwo zdjęć- bo aż 428 (!)
Ale zacznijmy od początku.
Podróż była strasznie długa (dlaczego jeszcze nie wymyślili teleportera?!!!) w dodatku prowadził nas nasz GPS, którego nazywamy Lucyną z Radomia (długa historia...), który uwielbia wszelkie małe miejscowości czy kręte, wiejskie drogi. Skąd wiem? Bo właśnie przez nie Lucyna nas prowadziła! Jednak jakimś cudem dojechaliśmy do miejscowości, w której był nasz hotel. Nazywa się ona Korbielów. Ciekawe skąd taka nazwa?
Nasz hotel był naprawdę bardzo ładny. Podawali nam bardzo dobre jedzenie (na obiadokolację- zawsze przystawka, zupa, danie główne i deser...), pokoje były ładne i wygodne. Żyć, nie umierać! W dodatku nieopodal jest stok, a w programie mamy przeróżniaste atrakcje. Ognisko, dyskoteka, wieczór chiński... W dodatku można było też posiedzieć w jacuzzi, saunie, basenie, pójść na zabiegi SPA, posiedzieć w
Oto i nasz piękny pokój. Wprawdzie panował w nim lekki bałagan, ale później się ogarnęliśmy.
 
Następnego dnia  (niedziela) okazało się, że... W ogóle nie ma śniegu. Null. Zero. Tylko pojedyncze plamki. Kiedy opowiadaliśmy o tym znajomym przez telefon, nie wierzyli. Wszyscy uznawali, że bez sensu wyjeżdżaliśmy. Pojechaliśmy aż w góry, gdzie wiosna, z Gdańska, gdzie minus piętnaście stopni. Ale wiecie co? Niezbyt przejęłam się brakiem śniegu. W okolicy było naprawdę pięknie. Moja przyjaciółka wraz ze swoją mamą i kolegą jej mamy pojechali aż na Słowację w poszukiwaniu śniegu. Ja zostałam z tatą i poszliśmy na dłuuugi spacer po Korbielowie. Miejscowość ta nie jest zbyt wielka, za to ciągnie się niczym długie pęto kiełbasy. Dlatego też żartowaliśmy, że nie przeszliśmy tej miejscowości wszerz, ale wzdłuż na pewno. Fajnie się spacerowało. Dookoła pustka, prawie zero samochodów, ludzi też niewiele. Myślę, że gdyby nie to, że przez moje buty obtarłam sobie stopy, zawędrowalibyśmy jeszcze dalej.
 
 Zielony lasek szumi...
Tak wyglądał stok w pobliżu hotelu...
Nie wiem, czy wiecie co to jest. Są to BAZIE, które dostrzegliśmy w czasie spaceru. Zupełnie, jakby był marzec czy kwiecień!
Przez cały Korbielów płynął urokliwy potok.
Po prostu MUSIAŁAM zrobić to zdjęcie. Ten smutny, chudy pies wśród małego wysypiska śmieci... Mnie to chwyta za serce.
Jedna z miliona wypożyczalni.
Wieczorem odbyło się spotkanie z bibułczarką. Zbyt czynnie nie brałam w tym udziału, ale i tak bardzo spodobały mi się kwiatki z bibuły, które robiła energiczna, starsza pani.
 Przepraszam, że fotka niewyraźna. Ale możecie zobaczyć, jaka to piękna, misterna robota.
W poniedziałek znowu nie jeździliśmy na nartach. Pojechaliśmy za to na Słowację, do aquaparku o wdzięcznej nazwie "Gino Paradise". Droga dla mnie nie była przyjemna (nie lubię długiej jazdy samochodem, w dodatku strułam się oscypkami- już chyba nigdy nie wezmę tych serków do ust...). Mimo to, w parku bawiłam się naprawdę super. Bardzo podobał mi się basen z pomarańczową (to za sprawą chyba... syjanu? coś w ten deseń) i gorącą wodą. Można było się zrelaksować i spokojnie pogadać, w dodatku było to niesamowite- w twarz Ci zimno, kapie deszcz, a reszta ciała zanurzona w gorącej wodzie (miała podobno 47 stopni). Tylko siedziałam tam zbyt długo i potem czułam się osłabiona (trzeba tam przebywać max. 20 minut, a wraz z tatą wygrzewaliśmy się w tym basenie chyba z 40...). Nie myślcie jednak, że tylko leniłam się w wodzie, która przypominała herbatę. Pływałam też, zjeżdżałam z krętej zjeżdżalni... Było naprawdę super.
  
Zdjęcie z internetu. Jeden z wielu basenów i zjeżdżalnia. To głównie tu przebywaliśmy.
   
Znowu zdjęcie z internetu. Tak wyglądał basen z pomarańczową wodą. To zdjęcie zostało zrobione latem. Zimą, gdy nie ma śniegu, ale jest pochmurno i pada deszcz, robi to większe wrażenie.

Nie zdążyliśmy na obiadokolację w hotelu, więc zjedliśmy w zajeździe "U Kuby". Grała tam rockowa muzyka, było pyszne jedzenie, a także dostaliśmy piwo za darmo (tata rozpoznał piosenki, które leciały i tak zaczął rozmowę z właścicielem. Kolejny dowód na to, że muzyka łączy ludzi;-)). To w tym miejscu właśnie spotkaliśmy czarną kotkę Łajzę, która była zresztą bardzo towarzyska.
  
Zdjęcie z internetu.

We wtorek  zrobiliśmy sobie dzień lenia. Krążyliśmy między trzema miejscami: kawiarnią, pokojem, a basenem. W ten dzień były również moje urodziny. Dostałam prezenty, tort i wiele miłych życzeń:-D
Oprócz tych książek dostałam jeszcze powieść "Szklany tron" (aktualnie ma ją przyjaciółka), szlafrok i czekoladę. Dwie książki z powyższego stosiku już przeczytałam;-)

W środę (wtedy spadł śnieg!) i piątek  pojechaliśmy na wycieczki do Krakowa i Żywca. Było tam świetnie, dużo się dowiedziałam, narobiłam też masę zdjęć. Jednak myślę, że chyba poświęcę tym dwóm miejscowościom więcej uwagi w następnych postach. Pytanie tylko brzmi, czy chcecie.
 Ach, jak te ośnieżone drzewa pięknie wyglądają... Ale osobiście chyba wolałam, gdy były zupełnie zielone.
Tu mamy Wawel, jedno z wielu zdjęć z Krakowa.

Przejdźmy więc do czwartku. W ten właśnie dzień pojechaliśmy na stok. Chyba z pół godziny wraz z tatą zapinaliśmy buty i narty. W pewnym momencie zaczęłam jechać, ale nie mogłam się zatrzymać. Dlatego w całym moim geniuszu postanowiłam po prostu się przewrócić. Wszystko ładnie, tylko potem nie mogłam wstać...
Tak mniej więcej wyglądała moja jazda na nartach. Po jakimś czasie wraz z tatą zrezygnowaliśmy. Uznaliśmy, że po prostu potrzebujemy instruktora, bo w ten sposób w życiu się nie nauczymy.
Wieczorem w hotelu odbył się Wieczór Chiński. Dowiedzieliśmy się sporo o samych Chinach, klasztorze Shao Lin, a także chińskich sztukach walki. Szkoda, że panu, który opowiadał, przeszkadzały dzieciaki (nazywane przeze mnie i moją przyjaciółkę Batmanami- długa historia), które owszem, słodkie były, ale rozpuszczone jak dziadowski bicz. Krzyczały, przeszkadzały, śmiały się... A te rzeczy były naprawdę ciekawe.
Później oglądaliśmy pokazy- tai chi z wachlarzami, a także kung fu. Wyglądało to niesamowicie i bardzo efektownie. Następnie dostaliśmy ryż z kurczakiem i pałeczki. Ciężko jest jeść jak Chińczycy. Trzeba też pamiętać, że nie wolno krzyżować pałeczek- oznacza to śmierć. Wiecie co? Chyba wolę nóż i widelec. Są (moim zdaniem) bardziej praktyczne.
Po Wieczorze Chińskim, mój tata, który trenuje tai chi i chin na, pokazywał nam parę chwytów. Wydawało nam się, że minęło pół godziny, ale okazało się, że ćwiczymy półtorej godziny (!). Musieliśmy więc kończyć.
A szkoda, bo było super.
 
Zdjęcie z internetu. Tai chi z wachlarzem.
Na dziś to chyba tyle. Mam nadzieję, że się nie nudziliście:)

Mam do Was pewną prośbę. Otóż założyłam zeszyt z wpisami od innych osób. Pomyślałam, że fajnie by było, gdybyście też napisali coś w rodzaju takiego wpisu do pamiętnika. Wydrukowałabym to i wkleiła do mojego zeszyciku. Oczywiście do niczego nie zmuszam, tylko zwyczajnie proszę. Byłoby mi bardzo miło:-)
Pozdrawiam,
Wasza Pola
 

7 komentarzy:

  1. Widzę, że bardzo ciekawie spędziłaś ferie. Najbardziej zainteresował mnie ten Wieczór Chiński :D
    Ja muszę jeszcze parę dni poczekać i zaczynam ferie!! Już się nie mogę doczekać :D

    http://waysaboutme.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. No to miałaś naprawdę udane ferie;)
    Spóżnione Wszystkiego Najlepszego!

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajnie spędzasz ferie. Niestety ja mszę pocieszyć się siedzeniem w domu... A te baseny... Aż mi się moje wakacje przypomniały! :)

    amcia-blog.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Wciąż te wiersze oklepane, z różnych ksiąg powybierane,
    A ja piszę skromnie: Nie zapomnij o mnie!

    To na razie tak wstępnie :) do pamiętnika "wpiszę" Ci się w następnym wpisie, muszę znaleźć coś oryginalnego :)

    Pewnie, że chcę poczytać o Krakowie i Żywcu! Ech troszkę Ci zazdroszczę wyjazdu, ja muszę się zadowolić wizytą u babci i u cioci, oraz kilkoma wyjazdami na narty, ale chyba też nie mam tak źle :) . Na nartach jeżdżę od bardzo dawna i umiem dość dobrze (to znaczy prawie w ogóle się nie wywalam, chyba że ktoś mi zajedzie drogę, ale to co innego). Pozdrawiam!
    PS. Nie wytrzymałam i weszłam na komputer...

    OdpowiedzUsuń
  5. No to ja Ci się wpisuję do zeszyciku:
    Jeśli jeździć to rowerem,
    Jeśli chodzić to z frajerem,
    Jeśli śmiać się to z radości,
    Jeśli kochać to z miłości!

    Widać, ferie były bardzo udane ;) Ja swoje zaczynam dopiero w piątek ;__;
    Szczerze mówiąc nie chciałoby mi się jechać z Gdańska aż do Zakopanego. To taka męcząca droga! Z tym hotelem to jednak mieliście szczęście.
    Kraków to naprawdę piękne miasto, więc czekam na notkę o nim! :)
    Lucyna z Radomia... hehe :D Ale fajna nazwa dla GPS'a. Takie oryginalne. Bo ogólnie z reguły mało ludzi nazywa swoje GPS'y :D
    Każdy ma swoje początki na nartach ;) Moje też nie były najlepsze :D W następnym roku na pewno się nauczysz. Bo to aż tak strasznie trudne nie jest. Ja jak byłam mała strasznie bałam się sama wsiąść na orczyk (ten taki krążek, który jest przy mniejszych stokach).
    Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Zdrowia, szczęścia, pomyślności, spełnienia marzeń i wszystkiego najlepszego! :D
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Korbielów nie leży w pobliżu Zakopanego, tylko na śląsku, w Beskidach.
      Dziękuję pięknie za wpis i życzenia. To bardzo miłe:-D
      Lucynę z Radomia wymyślił mój tata, podczas wakacji w Toskanii. Nie wiem, jak na to wpadł, ale pomysł nam się spodobał.
      Kiedy miałam 8 lat i pojechałam do Karpacza na narty, też bałam się orczyków. Parę razy z nich spadłam. Brr!
      Pozdrawiam równie serdecznie:-D

      Usuń
  6. Uwielbiam twój blog <3 bardzo mi się podoba. Ma piękny wygląd i treść
    Masz zadatki na prawdziwą wielką blogerke *.*
    Obserwujemy? Jak tak do daj znać (zawsze się odwdzięczam) :)
    Zapraszam http://aloohaparadise.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń