środa, 14 sierpnia 2013

Po powrocie z Toskanii

Ciao amicos!
Wróciłam jednak (pomyliłam się) w poniedziałek, a nie w  niedzielę. Piszę teraz tego posta, żeby:
a.) dać znać, że żyję i dalej prowadzę bloga
b.) przed serią postów ze zdjęciami trochę wam opowiedzieć o wyjeździe, jako taki wstęp.
Jak było?
Cudownie. Bosko. Rewelacyjnie!
Jedna tylko rzecz mi przeszkadzała- straszne upały. Kiedy było dwadzieścia sześć stopni, było zimno. Zazwyczaj temperatura wynosiła trzydzieści parę stopni, albo czterdzieści. Tak, to był minus, ale i tak zatęskniłam za tym gorącem, gdy zobaczyłam, jaka pogoda jest w moim ukochanym Gdańsku (zimno, pochmurno, co chwila pada deszcz. W przerwach, na parę minut, wychodzi słońce. Potem znowu to samo).
W każdym razie, naprawdę rewelacyjnie się bawiliśmy. Mieszkaliśmy w domu, dosyć starym, ze starymi, klimatycznymi meblami, w miejscowości Marlia niedaleko Lukki. A przez dwa dni i dwie noce mieszkaliśmy w hotelu w Pizie.
Podróżowaliśmy wynajętym samochodem, po tych większych miastach (np. Siena, Florencja), ale też po tych cudownych, klimatycznych miasteczkach (np. Monteriggioni, San Gimignano). Bardzo dużo zwiedzaliśmy. Chodziliśmy też czasem na plażę, leżeć i odpoczywać, a także kąpać się w morzu i skakać przez ogromne fale:-)
Codziennie jedliśmy wieczorem kolację w małej knajpce "Arturo"w Marlii, gdzie było świetnie! Jedzenie przepyszne, obsługa przemiła. Aż żal było wyjeżdżać i nie zjeść już tam:-(
W ogóle, włoskie jedzenie było wyborne! Jadłam oczywiście włoską pizzę, spaghetti, calzone... No i lody! Prawie codziennie pożeraliśmy mnóstwo wybornych lodów! Polskie a włoskie lody to jak ziemia a niebo.
Włosi też byli przemili. Mój tata uczył się intensywnie włoskiego przed wyjazdem i to on głównie rozmawiał. Byli zachwyceni tym, że tata mówił do nich po włosku i traktowali nas tak, jakbyśmy byli ich rodziną. Jedna pani w restauracji, która była z mężem, spytała tatę, zupełnie na poważnie, czy jest profesorem językoznawstwa! Nie mogła też uwierzyć, że uczył się niecałe trzy miesiące. Ci sami ludzie, kiedy spytaliśmy ich, co jedzą, od razu zaczęli nam opisywać tą potrawę i dali nam spróbować ze swojego talerza... W ogóle, doskonale nam się rozmawiało z Włochami, nawet jeśli konwersowaliśmy łamanym włoskim i pół po włosku, pół po angielsku.Wiele osób nazywało mnie "bella ragazza" (piękna dziewczyna) To naprawdę przesympatyczni, bardzo serdeczni i otwarci ludzie. Gorąco wam polecam, abyście pojechali do Toskanii:-)
Ciąg dalszy nastąpi w kolejnych postach, ze zdjęciami!
Na razie fotki z netu:
 
    
 
    

6 komentarzy:

  1. Włoszech to piękne miejsce i szczególnie rejony, które odwiedziłaś ; )
    Ludzie w Italii są wyjątkowo mili i pomocni, a jedzenie to już niebo.
    Czekam na ciąg dalszy.; )

    OdpowiedzUsuń
  2. Toskania urzeka swoim czarem i tym żarem bijącym ze zdjęć, żałuję, że nie jestem starsza, bo podobno tamtejsze wino jest wyborne. Tak jak cała włoska kuchnia, choć już ostatnio mi przechodzi. Za dużo kalorii :D.

    Czekam na ciąg dalszy!

    OdpowiedzUsuń
  3. OCH! Toskania! jak ja bym chciała tam pojechać <3
    zazdroszczę Ci wyjazdu do Włoch :) Z tego co napisałaś to chyba się nie nudziłaś,huh? cieszę się ,że znowu jesteś w blogosferze :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Musiałaś się świetnie bawić! Z niecierpliwością czekam na zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
  5. Zazdroszczę Ci Toskanii.. Moje marzenie, jednak w tym roku spełniłam również inne-Londyn, więc wakacje na pewno moje nie były nudne.. Jak czytam Twojego bloga to wnioskuję, że Ty również nie miałaś czasu na nudę...więc podwójne szczęście ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Cieszę się, że żyjesz i jeszcze bardziej z tego, że prowadzisz bloga. Albo odwrotnie, jak kto woli ;)
    Z Twojego wpisu wnioskuję, że bawiłaś się świetnie :D Nie mówiąc już o "bella ragazza".
    Zazdroszczę wyjazdu, chociaż sama też miałam świetne wakacje ;)

    OdpowiedzUsuń