Dzień dobry, dzień dobry!
Oto powracam po swoim pierwszym tegorocznym wakacyjnym (tyle epitetów w jednym miejscu!) wyjeździe - mianowicie obozie językowym na Malcie. Dzisiaj więc będzie krótka relacja uzupełniona zdjęciami z Valletty, czyli stolicy.
Zapraszam!
Wyjazd zawierał kurs językowy oraz zakwaterowanie u rodzin maltańskich (w miejscowości Swieqi), czyli naprawdę sporo praktyki w angielskim. I chociaż początkowo napawało mnie to lekkim niepokojem, to naprawdę dobrze wspominam to ciągłe mówienie w obcym języku- rozmawianie po angielsku z Polakiem to w końcu nie to samo, zawsze można się posiłkować polszczyzną. Dialogi z osobami innych narodowości są niezastąpione, serio.
Nigdy nie zapomnę, gdy z przyjaciółką opowiadałyśmy naszej gospodyni (zresztą bardzo sympatycznej) o Morzu Bałtyckim i próbowałyśmy wyjaśnić jej słowo ,,cieśnina", którego nie znałyśmy po angielsku.
W końcu poratował nas słownik, ale z dobre pięć minut nam zajęło, zanim wpadłyśmy, żeby do niego zajrzeć.
Pokój dzieliła z nami również pewna Hiszpanka, która jednak nie była zbyt kontaktowa, chociaż miła. Mówiła tak niewyraźnie, że pierwszego dnia, a raczej w nocy (wtedy bowiem dotarłyśmy na miejsce) gdy się spotkałyśmy, zamiast ,,I'm from Spain" zrozumiałam coś w stylu ,,Mandarynia". Wyobraźcie więc sobie moją konsternację, gdy uprzejmie kiwałam głową i zastanawiałam się, czy moja wiedza geograficzna jest jakaś ograniczona, bo byłam pewna, że taki kraj nie istnieje...
Ale wiecie, była trzecia w nocy, więc może to po prostu mój zmęczony mózg wypaczył jej słowa.
Coś jeszcze a'propos zakwaterowania- codziennie były tosty. Przez trzy dni jeszcze były do wyboru płatki. Ale ogólnie- każdego dnia tosty na słodko, a na drugie śniadania kanapki... z pieczywa tostowego.
Naprawdę, przez miesiąc nie będę mogła patrzeć na pieczywo tostowe.
Poza codziennymi sytuacjami w domu rozwijałam swoją angielszczyznę na zajęciach, w grupie składającej się z dwóch Polek, dwojga Włochów, jednej Bułgarki, pięciu Rosjanek oraz nauczyciela Maltańczyka. Najbardziej podobały mi się zajęcia, na których rozmawialiśmy o swoich kulturach, w parach szukaliśmy różnic i podobieństw. Trafiłam do grupy z pewną Rosjanką i chyba nas obie zdziwiło to, jak wiele jest w naszych państwach podobieństw (głównie w jedzeniu). Wiedziałam, że jest ich sporo, ale mimo wszystko...łał. W ogóle te rozmowy z osobami różnych narodowości, o różnych kulturach były świetne.
Paradoks: gdy Rosjanki mówiły po rosyjsku, z drugą Polką czasami mniej więcej wiedziałyśmy, o co im chodzi. Gdy rozmawiałyśmy między sobą po polsku, Rosjanki nie miały pojęcia, o czym mówimy.
Niech żyje polszczyzna.
Nawet trochę opowiadałyśmy grupie o polskim alfabecie i w ogóle języku. Zawsze wiedziałam, że nasza mowa jest trudna, ale dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo... już na samym początku kursu, gdy wywoływano polskie nazwiska, biedny nauczyciel musiał zostać wyręczony przez polską wychowawczynię. Na zajęciach za to moje ,,w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie" wywołało małą sensację.
Ale uwaga, udało nam się znaleźć słowo, które jest takie samo po maltańsku, polsku, włosku, rosyjsku i bułgarsku! ,,Temperatura".
Ponadto w trakcie zajęć praktykowaliśmy angielską wymowę, rozmawialiśmy o jedzeniu i graliśmy w skojarzenia oraz w mafię (to ostatnie właściwie na każdych zajęciach).
Osobiście jestem zdania, że gra w mafię to jedno z najlepszych gier, które wymyśliła ludzkość.
Oto powracam po swoim pierwszym tegorocznym wakacyjnym (tyle epitetów w jednym miejscu!) wyjeździe - mianowicie obozie językowym na Malcie. Dzisiaj więc będzie krótka relacja uzupełniona zdjęciami z Valletty, czyli stolicy.
Zapraszam!
Ta flaga jest naprawdę łudząco podobna do polskiej...
Nigdy nie zapomnę, gdy z przyjaciółką opowiadałyśmy naszej gospodyni (zresztą bardzo sympatycznej) o Morzu Bałtyckim i próbowałyśmy wyjaśnić jej słowo ,,cieśnina", którego nie znałyśmy po angielsku.
W końcu poratował nas słownik, ale z dobre pięć minut nam zajęło, zanim wpadłyśmy, żeby do niego zajrzeć.
Pokój dzieliła z nami również pewna Hiszpanka, która jednak nie była zbyt kontaktowa, chociaż miła. Mówiła tak niewyraźnie, że pierwszego dnia, a raczej w nocy (wtedy bowiem dotarłyśmy na miejsce) gdy się spotkałyśmy, zamiast ,,I'm from Spain" zrozumiałam coś w stylu ,,Mandarynia". Wyobraźcie więc sobie moją konsternację, gdy uprzejmie kiwałam głową i zastanawiałam się, czy moja wiedza geograficzna jest jakaś ograniczona, bo byłam pewna, że taki kraj nie istnieje...
Ale wiecie, była trzecia w nocy, więc może to po prostu mój zmęczony mózg wypaczył jej słowa.
Coś jeszcze a'propos zakwaterowania- codziennie były tosty. Przez trzy dni jeszcze były do wyboru płatki. Ale ogólnie- każdego dnia tosty na słodko, a na drugie śniadania kanapki... z pieczywa tostowego.
Naprawdę, przez miesiąc nie będę mogła patrzeć na pieczywo tostowe.
Paradoks: gdy Rosjanki mówiły po rosyjsku, z drugą Polką czasami mniej więcej wiedziałyśmy, o co im chodzi. Gdy rozmawiałyśmy między sobą po polsku, Rosjanki nie miały pojęcia, o czym mówimy.
Niech żyje polszczyzna.
Nawet trochę opowiadałyśmy grupie o polskim alfabecie i w ogóle języku. Zawsze wiedziałam, że nasza mowa jest trudna, ale dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo... już na samym początku kursu, gdy wywoływano polskie nazwiska, biedny nauczyciel musiał zostać wyręczony przez polską wychowawczynię. Na zajęciach za to moje ,,w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie" wywołało małą sensację.
Ale uwaga, udało nam się znaleźć słowo, które jest takie samo po maltańsku, polsku, włosku, rosyjsku i bułgarsku! ,,Temperatura".
Ponadto w trakcie zajęć praktykowaliśmy angielską wymowę, rozmawialiśmy o jedzeniu i graliśmy w skojarzenia oraz w mafię (to ostatnie właściwie na każdych zajęciach).
Osobiście jestem zdania, że gra w mafię to jedno z najlepszych gier, które wymyśliła ludzkość.
Pozostałości po Brytyjczykach.
Poza zajęciami spędzaliśmy czas wyłącznie polską grupą (wyjazd bowiem został zorganizowany przez biuro podróży) i zwiedzaliśmy albo chodziliśmy na plaże, notabene przepiękne. W ogóle cała Malta jest bardzo urokliwą wyspą, śródziemnomorska architektura...
Garstka ciekawostek dla zainteresowanych:
- cała Republika Malty jest mniejsza od Warszawy
- maltański to język semicki, dla mnie brzmiący bardzo podobnie do arabskiego, z domieszką włoskiego
- na Malcie nie ma jezior, rzek, gór, ani nie pada (widok porannej mgły określiłabym jako wstrząsający)- ludzie biorą więc wodę do picia i mycia się z morza (oczywiście wcześniej odsoloną i oczyszczoną)
- ponoć przez pewien okres w roku (na szczęście nie ten, w którym ja tam byłam) wieje gorący wiatr ze strony Afryki, który osadza piasek na skórze i w gardle- kolejny, obok upału, powód, dla którego nie mogłabym tam mieszkać na stałe.
- Republikę Malty tworzy archipelag Wysp Maltańskich, poza Maltą znajdują się w nim również (nie licząc mniejszych wysepek) Gozo i Comino. Na tej ostatniej na stałe mieszka... jedna rodzina (sic!).
- pierwsze większe budowle na Malcie są starsze niż piramidy w Egipcie i Stonehenge
Niebawem pojawią się kolejne zdjęcia - z Mdiny, ,,maltańskiego trójmiasta" oraz Gozo.
Pozdrawiam ciepło!
P.
Piosenka odkryta dzięki Tutti:)
Hej, hej!
OdpowiedzUsuńJak tak ciebie słucham, to dochodzę do wniosku, że taki obóz to świetna sprawa, i chyba się na taki kiedyś wybiorę.
I skoro mówisz, że Malta jest piękna, to na pewno kiedyś zwiedzę.
Oh... Co do tych tostów to cię rozumiem. Właśnie wróciłam z koloni i miałam podobną sytuację z pizzą. Po prostu nie było nic więcej jadalnego w ośrodku, w którym mieszkałam, i codziennie na kolacje i obiad jedliśmy pizzę. CHYBA WIĘCEJ NIE SPOJRZĘ W JEJ KIERUNKU.
Z niecierpliwością czekam na następny post!
Hej, hej!
OdpowiedzUsuńJak tak ciebie słucham, to dochodzę do wniosku, że taki obóz to świetna sprawa, i chyba się na taki kiedyś wybiorę.
I skoro mówisz, że Malta jest piękna, to na pewno kiedyś zwiedzę.
Oh... Co do tych tostów to cię rozumiem. Właśnie wróciłam z koloni i miałam podobną sytuację z pizzą. Po prostu nie było nic więcej jadalnego w ośrodku, w którym mieszkałam, i codziennie na kolacje i obiad jedliśmy pizzę. CHYBA WIĘCEJ NIE SPOJRZĘ W JEJ KIERUNKU.
Z niecierpliwością czekam na następny post!
Naprawdę świetna sprawa, polecam:)
UsuńO nie, pizza? To chyba podwójnie okropne, obrzydzić coś tak dobrego... i to jeszcze na obiad i kolację... współczuję, serio.
Pozdrawiam cieplutko!
P.
Ach te śródziemnomorskie sniadania - słodko, słodko, czasami trafi sie jakis pomidor. O, Gozo i Comino pamiętam jeszcze z drugiej klasy gimnazjum - uczyłam się charakterystyki wszystkich państw leżących w basenie Morza Śródziemnego na drugie etap kuratoryjnego z geografii.
OdpowiedzUsuńObóz musiał byś świetny - tyle osób z innych krajów, możliwość porozmawiania po angielsku. Teraz już nie wiem, co uprosić w przyszłym roku - obóz literacki czy językowy? :D
Podoba mi się pierwsze zdjęcie portu.
O, widzę, że piosenka musiała przypaść Ci do gustu :)
Pozdrawiam
Tutti
Dokładnie, zawsze na słodko! Tosty, croissanty i nieodłączny sok pomarańczowy.
UsuńOsobiście jednak bardziej podobało mi się na obozie literackim, bo to takie inspirujące miejsce dla ludzi z pasją, ale obóz językowy też fajna sprawa;)
A i owszem, przypadła i to bardzo:)
Pozdrawiam również!
P.
Ach trochę Ci zazdroszczę tego obozu :D nigdy nie byłam na Malcie. Ale byłam za to w tym roku na wymianie z mojej szkoły w Słowenii, podczas której mieszkaliśmy u słoweńskich rodzin. Nigdy nie zapomnę jak próbowałam wytłumaczyć mojej słoweńskiej koleżance, że muszę gdzieś wyrzucić śmieci z podróży. Ale cóż, pierwszy dzień, obcy ludzie, obcy język, no i zapomniało mi się jak po angielsku mówi się na śmieci. Za nic nie mogłam sobie przypomnieć. Myślę, myślę i... nie pamiętam. Ale wiedziałam przecież jak się mówi na kosz! Posiadając tak cenną wiedzę zaczęłam dukać,że muszę to włożyć do kosza. Niestety Słowenka, zestresowana chyba jak ja, nie zrozumiała co do niej mówię. Gadałyśmy tak ze sobą już dłuższą chwilę, kiedy ona w końcu wypaliła po słoweńsku coś w stylu "to do kosza?". Tak, kosz po polsku i słoweńsku brzmi dokładnie tak samo. Chwilę później przypomniałam sobie jak się mówi na te nieszczęsne śmieci...
OdpowiedzUsuńCały wyjazd wspominam jednak bardzo miło :D Po pierwszym szoku, kiedy trochę odebrało mi mowę, takie rozmowy po angielsku sprawiały mi naprawdę dużo frajdy :D
Pozdrawiam i życzę udanych wakacji!
Oho, jaka kształcąca podróż! ;)
OdpowiedzUsuńNieźle, nieźle to wygląda. Architektura 'jakby z piaskowca', działa na wybrzeżach etc. A co tam konkretnie było starsze od piramid i kamiennych kręgów? Masz tego foty, czy to po prostu fundamenty pod miastem? I jak wcześniej ludzie odsalali wodę? :O
Coś dużo Rosjanek. Ładne były? ^^,
Działa, oj działa;) Te budowle to ruiny megalitycznych świątyń na Malcie i Gozo. Zdjęć nie mam, bo ich nie odwiedziliśmy, powiedzieli nam tylko, że coś takiego jest.
UsuńOż, zagiąłeś mnie tym pytaniem, nie mam pojęcia! Rzeczywiście ciekawe...
Nie mnie to oceniać;)
Pozdrawiam!
P.
Interesujące :) Chciałabym kiedyś tam polecieć :)
OdpowiedzUsuńCo do tostów - ja też mam ich dosyć, zraziłam się na początku mojego mieszkania w Anglii, kiedy chciałam żyć oszczędnie i wybierałam tostowy chleb, który był 2-3 razy tańszy niż nasz polski. Ale niestety... Tego nie da się jeść w kółko :)
Zazdroszczę! Ten wyjazd to musiała być naprawdę świetna przygoda. Nie przejmuj się ja też miałam kiedyś problem, żeby dogadać się z dziewczyną z Hiszpanii. Nie mam pojęcia dlaczego, ale ich angielski jest bardzo trudny do zrozumienia :D
OdpowiedzUsuńBuziaki ;*
bookowe-love.blogspot.com
Nie wiem czy odważyłabym się kiedyś pojechać na obóz językowy... Niby praktyka i można na serio nauczyć się jeżyka, ale mam barierę i nijak nie mogę przemóc się w mówieniu.. Może kiedyś to się zmieni, kiedy będę zmuszona do komunikacji w innym języku, ale póki co doceniam iż mogę posługiwać się pięknym językiem Polskim :)
OdpowiedzUsuńYay! Valletta! Kurdę, sorry, że komentuję tak późno, ale zwyczajnie mi się nie chciało...
OdpowiedzUsuńCzy mówiłam Ci, że gdy w lutym br byłam na Malcie, to odwiedzając Vallettę, byłam pod tym hotelem w którym zatrzymał się Kajetan P.... parę dni przed tym, jak go tam złapali! (Czyli teoretycznie mogłam zostać zarżnięta przez polskiego Hannibala Lectera...).
A tak na marginesie: język maltański w około 90% to po prostu arabski zapisany alfabetem łacińskim, reszta to naleciałości z innych języków, głównie włoskiego, francuskiego i angielskiego. Arabski na Malcie wziął się stąd, że kiedyś wyspa była zajęta przez Arabów i język ten został narzucony miejscowej ludności.
I na koniec pozwolę sobie dodać kolejną ciekawostkę: Zauważyłaś, że wszystkie ulice w Vallettcie są zbudowane pod kątem prostym? Taki plan miasta powstał (o ile się nie mylę) już pod koniec średniowiecza. W jakim celu? A po to, by bronić się przed najazdami, min. Turków. Valletta znajduje się na półwyspie, więc dzięki takiemu układowi ulic mieszkańcy mogli widzieć morze z trzech różnych stron i od razu podnieść alarm, jak coś było nie tak. Super,co?
Pozdrawiam:)))
Obóz językowy pozostaje jednym z moich największych niespełnionych (na razie! Liczę, że zmieni się to w przyszłe wakacje) marzeń. I jeszcze na Malcie! To musi być urocze mieszkać na takiej malutkiej wyspie, choć upały trochę odstraszają. Piasek osadzający się w gardle też nie brzmi zbyt kusząco. Ale mimo to... wow. Zwłaszcza że uwielbiam angielski. Te rozmowy o kulturze (i o jedzeniu! Zwłaszcza o jedzeniu!) musiały być bardzo ciekawe. No i mafia! Zgodzę się z tobą, że jest to gra znakomita i ze wszech miar godna chwały. Osobiście najbardziej lubię być obywatelem i chyłkiem podpatrywać co się dzieje, obliczać, knuć i dochodzić do błyskotliwych wniosków. Ach. Zagrałabym z mafię.
OdpowiedzUsuńCzekam na ciąg dalszy c:
B.
Tam jest przepiękne, a obóz językowy to super sprawa! Żałuję, że nigdy na takim czymś nie byłam :<
OdpowiedzUsuńŚwietny wyjazd! A ja o żadnej z ciekawostek, które przytoczyłaś nie miałam pojęcia! :)
OdpowiedzUsuńTaka wycieczka musiala być naprawdę fajna, zazdroszczę. Zawsze lubiłam rózne międzynarodowe wymiany, a taka z osobami różnych krajów to fajna sprawa. Sama Malta wydaję się byc też ciekawym miejscem D:/Karolina
OdpowiedzUsuńOstatnio zastanawiałam się nad takim obozem językowym, ale stwierdziłam, że raczej bym się tam z nikim nie dogadała, bo angielski nie jest moją mocną stroną. Polu, błagam, napisz coś jeszcze o tych podobieństwach między Polską i Rosją :D (ostatnio jestem tym krajem straszliwie zafascynowana).
OdpowiedzUsuńPisałam Ci kiedyś, że robisz cudowne zdjęcia? :D
Buziaki, Lunatyczka
Obozy językowe pomagają właśnie się przełamać i polepszyć angielski, więc ogólnie polecam:)
UsuńNiestety nie pamiętam z tej rozmowy na tyle, żeby stworzyć oddzielny post, w pamięć zapadły mi najbardziej podobieństwa między naszymi kuchniami- w obu krajach je się na przykład pierogi, barszcz, makowiec... z różnic pamiętam, że zaskoczyło mnie, iż tam ważniejszy jest Nowy Rok niż Boże Narodzenie:D
A dziękuję pięknie:)
Pozdrawiam ciepło!
P.
Rozmowa po angielsku, spotkanie z tyloma osobami z innych państw i zwiedzanie pięknej Malty. Może sama za rok wyjadę na taki obóz. Świetne zdjęcia:)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
http://caro-say-hello.blogspot.com/
Pięknie tam :). A mafia najlepsza :D. Też graliśmy na angielskim :).
OdpowiedzUsuńwww.bolibrzusie.blogspot.com
Ach brzmi cudowanie! Sama szykuje się na podobne przeżycie w przyszłym roku, ale nie powiem stresik jest i to jaki! :D
OdpowiedzUsuń(Brawo ja ;-;)
OdpowiedzUsuńŁo, mieszkanie u rodzin! Musiało być super ;) Mieszkałam kiedyś u hinduskiej rodziny w Londynie, ale nie mam zbyt dobrych wspomnień... Zapewne ci ludzie byli fajni, tyle że nie miałam na tyle śmiałości, by coś do nich mówić! Rzadko rozmawialiśmy, jak już to z ich małą córeczką. Koleżanki mówiły jeszcze mniej niż ja. Ogólnie w Anglii wypowiedziałam dwa zdania złożone, w tym jedno z błędem! Z perspektywy czasu to wstyd mi za siebie, chciałabym to powtórzyć, ale już rozmawiać z gospodarzami!
Tosty! Są dobre, ale co za dużo, to niezdrowo :D
Poznawanie innych kultur jest cudowne! A najlepiej, kiedy jeszcze utrzymuje się kontakt z tymi poznanymi ludźmi! Koresponduję z pewną cudowną Włoszką i zdecydowanie polecam! Już samo uczucie podekscytowania, kiedy trzymasz papierowy list w ręce, jest niesamowity!
Chciałabym zobaczyć ich minę, kiedy powiedziałaś nasz piękny polski łamaniec językowy :D
Niech żyje temperatura!
Mafia! <3 Daawno nie grałam w Mafię ani w Wilkołaki... na szczęście przez cały jeden blok zajęciowy w Limbie graliśmy w Wilkołaki! Pewnie inaczej się w to gra po angielsku, ale i tak była mega ^^
Za to to morze... cudowne! Ostatnio byłam nad morzem jak miałam jakieś 7/8 lat. Jednak to otaczające Maltę różni się trochę od Bałtyckiego :D Ale serio, świetne widoki. Zwiedzałabym!
Pozdrawiam i życzę udanego sierpnia! kotołaczka02
Wooow, pięknie tam! Szczęściara z Ciebie, że byłaś na takim obozie. Twój angielski pewnie stał się lepszy razy dwa, dzięki takiemu obozowi. Też bym chciała na taki obóz, kiedyś pojechać/polecieć. ;)
OdpowiedzUsuń